czwartek, 18 maja 2017

Gzel

Taką nazwę nosi sztuczne jezioro znajdujące się w granicach Rybnika, będące formalnie częścią Zalewu Rybnickiego.

Nazwa jest ciekawa i pochodzi od potoku tutaj płynącego. Nie potrafiłem jednak znaleźć jej starszej toponimii.

Okolicę odkryłem przez przypadek podczas zawodów biegowych, które odbywały się przy stawach określanych jako Gzel Mały. Sielskie klimaty ze sporą grupą wędkarzy.


Wędkarze przyglądają mi się podejrzliwie, gdy kręcę się dookoła. Może chcę podpatrzeć ich technikę w tym fascynującym zajęciu, w którym nie wytrzymałbym nawet kwadransa? ;)

Przy poszczególnych fragmentach brzegu różne tablice typu: "Miejsce gospodarza". Facet z tego ujęcia siedział obok "Stanowiska dla osoby niepełnosprawnej". Fizycznie chyba mu nic nie dolegało...

niedziela, 14 maja 2017

Słowacko-czeskimi pociągami ze Spisza na Śląsk

Stacja kolejowa w Mníšku nad Hnilcom (Einsiedel an der Göllnitz, Szepesremete) została wybudowana w latach 30. XX wieku, kiedy to oddano do użytku miejscową linię kolejową do Margecan.


Przedtem pasażerów i towary transportowano prywatną linią Gölniczvölgyi vasuti társaság (Göllnitztalbahn), uruchomioną w 1884 roku. Była ona dość nietypowa, gdyż odcinek Margecany - Gelnica miał normalny rozstaw szyn, a następnie zmieniał się w wąskotorówkę kursującą aż do wioski Smolnícka Huta w Górach Wołowskich. To właśnie tu początkowo jeździła ciuchcia Katka, którą teraz można podziwiać na Kolejce Dziecięcej w Koszycach.

Po wybudowaniu nowej linii w okresie międzywojennym starą stopniowo wyłączano z ruchu, aż wreszcie w 1965 całkowicie zamknięto. Pamiątką po niej jest most z początku XX wieku nad Hnilcem - dziś służący pieszym.


czwartek, 11 maja 2017

Wielka Trójka w Górach Wołowskich. Odc. 3 - Kloptaň i Cyganeria

Poranek na polanie Trohánka jest ciepły i słoneczny. Nie umiem w takich warunkach długo leżeć, więc wyskakuję z namiotu. Oglądam okolicę, robię zdjęcia...


Wyciągam chłodne piwo. Odgłos otwieranej puszki budzi Eco, który także wychodzi na zewnątrz 😉. Zbieramy drzewo na ognisko, tym razem ogień łapie szybciej niż wczoraj, wyraźnie jest już suszej.


Gdy na słońcu pojawia się Neska postawiamy z Andrzejem pójść się umyć do odległego o kilkaset metrów źródła. Po drodze odkrywamy wychodek - w nocy w ogóle nie było go widać, zresztą jego stan wskazuje, iż użycie mogłoby być ryzykowne.

poniedziałek, 8 maja 2017

Wielka Trójka w Górach Wołowskich. Odc. 2 - zatłoczona Kojšovská hoľa

Niedzielny poranek w Chacie Lajoška jest leniwy. Wstajemy późno, bez pomocy żadnych budzików. Spokojnie robimy sobie w pokoju śniadanie. Wychodzę na zewnątrz zobaczyć jaka jest pogoda...


A tam prószy śnieg! Nie jakoś mocno, ale na pewno dzisiaj się go nie spodziewaliśmy. Stojący obok facet pociesza, że wkrótce zacznie się przejaśniać, a w kolejny dzień w ogóle ma być lampa. Oby!

Zaplanowaliśmy zejście z głównej grani do wioski Zlatá Idka (Aranyidka) w celu odwiedzenia tamtejszej restauracji. Pytam się faceta o lokale w miejscowości; odpowiada, że są, ale na wieść o tym, iż zamierzamy potem z plecakami wchodzić do góry, zaczął się żegnać 😶! Również obsługa stanowczo nam to odradzała, mówiąc, że to bez sensu, gdyż podejście będzie następnie straszne.

