sobota, 28 listopada 2020

Tiszafüred i Hortobágy.

Tiszafüred to miasto we wschodniej części środkowych Węgier. Miasto dziesięciotysięczne, na pozór nie wyróżniające się niczym szczególnym. Wieczorem w jego centrum hula wiatr, przemykają jedynie pojedynczy nastolatkowie i radiowozy policji. O tak, gliniarzy tu sporo, zwłaszcza koło lokalu z kebabem.
 


Próżno szukać tam wielkich zabytków. Są dwa kościoły: katolicki i ewangelicki.


poniedziałek, 23 listopada 2020

Chorwacki i węgierski interior - Baja, Hollókő i inne miejsca.

Po dwóch nocach spędzonych w Chorwacji pora wracać na Węgry. Oznacza to wiele kilometrów do przejechania. Co prawda dzień jest długi, ale i tak zacznie go brakować.

Pierwsze kilometry biegną w pobliżu Parku Przyrody Kopački rit, więc co jakiś czas przejeżdżamy przez jakieś kanaliki.


Ta okolica jest niemal kompletnie wyludniona. Mijamy wioskę Podunavlje (Подунавље, Dunai-puszta). Wioskę w cudzysłowie, gdyż pozostało po niej jedynie kilka pustych domów. Myślałem, że to efekt wojny, ale już przed nią mieszkały tu jedynie dwie osoby - jeden Chorwat i jeden Serb, jak donoszą statystyki. Dziś podobno nadal posiada jednego mieszkańca. Chyba nocuje w lesie...

wtorek, 17 listopada 2020

Vukovar i okolice.

W Bośni i Hercegowinie symbolem ludobójstwa z lat 90. ubiegłego wieku stała się Srebrenica, w Chorwacji rolę taką rolę odgrywa Vukovar.

Do czasu wybuchu konfliktu Vukovar był spokojnym, zamożnym miastem, pełnym zabytkowej barokowej architektury. Na Dunaju działała jedna z największych stoczni w kraju. Najliczniejszą grupę mieszkańców stanowili Chorwaci, Serbów było nieco mniej, ale przeważali w okolicznych wioskach. To oraz fakt, że miejscowość leży na samej granicy, spowodował, że w momencie rozpadu Jugosławii rozpętało się tu piekło.
 

Napięcie pomiędzy dwiema głównymi narodowościami zaczęło gwałtownie rosnąć już w 1990 roku, kiedy to w pierwszych wolnych wyborach zarówno w Serbii jak i w Chorwacji zwyciężyły partie nacjonalistyczne. Chorwaci rozpoczęli drogę do niepodległości, chorwaccy Serbowie bali się zmarginalizowania oraz powtórki z II wojny światowej, kiedy to ustasze urządzili im rzeź. Jednym z najbardziej zapalnych punktów był zachodni Srem (Syrmia) - czyli właśnie ta część Chorwacji, którego główne miasto to Vukovar. Miejscowi Serbowie przy wsparciu Belgradu organizowali własne oddziały (oficjalnie - samoobrony) i przejmowali władzę na prowincji, de facto zaczął się okres dwuwładzy: sam Vukovar pozostał w rękach Chorwatów (którzy zaczęli prześladować Serbów), a serbska okolica odpowiedziała m.in. blokadami dróg i wypowiedzeniem posłuszeństwa. Taki obrót spraw nie może zakończyć się dobrze... Drobne starcia pomiędzy chorwacką policją a serbskimi paramilitarystami przybierały na sile, padali pierwsi zabici. Do akcji wkroczyła Jugosłowiańska Armia Ludowa (JNA), w której w tym czasie służyli głównie Serbowie i Czarnogórcy. Teoretycznie miała rozdzielać zwaśnione strony, faktycznie często wspomagała rodaków.

niedziela, 8 listopada 2020

Osijek - twiedza, katedra i czerwony Fićo.

Osijek (węg. Eszék, niem. Esseg) to największe miasto Slawonii, uznawany jest także za jej nieoficjalną stolicę. Stolicę leżącą na głębokich peryferiach - płynąca przy Osijeku Drawa stanowi granicę tej krainy. Co więcej - północne dzielnice (Podravlje i Tvrđavica) położone za rzeką to już historyczna Baranja.

Właśnie po baranskiej stronie zostawiamy samochód, na bezpłatnym dużym parkingu skrytym wśród wysokich drzew. To przypadek, bo początkowo chciałem zaparkować gdzieś w centrum, jednak moją uwagę zwróciły ruiny zabudowań fortecznych.
 


Większość historii miasta związana jest z armią i rzeką. Już Rzymianie posiadali tutaj swój obóz o nazwie Mursa, strzegący mostu na Drawie, który wielokrotnie stawiał się napływającym z północy barbarzyńców. Gdy w końcu zniszczyli go Awarowie, nastąpiła trwająca kilka wieków przerwa w źródłach historycznych: miasto, już zasiedlone przez Słowian, pojawia się ponownie na kartach dziejów w XII wieku. Zdobyte i zburzone przez Turków w 1526 roku stało się ważnym punktem na militarnej mapie Europy: w jego pobliżu Sulejman Wspaniały kazał wybudować długi na siedem kilometrów drewniany most, uznawany za jeden z ówczesnych cudów świata. Konstrukcja, dzięki której Osmanowie mogli łatwo przerzucić w kierunku terenów chrześcijańskich duże ilości wojska, była solą w oku przeciwników i kilka razy próbowano go spalić, ale za każdym razem Turcy wznosili go na nowo. Skutecznie udało się go zlikwidować dopiero pod koniec XVII wieku, kiedy muzułmanie stracili Osijek na zawsze.

sobota, 31 października 2020

Kopačevo, Kopački rit, Bilje - Chorwacja na spokojnie.

Na krótki pobyt w północno-wschodniej Chorwacji szukałem jakiejś niewielkiej, spokojnej mieściny, w której można się wieczorem odciąć od hałasu i zgiełku, ale jednocześnie żeby nie byłoby to jakieś kompletne odludzie. Te warunki idealnie spełniło Kopačevo, wioska położona kilka kilometrów od Osijeka.

