Ciężko było mi wstrzelić się w słoneczną lub bezdeszczową pogodę i ruszyć w
listopadzie w góry. Wreszcie w przedostatnią niedzielę miesiąca pojechaliśmy z
tatą w Beskid Śląsko-Morawski. Cel: tereny już nam dobrze znane, ale
nieodwiedzane od kilku lat. Zresztą mamy już przemierzone tyle szlaków tego
czeskiego pasma, iż naprawdę ciężko jest wymyślić coś całkowicie nowego.
Przyjeżdżamy do Kosarzysk (Košařiska, Kosarzisk), wioski położonej w
dolinie potoku Kopytná. Kosarzyska są do tej pory jednym z większych
skupisk ludności deklarujących narodowość polską (wójt nosi typowo czeskie
imię Janusz 😏), więc nie dziwi stojący w parku kamień w dwóch językach (choć
nazwa jest tylko po czesku). Z kolei na pobliskim drewnianym drogowskazie
dochodzą jeszcze napisy w śląskiej góralszczyźnie.
Skromny urząd gminy. Jak ci wszyscy urzędnicy się w nim mieszczą?
Wędrówkę zaczynamy korzystając ze ścieżki edukacyjnej, przynajmniej w teorii.
Istnieje ona na internetowej mapie, natomiast w terenie nie do końca, a
przynajmniej nie regularnie, w dodatku pojawiające się z rzadka znaczki są
dwóch kolorów, każdy prowadzi w inną stronę. Mijamy cmentarz ewangelicki i
kaplicę, wdrapując się stromo pod górę. Przez chmury przebijają pierwsze
promienie słońca.
Ścieżka mocno kręci, jeden zakręt, drugi, trzeci. Raz droga gruntowa, raz
asfalt. Po bokach stoją pojedyncze gospodarstwa, zazwyczaj drewniane.
Po spotkaniu z żółtym szlakiem z Hradka
możemy podziwiać widoki w stronę północno-wschodnim. Na pierwszym planie doświadczone wycinkami kopce Žďár i Skalka, w oddali zaś końcówka Beskidu
Śląskiego a także Bystrzyca i Trzyniec (widać szpital miejski).
Chatka myśliwska pod Žďárem.
Przed nami wyrasta masywna sylwetka Ostrego, choć z tej perspektywy
akurat zaokrąglona, a nie ostra. A na niebie dość niespodziewanie zrobiło się
całkowicie niebiesko. Trzeba jednak patrzeć też pod nogi, bo w zacienionych
miejscach zalega lód i łatwo zaliczyć bliskie spotkanie z ziemią.
Wychodząc na otwartą przestrzeń zderzamy się z silnym wiatrem, więc
pospiesznie zakładamy czapki.
Sedlo pod Ostrým - na tej przełęczy już byliśmy dawno temu. Wtedy
jednak wchodziliśmy niebieskim szlakiem z
innej części Kosarzysk.
Panowała wówczas mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów. Dziś jest
inaczej i choć przejrzystość nie jest powalająca, to przyjemnie popatrzeć na
Wielką i Małą Czantorię.
Na przełęczy spotykamy pierwszą grupę turystów (wcześniej minęliśmy się z
dwójką idącą z góry). Jest tu też wiata obudowana z trzech stron i nadająca
się na nocleg.
Zdaję sobie sprawę, że to może być najlepsze miejsce na zdjęcia, wiec robię
ich dużo. Ale przejrzystość jest taka, że Szyndzielnia i Klimczok, które są
oddalone o niecałe trzydzieści kilometrów, spoczywają w gęstej masie chmur.
Zostawiamy za sobą przełęcz oraz Kykulę, którą szlak trawersował. Podejście
znowu robi się strome. Tatuś narzeka, że to nie na jego siły, ale sądzę, że
każdy chciałby mieć taką formę w jego wieku!
Na szczęście nie musimy włazić na sam Ostrý. To znaczy moglibyśmy, lecz
na szczyt szlak nie prowadzi, obchodząc go od południa. Można na niego wejść
kilkoma ścieżkami albo idąc wzdłuż rezerwatu, który zajmuje połowę góry, lecz
punkt szczytowy jest zalesiony, więc za bardzo nie ma po co.