Ostatecznie pozostała nasza dwójka demokratycznie przegłosowała zaniechanie realizacji tego planu i był to bardzo dobry pomysł 😊. Dzięki temu mogliśmy posiedzieć dłużej w klimatycznej jadalni.


Zresztą pokoje też wyglądają fajnie - na zdjęciu nieco większy od tego w którym spaliśmy.


piątek, 5 maja 2017

Wielka Trójka w Górach Wołowskich. Odc. 1 - Para buch, koła w ruch...

Majówka od kilku lat ma u nas pewną tradycję - trwa nieprzerwanie przez kilka dni i odbywa się na Słowacji. Zmienia się liczebność i skład, ale dwie rzeczy pozostają jeszcze niezmienne: noclegi głównie pod namiotem oraz tereny możliwie rzadko uczęszczane.

W 2014 roku odwiedziliśmy Muránską planinę oraz Veporské vrchy. Rok później padło na Góry Choczańskie, gdzie plany trochę storpedowała nam pogoda. Wreszcie w ubiegłym roku wróciliśmy w Veporské vrchy, w bardziej zachodnią część, w której spotkaliśmy 0 (słownie: ZERO) turystów.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić bardziej oddalone pasmo - położone na wschodzie Volovské vrchy (Góry Wołowskie), wchodzące w skład Rudaw Słowackich.

Jak zwykle licho nie spało i wystawiło nas na ciężką próbę. Jak pamiętamy - półtora tygodnia przed wyjazdem w chyba wszystkich górach tej części Europy nastąpił gwałtowny powrót zimy, w niektórych miejscach spadło ponad pół metra śniegu! Z niepokojem patrzyliśmy na biel w kamerach internetowych. Na szczęście w kolejne dni białe g...o zaczęło powoli znikać, a prognozy poprawiać się. Do czasu - w okolicach wtorku wszystkie jak jeden mąż rozpoczęły wieszczenie majówki bardzo zimnej i deszczowej, najgorszej od lat. Myślę, że każdy z nas stracił wtedy wiarę, że wyjdzie coś fajnego...

Dwa dni przed godziną zero ponownie wróciła nadzieja, iż może jednak będzie lepiej. A tu w piątek rano jak na Śląsku nie walnęło śniegiem... Dodatkowo Andrzejowi urwał się pasek w plecaku. Potem siedząc z nim w Opolu w knajpce dostaję sms-a, iż nasz autobus do Katowic jest opóźniony około 50 minut. Pięknie, podstawowe plany już zostały storpedowane.

Ostatecznie do stolicy województwa śląskiego dotarliśmy z godziną i pół w plecy. Nasz trzeci współtowarzysz(ka) - Neska - miała jeszcze większą obsuwę. Nerwowo czekamy na busika - na przystanku kłębi się tłum innych chętnych. Kierowcy się nie spieszy - przyjeżdża po czasie i zapala fajkę, podczas gdy ludzie mokną w deszczu.

Ruszamy, rzecz jasna, spóźnieni. I to właściwie koniec naszych marzeń o szybkim dojeździe na Słowację, bo tylko w miarę punktualny czas dotarcia dawał nam jakieś szanse. Ten odcinek podróży pamiętam jako koszmar - ciasnota, duchota, na przemian gorące powietrze i mrożenie klimą. Do tego inteligenci, którzy wysiadali najszybciej, wrzucali swoje bagaże na sam dół i nie umieli ich wydostać spod naszych plecaków, nawet głośne przeklinanie nie pomagało 😉.

Cieszyn wita nas mocnym deszczem i piździawicą. Bez wielkich nadziei pędzimy na czeską stronę, ale tam licho na chwilę się zapomina - zug w kierunku Koszyc jest opóźniony także, mamy szansę! Idę do kasy, a ta zamknięta. To prywatna spółka RegioJet. Podążam zatem do okienka ČD aby się spytać, gdzie można kupić bilety. Babka z obrażoną miną wzrusza ramionami i mówi, że nie wie... Pięknie!

