czwartek, 22 czerwca 2017

Morawy - od murów Helfštýnu do winiarskich piwnic Slovácka

W tym roku w długi weekend czerwcowy wziąłem na celownik znowu Morawy, a konkretnie dwa regiony etnograficzne - Hanę i Slovácko.

Dojazd dłuży się mocno, bo Czesi z zapałem remontują swoje drogi -  co prawda w wielu miejscach stan prac wygląda identycznie jak w grudniu, ale do powstania zatorów w zupełności wystarczy.

Pierwsze zdjęcie robię w Jezernicach (Seefeld), gdzie znajdują się imponujące wiadukty kolejowe. Pisałem u nich już podczas wyjazdu na jarmark bożonarodzeniowy, fotografowałem je także z tego samego miejsca.


Naszym celem w okolicy jest zamek Helfštýn (Helfenstein), jedne z największych ruin Republiki Czeskiej. Jego mury, liczące 1,5 kilometra, uznawane są za najdłuższe w całym państwie.


Auto zostawiam na pustawym parkingu - w Czechach jest normalny dzień roboczy, w weekend zapewne nadciągną tu tłumy.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Do Radegasta na Radhošť

Każde pasmo górskie ma swoje charakterystyczne punkty i najważniejsze szczyty. W Beskidzie Śląsko-Morawskim numerem jeden jest zdecydowanie Lysá hora, a numerem dwa? Obstawiałbym położony w zachodniej części Radhošť.

W lutym podczas wyprawy z tatą na Velký Javorník mieliśmy Radhošťa wraz z Radegastem ciągle na widoku i wiedzieliśmy, że musimy pojawić się i tam. W czerwcu, podczas słonecznej niedzieli, nadarzyła się okazja aby ten plan zrealizować w wersji trzyosobowej i żółto-kanarkowej (wszyscy ubraliśmy te same koszulki z zawodów biegowych 😏).

Zaczęliśmy trochę nietypowo, bo najpierw zatrzymaliśmy się w Kunčicach pod Ondřejníkem (Kunzendorf), gdzie stoi... bojkowska cerkiewka.


Wybudowano ją w XVII lub w XVIII wieku; kolejnym pokoleniom grekokatolickich wiernych służyła w okolicach Swalawy w ówczesnym węgierskim komitacie Bereg. Po Wielkiej Wojnie znalazła się wraz z pozostałą częścią Rusi Zakarpackiej w granicach Czechosłowacji. Ponieważ w miejscowości powstała nowa murowana cerkiew, stara zaczęła szybko niszczeć. Przed całkowitą destrukcją uchronił ją Eduard Šebela, dyrektor spółki węglowej z Vítkovic, któremu podczas podróży po wschodzie kraju tak się spodobała, iż ją kupił. Świątynię w 1931 roku rozebrano, przewieziono pociągiem na Morawy i złożono od nowa, przy czym konieczne było postawienie nowego dachu i wieży, ponieważ oryginalne były zbyt zniszczone.


środa, 14 czerwca 2017

Przewodnik po powiecie mikołowskim: golf i nowa część Śląskiego Ogrodu Botanicznego

Dawno, dawno temu pisałem o Śląskim Ogrodzie Botanicznym w Mikołowie - położonym między dzielnicą Mokre a Bujakowem. Jest to największy ogród tego typu na Śląsku i w całej Polsce.

Ostatnia niedziela maja czarowała piękną pogodą, więc postanowiłem sprawdzić jak wygląda jego nowa część, położona obok wyremontowanych wapienników; dotychczas zawsze odbijałem się od zamkniętej bramy, ale to było już jakiś czas temu.

Jadąc w kierunku mojego celu niespodziewane trafiłem na jeszcze nowszą atrakcję - pole golfowe! W Mikołowie powstało stowarzyszenie, które postanowiło wybudować pełny 18-to dołkowy obiekt. Biorąc pod uwagę, że w całej RP jest jedynie 30-40 pól (9 i 18 dołkowych), to z pewnością będzie ono dodatkowym magnezem dla odwiedzin tej okolicy.


Na razie wszystko jest na etapie rozwojowym - w ubiegłym roku otwarto budynek klubowy, w którym znajduje się tzw. driving range - stanowisko do nauki i trenowania uderzeniem kijem.



poniedziałek, 12 czerwca 2017

Suwalszczyzna (5): stolica regionu, ciężka noc i powrót przez inną stolicę

Suwałki na pierwszy i drugi rzut oka nie sprawiają najlepszego wrażenia - hałas, tłok, sznury pojazdów, blokowiska, kiczowata i niezbyt ciekawa architektura; ot, przeciętne polskie miasto średniej wielkości.