Właściwie to powinniśmy używać nazwy Kopács. Historycznie już od XI wieku były tu Węgry, a konkretnie Baranja. Aż do końca I wojny światowej granica między Madziarami i autonomiczną Chorwacją biegła na Drawie. My znajdujemy się na północ od rzeki i gdyby patrzeć na stosunki demograficzne, to tereny te nigdy nie powinny znaleźć się w nieboszczce Jugosławii, gdyż sto lat temu najwięcej mieszkało tu Niemców i Węgrów, natomiast Słowianie stanowili niedużą mniejszość. Zwycięzcy alianci nie przejmowali się takimi niuansami i po raz kolejny kopnęli Madziarów w zadek, odrywając tę ziemię od "macierzy". Efekt jest taki, że do tej pory w wielu miejscowościach głównym używanym językiem jest węgierski - tak to wygląda również w Kopačevie/Kopács. Wszystkie oficjalne napisy są w dwóch wersjach, na starym Pomniku Poległych jest tylko tablica węgierska, a na budynku gminy w Dniu Świętego Stefana wywieszono węgierską flagę. Ostatni dostępny spis ludności, przeprowadzony jeszcze przed wojną o niepodległość, wykazał, że 3/4 mieszkańców jest Węgrami, a oprócz nich i Chorwatów byli tu jeszcze nieliczni Serbowie i Niemcy.




poniedziałek, 26 października 2020

Węgierski i chorwacki interior - Nagycenk, Ják, Somogyvámos i inne miejsca.

Węgry traktuję w wakacje jako kraj tranzytowy. Owszem, zazwyczaj tam nocuję, moczę się na basenach termalnych i w Balatonie, ale zawsze główny cel jest w innym państwie. W tym roku zmuszony byłem nieco pozmieniać plany i wyszło, że Madziary są państwem w którym spędzimy najwięcej czasu. Dzięki temu pojawiła się okazja, aby trochę więcej niż zwykle powłóczyć się mniej uczęszczanymi trasami i zajrzeć w interior.

Zaczynamy od Nagycenk (Zinkendorf), wioski w pobliżu Sopronu. Jako ciekawostkę podam, iż podczas plebiscytu w 1920 roku, mającym zdecydować o przynależności tego rejonu do Austrii lub Węgier, w Nagycenk 99,5% głosów padło za Węgrami. Była to więcej najbardziej pro-węgierska miejscowość obszaru plebiscytowego.
Nie ten fakt nas jednak przyciągnął, a barokowy kompleks pałacowy położony przy głównej drodze.


Wybudowała go w XVIII wieku rodzina Széchenyi, a jego najznamienitszym lokatorem był István Széchenyi. Hrabia ten, urodzony w Wiedniu, to ścisła czołówka najważniejszych Węgrów w historii. Był pisarzem, przedsiębiorcą, z jego inicjatywy założono Węgierską Akademię Nauk oraz przerzucono nad Dunajem pierwszy stały most łączący Budę i Peszt (zwany dziś Mostem Łańcuchowym lub po prostu Mostem Széchenyiego). Był także politykiem, ale w przeciwieństwie do Kossutha liberalnym oraz antynacjonalistycznym, chciał łączyć, a nie dzielić. Takie postawy są zwykle mniej popularne i dziś Kossuth jest numerem jeden, a Széchenyi stoi w jego cieniu.

czwartek, 22 października 2020

Góry Opawskie - Biskupia Kopa oraz Srebrna Kopa. Klasycznie, debiutancko i widokowo.

Mój tata postanowił ruszyć ze mną w Sudety! O ile Beskid Śląsko-Morawski, Śląski i Żywiecki mamy solidnie przechodzone, o tyle w najdłuższym śląskim pasmie górskim chyba jeszcze razem nie byliśmy! Skoro miała być jednodniówka, to wybór padł na najbliższe nam Góry Opawskie. Na pewno był to jego debiut w tej jednostce geograficznej. Przy okazji zabraliśmy jeszcze Bastka, więc wyprawa odbywana była w trójkę.

Skoro Opawskie, to wypadałoby zaliczyć klasykę, czyli Kopę Biskupią. Skoro ja wybieram trasę, to tradycyjnie wejście od czeskiej strony. Samochód zostawiamy oczywiście w Zlatych Horach (Zuckmantel)...


...a pierwsze kroki kierujemy do knajpy 😏. Tata w górach zawsze wypija symboliczny kieliszek Becherówki, a ponieważ później nie będzie okazji do jego nabycia, więc od niego i dwóch piw zaczniemy.

W Republice Czeskiej od czterech dni trwał stan wyjątkowy. Na razie nie powodował większych komplikacji w codziennym życiu, ale nowy czeski minister zdrowia, zdeklarowany zwolennik zamykania wszystkiego i wszystkich, zaczął się zachowywać jak piroman w składzie drewna. Nie minął nawet tydzień, a zaostrzył ograniczenia, twierdząc, że poprzednie nie działają, po czym po kolejnych trzech dniach znowu powiedział to samo i zarządził semi-lockdown, unieruchamiając lokale, muzea, cały sport, kulturę i rozrywkę, a także... wyłączył wi-fi w galeriach handlowych. Nie jestem ekspertem, ale jak po tak krótkim czasie można oceniać wpływ dotychczasowych rozwiązań?? Mimo mocnych restrykcji liczba zakażeń rosła jak na drożdżach. Czeski rząd zapowiedział, że poczeka dwa tygodnie i wtedy podejmie decyzję o lockdownie... a następnie poczekał trzy dni i go wprowadził. Nie ma to jak wiarygodni politycy! Trzeba jednak przyznać, że nawet minister-piroman nie wpadł na razie na idiotyczny powszechnego noszenia maseczek w otwartych przestrzeniach... (Historia dopisała własne zakończenie: pod koniec października minister został wyrzucony ze stanowiska, po tym jak załapano go na łamaniu obostrzeń, które sam wprowadził 😛).

czwartek, 15 października 2020

Pogodowa ruletka nad Balatonem.

