sobota, 1 października 2022

Albania północna: odrobina luksusu i szczypta interioru. A także wycieczka rowerowa do mostu w Mat.

Zazwyczaj pierwszym albańskim miastem na mej drodze jest Szkodra (Shkodër  lub Shkodra). Lubię ją. W centrum niektóre ulice z wyremontowanymi domami przypominają południowe Włochy, ale wystarczy czasem przejść dalej kilkaset metrów i zaczyna się typowy albański misz masz.



Wymieniamy walutę, kupujemy trochę pamiątek dla rodziny i znajomych, po czym jedziemy kilkanaście kilometrów na północ, gdzie nad Jeziorem Szkoderskim znajduje się kemping Lake Shkodra Resort. Już sama nazwa sugeruje, z czym możemy mieć do czynienia.


Enklawa zachodniej Europy na Bałkanach. Choć to właściwie lekkie uproszczenie, bo Albania rozwija swój sektor turystyczny w niesamowitym tempie i widok obrazków niczym nie odbiegających od wybrzeża znacznie bogatszych krajów nie jest dziś wcale taki rzadki. Nie da się jednak ukryć, że tutejsze okolice są dość biedne i wśród nich ten kemping jawi się jak z innej planety. Jest czysto, równo, porządnie. Napisałbym, że "po europejsku", lecz na każdym znanym mi albańskim kempingu było podobnie z bardzo prostego powodu: korzystają z nich niemal zawsze cudzoziemcy. Albańczyków zobaczymy jedynie jako obsługę. Tak było i tym razem: co prawda na parkingu stało kilka samochodów z albańskimi rejestracjami, w tym jedno na numerach dyplomatycznych, lecz wśród nocujących języka albańskiego nie uświadczyliśmy.

wtorek, 27 września 2022

Widokowe drogi Czarnogóry: A-1, Barutana, Pavlova Strana i R-15.

Jazda po czarnogórskich drogach bywa wyzwaniem, za które jednak czeka nagroda. Czarnogórskie trakty są - moim zdaniem - jednymi z najbardziej widokowych w Europie. Wiedzą o tym władze tego małego kraju i wyznaczyły w terenie liczne "trasy panoramiczne".


Zdecydowana większość powierzchni Czarnogóry stanowią góry - według niektórych danych jest to nawet 90% terenu. Trudno się dziwić, że gdziekolwiek spojrzymy, tam je widzimy, nawet jeśli akurat jesteśmy na kawałku płaskiego. Na zdjęciu poniżej miasteczko Mojkovac, przez które przepływa Tara. Ten fragment doliny wykorzystano do budowy nietypowego obiektu sportowego, składającego się ze ścieżki rowerowej i bieżni dla biegaczy.


Pierwsza opisywana tutaj droga była dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Jedziemy na południe w kierunku stolicy i nagle widzę zielone znaki z napisem "Podgorica". A zielony kolor w wielu państwach oznacza autostradę. Problem jest taki, że przecież Czarnogóra autostrad nie posiada! Nawet odcinek z Virpazaru do Sutomore, na którym znajduje się tunel Sozina, nie jest autostradą. A może coś przegapiłem? Bez namysłu skręcam w bok i po kilkunastu minutach rzeczywiście widzę oznaczenie autobany i duży węzeł drogowy. W ramach kontrastu przede mną wlecze się jakaś rozpadająca się półciężarówka ze średnią prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę...


czwartek, 22 września 2022

Beskid Niski na lajcie: trochę Słowacji, trochę historii wojennej i Zyndranowa.

Budzę się w środowy poranek w chatce w Zyndranowej. Słońce świeci, ptaszki śpiewają, więc mogę rozpocząć drugą część sierpniowego pobytu w Beskidzie Niskim. Dziś dzień słowacko - militarny! Żegnam się na kilka godzin z chatkową ekipą oraz ruszam żółtym szlakiem, który biegnie tuż obok obiektu i przekracza potok Panna mostkiem z osobliwym napisem.


Fakt, coś tam wieczorem piłem, ale dlaczego z tego powodu miałbym nie iść?

Wdrapuję się w górę wśród pól z widokami na okolicę.