Tym razem przywitały nas dodatkowo korkiem-gigantem; autobus PKS-u bardzo wolno pokonywał kolejne metry, aby w końcu wysadzić nas na dworcu. Nareszcie!

Ostatnią noc na Suwalszczyźnie postanowiliśmy spędzić jak ludzie na oficjalnym kempingu. Kilka lat temu było to nie do pomyślenia, liczyło się tylko spanie na dziko i jak najbardziej prymitywne 😉. Czasy się jednak zmieniają, już rok temu doceniliśmy nocleg pod dachem w PTSM-ie w Chełmie, po którym wypoczęci i czyści mogliśmy wracać do domu.

Suwalski kemping znajduje się w okolicach zalewu Arkadia, więc musimy przejść do niego przez centrum. Jest to dobra okazja aby trochę dokładniej poznać stolicę regionu, w której jestem trzeci raz.


Plac przy ulicy Sejneńskiej zawsze braliśmy za rynek, a okazuje się, że to jest... park. Jak dla mnie zbyt mało w nim roślinności, aby mógł nosić tą nazwę.


czwartek, 8 czerwca 2017

Suwalszczyzna (4): Szypliszki, Becejły i Rutka-Tartak

Połowa wyjazdu na Suwalszczyznę już za nami - przeleciało to jak z bicza strzelił. Choć i tak nie sądziłem, że do stolicy polskich Litwinów dotrzemy tak szybko.

Jesteśmy rozbici niedaleko Puńska (Punskas). Wstając o świcie za potrzebą zderzam się z mżawką na zewnątrz namiotu. Niefajnie. Wracam spać i przy ponownej pobudce niebo znowu pełne jest słońca, a po opadach ani śladu. Niektórzy nawet nie potrafili uwierzyć, iż wcześniej była taka smutna pogoda 😉.


Jak co rano śniadanie przygotowujemy nad ogniem.


Składanie sprzętu, plecaki na garby i w kierunku głównej drogi. Na zdjęciu widać lasek, w którym nocowaliśmy, oraz łąki poprzecinane kanałami.


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Suwalszczyzna (3): od Lazdijai do Punskas

Lazdijai (Łoździeje) to niewielkie litewskie miasto, liczące około 5 tysięcy mieszkańców (trochę mniej od Sejn). Założył je w XVI wieku Zygmunt August. Atrakcji turystycznych tutaj nie ma, ale dla nas stanowiły ważny przystanek na trasie wędrówki po Suwalszczyźnie.


Chociaż z tą Suwalszczyzną różnie bywa - Litwini jej granice wyznaczają w innych miejscach, nieco bardziej na zachód. Dla nich ten region to Dzukia (Dzūkija), która swoim obszarem sięga do Polski, za Sejny aż po jezioro Wigry. Zatem w zależności od spojrzenia: wędrujemy z plecakami albo po ziemi suwalskiej (wersja polska) albo po Dzuki (wersja litewska) 😀.

czwartek, 1 czerwca 2017

Suwalszczyzna (2): kierunek Litwa!

Litwa była w planach naszych wschodnich wyjazdów już przed kilku laty. Nawet kupiłem lity na tą okazję, lecz jednak nigdy nie udawało się dotrzeć. Choć od pewnego czasu litewską walutą stało się euro, to w końcu tam dotarliśmy z buta!


Ale cofnijmy się o dziesięć godzin...

Poranek w zagajniku nad jeziorem Sztabinki był ciepły i słoneczny, właśnie taki jaki powinien być. Miejsce wybrane jako ratunkowe okazało się znakomitym schronieniem.


Na dzień dobry postanowiłem zajrzeć na odległy o kilkadziesiąt metrów cmentarz. Wyglądał jakby schował się przed ludźmi, wstydliwie zasłonięty drzewami, na uboczu.


wtorek, 30 maja 2017

Powrót na Suwalszczyznę (1): znowu licho, znowu Warszawa, znowu Sejny

Tradycja wiosennych wędrówek po wschodnich rubieżach Polski ma już kilka dobrych lat: ja uczestniczę w niej po raz piąty. A więc mały jubileusz 😉! Zgodnie z zasadą naprzemienności zaczynamy kolejny wyjazd tam, gdzie skończyliśmy go dwa lata wcześniej - w tegorocznym przypadku na Suwalszczyźnie. Zapowiada się wspaniała przygoda. 