Chyba każdy z nas ma miejsca, do których zawsze z przyjemnością wraca, nawet jeśli był już tam wiele razy. Jak dla mnie niewątpliwie takim miejscem jest Balaton. Nie tyle konkretna miejscowość, ale same jezioro. To nic, że płytkie. To nic, że woda nie czaruje przejrzystością. To nic, że zatłoczone. Sentyment wszystko przebije. Tu przybywałem w czasie swojej pierwszej wizyty na Węgrzech, jeszcze z rodzicami i jakaś taka tęsknota do niego została.

W tym roku nawet nie byłem pewien czy jest sens się nad nie wybierać, bo prognozy pogody straszyły strasznym paskudztwem. Jednak kiedy zobaczyłem ten widoczek, a dopełniało go słońce i niebieskie niebo, wiedziałem, że jedziemy na kemping!


Kompozycja z linią kolejową. Tory są jednocześnie przekleństwem i atutem: biegną bardzo blisko wody zarówno na północnym jak i południowym brzegu, więc z jednej strony niezmotoryzowani łatwo się tu dostaną pociągiem, a z drugiej nieustannie słychać przejeżdżające lokomotywy.


środa, 7 października 2020

Z wizytą u książąt Esterházy - Forchtenstein, Eisenstadt i Fertőd.

Spośród licznych węgierskich rodów szlacheckich rodzina Es(z)terházy może ubiegać się o prymat pierwszeństwa pod względem znaczenia, a na pewno bogactwa. To zresztą nie zmieniło się do dzisiaj, gdyż ród nadal istnieje i posiada liczne nieruchomości.


Pochodzą z terenów dzisiejszej Słowacji. Ich pierwszą znaną siedzibą była Galánta, więc oficjalne nazwisko, którego zaczęli używać w XVI wieku, brzmiało Esterházy de Galántha. Początkowo należeli do szlachty raczej drobnej, jednak z każdym kolejnym stuleciem i członkiem rodu podnosili swoje znaczenie. Sposób na osiągnięcie sukcesu był stosunkowo prosty: bezwarunkowa lojalność wobec Habsburgów oraz kościoła katolickiego. W XVII wieku uzyskali awans na hrabiów i w tym też czasie podzieli się na trzy główne linie - Fraknó (Forchtenstein), Zólyom (Zvolen), Csesznek - oraz kilka kolejnych pobocznych. Głowa starszej linii z Fraknó otrzymała w 1687 roku tytuł książęcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, w 1712 roku uzupełniony o prawo dziedziczenia. Nowe dobra zdobywano przez nabycie ziemi konfiskowanej protestantom, zajmowanie terenów wyzwolonych z rąk Turków, a także dzięki trafnym małżeństwom. W efekcie Esterházy stali się największymi posiadaczami ziemskimi w państwie Habsburgów, a dochód przekraczał niekiedy zarobki cesarza. W XIX wieku książę Pál (Paul) Antal miał pod swoim zarządem cztery pałace, trzydzieści cztery zamki, czterdzieści miast i ponad setkę wiosek. Choć uchodził za najbogatszego człowieka na świecie, to kończył życie jako człowiek niemal ubogi, bo jego rozrzutność przeważała nad gospodarnością 😏.

piątek, 2 października 2020

Sopron - Civitas Fidelissima.

Sopron (niem. Ödenburg) liczy około 60 tysięcy mieszkańców, jest więc średniej wielkości węgierskim miastem (aktualnie zajmuje 14 pozycję na krajowej liście). Gdyby nie jego historia, to byłby raczej mało znaną miejscowością, ale... no właśnie, historia.


Jak w wielu węgierskich przypadkach początki grodu sięgają czasów rzymskich, kiedy w I wieku w prowincji Panonia założono Scarbantię, położoną na Bursztynowym Szlaku przy skrzyżowaniu dróg prowadzących m.in. do Vindobony. Pierwszymi mieszkańcami byli kupcy oraz weterani kończący służbę w armii. Węgrzy pojawili się w tym regionie na przełomie tysiącleci po wiekach wyludnienia, a w 1277 Sopron otrzymał statut "wolnego miasta królewskiego". Nigdy nie okupowali go Turcy, choć zdarzyło im się go zdobyć i spustoszyć, z kolei uciekinierzy z innych terytoriów zajętych przez muzułmanów często osiedlali się właśnie w Sopronie. Jego rola w kolejnych wiekach rosła, stał się siedzibą komitatu. 
Na początku XX wieku zachodnią część tej jednostki administracyjnej zamieszkiwała głównie ludność niemieckojęzyczna. W okolicznych wioskach stanowili absolutną większość, zdarzały się też osady, gdzie dominowali Chorwaci. W Sopronie sytuacja była bardziej skomplikowana - nieco ponad połowa obywateli faktycznie mówiła po niemiecku, ale używających węgierskiego było niewielu mniej, do tego kilka procent Słowian. Po upadku Austro-Węgier mądrzy i nieomylni politycy alianccy zarządzili przyłączenie zachodu komitatu do Austrii bez pytania nikogo o zdanie. Spodziewano się kolejnej bezwarunkowej kapitulacji Węgrów, ale tym razem się przeliczono, bowiem wybuchło powstanie, o którym pisałem w poprzednim poście. Jego efektem była zgoda mocarstw na plebiscyt w Sopronie/Ödenburgu i otaczających go miejscowościach. Austriacy nie oponowali, zapewne licząc na zwycięstwo, które - patrząc na statystyki demograficzne - im się po prostu należało... Spotkała ich jednak niespodzianka: często się zapomina (zwłaszcza w Polsce), że deklarowany język ojczysty to nie to samo co świadomość narodowa. Mówiący po niemiecku Soprończycy/Ödenburgczycy czuli się Madziarami nie gorszymi od tych z Budapesztu i w zdecydowanej większości poparli pozostanie przy Macierzy. Na prowincji było inaczej - w pięciu z ośmiu wiosek zwyciężyła opcja austriacka, jednak ponad 70% głosów prowęgierskich w mieście przeważyło i cały region plebiscytowy przyznano Węgrom.
Czy wpływ na wynik mógł mieć fakt, że listy uprawnionych do głosowania układali Węgrzy, a Austriacy nie mieli (na własne życzenie) swoich przedstawicieli w komisjach? Nie wiem, choć nie pojawiły się żadne oskarżenia o fałszerstwa. Jedyny sukces w obronie granic stał się wielkim świętem na Węgrzech, a Sopron/Ödenburg otrzymał zaszczytny tytuł Civitas Fidelissima - "najbardziej lojalnego miasta". 