Na szczęście jakiś młody Czech też się chce dostać do tego pociągu i ustalamy, że jest możliwość zakupu u konduktora. Dziwne to wszystko - na trzy składy RegioJet kursujące przez Czeski Cieszyn do Słowacji dwa odjeżdżają w okresie, gdy nie można tu kupić ich biletów... Burdel gorszy niż w Polsce.

Czekamy grzecznie na peronie...


czwartek, 27 kwietnia 2017

Muzeum Śląskie w Katowicach

Niecałe dwa lata po otwarciu postanowiłem odwiedzić główny budynek Muzeum Śląskiego w Katowicach. Mieści się on niedaleko Spodka, na terenie dawnej KWK "Katowice" (a wcześniej "Ferdinandgrube").

Zachowane budynki kopalniane (jest ich sporo) widać już z daleka.

Zaparkowane samochody bynajmniej nie należą od odwiedzający muzeum.
Część budynków gruby wyremontowano, większość nadal się sypie. Wykorzystywane są w niewielkim stopniu i zastanawiam się, jakie związane są z nimi plany. Szyb wydobywczy "Warszawa" służy jako wieża widokowa, ale tylko przy dobrej pogodzie (najwyraźniej w deszczu ktoś mógłby się na nim zabić...).


Główne wystawy mieszczą się pod ziemią, jak to w kopalni. Wchodzimy do nich przez przeszklone prostokąty i kwadraty, które w połączeniu z posadzonymi tutaj roślinami kojarzą się ze szklarniami oraz pracą zarobkową w Holandii 😉.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rowerowe niedaleko: Bory Niemodlińskie i okolice

Bory Niemodlińskie to pozostałość po dawnej Przesiece Śląskiej. Fajny teren na spacery, bieganie i jazdę na kole.

Poprzecinane są ścieżkami i szerokimi drogami leśnymi. Sporo się tnie, widać młode drzewka jak i tereny zupełnie ogołocone.


Jadąc z Jaśkowic pod Prószkowem trafiam nagle na ławkę i tablicę informacyjną. Nie widziałem jej tu przedtem.


Nadleśnictwo oznaczyło miejsce nazywane przez okoliczną ludność "Bumby". Okazuje się, że w 1944 eksplodowało tutaj sześć półtonowych bomb lotniczych. Pierwotnym celem amerykańskiego lotnictwa miały być zakłady III Rzeszy w Odertal, Blechhammer i Heydebreck; z jakiegoś powodu załoga nie zrzuciła ich tam ani nad obiektami zastępczymi, lecz nad lasami, aby dla własnego bezpieczeństwa nie wracać z nimi w kierunku macierzystego lotniska.

sobota, 15 kwietnia 2017

Rowerowe niedaleko: upalny Prószków (Proskau)

Kiedy pod koniec marca nieoczekiwanie wiosna stała się prawie latem, postanowiłem powłóczyć się po okolicy rowerem, zwłaszcza odwiedzając niektórych znajomych.

Na dobry początek popedałowałem do Prószkowa (Proskau) - nie mylić z mazowieckim Pruszkowem od mafii ;). To liczące niecałe 3 tysiące mieszkańców miast(eczk)o położone w powiecie opolskim.

Centrum leży na lekkim wzniesieniu, co dobrze widać z oddali.


Przy lokalnej drodze stoi tzw. "krzyż pscelnika". Jest obecny w tym miejscu od dobrych stu lat, a postawić miał go pszczelarz ("pscelnik" w miejscowym śląskim seplenieniu) dostarczający miodu i wosku na farę.


Dwujęzyczną tablicę chyba potrąciło coś dużego...

wtorek, 4 kwietnia 2017

Góry Opawskie w prima aprilis

Pogodę na pierwszy weekend kwietnia zapowiadano taką, że grzechem byłoby siedzieć w domu. Dodatkowo postanowiłem skorzystać z połączenia kolejowego do samych Głuchołaz (aż cztery składy w ciągu całego weekendu).

Wczesnym sobotnim porankiem idziemy na dworzec. Zabieram ze sobą Bastka, który Góry Opawskie (Zlatohorská vrchovina, Oppagebirge) zna, ale raczej połowicznie.

