czwartek, 12 grudnia 2024

Beskid Śląsko-Morawski: Ostrý i Kamenitý.

Ciężko było mi wstrzelić się w słoneczną lub bezdeszczową pogodę i ruszyć w listopadzie w góry. Wreszcie w przedostatnią niedzielę miesiąca pojechaliśmy z tatą w Beskid Śląsko-Morawski. Cel: tereny już nam dobrze znane, ale nieodwiedzane od kilku lat. Zresztą mamy już przemierzone tyle szlaków tego czeskiego pasma, iż naprawdę ciężko jest wymyślić coś całkowicie nowego.

Przyjeżdżamy do Kosarzysk (Košařiska, Kosarzisk), wioski położonej w dolinie potoku Kopytná. Kosarzyska są do tej pory jednym z większych skupisk ludności deklarujących narodowość polską (wójt nosi typowo czeskie imię Janusz 😏), więc nie dziwi stojący w parku kamień w dwóch językach (choć nazwa jest tylko po czesku). Z kolei na pobliskim drewnianym drogowskazie dochodzą jeszcze napisy w śląskiej góralszczyźnie.


Skromny urząd gminy. Jak ci wszyscy urzędnicy się w nim mieszczą?


Wędrówkę zaczynamy korzystając ze ścieżki edukacyjnej, przynajmniej w teorii. Istnieje ona na internetowej mapie, natomiast w terenie nie do końca, a przynajmniej nie regularnie, w dodatku pojawiające się z rzadka znaczki są dwóch kolorów, każdy prowadzi w inną stronę. Mijamy cmentarz ewangelicki i kaplicę, wdrapując się stromo pod górę. Przez chmury przebijają pierwsze promienie słońca.


Ścieżka mocno kręci, jeden zakręt, drugi, trzeci. Raz droga gruntowa, raz asfalt. Po bokach stoją pojedyncze gospodarstwa, zazwyczaj drewniane. 



Po spotkaniu z żółtym szlakiem z Hradka możemy podziwiać widoki w stronę północno-wschodnim. Na pierwszym planie doświadczone wycinkami kopce Žďár i Skalka, w oddali zaś końcówka Beskidu Śląskiego a także Bystrzyca i Trzyniec (widać szpital miejski).



Chatka myśliwska pod Žďárem.



Przed nami wyrasta masywna sylwetka Ostrego, choć z tej perspektywy akurat zaokrąglona, a nie ostra. A na niebie dość niespodziewanie zrobiło się całkowicie niebiesko. Trzeba jednak patrzeć też pod nogi, bo w zacienionych miejscach zalega lód i łatwo zaliczyć bliskie spotkanie z ziemią.



Wychodząc na otwartą przestrzeń zderzamy się z silnym wiatrem, więc pospiesznie zakładamy czapki.


Sedlo pod Ostrým - na tej przełęczy już byliśmy dawno temu. Wtedy jednak wchodziliśmy niebieskim szlakiem z innej części Kosarzysk.



Panowała wówczas mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów. Dziś jest inaczej i choć przejrzystość nie jest powalająca, to przyjemnie popatrzeć na Wielką i Małą Czantorię.



Na przełęczy spotykamy pierwszą grupę turystów (wcześniej minęliśmy się z dwójką idącą z góry). Jest tu też wiata obudowana z trzech stron i nadająca się na nocleg.



Zdaję sobie sprawę, że to może być najlepsze miejsce na zdjęcia, wiec robię ich dużo. Ale przejrzystość jest taka, że Szyndzielnia i Klimczok, które są oddalone o niecałe trzydzieści kilometrów, spoczywają w gęstej masie chmur.




Zostawiamy za sobą przełęcz oraz Kykulę, którą szlak trawersował. Podejście znowu robi się strome. Tatuś narzeka, że to nie na jego siły, ale sądzę, że każdy chciałby mieć taką formę w jego wieku!



Na szczęście nie musimy włazić na sam Ostrý. To znaczy moglibyśmy, lecz na szczyt szlak nie prowadzi, obchodząc go od południa. Można na niego wejść kilkoma ścieżkami albo idąc wzdłuż rezerwatu, który zajmuje połowę góry, lecz punkt szczytowy jest zalesiony, więc za bardzo nie ma po co.