Taki przebieg wydarzeń oznaczał jednak spadek znaczenia: Sopron, szykowany na stolicę Burgenlandu, na Węgrzech stracił własny komitat. Stał się miastem na samej granicy, która "wrzyna" się w tym miejscu w terytorium austriackie. A że wdzięczność ma krótką pamięć, to niemieckim Soprończykom podziękowano ćwierć wieku po plebiscycie, wypędzających większość z nich z miasta. Na szczęście nie wszystkich - ponad trzy tysiące (5%) nadal tu mieszka, o ich obecności przypominają dwujęzyczne tablice i nazwy ulic w centrum.


niedziela, 27 września 2020

Burgenland, Bruck, Wiener Neustadt i okolice.

Burgenland jeszcze sto lat temu nie istniał. Jego tereny od wieków stanowiły pogranicze niemiecko-węgierskie, a przynależność państwowa wielokrotnie się zmieniała. Mimo, że od średniowiecza przeważała tam ludność germańska, to w XV wieku król Maciej Korwin włączył je w granice Królestwa Węgier jako "Niemieckie Węgry Zachodnie" i pozostały tam aż do XX wieku. 

Wielka Wojna i upadek Austro-Węgier kompletnie przeorał sytuację polityczną w tym regionie. Przeważający w zachodnich częściach granicznych komitatów Niemcy chcieli trafić do nowej, republikańskiej Austrii, Węgrzy nie chcieli o tym słyszeć. Do tego wtrącili się Czesi, bo prezydent Masaryk wpadł na genialny pomysł utworzenia "słowiańskiego korytarza" długiego na 200, a szerokiego na 80 kilometrów. Powodem miała być liczna grupa mieszkających tu Słowian, a konkretnie Chorwatów, choć praktycznie nigdzie nie stanowili oni większości. Ów korytarz łączyłby Czechosłowację z Jugosławią, a najlepiej, gdyby oczywiście zarządzała nim Praga. Pomysł ten był tak idiotyczny, że nie poparła go nawet Ententa, do tej pory spełniająca prawie wszystkie zachcianki Czechów.

Traktaty międzynarodowe przyznały sporny obszar Austrii - była to mniej niż połowa dotychczasowych komitatów Moson, Sopron i Vas. Wbrew pozorom struktura etniczna była tu dość pokręcona, w przybliżeniu można napisać, iż w miastach mieszkali przeważnie Madziarzy, a na wsiach Niemcy i Chorwaci. Austriacka administracja powinna przejąć władzę w sierpniu 1921 roku, jednak do tego nie doszło. Rok wcześniej zwycięskie państwa drastyczne okroili Węgrów w Trianon, teraz Węgrzy postanowili stawić zbrojny opór. Wybuchło powstanie, oficjalnie będące spontanicznym wystąpieniem mieszkańców, ale po cichu wspierał je Budapeszt. Powstańcy skutecznie odpierali próby austriackich żandarmów i wojskowych, lała się krew, padali zabici. W październiku ogłosili utworzenie własnego państwa Lajtabánság (Palatynatu Litawskiego). Sytuacja stawała się patowa - Austriacy nie chcieli eskalacji, powstańcy nie chcieli kapitulacji. Ostatecznie dzięki mediacji Włoch doszło do porozumienia - samozwańcze państewku uległo rozwiązaniu i znalazło się w Austrii, ale jednocześnie zgodzono się na zorganizowanie plebiscytu w największym mieście - Sopronie - i okolicy. O plebiscycie jeszcze wspomnę w kolejnym wpisie, ale wygrała go strona węgierska, co ustaliło granicę w dzisiejszym kształcie, a to powoduje, iż Burgenland przybrał nietypową postać długiego i wąskiego pasa (w najwęższym miejscu mierzy ledwie... 5 kilometrów 😛).

A skąd nazwa? Początkowo Austriacy używali określenia Vierburgenland (Kraj Czterech Zamków). Chodziło o stolice (zamki) czterech komitatów: Pozsony, Moson, Sopron i Vas. Żadne z nich nie znalazły się w granicach Austrii, więc nazwę tę można było uznać za kontrowersyjną i wyrażającą pretensje terytorialne, zatem skrócono ją do Burgenlandu (Kraj Zamków). W tym przypadku nie ma żadnych niedomówień, gdyż faktycznie zamków w landzie jest sporo.

Właśnie Burgenland wybrałem jako pierwszy rejon do zwiedzania podczas tegorocznego urlopu. Granicę austriacko-słowacką przekraczamy na dawnym przejściu Petržalka-Berg. To jeszcze nie Burgenland, ale kraj związkowy Dolna Austria, więc granica jest w tym miejscu niezmieniona od kilku wieków. Pamiątkę po starych czasach stanowi historyczny słup graniczny. Pokazuje on odległość do Wiednia na Stephansplatz (55 kilometrów) oraz do Bratysławy (Pressburga) na Michaelerplatz (8 kilometrów; szczerze pisząc nie wiem, o który plac chodzi, może o okolice Bramy Michalskiej?). Górną część zajmował zapewne kiedyś cesarski orzeł, teraz skuty.


wtorek, 22 września 2020

Osoblažsko na rowerze, Strážnice piechotą.