Mijają minuty, a cugu nie ma. Czyżby kolejarze zabawili się w prima aprilis? Wreszcie przyjeżdża spóźniony, ładujemy się do środka. Myślałem, że o tej porze będzie kompletnie pusto, ale trochę osób jednak jedzie. Podróż mija nam w towarzystwie dyskretnego, ale ciągłego smrodku z super-hiper-toalety-z-zamkniętym-obiegiem. No cóż, nowoczesność wymaga poświęceń...

Przed godziną 9-tą dowlekamy się na stację Głuchołazy Miasto (Ziegenhals Stadt). Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś ujrzę tu pociąg.


Jesteśmy trochę spóźnieni, więc omijamy zachęcający stragan ze świeżymi jajami, nie wchodzimy do dyskontu ani na rynek, ale od razu kierujemy się na ulicę, które swoją nazwę zmieniała już co najmniej trzykrotnie: kiedyś była to Seminarienstrasse, potem Adolf-Hitler-Strasse, następnie Józefa Stalina, dziś Bohaterów Warszawy. W sumie pod tych ostatnich można podciągnąć sporo osób, niemal każdy znajdzie coś dla siebie.


piątek, 24 marca 2017

Góry Bystrzyckie. Cz. II: Dzika Orlica i Bystrzyca

Po pochmurnym piątku w sobotę pogoda postanowiła trochę się poprawić i nad Górami Bystrzyckimi wyszło słońce. Nie na stałe, bo co chwilę przewalały się ciężkie chmury, lecz rankiem momentów z promieniami nie brakowało.


Zjadamy śniadanie (ja oczywiście jajecznicę), wypijamy znakomite piwo z browaru kontraktowego w Ziębicach (sprzedawane w schronisku Jagodna) i pakujemy się do wyjścia. Dziś zajęcia w podgrupach - każda idzie w swoją stronę. Do mnie i Eco dołącza Iza wraz z Deyną - wilczur towarzyszył już nam rok temu w Bieszczadach 😉.

Niedaleko schroniska schron z okresu budowy Autostrady Sudeckiej udający komórkę z kominkiem.


piątek, 17 marca 2017

Góry Bystrzyckie. Cz. I: dziesięć lat później

Kumpel Eco wymyślił spotkanie forum sudeckiego. Zamiast bawić się w jakieś głosowania nad terminem, pasmem i miejscem to ustalił wszystko samodzielnie: połowa marca, Góry Bystrzyckie, schronisko Jagodna. Komu pasuje to się zjawi. Komu nie pasuje to... trudno. 

Tak się składa, że właśnie minęło dziesięć lat od kiedy pierwszy raz odwiedziłem z nim ten obiekt noclegowy i tę część pasma. No, prawie dziesięć lat, bo miało to miejsce w kwietniu, a nie marcu 2007 roku 😉. Kurde, jak ten czas leci...

W piątek wczesnym porankiem wyruszamy z Górnego Śląska. Zgodnie z zapowiedziami - leje. Umykają kolejne kilometry, a pogoda się nie zmienia. Dobrze, że chociaż trafiły nam się stare składy kolejowe z przedziałami bydlęcymi, więc można było usadowić się jak człowiek.

Gorzanów (Grafenort). Wychodzimy w deszczu, choć ciut mniejszym. Wszystko jednak i tak jest mokre oraz lekko przygnębiające.


Brukowana droga prowadzi nas między najbliższe zabudowania.


poniedziałek, 6 marca 2017

Między Jesionikami (cz. II)

Na zachód od Rýmařova znajduje się wioska Klepáčov (Kleppel), otoczona ze wszystkich stron przez CHKO Jeseníky. Aż do II wojny światowej była normalną miejscowością, potem gwałtownie się wyludniła, a dziś na stałe zamieszkały jest tylko jeden dom. Pozostałe służą do rekreacji oraz turystom, ściągającym w zimę na narty.


Obok tragicznie oblodzonego parkingu stoi pomnik poległych. Tablica i krzyż wyglądają na w miarę nowe.


czwartek, 2 marca 2017

Między Jesionikami (cz. I)

W ostatni weekend lutego wybrałem się na narty i postanowiłem przy okazji zajrzeć samochodowo w kilka miejsc wśród czeskich Jesioników. Tych już mi znanych, jak i tych, w których jeszcze nie byłem.