Wieczorem w Opolu dołączam do Eco siedzącego w pociągu, załapujemy się jeszcze na start balonów z okazji domniemanego 800-lecia miasta.


A potem... na trzeciej stacji psuje się pociąg! No kurka wodna, czy jakikolwiek początek wyjazdu bez ataku licha jest możliwy? Na majówce prawie uwalił nas autobus, teraz wybraliśmy inny środek lokomocji i znów to samo!

Zdenerwowany konduktor wielokrotnie próbuje uruchomić silniki, desperacko przejeżdża nawet kilka metrów w tył. W końcu, chyba za ósmym razem, ruszamy do przodu. Wolno jak krew z nosa, ale zawsze...

Na kolejnej stacji powtórka z rozrywki, lecz teraz zug zapala za trzecim razem. Kilka następnych przystanków mijamy bez problemów, więc wraca optymizm i wtedy... w Lewinie Brzeskim skład staje na dobre!

Rośnie nerwówka, gdyż we Wrocławiu mamy przesiadkę na autobus. Co prawda zapas czasu był spory, ale szybko on umyka. Atmosfera jak podczas podróży na Przystanek Woodstock - większość ludzi wychodzi na peron, palą papierosy, wybuchają ożywione dyskusje i integracje. Nastrój wściekłości miesza się ze śmiechem i wyluzowaniem. Nagle część osób rzuca się do schodów: zabierze nas TLK!

Pośpieszny zatrzyma się tu specjalnie, bo normalnie mija Lewin z dużą prędkością. I tak mamy szczęście, że chcemy wysiadać w dużym mieście - ci, którzy planowali zakończenie podróży na którymś z poślednich przystanków, mają radzić sobie sami. Jak? Ich problem. Podobno ten skład już dzień wcześniej sprawiał kłopoty, lecz zaryzykowano i puszczono go jednak na tory. Lata mijają, zmieniają się rządy, nazwy i właściciele, a duch PKP wiecznie żywy...

Do Wrocławia przybywamy mocno spóźnieni, lecz zostaje nam jeszcze na tyle czasu, aby w knajpie dołączyć do Buby i jej znajomych. O 23-ciej w trójkę pakujemy się do autobusu w kierunku stolicy.

czwartek, 18 maja 2017

Gzel

Taką nazwę nosi sztuczne jezioro znajdujące się w granicach Rybnika, będące formalnie częścią Zalewu Rybnickiego.

Nazwa jest ciekawa i pochodzi od potoku tutaj płynącego. Nie potrafiłem jednak znaleźć jej starszej toponimii.

Okolicę odkryłem przez przypadek podczas zawodów biegowych, które odbywały się przy stawach określanych jako Gzel Mały. Sielskie klimaty ze sporą grupą wędkarzy.


Wędkarze przyglądają mi się podejrzliwie, gdy kręcę się dookoła. Może chcę podpatrzeć ich technikę w tym fascynującym zajęciu, w którym nie wytrzymałbym nawet kwadransa? ;)

Przy poszczególnych fragmentach brzegu różne tablice typu: "Miejsce gospodarza". Facet z tego ujęcia siedział obok "Stanowiska dla osoby niepełnosprawnej". Fizycznie chyba mu nic nie dolegało...

niedziela, 14 maja 2017

Słowacko-czeskimi pociągami ze Spisza na Śląsk

Stacja kolejowa w Mníšku nad Hnilcom (Einsiedel an der Göllnitz, Szepesremete) została wybudowana w latach 30. XX wieku, kiedy to oddano do użytku miejscową linię kolejową do Margecan.


Przedtem pasażerów i towary transportowano prywatną linią Gölniczvölgyi vasuti társaság (Göllnitztalbahn), uruchomioną w 1884 roku. Była ona dość nietypowa, gdyż odcinek Margecany - Gelnica miał normalny rozstaw szyn, a następnie zmieniał się w wąskotorówkę kursującą aż do wioski Smolnícka Huta w Górach Wołowskich. To właśnie tu początkowo jeździła ciuchcia Katka, którą teraz można podziwiać na Kolejce Dziecięcej w Koszycach.