Otacza mnie las i po pół godzinie dochodzę do granicy. Rzeczywiście mamy suszę, skoro zniknęło błoto, występujące na szlaku granicznym ZAWSZE! Idę w kierunku zachodnim wzdłuż słupków pamiętających delimitację Państwa Słowackiego i III Rzeszy, ale o tym już wielokrotnie kiedyś pisałem.



sobota, 17 września 2022

Beskid Niski na lajcie: Iwonicz-Zdrój - Jaśliska - Zyndranowa.

Dawno nie zdarzyło mi się zaczynać wędrówki o 6.20 rano - a o takiej godzinie przybyłem w połowie sierpnia do Iwonicza-Zdroju. Gdy wyskoczyłem z autobusu jedno z najstarszych polskich uzdrowisk powitało mnie pustymi chodnikami i ciszą... Nie na długo - wkrótce pojawili się pierwsi ludzie spieszący na pierwszą mszę. Kurde, święto państwowe, długi weekend, a oni już nie śpią??



Oczywiście wierni pędzą do nowego, bezpłciowego kościoła. Stary drewniany kościół stoi pusty i otwarty. Wchodzę na zrobienie kilku zdjęć, choć z powodu słabego światła są one dość ziarniste. A tak na marginesie - tutejsza parafia ma bardzo ciekawego patrona - świętego Iwona.



piątek, 9 września 2022

Czy Podgorica to naprawdę najnudniejsza stolica?

Wśród europejskich stolic Podgorica ma jedną z najgorszych opinii. "Nudna", "beznadziejna", "nic tam nie ma", "szkoda czasu", "wysiąść z samolotu i zaraz spadać". Do tej pory kilkukrotnie przez nią przejeżdżałem i, faktycznie, w centrum nie bardzo było na czym oko zawiesić. Postanowiłem jednak dać jej szansę i jadąc na południe zarezerwowałem sobie jeden nocleg w stolicy Czarnogóry.
 
Dzisiejszy wygląd miasta to efekt II wojny światowej - lotnictwo alianckie bombardowało ją ponad osiemdziesiąt razy i to na prośbę komunistycznych partyzantów (jugosłowiański rząd na uchodźstwie był temu przeciwny). Celem były oddziały niemieckie, ale ginęli głównie cywile, a zabudowa została w większości zrównana z ziemią. Trudno sobie wyobrazić, aby Armia Krajowa namawiała sojuszników, żeby zniszczyli z powietrza Warszawę, bo zbierają się w niej jednostki Wehrmachtu. Tito nie miał takich oporów. Chichot historii sprawił, że w 1946 roku Podgoricę przemianowano na Titograd na cześć Josipa. Dzielny partyzant, za którego życzenia zapłacili życiem zwykli Czarnogórcy, postanowił ją odbudować i słowa dotrzymał - powstało całkowicie nowe miasto o jugosłowiańskiej stylistyce. Najnowszy wiek dołożył budynki ze szkła, które średnio się z resztą komponują.
 
 
Jednak historia osady jest znacznie starsza - już w starożytności istniało tu rzymskie miasto Doclea, którego ruiny można oglądać na obrzeżach stolicy. Po przybyciu Słowian powstała kolejna miejscowość - Ribnica, a w XIV wieku w dokumentach po raz pierwszy pojawia się Podgorica (pod Goricą, czyli pod górką). Przez pewien czas była częścią średniowiecznej monarchii serbskiej, następnie na kilka wieków znalazła się pod panowaniem tureckim. Osmanowie sprowadzili tu muzułmańskich kolonistów i zmienili jej charakter na typowo orientalny. W 1878 roku europejskie mocarstwa zabrały ją Turkom i włączyły do niepodległej Czarnogóry; choć była ona najludniejszym miastem, to stolicą państwa pozostała Cetynia. Rolę stolicy otrzymała dopiero jako Titograd. Oprócz budowy osiedli mieszkaniowych komuniści postawili w okolicy kilka wielkich zakładów przemysłowych, a jednocześnie uznawana była za jedno z najbardziej zielonych miast Jugosławii.
 

środa, 24 sierpnia 2022

W wizytą u Boszniaków - Sandżak serbski i czarnogórski.