Na początku podjeżdżamy pod sanktuarium Marii Panny Pomocnej (Maria Hilf) w Zlatych Horach (Zuckmantel). A tam piękna zima! W nocy padał śnieg i cała okolica wygląda wręcz bajkowo - świeżutki puch i słońce! Co za niespodzianka!


Sanktuarium wybudowano w latach 90., poprzednie komuniści wysadzili w powietrze w 1973 roku. To nie była odbudowa, powstał zupełnie nowy obiekt w niczym nie przypominającym starego. Dlaczego nie pokuszono się o rekonstrukcję oryginału? Wielka szkoda, bo współczesna bryła nie zachwyca (przynajmniej mnie).


(Wieczorem okazało się, iż fotografowałem umazanym obiektywem, co widać na wielu zdjęciach 😕).

piątek, 24 lutego 2017

Velký Javorník - góra z potencjałem

Tym razem postanowiłem pojechać z tatą dalej na zachód, na końcówkę Beskidu Śląsko-Morawskiego, a mianowicie w Veřovické vrchy. Ich najwyższym punktem jest Velký Javorník (nie mylić ze szczytem na Słowacji). Góra niby niewysoka (917 metrów n.p.m.), ale wybitnie odznacza się nad poziomem morza.


Dlaczego akurat tam? Przesuwając mapę dojrzałem wieżę widokową i schronisko. Aha, tam jeszcze nie byliśmy - pomyślałem od razu. Tereny te rzadko uczęszczane przez turystów z polskiego Śląska. Drugim powodem były zdjęcia wieży, na podstawie których od razu wykluła się myśl odnośnie przyszłej wyprawy, ale o tym potem 😊.

Morawska część Beskidu położona jest dalej od granicy niż jej śląska część, ale jedzie się tutaj dość szybko. Niewątpliwie powodem tego był też niedzielny poranek, kiedy to czeskie miejscowości wyglądają jak wymarłe; w Polsce ludzie śpieszą się na msze, a tam jedynie czasem jakiś pojedynczy osobnik przemknie pieszo albo samochodem...

poniedziałek, 20 lutego 2017

Gdzie na narty? Snow Paradise Veľká Rača Oščadnica kontra Beskid Sport Arena

Od wielu lat nie jeżdżę w Polsce na nartach - zraziłem się kiedyś w Korbielowie, a że niemal wszystkie stoki wyglądały wówczas ponownie, to postanowiłem na stałe przenieść się za granicę. Głównie do Czechów i Słowaków.

Od pewnego czasu coś się jednak w RP zaczęło zmieniać... Słyszę od rodziny i znajomych, że warto przyjechać w Beskid Śląski, gdzie powstało kilka nowych ośrodków, a stare unowocześniono. Że fajnie, bliżej i taniej. 

Postanowiłem zaryzykować, sprawdzić i porównać. Jako, że najczęściej jeździłem ostatnio w słowackim Beskidzie Żywieckim - popularnym Snow Paradise Veľká Rača Oščadnica - to po wizycie u nich pojechałem do Szczyrku, do nowego Beskid Ski Arena. To tak naprawdę kompletnie różne kategorie, ale właśnie Szczyrk polecano mi najbardziej jako alternatywę dla Słowacji. 

Zanim zacznę porównania warto zaznaczyć, iż w Oszczadnicy byłem w sobotę, ostatni weekend ferii zimowych dla województwa śląskiego, czyli w terminie obleganym. Szczyrk wypadł w poniedziałek, pierwszy po zakończeniu tych ferii, więc już przy znacznym spadku frekwencji. Przynajmniej teoretycznie.

środa, 15 lutego 2017

Kamenitý i Kozubová - zdążyć przed wiosną

Beskid Śląsko-Morawski już od pewnego czasu jest jednym z moich ulubionych. Mam do niego względnie blisko, szlaków do wędrowania tam sporo, w schroniskach czeskie piwo i jedzenie. No i nie grozi nam przyjemność spotkania z crossowcami czy quadowcami.