Po wybudowaniu nowej linii w okresie międzywojennym starą stopniowo wyłączano z ruchu, aż wreszcie w 1965 całkowicie zamknięto. Pamiątką po niej jest most z początku XX wieku nad Hnilcem - dziś służący pieszym.


czwartek, 11 maja 2017

Wielka Trójka w Górach Wołowskich. Odc. 3 - Kloptaň i Cyganeria

Poranek na polanie Trohánka jest ciepły i słoneczny. Nie umiem w takich warunkach długo leżeć, więc wyskakuję z namiotu. Oglądam okolicę, robię zdjęcia...


Wyciągam chłodne piwo. Odgłos otwieranej puszki budzi Eco, który także wychodzi na zewnątrz 😉. Zbieramy drzewo na ognisko, tym razem ogień łapie szybciej niż wczoraj, wyraźnie jest już suszej.


Gdy na słońcu pojawia się Neska postawiamy z Andrzejem pójść się umyć do odległego o kilkaset metrów źródła. Po drodze odkrywamy wychodek - w nocy w ogóle nie było go widać, zresztą jego stan wskazuje, iż użycie mogłoby być ryzykowne.

poniedziałek, 8 maja 2017

Wielka Trójka w Górach Wołowskich. Odc. 2 - zatłoczona Kojšovská hoľa

Niedzielny poranek w Chacie Lajoška jest leniwy. Wstajemy późno, bez pomocy żadnych budzików. Spokojnie robimy sobie w pokoju śniadanie. Wychodzę na zewnątrz zobaczyć jaka jest pogoda...


A tam prószy śnieg! Nie jakoś mocno, ale na pewno dzisiaj się go nie spodziewaliśmy. Stojący obok facet pociesza, że wkrótce zacznie się przejaśniać, a w kolejny dzień w ogóle ma być lampa. Oby!

Zaplanowaliśmy zejście z głównej grani do wioski Zlatá Idka (Aranyidka) w celu odwiedzenia tamtejszej restauracji. Pytam się faceta o lokale w miejscowości; odpowiada, że są, ale na wieść o tym, iż zamierzamy potem z plecakami wchodzić do góry, zaczął się żegnać 😶! Również obsługa stanowczo nam to odradzała, mówiąc, że to bez sensu, gdyż podejście będzie następnie straszne.

Ostatecznie pozostała nasza dwójka demokratycznie przegłosowała zaniechanie realizacji tego planu i był to bardzo dobry pomysł 😊. Dzięki temu mogliśmy posiedzieć dłużej w klimatycznej jadalni.


Zresztą pokoje też wyglądają fajnie - na zdjęciu nieco większy od tego w którym spaliśmy.


piątek, 5 maja 2017

Wielka Trójka w Górach Wołowskich. Odc. 1 - Para buch, koła w ruch...

Majówka od kilku lat ma u nas pewną tradycję - trwa nieprzerwanie przez kilka dni i odbywa się na Słowacji. Zmienia się liczebność i skład, ale dwie rzeczy pozostają jeszcze niezmienne: noclegi głównie pod namiotem oraz tereny możliwie rzadko uczęszczane.

W 2014 roku odwiedziliśmy Muránską planinę oraz Veporské vrchy. Rok później padło na Góry Choczańskie, gdzie plany trochę storpedowała nam pogoda. Wreszcie w ubiegłym roku wróciliśmy w Veporské vrchy, w bardziej zachodnią część, w której spotkaliśmy 0 (słownie: ZERO) turystów.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić bardziej oddalone pasmo - położone na wschodzie Volovské vrchy (Góry Wołowskie), wchodzące w skład Rudaw Słowackich.

Jak zwykle licho nie spało i wystawiło nas na ciężką próbę. Jak pamiętamy - półtora tygodnia przed wyjazdem w chyba wszystkich górach tej części Europy nastąpił gwałtowny powrót zimy, w niektórych miejscach spadło ponad pół metra śniegu! Z niepokojem patrzyliśmy na biel w kamerach internetowych. Na szczęście w kolejne dni białe g...o zaczęło powoli znikać, a prognozy poprawiać się. Do czasu - w okolicach wtorku wszystkie jak jeden mąż rozpoczęły wieszczenie majówki bardzo zimnej i deszczowej, najgorszej od lat. Myślę, że każdy z nas stracił wtedy wiarę, że wyjdzie coś fajnego...

Dwa dni przed godziną zero ponownie wróciła nadzieja, iż może jednak będzie lepiej. A tu w piątek rano jak na Śląsku nie walnęło śniegiem... Dodatkowo Andrzejowi urwał się pasek w plecaku. Potem siedząc z nim w Opolu w knajpce dostaję sms-a, iż nasz autobus do Katowic jest opóźniony około 50 minut. Pięknie, podstawowe plany już zostały storpedowane.