Osoblažsko to niewielki przygraniczny rejon położony w kraju morawsko-śląskim. Przebieg granicy sprawia, że tworzy on "worek" lub "cypel" wbijający się w polskie terytorium: od północy i od wschodu, a częściowo i od południa czeską ziemię otacza Polska, stąd popularna nazwa Osoblažský výběžek (cypel/worek osobłocki). Większość tego terenu to wschodnie krańce Gór Opawskich ze szczytami rzadko przekraczającymi 500 metrów wysokości. Okolica ciekawa, urozmaicona krajobrazowo oraz architektonicznie, więc wybraliśmy ją na kombinowaną wycieczkę rowerowo-pieszą, podobną do tej, jaką odbyliśmy z Bastkiem pod koniec czerwca.

W piątkowy poranek zajeżdżamy do Liptaňa (niem. Liebenthal), leżącego mniej więcej w środku ziemi osobłockiej. O tej porze w wiosce jeszcze niewiele się dzieje; parkujemy samochód naprzeciwko knajpy, do której zajrzymy wieczorem. Za plecami mamy Potraviny Romana, lecz przy kasie stoi jakaś baba, a nie żaden Roman.



środa, 16 września 2020

Zabytkowe świątynie w okolicach Radymna i Przemyśla.

Wrześniowy wyjazd w podkarpackie wykorzystałem, aby pokręcić się po wioskach w okolicach Radymna i Przemyśla. Ponieważ są to rejony, które aż do lat 40. ubiegłego wieku zamieszkiwała przeważnie ludność ukraińska, to zakładałem, że będę zwiedzał głównie drewniane cerkwie. I rzeczywiście tak było, choć doszły do tego również inne zabytki.

Pierwszy postój zarządzam na parkingu za Rzeszowem, aby rozprostować kości. Autostrada A4 wygląda tu zupełnie inaczej niż na Śląsku i przy Krakowie: pusta i przyjemna dla ruchu, zbiornik przeciwpożarowy cieszy oko.


Z autobany zjeżdżamy na węźle Przemyśl. Najbliższa miejscowość to Zadąbrowie (Задуброва). Nie widzę żadnych oznaczeń prowadzących w kierunku tutejszej świątyni (co okaże się normą w kolejnych wioskach), przez krótki czas krążę bezradnie po remontowanych drogach i w końcu zagaduję jednego z robotników:
- Kościół? Pojedzie pan tam i tam, stoi obok takiej drewnianej cerkwiewki - wyjaśnia.
O tę cerkiewkę mi właśnie chodziło, nie wiedziałem, że wioska posiada również inny kościół. Określenie "cerkiewka" pasuje tu idealnie, gdyż budynek faktycznie jest niewielki i z daleka wygląda jak model do sklejania.


czwartek, 10 września 2020

Beskid Niski: Z Zyndranowej do Zawadki przez Chyrową i Duklę, plus pustelnia św. Jana.

Zyndranowa (Зындранова) to moja ulubiona wioska Beskidu Niskiego. Zawsze zaglądam tam z wielką przyjemnością. Tym razem po raz pierwszy udało mi się do niej dotrzeć stopem - pani mieszkająca do niedawna w Krakowie wysadziła mnie przy nowym moście na Pannie.

Chatka i baza namiotowa SKPB Rzeszów (też moja ulubiona) leży półtora kilometra dalej, niemal na samiutkim końcu miejscowości. Tłumów nie ma, ale i tak nie mogę spać w środku, bo nie zarezerwowałem wcześniej noclegu, a pojedynczym turystów nie udostępniają całych pokoi. Takie zasady w czasie epidemii, o których wiedziałem wcześniej i całkowicie zaakceptowałem, świadomie się nie zapowiadając. To i tak lepiej niż w przypadku kilku innych obiektów "studenckich" w Beskidach, które poszły na łatwiznę i w ogóle się nie otworzyły.

Rozbijam namiot na trawie za budynkiem obok czterech innych. Twarz jednego z poznanych chłopaków wydaje się znajoma.


Okazuje się, że to Dominik, który cztery lata temu prowadził grupę kursantów SKPG Kraków i spotkaliśmy się w Zawadce Rymanowskiej. Teraz bawi się tu zupełnie prywatnie wraz z kumplami.

Tymczasem na południu zaczyna się niepokojąco ściemniać. Wkrótce słyszymy odgłosy silnej burzy, walącej w słowacką ziemię.



niedziela, 30 sierpnia 2020

Beskid Niski: Habura - Čertižné - Jaśliska - Daliowa - Króliki dwa - Zyndranowa.

Granicę polsko-słowacką przekraczam przy znaku z tabliczką "Vodojem, štátna hranica". Zaraz za białymi słupami faktycznie widać jakąś ukrytą w ziemi konstrukcję i słychać szum wody. Z Jasiela szedłem tu godzinę i piętnaście minut, w podobnym czasie powinienem zejść do doliny.


O ile po polskiej stronie Beskid Niski był w tej okolicy zalesiony, o tyle Nízke Beskydy witają szerokimi polanami. To się nazywa dobra zmiana! Żeby nie było idealnie, to dość często muszę szukać szlaku, gdyż w wysokiej trawie prawie nie widać śladów innych piechurów, a nieliczne oznakowania namalowano na sporadycznie występujących pieńkach czy kawałkach żelastwa (na drugim zdjęciu widać metalowy słupek pod rzędem drzew).




czwartek, 13 sierpnia 2020

Beskid Niski: Komańcza - Czystogarb - Jasiel.