Za skrzyżowaniem ze szlakiem rowerowym teren się tak wypłaszcza, że wędrówka
zmienia się w spacer. Tempo od razu wzrasta, jakby się chodziło po parku
gdzieś na nizinach.
Zdjęcia tego nie pokazują, lecz spotykamy sporo turystów schodzących z góry.
Są również jeźdźcy na koniach. Ten szlak musi być popularny wśród koniarzy, bo
już w Kosarzyskach witaliśmy się z kilkorgiem dzieci poruszających się w
siodle.
Schronisko coraz bliżej, a jesień momentami zmienia się w zimę, bo na
odkrytych terenach zalega warstwa zmrożonego śniegu.
Chata Ostrý to jedno z czterech schronisk w Beskidzie Śląsko-Morawskim
prowadzone przez Klub Czeskich Turystów. Takich obiektów w Republice Czeskiej
nie ma zresztą zbyt dużo, jedynie kilkanaście, większość chat i boud jest
prywatna, co wcale, moim zdaniem, nie jest takie super dla turysty. Zwłaszcza
dla turysty chodzącego z dużym plecakiem i poza weekendami. Chata Ostrý
też nie jest otwarta we wszystkie dni tygodnia, więc warto sobie zawczasu
sprawdzić kiedy działa. Podchodząc do niej dziwimy się, że nikogo wokół nie
ma, panuje cisza. Czyżby zamknęli? W niedzielę, w taką pogodę?! Nieee, ludzie
siedzą w środku i to przy wszystkich stolikach.
Chatę wybudowano w 1935 roku jako najmniejsze schronisko Klubu
Czechosłowackich Turystów w Beskidach. Był to również ostatni taki przybytek
tej organizacji postawiony przed wojną. W 1938 roku, po zajęciu przez Polskę
Zaolzia, przekazano ją Polskiemu Towarzystwo Tatrzańskiemu, a rok
później przejęło ją Beskidenverein. Po różnych zmianach własnościowych
okresu komunizmu wróciła w ręce KCzT. Dziś, po rozwodzie ze Słowacją, zdaje
się, że podlega pod centralę w Pradze, bo oddział w Trzyńcu nie umiał jej utrzymać.
Skromna bryła przypomina mi nieco Przegibek przed rozbudową.
W środku, jak pisałem, tłumnie, ale dosiadamy się do trzech młodych dziewczyn.
Wśród turystów miesza się czeski, polski i śląski. Wśród personelu tak samo:
dzierżawca mówi mieszaniną śląsko-czeską, ale kelnerki już tylko po czesku.
Podobnie jest z napisami przy barze. Zamawiam piwo, a dla taty tradycyjnie
kieliszek Beherovki. Jeśli chodzi o posiłki, to cenowo nie jest
najtaniej, ale porcje są gigantyczne: czosnkowa wręcz wylewała się z talerza,
do tego miska sera i grzanek, wszystko bardzo smaczne i zapychające na kilka
godzin.
Sąsiadki robią zdjęcie dwóch wąsaczy - wąsy to ostatnio popularny motyw w listopadzie 😏.
Poszedłem do toalety zmienić mokrą koszulkę, wracam i... w przejściu do ławki
leży pies. Ani myśli się ruszyć, prośba albo groźba nie podziałała. Dopiero
głaskanie przyniosło efekt 😏.
Po godzinnej przerwie wychodzimy na zewnątrz, a tam okazuje się, że przyszły
chmury i słońca już nie ma. To dokładnie odwrotnie niż twierdzili
meteorolodzy: do południa miało być szaro, a potem słonecznie. Cóż za
niespodzianka, znowu im się nie sprawdziło. Ale jest plus tej zmiany: jak
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki szlaki robią się całkowicie puste,
wszyscy najkrótszymi trasami schodzą w dolinę. Przez resztę dnia spotkaliśmy
ledwie kilka osób.
Miejscami króluje już wczesna zima. Częściej na polanach, niż w lesie. Robi
się chłodno, ale idzie się bardzo przyjemnie.
