Majówka od kilku lat ma u nas pewną tradycję - trwa nieprzerwanie przez kilka dni i odbywa się na Słowacji. Zmienia się liczebność i skład, ale dwie rzeczy pozostają jeszcze niezmienne: noclegi głównie pod namiotem oraz tereny możliwie rzadko uczęszczane.
Tym razem postanowiliśmy odwiedzić bardziej oddalone pasmo - położone na wschodzie
Volovské vrchy (Góry Wołowskie), wchodzące w skład Rudaw Słowackich.
Jak zwykle
licho nie spało i wystawiło nas na ciężką próbę. Jak pamiętamy - półtora tygodnia przed wyjazdem w chyba wszystkich górach tej części Europy nastąpił gwałtowny powrót zimy, w niektórych miejscach spadło ponad pół metra śniegu! Z niepokojem patrzyliśmy na biel w kamerach internetowych. Na szczęście w kolejne dni białe g...o zaczęło powoli znikać, a prognozy poprawiać się. Do czasu - w okolicach wtorku wszystkie jak jeden mąż rozpoczęły wieszczenie majówki bardzo zimnej i deszczowej, najgorszej od lat. Myślę, że każdy z nas stracił wtedy wiarę, że wyjdzie coś fajnego...
Dwa dni przed godziną zero ponownie wróciła nadzieja, iż może jednak będzie lepiej. A tu w piątek rano jak na Śląsku nie walnęło śniegiem... Dodatkowo Andrzejowi urwał się pasek w plecaku. Potem siedząc z nim w Opolu w knajpce dostaję sms-a, iż nasz autobus do Katowic jest opóźniony około 50 minut. Pięknie, podstawowe plany już zostały storpedowane.
Ostatecznie do stolicy województwa śląskiego dotarliśmy z godziną i pół w plecy. Nasz trzeci współtowarzysz(ka) - Neska - miała jeszcze większą obsuwę. Nerwowo czekamy na busika - na przystanku kłębi się tłum innych chętnych. Kierowcy się nie spieszy - przyjeżdża po czasie i zapala fajkę, podczas gdy ludzie mokną w deszczu.
Ruszamy, rzecz jasna, spóźnieni. I to właściwie koniec naszych marzeń o szybkim dojeździe na Słowację, bo tylko w miarę punktualny czas dotarcia dawał nam jakieś szanse. Ten odcinek podróży pamiętam jako koszmar - ciasnota, duchota, na przemian gorące powietrze i mrożenie klimą. Do tego inteligenci, którzy wysiadali najszybciej, wrzucali swoje bagaże na sam dół i nie umieli ich wydostać spod naszych plecaków, nawet głośne przeklinanie nie pomagało 😉.
Cieszyn wita nas mocnym deszczem i piździawicą. Bez wielkich nadziei pędzimy na czeską stronę, ale tam licho na chwilę się zapomina - zug w kierunku Koszyc jest opóźniony także, mamy szansę! Idę do kasy, a ta zamknięta. To prywatna spółka RegioJet. Podążam zatem do okienka ČD aby się spytać, gdzie można kupić bilety. Babka z obrażoną miną wzrusza ramionami i mówi, że nie wie... Pięknie!
Na szczęście jakiś młody Czech też się chce dostać do tego pociągu i ustalamy, że jest możliwość zakupu u konduktora. Dziwne to wszystko - na trzy składy RegioJet kursujące przez Czeski Cieszyn do Słowacji dwa odjeżdżają w okresie, gdy nie można tu kupić ich biletów... Burdel gorszy niż w Polsce.
Czekamy grzecznie na peronie...