Za skrzyżowaniem ze szlakiem rowerowym teren się tak wypłaszcza, że wędrówka zmienia się w spacer. Tempo od razu wzrasta, jakby się chodziło po parku gdzieś na nizinach.



Zdjęcia tego nie pokazują, lecz spotykamy sporo turystów schodzących z góry. Są również jeźdźcy na koniach. Ten szlak musi być popularny wśród koniarzy, bo już w Kosarzyskach witaliśmy się z kilkorgiem dzieci poruszających się w siodle.


Schronisko coraz bliżej, a jesień momentami zmienia się w zimę, bo na odkrytych terenach zalega warstwa zmrożonego śniegu.


Chata Ostrý to jedno z czterech schronisk w Beskidzie Śląsko-Morawskim prowadzone przez Klub Czeskich Turystów. Takich obiektów w Republice Czeskiej nie ma zresztą zbyt dużo, jedynie kilkanaście, większość chat i boud jest prywatna, co wcale, moim zdaniem, nie jest takie super dla turysty. Zwłaszcza dla turysty chodzącego z dużym plecakiem i poza weekendami. Chata Ostrý też nie jest otwarta we wszystkie dni tygodnia, więc warto sobie zawczasu sprawdzić kiedy działa. Podchodząc do niej dziwimy się, że nikogo wokół nie ma, panuje cisza. Czyżby zamknęli? W niedzielę, w taką pogodę?! Nieee, ludzie siedzą w środku i to przy wszystkich stolikach.


Chatę wybudowano w 1935 roku jako najmniejsze schronisko Klubu Czechosłowackich Turystów w Beskidach. Był to również ostatni taki przybytek tej organizacji postawiony przed wojną. W 1938 roku, po zajęciu przez Polskę Zaolzia, przekazano ją Polskiemu Towarzystwo Tatrzańskiemu, a rok później przejęło ją Beskidenverein. Po różnych zmianach własnościowych okresu komunizmu wróciła w ręce KCzT. Dziś, po rozwodzie ze Słowacją, zdaje się, że podlega pod centralę w Pradze, bo oddział w Trzyńcu nie umiał jej utrzymać. 
Skromna bryła przypomina mi nieco Przegibek przed rozbudową.


W środku, jak pisałem, tłumnie, ale dosiadamy się do trzech młodych dziewczyn. Wśród turystów miesza się czeski, polski i śląski. Wśród personelu tak samo: dzierżawca mówi mieszaniną śląsko-czeską, ale kelnerki już tylko po czesku. Podobnie jest z napisami przy barze. Zamawiam piwo, a dla taty tradycyjnie kieliszek Beherovki. Jeśli chodzi o posiłki, to cenowo nie jest najtaniej, ale porcje są gigantyczne: czosnkowa wręcz wylewała się z talerza, do tego miska sera i grzanek, wszystko bardzo smaczne i zapychające na kilka godzin. 


Sąsiadki robią zdjęcie dwóch wąsaczy - wąsy to ostatnio popularny motyw w listopadzie 😏.


Poszedłem do toalety zmienić mokrą koszulkę, wracam i... w przejściu do ławki leży pies. Ani myśli się ruszyć, prośba albo groźba nie podziałała. Dopiero głaskanie przyniosło efekt 😏.


Po godzinnej przerwie wychodzimy na zewnątrz, a tam okazuje się, że przyszły chmury i słońca już nie ma. To dokładnie odwrotnie niż twierdzili meteorolodzy: do południa miało być szaro, a potem słonecznie. Cóż za niespodzianka, znowu im się nie sprawdziło. Ale jest plus tej zmiany: jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki szlaki robią się całkowicie puste, wszyscy najkrótszymi trasami schodzą w dolinę. Przez resztę dnia spotkaliśmy ledwie kilka osób.


Miejscami króluje już wczesna zima. Częściej na polanach, niż w lesie. Robi się chłodno, ale idzie się bardzo przyjemnie.