I znowu jestem w Komańczy! I znowu, podobnie jak rok temu, zaczynam stąd letnią przygodę z Beskidem Niskim

A miało mnie tu nie być - pierwotne plany przewidywały rozpoczęcie wędrówki w okolicach Gorlic. Tydzień wcześniej okazało się jednak, że na szlaki muszę ruszyć jednoosobowo, więc zmieniłem marszrutę, aby zacząć od wschodniego krańca pasma. Tradycyjnie dość mocno straszyły mnie prognozy pogody: w góry przybyłem w poniedziałek i na ten dzień przewidywano początek wielodniowego załamania aury z silnymi deszczami i niską temperaturą! Człowiek może się załamać oglądając coś takiego, ale nie upadałem na duchu... Potem prognozy stopniowo poprawiały się. Co prawda jadąc tutaj autobusem przeżyłem kilka godzin oberwania chmury, ale mniej więcej od Sanoka niebo robiło się coraz łagodniejsze, a w Komańczy pojawiło się słońce!


Inaczej niż zwykle dotarłem na końcowy przystanek dość późno, bo zegarek wskazuje prawie 14-tą.  Nie szkodzi, mam kupę czasu do zachodu słońca. Ponieważ "Brama w Bieszczady" - jak się gmina reklamuje - to nieustannie gastronomiczna pustynia, więc bez zbędnych ceregieli ruszam drogą na zachód.

W miejscu, gdzie teraz znajduje się parking, jeszcze dwa lata temu stał pomnik milicjantów zabitych przez Narodowe Siły Zbrojne. Później bohatersko się go pozbyto...


Maszerując chodnikiem i uśmiechając się do okolicy przeżywam pierwsze nieszczęście: z bocznej kieszeni plecaka wypada mi woda i butelka przebija się, sikając na zewnątrz silnym strumieniem. Wypijam trochę i próbuję ją jakoś umocować z powrotem, lecz ta ciągle popuszcza mocząc wszystko dookoła. Niedobrze, to mój jedyny zapas napoju bezalkoholowego! Muszę znaleźć sklep!

sobota, 8 sierpnia 2020

Beskid Śląsko-Morawski: Kamenitý - Kolářova chata - Horní Lomná.

Dolina Łomnej (Údolí Lomné) i otaczające je góry to jeden z przyjemniejszych zakątków Beskidu Śląsko-Morawskiego, więc okolicę tę wybrałem jako cel kolejnego (a pierwszego w tym roku) wypadu z tatą w czeskie Beskidy. Tak po prawdzie to mamy już problem wyznaczyć szlaki na których nas jeszcze nie było, a które jednocześnie nie są pozbawione infrastruktury turystycznej typu schronisko czy restauracja. Tym razem postanowiliśmy połączyć odcinki już kiedyś przechodzone z czymś nowym.

Samochód zostawiamy przy wjeździe na leśną drogę prawie dokładnie na granicy Horní i Dolní Lomnej. Nieduży parking przy szlaku był już całkowicie zapełniony, a resztę wolnej przestrzeni zajął ciężki sprzęt do zrywki drewna, musieliśmy się więc cofnąć o kilkaset metrów.


Bezszlakowo omijamy asfalt, aby dojść do niebieskiej trasy prowadzącej w stronę grzbietu. Z przecinki możemy popatrzeć na stoki przeciwległej góry - Mionší vrchu. Częściowo zachował się tam pralas jodłowo-bukowy, który chroni rezerwat utworzony w 1933 roku.


poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Žulovská pahorkatina na rowerze, Boží hora na nogach.

Žulovská pahorkatina to czeska część Przedgórza Paczkowskiego, choć granice tej jednostki nie pokrywają się z polskim podziałem. Nie ma to jednak większego znaczenia - teren wokół Žulovej to pofałdowane, interesujące pod względem turystycznym okolice. Bywałem tam wielokrotnie, ale zazwyczaj przejazdem, bez dokładniejszego zwiedzania mniej oczywistych miejsc. Kiedy pod koniec czerwca Czesi otwarli granicę, postanowiliśmy z Bastkiem skoczyć właśnie w ten rejon. Z rowerami, aby móc kontemplować zabytki oraz spotykane lokale 😏.

Parkujemy w "stolicy", czyli wspomnianej Žulovej (do 1948 roku nosiła nazwę Frýdberk, od niemieckiego Friedberg). Liczące nieco ponad tysiąc mieszkańców miasteczko z rynkiem, sporą grupą starej zabudowy oraz górującą nad nim górką - o której jednak będzie później. Tam też wyciągamy dwukołowce i zostawiamy samochód.



piątek, 24 lipca 2020

Wielkopolska i Kujawy - Szlak Piastowski, Szlak Romański, Szlak Architektury Drewnianej i inne...

Jakiś czas temu województwa i inne jednostki administracyjne postawiły na promocję i postanowiły przyciągać turystów różnymi szlakami tematycznymi. W przypadku Wielkopolski i Kujaw mamy do czynienia m.in. ze Szlakiem Piastowskim, Szlakiem Romańskim, Szlakiem Architektury Drewnianej, Szlakiem Pałaców i Dworów oraz innymi. Te dwa ostatnie istnieją głównie w folderach reklamowych powiatu gnieźnieńskiego. Obiekty Szlaku Romańskiego znajdują się w różnych zakątkach Polski, natomiast najbardziej "autochtoniczny" jest ten pierwszy - Szlak Piastowski. I trudno się dziwić, w końcu tu zaczęło się państwo polskie...


Na szlaku możemy podziwiać np. zabytki Poznania i Gniezna, Stare Miasto, Ostrów Lednicki oraz Biskupin (który akurat z Piastami miał niewiele wspólnego). Poniżej przedstawiam alfabetyczny spis innych odwiedzonych miejscowości, które również są na liście. 

Czy szlak ten spełnia swoją rolę w przyciąganiu turystów? Nie jestem pewien, bo nie spotkaliśmy żadnych innych zwiedzających (z jednym wyjątkiem), a przynależność do trasy tematycznej sprowadza się często do pojedynczej tabliczki. Oznakowanie także pozostawia wiele do życzenia, a bez wcześniejszej rezerwacji raczej nie ma szans na spokojne zwiedzanie wnętrz.

czwartek, 16 lipca 2020

Wielkopolskie muzea: w Biskupinie, Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie i Pierwszych Piastów na Ostrowie Lednickim.