Z faną niedaleko Kałużnego (Kalužný). Sam szczyt jest trochę z boku, więc ograniczamy się do
rozwidlenia z jego nazwą.
Kolejna krzyżówka zwie się Babi Wierch (Babí vrch) i to też nazwa szczytu położnego z boku, w głębi lasu. Zeszliśmy trochę w dół, więc i śniegu mniej, a wkrótce całkowicie zniknie.
Po wyjściu ze schroniska początkowo szliśmy szlakiem niebieskim, potem czerwonym, a teraz znów mamy żółty. A na niebie trwa intensywne przepychanie się chmur i wolnej przestrzeni. Wydaje się, że lada moment znowu wyjdzie słońce, bo na chwilę zrobiło się niebiesko, ale jednak chmury zwyciężają i coraz bardziej obniżają wysokość.
Zbliżamy się do przysiółka Kamienity (Kamenitý), będącego częścią Dolnej Łomny (Dolní Lomná, Nieder Lomna).
Kiedyś było to tradycyjne góralskie osiedle ciągnące się wzdłuż wielkiej łąki. Dziś dominują domki weekendowe, na które trzeba podjechać wysoko w górę z doliny Łomnej.
W Chacie Kamenitý jesteśmy czwarty raz. To dawna polska szkoła, otwarta w 1934, a zamknięta w 1973 roku. Teoretycznie można tu też nocować, w praktyce to bufet otwarty głównie w weekendy. Z zewnątrz znowu się wydaje, że w środku jest ciemno i pusto, ale to pozory. Ludzie siedzą, choć mniej niż na Ostrým. Ograniczamy się do napojów, a tata przybija pieczątkę.
Na dworze zaczyna się szarówka... Zastanawialiśmy się nad przejściem przez
Kozubową (Kozubová), ale i tak nie ma szans na żadne widoki, więc wybieramy
krótszą trasę: niebieski zygzakujący
szlak wzdłuż potoku Kopytnej prosto do Kosarzysk.
Chmury zaczynają połykać okoliczne szczyty, zapewne trasa, którą szliśmy z
Ostrego, jest już częściowo pochłonięta przez mgłę.
W dolnej części szlaku mijamy nawet jakieś skałki.
W Kosarzyskach wychodzimy w zachodniej części wsi, a auto zostawiliśmy we
wschodniej, musimy zatem przejść jeszcze półtora kilometra asfaltem. W
niedzielny wieczór prawie nie widać ludzi, tylko z rzadka oświecone światła w
oknach i dymy z kominów przypominają, że ktoś tam mieszka. No i jest także jedna
otwarta spelunka.
W ten sposób zatoczyliśmy kółko. W sumie nie weszliśmy na żaden szczyt i
odwiedzaliśmy głównie znane nam już miejsca, ale wycieczka była bardzo
przyjemna, siedemnaście kilometrów strzeliło jak z bicza!
Przełęcz pod Ostrym to przepiękne miejsce - choć w listopadzie nie aż tak urokliwe. W czerwcu wiatka była zajęta nocą. A w Chacie Ostry mają smaczne piwo ;) nas z Sokołem i Visionem wciągnęła na nieco dłużej ;)
OdpowiedzUsuńJa tam kiedyś spałem, bodajże w 2010 roku. Mieliśmy iść na Javorovy, ale to była wczesna wiosna, śnieg miękki, fatalnie się chodziło i wróciliśmy się na Ostry na nocleg... Byli bardzo zdziwieni, że nie mamy rezerwacji, bo to przecież w Czechach nie do pomyślenia, aby ktoś spontanicznie nocował.
UsuńPowoli i u nas coraz ciężej z takim spontanem...
UsuńTo prawda, choć do poziomu czeskiego jest jeszcze daleko. Ale, jak to ktoś kiedyś do mnie napisał, pora się ucywilizować i mieć zaplanowane wszystko od deski do deski, bo to takie nowoczesne!
UsuńChyba powtórzę ten szlak, ale jak będzie cieplej. Raz dla widoków, a dwa dla Beherovki.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Zdecydowanie warto, choć przy ładnej zimie też byłoby to fajnie przejść ;) Pozdrowienia!
Usuń