Ostatecznie do stolicy województwa śląskiego dotarliśmy z godziną i pół w plecy. Nasz trzeci współtowarzysz(ka) - Neska - miała jeszcze większą obsuwę. Nerwowo czekamy na busika - na przystanku kłębi się tłum innych chętnych. Kierowcy się nie spieszy - przyjeżdża po czasie i zapala fajkę, podczas gdy ludzie mokną w deszczu.

Ruszamy, rzecz jasna, spóźnieni. I to właściwie koniec naszych marzeń o szybkim dojeździe na Słowację, bo tylko w miarę punktualny czas dotarcia dawał nam jakieś szanse. Ten odcinek podróży pamiętam jako koszmar - ciasnota, duchota, na przemian gorące powietrze i mrożenie klimą. Do tego inteligenci, którzy wysiadali najszybciej, wrzucali swoje bagaże na sam dół i nie umieli ich wydostać spod naszych plecaków, nawet głośne przeklinanie nie pomagało 😉.

Cieszyn wita nas mocnym deszczem i piździawicą. Bez wielkich nadziei pędzimy na czeską stronę, ale tam licho na chwilę się zapomina - zug w kierunku Koszyc jest opóźniony także, mamy szansę! Idę do kasy, a ta zamknięta. To prywatna spółka RegioJet. Podążam zatem do okienka ČD aby się spytać, gdzie można kupić bilety. Babka z obrażoną miną wzrusza ramionami i mówi, że nie wie... Pięknie!

Na szczęście jakiś młody Czech też się chce dostać do tego pociągu i ustalamy, że jest możliwość zakupu u konduktora. Dziwne to wszystko - na trzy składy RegioJet kursujące przez Czeski Cieszyn do Słowacji dwa odjeżdżają w okresie, gdy nie można tu kupić ich biletów... Burdel gorszy niż w Polsce.

Czekamy grzecznie na peronie...


czwartek, 27 kwietnia 2017

Muzeum Śląskie w Katowicach

Niecałe dwa lata po otwarciu postanowiłem odwiedzić główny budynek Muzeum Śląskiego w Katowicach. Mieści się on niedaleko Spodka, na terenie dawnej KWK "Katowice" (a wcześniej "Ferdinandgrube").

Zachowane budynki kopalniane (jest ich sporo) widać już z daleka.

Zaparkowane samochody bynajmniej nie należą od odwiedzający muzeum.
Część budynków gruby wyremontowano, większość nadal się sypie. Wykorzystywane są w niewielkim stopniu i zastanawiam się, jakie związane są z nimi plany. Szyb wydobywczy "Warszawa" służy jako wieża widokowa, ale tylko przy dobrej pogodzie (najwyraźniej w deszczu ktoś mógłby się na nim zabić...).


Główne wystawy mieszczą się pod ziemią, jak to w kopalni. Wchodzimy do nich przez przeszklone prostokąty i kwadraty, które w połączeniu z posadzonymi tutaj roślinami kojarzą się ze szklarniami oraz pracą zarobkową w Holandii 😉.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rowerowe niedaleko: Bory Niemodlińskie i okolice

Bory Niemodlińskie to pozostałość po dawnej Przesiece Śląskiej. Fajny teren na spacery, bieganie i jazdę na kole.

Poprzecinane są ścieżkami i szerokimi drogami leśnymi. Sporo się tnie, widać młode drzewka jak i tereny zupełnie ogołocone.


Jadąc z Jaśkowic pod Prószkowem trafiam nagle na ławkę i tablicę informacyjną. Nie widziałem jej tu przedtem.


Nadleśnictwo oznaczyło miejsce nazywane przez okoliczną ludność "Bumby". Okazuje się, że w 1944 eksplodowało tutaj sześć półtonowych bomb lotniczych. Pierwotnym celem amerykańskiego lotnictwa miały być zakłady III Rzeszy w Odertal, Blechhammer i Heydebreck; z jakiegoś powodu załoga nie zrzuciła ich tam ani nad obiektami zastępczymi, lecz nad lasami, aby dla własnego bezpieczeństwa nie wracać z nimi w kierunku macierzystego lotniska.

sobota, 15 kwietnia 2017

Rowerowe niedaleko: upalny Prószków (Proskau)

Kiedy pod koniec marca nieoczekiwanie wiosna stała się prawie latem, postanowiłem powłóczyć się po okolicy rowerem, zwłaszcza odwiedzając niektórych znajomych.