A w górach nie byłem już ponad miesiąc i zaczęło coraz bardziej mnie nosić, zwłaszcza czytając różne relacje z wyjazdów. Prognozy na weekend stopniowo się poprawiały; w niedzielę rano patrząc przez okno nie widzę żadnej chmurki! Budzę tatę, jedziemy!

Po drodze zdarzały się rzeczy dziwne i niepokojące. Np. na WSZYSTKICH skrzyżowaniach z sygnalizacją mieliśmy czerwone światło. W sumie osiem razy. Zmieniło się dopiero po przekroczeniu granicy. Temperatura też szalała: pod domem wskazywało -8, potem -6 nagle przeskoczyło do +2 i znowu na lekki mróz... 😮.

Punktem docelowym jest dziki parking na skraju Łomny Górnej (Horní Lomná, Ober Lomna). Tak jak przypuszczałem: mimo wczesnej pory stoi tu już sporo samochodów.

Przepakowanie i ruszamy na niebieski szlak.


Po wejściu do lasu zaczął się koszmar: ścieżka była tak oblodzona, że nawet trzymając się drewnianej poręczy człowiek nie był w stanie podejść do przodu. Kijki (po raz pierwszy pożyczyłem kijki!) nie pomagały nic, dopiero po założeniu raczków mogliśmy ruszyć.

wtorek, 7 lutego 2017

Drewniane kościoły w centrum Górnego Śląska

Górny Śląsk budownictwem drewnianym stoi. Spośród zabytków najliczniej reprezentowane są kościoły, których na terenie regionu znajduje się kilkadziesiąt - zarówno w województwie śląskim jak i opolskim. Szczególnie dużo świątyń stoi mniej więcej w jego centrum: w zachodniej części powiatu gliwickiego. I tam pojechałem w ostatni styczniowy piątek.

Najpierw zatrzymałem się przy zamarzniętym Kanale Gliwickim (Gleiwitzer Kanal) w Rudzińcu (Rudzinitz, od 1936 Rudgershagen).


Kawałek od mostu kanał przegradza śluza Rudziniec - trzecia z sześciu zbudowanych. Jakiś czas temu chyba ją wyremontowano.


W dole widać, że wędkarstwo to fascynujący i rozwijający sport 😉.


piątek, 3 lutego 2017

Heeresgeschichtliches Museum w Wiedniu

Heeresgeschichtliches Museum (Muzeum Historii Wojskowości) w Wiedniu to jedna z najstarszych tego typu placówek na świecie. Znajduje się na terenie Arsenału - kompleksu budynków wojskowych, których budowę rozpoczęto w pierwszym roku panowania Franciszka Józefa. Młody cesarz postanowił uczynić z niego symbol nowych neoabsolutystycznych porządków po niedawnej Wiośnie Ludów.

Arsenał stanął za ówczesnymi murami miejskimi (dzisiaj to dystrykt Landstraße). Do budowy zużyto 177 milionów cegieł. Powstały w sumie 72 budynki (nazywane oficjalnie obiektami), z których część przetrwała do dzisiaj (pozostałe uległy zniszczeniu w czasie bombardowań alianckich i walk o miasto w 1945).

Na teren Arsenału wchodzę przez obiekt nr 1, dawną komendanturę. Dziś mieści się tu m.in. restauracja.


Symbolika cesarska jest wszechobecna.


Budynki wzniesiono w stylu bizantyjsko-mauretańskim z elementami gotyckimi. Wygląda to bardzo ładnie. We wnętrzach mieszczą się rozmaite instytucje, np. w obiekcie nr 3 szkoła tenisowa i mieszkania.


niedziela, 29 stycznia 2017

Wiedeń w trzy czwarte dnia

We wrześniu 2016 roku zaczęły się pojawiać promocje, dzięki którym za kilkanaście złotych można było pojechać do jednej z trzech środkowoeuropejskich stolic. Postanowiłem odwiedzić cesarsko-królewski Wiedeń, bo porachowałem, że ostatni raz w centrum tego miasta byłem aż dwanaście lat temu!

Wybrałem sobie takie połączenie, aby miejscu być przed godziną 5-tą rano. Przystanek końcowy znajduje się przy nowym Wien Hauptbahnof, który zastąpił kilka lat temu powojenny dworzec południowy. Podczas mej ostatniej wizyty nawet nie zaczęto go jeszcze budować.