W tym wpisie chciałbym zaprosić do wirtualnego zwiedzenia trzech ważnych muzeów: jednego tradycyjnego w Gnieźnie i dwóch plenerowych w jego okolicy. Opiszę je zgodnie z chronologią moich wizyt.

Najpierw zajrzymy do Biskupina i jego słynnego Muzeum Archeologicznego. Administracyjnie to województwo kujawsko-pomorskie, ale historycznie jesteśmy na Pałukach, krainie wchodzącej w skład Wielkopolski. 

W Biskupinie odkrycie śladów przeszłości nastąpiło tak, jak zdarza się często, bo przez przypadek: w wyniku prac melioracyjnych poziom jeziora się obniżył i odsłonił starożytne pozostałości. Zaczęli je zbierać tutejsi chłopi, nie zdając sobie sprawy z tego jak są cenne, a w końcu dzieci pokazały je nauczycielowi, który nagłośnił sprawę. To jedna wersja historii, druga mówi, że nauczyciel sam w czasie spaceru zauważył, że z wody coś się wyłania. Ponieważ władze nie wykazały zainteresowania odkryciem, dotarł on do profesora archeologii z Uniwersytetu Poznańskiego, Józefa Kostrzewskiego i ten zainicjował prace badawcze. Na kalendarzu kartki wskazywały rok 1934.

Wykopaliska prowadzono w latach 30., następnie kontynuowali je Niemcy w czasie wojny (oczywiście im przyświecał cel dokładnie odwrotny niż Polakom), a potem już w PRL-u. Od 1950 roku działa muzeum/skansen, który zawsze chciałem odwiedzić. Teraz nadarzyła się okazja, choć znajomi ostrzegali: "Zawiedziesz się". Zapewne. Jak człowiek koniecznie chce coś zobaczyć, to bardzo często okazuje się, iż rzeczywistość nie nadąża za wyobrażeniami.


Na dzień dobry niemiły ceremoniał: płacimy za bilety wstępu, a dodatkowo za parking. Bez sensu. Okolica zorganizowała się turystycznie wokół skansenu: widać tablice kierujące do mniej lub bardziej interesujących miejsc, utworzono jakieś dziwne muzea, pokraczne place zabaw, punkty gastronomiczne i tym podobne. Staramy się nie zwracać na to uwagi i już mieliśmy przekroczyć bramę wejściową, gdy nadjechał pociąg! Nie byle jaki, tylko wąskotorowy. To fragment Żnińskiej Kolei Powiatowej, kursującej ze Żnina do Gąsawy. Nawet przez chwilę się zastanawiamy, czy również się nie przejechać tam i z powrotem, lecz w końcu udajemy się na zwiedzanie.


wtorek, 7 lipca 2020

Gniezno - miasto prymasa i królików.

Powiat gnieźnieński reklamuje się hasłem "tu powstała Polska", ale w dużym stopniu można je odnieść także do samego Gniezna (łac. Gnesna, niem. Gnesen). Co prawda raczej nie tutaj dokonano chrztu Mieszka I (choć tak uczono mnie w szkole), ale było ono prawdopodobnie pierwszą stałą stolicą państwa. Wcześniej Piastowie nie mieli jednego centralnego ośrodka, przenosił się on wraz z władcą, ale pod koniec X wieku taką rolę przyjęło właśnie Gniezno. Tu istniało już od kilku dekad książęce palatium, tu Mieszko wzniósł kościół, w którym miał pochować swoją czeską żonę, tutaj wreszcie w 1000 roku odbył się słynny zjazd gnieźnieński i ustanowiono pierwszą metropolię kościelną (pierwsze biskupstwo powstało po chrzcie władcy w Poznaniu i sam Poznań także bywa uznawany za pierwszy główny gród Piastów - dyskusja na ten temat trwa od kilkuset lat i nie ma końca). O Gnieźnie jako stolicy wyraźnie wspominał Gall Anonim, a pierwsi królowe zakładali tu koronę.

Gniezno swoją stołeczną rolę pełniło dość krótko, do czeskiego najazdu w 1038 roku, kiedy to zostało doszczętnie zniszczone przez księcia Brzetysława. Funkcję najważniejszego ośrodka kościelnego utrzymało jednak do dzisiaj, mimo, że czasami można odnieść wrażenie, iż przeniósł się on do Torunia 😏. Z tego też powodu najcenniejsze zabytki w mieście to obiekty sakralne, więc o nich będę się w tym wpisie rozpisywał.

Pierwszy z nich i to od razu "numer 1" widać znad jeziora Jelonek, kilkaset metrów od naszego miejsca noclegowego.


czwartek, 2 lipca 2020

Wschodnia Wielkopolska - od leśnej cerkwi w Chróścinie do łuku triumfalnego w Ślesinie.

O tej porze roku zazwyczaj kręcę się przez kilka dni za polską granicą. Tym razem wirus wymusił zmianę planów - z powodu zamknięcia granic konieczne stało się zaplanowanie "czerwcówki" w Polsce. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? Głównym celem stała się Wielkopolska, a konkretnie jej wschodnia część.

Zwiedzanie postanowiła torpedować pogoda. Na weekend zapowiadano same kataklizmy przewalające się przez Polskę - bardzo silne deszcze, gradobicia, burze, a nawet trąby powietrzne. Ostatnio często tak mam, gdy zamierzać gdzieś się ruszyć na dłużej, podejrzewam, że to celowe działanie kogoś odpowiedzialnego za aurę 😏. Piątkowy poranek przywitał mżawką, która z każdą chwilą robiła się silniejsza. W ostatniej śląskiej wiosce - Gołkowicach (Golkowitz, 1936–1945 Alteichen) - leje już tak mocno, że nie można bezpiecznie jechać. Zatrzymuję wóz pod murem otaczającym miejscowy pałac i czekamy na poprawę. Mija kwadrans, droga zmieniła się w potok, przejeżdżające obok auta wzbijają półtorametrowe fontanny. Wreszcie po pół godzinie poprawiło się na tyle, że można było ruszyć dalej, ale ostrożnie - asfalt przykrywa warstwa wody sięgająca połowy kół albo i wyżej. Liczne dziury w nawierzchni zaczęły pełnić rolę pułapek wciągających kierowców...