Na dobry początek popedałowałem do Prószkowa (Proskau) - nie mylić z mazowieckim Pruszkowem od mafii ;). To liczące niecałe 3 tysiące mieszkańców miast(eczk)o położone w powiecie opolskim.

Centrum leży na lekkim wzniesieniu, co dobrze widać z oddali.


Przy lokalnej drodze stoi tzw. "krzyż pscelnika". Jest obecny w tym miejscu od dobrych stu lat, a postawić miał go pszczelarz ("pscelnik" w miejscowym śląskim seplenieniu) dostarczający miodu i wosku na farę.


Dwujęzyczną tablicę chyba potrąciło coś dużego...

wtorek, 4 kwietnia 2017

Góry Opawskie w prima aprilis

Pogodę na pierwszy weekend kwietnia zapowiadano taką, że grzechem byłoby siedzieć w domu. Dodatkowo postanowiłem skorzystać z połączenia kolejowego do samych Głuchołaz (aż cztery składy w ciągu całego weekendu).

Wczesnym sobotnim porankiem idziemy na dworzec. Zabieram ze sobą Bastka, który Góry Opawskie (Zlatohorská vrchovina, Oppagebirge) zna, ale raczej połowicznie.

Mijają minuty, a cugu nie ma. Czyżby kolejarze zabawili się w prima aprilis? Wreszcie przyjeżdża spóźniony, ładujemy się do środka. Myślałem, że o tej porze będzie kompletnie pusto, ale trochę osób jednak jedzie. Podróż mija nam w towarzystwie dyskretnego, ale ciągłego smrodku z super-hiper-toalety-z-zamkniętym-obiegiem. No cóż, nowoczesność wymaga poświęceń...

Przed godziną 9-tą dowlekamy się na stację Głuchołazy Miasto (Ziegenhals Stadt). Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś ujrzę tu pociąg.


Jesteśmy trochę spóźnieni, więc omijamy zachęcający stragan ze świeżymi jajami, nie wchodzimy do dyskontu ani na rynek, ale od razu kierujemy się na ulicę, które swoją nazwę zmieniała już co najmniej trzykrotnie: kiedyś była to Seminarienstrasse, potem Adolf-Hitler-Strasse, następnie Józefa Stalina, dziś Bohaterów Warszawy. W sumie pod tych ostatnich można podciągnąć sporo osób, niemal każdy znajdzie coś dla siebie.


piątek, 24 marca 2017

Góry Bystrzyckie. Cz. II: Dzika Orlica i Bystrzyca

Po pochmurnym piątku w sobotę pogoda postanowiła trochę się poprawić i nad Górami Bystrzyckimi wyszło słońce. Nie na stałe, bo co chwilę przewalały się ciężkie chmury, lecz rankiem momentów z promieniami nie brakowało.


Zjadamy śniadanie (ja oczywiście jajecznicę), wypijamy znakomite piwo z browaru kontraktowego w Ziębicach (sprzedawane w schronisku Jagodna) i pakujemy się do wyjścia. Dziś zajęcia w podgrupach - każda idzie w swoją stronę. Do mnie i Eco dołącza Iza wraz z Deyną - wilczur towarzyszył już nam rok temu w Bieszczadach 😉.

Niedaleko schroniska schron z okresu budowy Autostrady Sudeckiej udający komórkę z kominkiem.


piątek, 17 marca 2017

Góry Bystrzyckie. Cz. I: dziesięć lat później

Kumpel Eco wymyślił spotkanie forum sudeckiego. Zamiast bawić się w jakieś głosowania nad terminem, pasmem i miejscem to ustalił wszystko samodzielnie: połowa marca, Góry Bystrzyckie, schronisko Jagodna. Komu pasuje to się zjawi. Komu nie pasuje to... trudno. 

Tak się składa, że właśnie minęło dziesięć lat od kiedy pierwszy raz odwiedziłem z nim ten obiekt noclegowy i tę część pasma. No, prawie dziesięć lat, bo miało to miejsce w kwietniu, a nie marcu 2007 roku 😉. Kurde, jak ten czas leci...

W piątek wczesnym porankiem wyruszamy z Górnego Śląska. Zgodnie z zapowiedziami - leje. Umykają kolejne kilometry, a pogoda się nie zmienia. Dobrze, że chociaż trafiły nam się stare składy kolejowe z przedziałami bydlęcymi, więc można było usadowić się jak człowiek.