W środku stoi rzeźba z oryginalnego habsburskiego dworca, która przetrwała alianckie bombardowania.


Na dworze jest jeszcze ciemno, a miasto śpi. W chłodnym powietrzu spacerowanie pustawymi ulicami staje się jeszcze bardziej przyjemne. A zwłaszcza parki, gdzie czuć klimat zupełnie z innego świata...

W Schweizer Garten nad stawem stoi zarys głowy Chopina. Nie znad pianina, ale i tak długo nie mogłem się domyślić co to naprawdę jest...


środa, 18 stycznia 2017

Mroźny koniec świata w Łupkowie

Nie sądziłem, że tak szybko znajdę się w górach w nowym roku. Zwłaszcza na rogatkach Bieszczad, do których muszę przejechać przez pół Polski. A jednak!

Zdarzyło się to w okresie, kiedy szalały największe mrozy, a ludzie panikowali, jakby co najmniej koniec świata nastał. 5 stycznia na Śląsku jeszcze była ciapa, a w Krakowie termometr na dworcu wskazywał ledwie dwa stopnie poniżej zera.

Z Krakowa mamy tani przewóz Bla-bla-carem w wygodnym Mercedesie. Na wyjeździe z miasta tablice pokazują dziesięć stopni mrozu... Będzie ciekawie. Pomimo obaw drogi były odgarnięte i do Łupkowa dojeżdżamy bez większych problemów późnym wieczorem.

Naszym celem jest Chatka na Końcu Świata. Miejsce legendarne, ba, może nawet "kultowe".


W chacie na ten długi weekend styczniowy zaplanowano śpiewanie z członkami zespołu Caryna. Już więc od czwartku robi się tam tłoczno, głośno i gitarowo, choć i tak przyjechało mniej osób niż się spodziewano. Czyżby swoje zrobił mróz?

6 stycznia jest już -15 stopni na zewnątrz. A jeszcze dzień wcześniej w pociągu temperatura była wyższa niż na Słońcu ;).


niedziela, 15 stycznia 2017

Turystyczne podsumowanie 2016 roku!

Podsumowałem już rok "górsko", teraz pora na część "turystyczną" (choć przecież wędrówki górskie to też turystyka 😉).

W styczniu pojechałem sobie za kilka złotych do Warszawy. Konkretnie to za 4. Miałem około sześciu godzin czasu do dyspozycji, więc zajrzałem do Muzeum Narodowego, które tego dnia było darmowe, zjadłem tradycyjne warszawskie cavapci oraz przeszedłem się Nowym Światem obok różnokolorowego pałacu Niezłomnego.

Jak sięgam pamięcią to ostatni raz zwiedzanie w tym mieście uskuteczniałem około 2003 roku.


W lutym, co już pisałem wcześniej, szusowałem na nartach w Jesionikach. Jednego dnia w ładnej pogodzie, drugiego w strugach deszczu.


Ponownie zawitałem też do W-wy, tym razem za złotych 6 (ostatecznie wyszło drożej, bo nie chcąc czekać na połączenie dopłaciłem do jednego pociągu). Miałem trochę więcej czasu, zatem za darmo zwiedziłem Muzeum Żydów Polskich ze wspaniałą rekonstrukcją malowideł z Gwoźdźca, przeszedłem Starówką i zakończyłem piwkowaniem z kumplem.

czwartek, 12 stycznia 2017

Górskie podsumowanie 2016 roku!

Pora podsumować miniony rok. Zacznę od podsumowań górskich, gdyż pod tym względem A.D. 2016 był dla mnie rekordowy!

* Styczeń

Zaczynam bardzo górsko, bo już pierwszego dnia nowego roku uderzamy z ekipą w Beskid Żywiecki. Jest bardzo mroźno, ale prawie bezśnieżnie. Zimny nocleg w Chacie na Zagroniu (mój debiut) i na glebie na Rysiance.


Tydzień później mini-zlot z ludźmi z forum górskiego w chatce pod Potrójną, w Beskidzie Małym.