Z faną niedaleko Kałużnego (Kalužný). Sam szczyt jest trochę z boku, więc ograniczamy się do rozwidlenia z jego nazwą.


Kolejna krzyżówka zwie się Babi Wierch (Babí vrch) i to też nazwa szczytu położnego z boku, w głębi lasu. Zeszliśmy trochę w dół, więc i śniegu mniej, a wkrótce całkowicie zniknie.


Po wyjściu ze schroniska początkowo szliśmy szlakiem niebieskim, potem czerwonym, a teraz znów mamy żółty. A na niebie trwa intensywne przepychanie się chmur i wolnej przestrzeni. Wydaje się, że lada moment znowu wyjdzie słońce, bo na chwilę zrobiło się niebiesko, ale jednak chmury zwyciężają i coraz bardziej obniżają wysokość.



Zbliżamy się do przysiółka Kamienity (Kamenitý), będącego częścią Dolnej Łomny (Dolní Lomná, Nieder Lomna)


Kiedyś było to tradycyjne góralskie osiedle ciągnące się wzdłuż wielkiej łąki. Dziś dominują domki weekendowe, na które trzeba podjechać wysoko w górę z doliny Łomnej.



W Chacie Kamenitý jesteśmy czwarty raz. To dawna polska szkoła, otwarta w 1934, a zamknięta w 1973 roku. Teoretycznie można tu też nocować, w praktyce to bufet otwarty głównie w weekendy. Z zewnątrz znowu się wydaje, że w środku jest ciemno i pusto, ale to pozory. Ludzie siedzą, choć mniej niż na Ostrým. Ograniczamy się do napojów, a tata przybija pieczątkę.



Na dworze zaczyna się szarówka... Zastanawialiśmy się nad przejściem przez Kozubową (Kozubová), ale i tak nie ma szans na żadne widoki, więc wybieramy krótszą trasę: niebieski zygzakujący szlak wzdłuż potoku Kopytnej prosto do Kosarzysk.



Chmury zaczynają połykać okoliczne szczyty, zapewne trasa, którą szliśmy z Ostrego, jest już częściowo pochłonięta przez mgłę.


W dolnej części szlaku mijamy nawet jakieś skałki.


W Kosarzyskach wychodzimy w zachodniej części wsi, a auto zostawiliśmy we wschodniej, musimy zatem przejść jeszcze półtora kilometra asfaltem. W niedzielny wieczór prawie nie widać ludzi, tylko z rzadka oświecone światła w oknach i dymy z kominów przypominają, że ktoś tam mieszka. No i jest także jedna otwarta spelunka.


W ten sposób zatoczyliśmy kółko. W sumie nie weszliśmy na żaden szczyt i odwiedzaliśmy głównie znane nam już miejsca, ale wycieczka była bardzo przyjemna, siedemnaście kilometrów strzeliło jak z bicza!



6 komentarzy:

  1. Przełęcz pod Ostrym to przepiękne miejsce - choć w listopadzie nie aż tak urokliwe. W czerwcu wiatka była zajęta nocą. A w Chacie Ostry mają smaczne piwo ;) nas z Sokołem i Visionem wciągnęła na nieco dłużej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam kiedyś spałem, bodajże w 2010 roku. Mieliśmy iść na Javorovy, ale to była wczesna wiosna, śnieg miękki, fatalnie się chodziło i wróciliśmy się na Ostry na nocleg... Byli bardzo zdziwieni, że nie mamy rezerwacji, bo to przecież w Czechach nie do pomyślenia, aby ktoś spontanicznie nocował.

      Usuń
    2. Powoli i u nas coraz ciężej z takim spontanem...

      Usuń
    3. To prawda, choć do poziomu czeskiego jest jeszcze daleko. Ale, jak to ktoś kiedyś do mnie napisał, pora się ucywilizować i mieć zaplanowane wszystko od deski do deski, bo to takie nowoczesne!

      Usuń
  2. Chyba powtórzę ten szlak, ale jak będzie cieplej. Raz dla widoków, a dwa dla Beherovki.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie warto, choć przy ładnej zimie też byłoby to fajnie przejść ;) Pozdrowienia!

      Usuń