Gorzanów (Grafenort). Wychodzimy w deszczu, choć ciut mniejszym. Wszystko jednak i tak jest mokre oraz lekko przygnębiające.


Brukowana droga prowadzi nas między najbliższe zabudowania.


poniedziałek, 6 marca 2017

Między Jesionikami (cz. II)

Na zachód od Rýmařova znajduje się wioska Klepáčov (Kleppel), otoczona ze wszystkich stron przez CHKO Jeseníky. Aż do II wojny światowej była normalną miejscowością, potem gwałtownie się wyludniła, a dziś na stałe zamieszkały jest tylko jeden dom. Pozostałe służą do rekreacji oraz turystom, ściągającym w zimę na narty.


Obok tragicznie oblodzonego parkingu stoi pomnik poległych. Tablica i krzyż wyglądają na w miarę nowe.


czwartek, 2 marca 2017

Między Jesionikami (cz. I)

W ostatni weekend lutego wybrałem się na narty i postanowiłem przy okazji zajrzeć samochodowo w kilka miejsc wśród czeskich Jesioników. Tych już mi znanych, jak i tych, w których jeszcze nie byłem.

Na początku podjeżdżamy pod sanktuarium Marii Panny Pomocnej (Maria Hilf) w Zlatych Horach (Zuckmantel). A tam piękna zima! W nocy padał śnieg i cała okolica wygląda wręcz bajkowo - świeżutki puch i słońce! Co za niespodzianka!


Sanktuarium wybudowano w latach 90., poprzednie komuniści wysadzili w powietrze w 1973 roku. To nie była odbudowa, powstał zupełnie nowy obiekt w niczym nie przypominającym starego. Dlaczego nie pokuszono się o rekonstrukcję oryginału? Wielka szkoda, bo współczesna bryła nie zachwyca (przynajmniej mnie).


(Wieczorem okazało się, iż fotografowałem umazanym obiektywem, co widać na wielu zdjęciach 😕).

piątek, 24 lutego 2017

Velký Javorník - góra z potencjałem

Tym razem postanowiłem pojechać z tatą dalej na zachód, na końcówkę Beskidu Śląsko-Morawskiego, a mianowicie w Veřovické vrchy. Ich najwyższym punktem jest Velký Javorník (nie mylić ze szczytem na Słowacji). Góra niby niewysoka (917 metrów n.p.m.), ale wybitnie odznacza się nad poziomem morza.


Dlaczego akurat tam? Przesuwając mapę dojrzałem wieżę widokową i schronisko. Aha, tam jeszcze nie byliśmy - pomyślałem od razu. Tereny te rzadko uczęszczane przez turystów z polskiego Śląska. Drugim powodem były zdjęcia wieży, na podstawie których od razu wykluła się myśl odnośnie przyszłej wyprawy, ale o tym potem 😊.

Morawska część Beskidu położona jest dalej od granicy niż jej śląska część, ale jedzie się tutaj dość szybko. Niewątpliwie powodem tego był też niedzielny poranek, kiedy to czeskie miejscowości wyglądają jak wymarłe; w Polsce ludzie śpieszą się na msze, a tam jedynie czasem jakiś pojedynczy osobnik przemknie pieszo albo samochodem...

poniedziałek, 20 lutego 2017

Gdzie na narty? Snow Paradise Veľká Rača Oščadnica kontra Beskid Sport Arena

Od wielu lat nie jeżdżę w Polsce na nartach - zraziłem się kiedyś w Korbielowie, a że niemal wszystkie stoki wyglądały wówczas ponownie, to postanowiłem na stałe przenieść się za granicę. Głównie do Czechów i Słowaków.

Od pewnego czasu coś się jednak w RP zaczęło zmieniać... Słyszę od rodziny i znajomych, że warto przyjechać w Beskid Śląski, gdzie powstało kilka nowych ośrodków, a stare unowocześniono. Że fajnie, bliżej i taniej. 

Postanowiłem zaryzykować, sprawdzić i porównać. Jako, że najczęściej jeździłem ostatnio w słowackim Beskidzie Żywieckim - popularnym Snow Paradise Veľká Rača Oščadnica - to po wizycie u nich pojechałem do Szczyrku, do nowego Beskid Ski Arena. To tak naprawdę kompletnie różne kategorie, ale właśnie Szczyrk polecano mi najbardziej jako alternatywę dla Słowacji. 