* Luty

Dość zawstydzająca cisza wędrowna, choć dwa dni zjeżdżałem na nartach w Jesionikach.

* Marzec

Beskid Sądecki w dość kiepskiej pogodzie, choć prognozy były znacznie lepsze. Nocleg w Chacie Cyrla oraz bacówce nad Wierchomlą - wszystko to powrót po wielu latach.


czwartek, 5 stycznia 2017

Sylwestrowy Beskid Sądecki, cz. II: Chata Magóry-Kosarzyska-Eliaszówka-Piwniczna

Poranek na Chatce Magóry jest równie słoneczny jak ten dzień wcześniej na Przehybie. Różnica taka, że chata leży na polanie w lesie, więc nie ma tu z niej specjalnych widoków.

Stodoła przewidziana jest na sylwestrowe tańce, więc Jędrek już od rana sprząta ją i stroi 😉.


Zjadamy zestawy śniadaniowe i znów około 11 ruszamy na szlak. Dzisiaj bardziej na luzie i spacerowo: z wielu opcji wybraliśmy pętelkę, której głównym celem ma być zachód słońca na Eliaszówce.

Skrótem kierujemy się w kierunku szlaku chatkowego. Po drodze schody do... nieba?



wtorek, 3 stycznia 2017

Sylwestrowy Beskid Sądecki, cz. I: Przehyba-Radziejowa-Eliaszówka.

Sylwester w górach? Dla jednych marzenie, dla innych przekleństwo. W sumie dawno w tym czasie nie byłem, gdyż rok temu zajrzeliśmy na szlaki dopiero w Nowy Rok wieczorem. W Beskidzie Żywieckim było bardzo mroźno ale też prawie bezśnieżnie.

W 2016 chodziło mi coś takiego po głowie, ale większość obiektów oferuje drogie pakiety kilkudniowe, które zmuszają do nocowania w jednym miejscu i w oficjalnej oprawie. Długo wychodziło więc, że ostatnia noc w roku spędzona będzie w nizinach, a tu nagle zwolniło się kilka miejsc w chatce w Beskidzie Sądeckim. Szybka burza mózgów, decyzja i... wpłata zaliczki 😉. Później okazało się, iż odwoływane rezerwacje były wręcz normą w schroniskach, więc jeśli ktoś chciałby podjąć decyzję w ostatniej chwili, to też miałby szansę.

W okresie świąt pojawił się problem w postaci "warunków na szlaku". Nigdzie nie szło się dowiedzieć jak one wyglądają po ostatnich opadach śniegu. GOPR swój aktualny komunikat miał sprzed dwóch tygodni. Schroniska milczały o tym jak zaklęte (poza nielicznymi wyjątkami). Relacje ludzi były sprzeczne. Obsługa Hali Łabowskiej (gdzie początkowo mieliśmy pójść na pierwszy nocleg) powiedziała telefonicznie, że śniegu dużo, ciągle pada i raczej nie jest przetarte.

W takiej sytuacji zdecydowaliśmy się na wariant bezpieczny i pojechaliśmy z Neską w ostatni czwartek 2016 roku do Gabonia. A tam śniegu jak na lekarstwo! I szarówa.


Może u góry będzie wyżej? Bo jeśli tak wyglądają "zasypane" szlaki to niepotrzebnie zrezygnowaliśmy z Łabowskiej - przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Neska z kolei się cieszyła, bo od kilku dni miała stresa, iż spotka nas jakaś katastrofa z użyciem GOPR-u, więc teraz przynajmniej mogła iść bez duszy na ramieniu :D.

Narciarski szlak Gaboń-Przehyba liczy 7 kilometrów. Niby niewiele. No to idziemy. Po drodze mijamy kilka wiat postawionych dla użytkowników dwóch desek, ale w cieplejszym okresie mogą być niezłe do wykorzystania przez piechurów.


Z góry schodzi kilkanaście osób - pojedynczo i w grupach. Jeden z narciarzy mówi, że szlaki na grzbiecie są przetarte, a śniegu umiarkowanie. No to już wiemy, iż jutro nie będzie problemów. Najwyraźniej na Hali Łabowskiej spadł metr białego więcej albo ktoś inaczej wyobraża sobie trudne warunki...