Na poniższym zdjęciu nie fotografowałem brzegu jeziora - to skraj drogi, a w tamtym momencie dość wartkiego strumienia 😏.


W pewnym momencie niespodziewanie wszystko się uspokoiło i tylko pojedyncze krople uderzają w karoserię. Staję przed mostem przerzuconym nad Prosną. W tym miejscu przez całe wieki znajdowała się granica. Początkowo Rzeczpospolitej i Śląska, potem Rosji i Prus. W okresie międzywojennym rozdzielała Polskę i Niemcy. Obecnie została zdegradowana do granicy województw. Na drugim brzegu, w Goli, jeszcze w ubiegłym roku stał budynek strażników granicznych lub celnych. Dziś zastąpił go... domek holenderski 😛.



piątek, 26 czerwca 2020

Rowerem po wschodnich obrzeżach Gór Opawskich.

Pewnej czerwcowej soboty ruszyliśmy w Góry Opawskie. Samochodem, ale na tylnych siedzeniach i w bagażniku leżały rowery. Wschodnia część pasma jest na tyle niska, iż dobrze będzie się nadawać do tej formy transportu. Wysokości nad poziomem morza są tak małe, że w nowym podziale geograficznym rejon ten został zdegradowany do Przedgórza Paczkowskiego. Trzymamy się jednak klasycznego podziału Jerzego Kondrackiego i przyjmujemy, że jedziemy w najprawdziwsze góry.

Wybraliśmy się dość wcześnie, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Powody ku temu były trzy: zapowiadane upały, zapowiadane popołudniowe burze oraz mój plan dotarcia wieczorem do koleżanki na grilla. Po godzinie 8-mej zjawiamy się w Prudniku (Neustadt) i parkujemy auto obok Parku Miejskiego. Bastek wyciąga sprzęt, a ja idę sfotografować pobliski pomnik z napisem "Bóg i Ojczyzna".



Oporządzeni i spakowani kierujemy się na siodełkach w kierunku południowym. Jeśli mnie pamięć nie myli, to moja ostatnia wyprawa na kołach w góry była chyba jeszcze w szkole średniej. Tylko poziomice nieco wyższe, bo dotarliśmy na Skrzyczne 😏.

piątek, 19 czerwca 2020

Ustrzyki Górne w deszczu, Mała i Wielka Rawka na pocieszenie.

Ostatni poranek w Bieszczadach wita mnie deszczem... Jakoś mnie to wcale nie dziwi. Komplikuje jednak resztę dnia, skoro autobus powrotny na Śląsk mam dopiero o 21.40. Co ja będę robił cały dzień? Na wielogodzinne siedzenie w barze mnie nie stać...

Na początek próbuję się rozgrzać pod prysznicem, ale woda jest co najwyżej letnia. Jeszcze nie udało mi się spotkać w "Kremenarosie" ciepłej. Podobno to wina ogrzewania z paneli słonecznych, ale mało to interesuje człowieka przy tej pogodzie. Następnie wcinam na śniadanie jajecznicę, niechętnie się pakuję i punktualnie o 10-tej oddaję klucz. Plecak zostawiam w części restauracyjnej schroniska, w kącie - obsługa jest przyzwyczajona, bo turyści czekają na transport aż do wieczora, wczoraj tak robiło kilka osób.

Idę się przejść po Ustrzykach Górnych (Устрики Горішні). W deszczu wyglądają jeszcze bardziej ponuro niż zwykle...



Mijam zamknięte lokale... "Bieszczadzką Legendę" zlikwidowano. Podobno rzeczywiście była legendarna. No cóż, ja tam zajrzałem ze dwa razy i wszyscy w środku byli już w takim stanie, że ciężko było z kimkolwiek się dogadać.


niedziela, 14 czerwca 2020

Zobaczyć Tarnicę i zmoknąć. A potem się zachwycić.

Najwyższy szczyt Bieszczad(ów) zdobyłem tylko raz, cztery lata temu. Od tamtego czasu wpisany jest na listę rezerwową miejsc do odwiedzenia, zawsze było coś ciekawszego. Tym razem także miałem inny pomysł: w trzeci dzień pobytu chciałem przejść się Połoniną Wetlińską i Caryńską do Ustrzyk Górnych, gdzie w "Kremenarosie" zarezerwowałem nocleg. No, ale plany są po to, aby je zmieniać! Wyjeżdżałem rano z bacówki w Jaworcu w otoczeniu prawie bezchmurnego nieba, te jednak bardzo szybko zaczęło się niebezpiecznie zaciągać. W głowie biły mi się różne myśli, lecz w końcu poprosiłem poznaną w schronisku koleżankę (która zgodziła się mnie podwieźć na szlak), aby wysadziła mnie dopiero w Ustrzykach.

W "Kremenarosie" czekają na mnie dwie wiadomości. Dobra to taka, że mimo wczesnej pory (godzina 10-ta) mój pokój jest już wolny i mogę tam zostawić swoje rzeczy. A zła, że o 11-tej ma zacząć padać!
- Ale jak to? - dziwię się. - Jak długo?
- Do końca dnia - odpowiada beznamiętnie facet zza baru. 
Poczułem, jakby ktoś mi skrzydła obciął... Szybko jednak otrząsam się i pędzę do pokoju. Wyrzucam z plecaka zbędne rzeczy i wybiegam na dwór, w kierunku skrzyżowania w stronę Wołosatego. Jeszcze świeci słońce, lecz dookoła coraz ciemniej...


Próbuję łapać stopa, ale widząc busik decyduję się na płatną podwózkę. 7 złotych za 6 kilometrów - niezła stawka. Gdybym chciał zajechać nad morze, to musiałbym zostawić większość wypłaty u takiego przewoźnika.