Zanim zacznę porównania warto zaznaczyć, iż w Oszczadnicy byłem w sobotę, ostatni weekend ferii zimowych dla województwa śląskiego, czyli w terminie obleganym. Szczyrk wypadł w poniedziałek, pierwszy po zakończeniu tych ferii, więc już przy znacznym spadku frekwencji. Przynajmniej teoretycznie.

środa, 15 lutego 2017

Kamenitý i Kozubová - zdążyć przed wiosną

Beskid Śląsko-Morawski już od pewnego czasu jest jednym z moich ulubionych. Mam do niego względnie blisko, szlaków do wędrowania tam sporo, w schroniskach czeskie piwo i jedzenie. No i nie grozi nam przyjemność spotkania z crossowcami czy quadowcami.

A w górach nie byłem już ponad miesiąc i zaczęło coraz bardziej mnie nosić, zwłaszcza czytając różne relacje z wyjazdów. Prognozy na weekend stopniowo się poprawiały; w niedzielę rano patrząc przez okno nie widzę żadnej chmurki! Budzę tatę, jedziemy!

Po drodze zdarzały się rzeczy dziwne i niepokojące. Np. na WSZYSTKICH skrzyżowaniach z sygnalizacją mieliśmy czerwone światło. W sumie osiem razy. Zmieniło się dopiero po przekroczeniu granicy. Temperatura też szalała: pod domem wskazywało -8, potem -6 nagle przeskoczyło do +2 i znowu na lekki mróz... 😮.

Punktem docelowym jest dziki parking na skraju Łomny Górnej (Horní Lomná, Ober Lomna). Tak jak przypuszczałem: mimo wczesnej pory stoi tu już sporo samochodów.

Przepakowanie i ruszamy na niebieski szlak.


Po wejściu do lasu zaczął się koszmar: ścieżka była tak oblodzona, że nawet trzymając się drewnianej poręczy człowiek nie był w stanie podejść do przodu. Kijki (po raz pierwszy pożyczyłem kijki!) nie pomagały nic, dopiero po założeniu raczków mogliśmy ruszyć.

wtorek, 7 lutego 2017

Drewniane kościoły w centrum Górnego Śląska

Górny Śląsk budownictwem drewnianym stoi. Spośród zabytków najliczniej reprezentowane są kościoły, których na terenie regionu znajduje się kilkadziesiąt - zarówno w województwie śląskim jak i opolskim. Szczególnie dużo świątyń stoi mniej więcej w jego centrum: w zachodniej części powiatu gliwickiego. I tam pojechałem w ostatni styczniowy piątek.

Najpierw zatrzymałem się przy zamarzniętym Kanale Gliwickim (Gleiwitzer Kanal) w Rudzińcu (Rudzinitz, od 1936 Rudgershagen).


Kawałek od mostu kanał przegradza śluza Rudziniec - trzecia z sześciu zbudowanych. Jakiś czas temu chyba ją wyremontowano.


W dole widać, że wędkarstwo to fascynujący i rozwijający sport 😉.


piątek, 3 lutego 2017

Heeresgeschichtliches Museum w Wiedniu

Heeresgeschichtliches Museum (Muzeum Historii Wojskowości) w Wiedniu to jedna z najstarszych tego typu placówek na świecie. Znajduje się na terenie Arsenału - kompleksu budynków wojskowych, których budowę rozpoczęto w pierwszym roku panowania Franciszka Józefa. Młody cesarz postanowił uczynić z niego symbol nowych neoabsolutystycznych porządków po niedawnej Wiośnie Ludów.

Arsenał stanął za ówczesnymi murami miejskimi (dzisiaj to dystrykt Landstraße). Do budowy zużyto 177 milionów cegieł. Powstały w sumie 72 budynki (nazywane oficjalnie obiektami), z których część przetrwała do dzisiaj (pozostałe uległy zniszczeniu w czasie bombardowań alianckich i walk o miasto w 1945).

Na teren Arsenału wchodzę przez obiekt nr 1, dawną komendanturę. Dziś mieści się tu m.in. restauracja.


Symbolika cesarska jest wszechobecna.


Budynki wzniesiono w stylu bizantyjsko-mauretańskim z elementami gotyckimi. Wygląda to bardzo ładnie. We wnętrzach mieszczą się rozmaite instytucje, np. w obiekcie nr 3 szkoła tenisowa i mieszkania.