Sandżak to nazwa dawnej podstawowej jednostki administracyjnej Imperium Osmańskiego. Dziś określa się tak region położony na pograniczu Serbii i Czarnogóry (Sandžak), którego największym miastem jest serbski Novi Pazar. Sandżak Nowopazarski jako osobna jednostka powstał dopiero w XIX wieku, a na karty historii trafił dzięki kongresowi berlińskiemu, który w 1878 roku przyznał Austro-Węgrom prawo do jego okupacji wraz z Bośnią i Hercegowiną. W ten sposób Habsburgowie mogli wbić klin pomiędzy Serbię i Czarnogórę oraz uzyskać dogodną drogę do ewentualnych ruchów na południe, aż do Salonik. Formalnie jednak terytorium to pozostawało częścią Turcji, administrację cywilną sprawowali oni. W 1908 roku Austro-Węgry oficjalnie anektowali Bośnię i Hercegowinę, a z Sandżaku się wycofali, przywracając Osmanom pełnię władzy, lecz tylko na pięć lat - w wyniku wojen bałkańskich Turcja została prawie całkowicie wyparta z Bałkanów, a Sandżakiem Nowopazarskim podzielili się Serbowie i Czarnogórcy.

Region ten jest wyjątkowy, ponieważ największą grupę mieszkańców stanowią Boszniacy, czyli słowiańscy muzułmanie. Ci sami, którzy zamieszkują Bośnią i Hercegowinę. Dawni Serbowie, Chorwaci, Czarnogórcy, którzy z różnych powodów w czasie rządów osmańskich przyjęli islam. To dość ciekawa sytuacja, bo etnicznie nie różnią się oni od swoich serbskich czy czarnogórskich sąsiadów, wyznacznikiem jest religia (choć zdarzają się Boszniacy, którzy muzułmanami nie są). Biorąc pod uwagę spisy powszechne w obu krajach, to niemal połowa ludności deklaruje przynależność do tej grupy narodowościowej. Kolejni są Serbowie, następnie dużo mniej liczni Czarnogórcy, "muzułmanie" bez określenia narodowości, aż w końcu Albańczycy. Kiedyś dość powszechnie błędnie kojarzono wszystkich wyznawców islamu w Serbii jako Albańczyków, teraz się to już zmieniło - mimo bliskości Kosowa jest ich tu niewielu, a dodatkowo ponoć Boszniacy się z nimi nie lubią (delikatnie pisząc). Proporcje poszczególnych narodowości nieco się różnią w części serbskiej i czarnogórskiej, lecz wspomnę o tym później, żeby teraz za bardzo nie kręcić 😏.

Wymieszanie ludności różnych wyznań i narodowości zwykle oznacza na Bałkanach kłopoty i rzeczywiście tak tu było: w ubiegłym stuleciu przy każdej wojnie i każdym przejściu wojsk odbywały się regularne masakry. Przeważnie Serbowie mordowali muzułmanów, rzadziej muzułmanie Serbów, przy czym zazwyczaj dotyczyło to Albańczyków, a nie samych Boszniaków, którzy raczej do broni się nie garnęli. Przy okazji II wojny światowej wybito Żydów, a teren Sandżaku był w orbicie zainteresowań Niemców, Włochów, zwolenników Wielkiej Albanii, nawet ustaszy z Chorwacji! Można stwierdzić, że ziemia ta obficie zroszona była krwią niewinnych ludzi, lecz przecież w tej części Europy to nic nadzwyczajnego.

Serbowie zamiast określenia "Sandżak" wolą używać słowa Raszka (Raška), od nazwy swojego królestwa istniejącego tu w średniowieczu. I choć dzisiaj dominuje islam, to najcenniejszymi zabytkami są stare, prawosławne klasztory. Niektóre z nich wpisano na listę UNESCO; dwa z nich już odwiedziłem, tym razem postanowiłem zajrzeć do trzeciego, położonego tuż obok Nowego Pazaru.

Odbicia na skrzyżowaniach są kiepsko albo wcale oznaczone, ale sama droga jest porządna i szybko wynosi nas na wzgórza z widokami na okolicę.



niedziela, 14 sierpnia 2022

Urlop czas zacząć: tranzyt przez Słowację, Węgry i Serbię.

Na wakacyjny długi wyjazd czeka się właściwie cały rok, od momentu zakończenia poprzedniego. W głowie powstaje pierwszy zarys trasy, czasem kilka. Następnie wymyśla się bardzo wstępny plan, zazwyczaj wielokrotnie zmieniany. Wiosną, gdy znamy już termin, zaczyna się powolne grzebanie, aby dopracować szczegóły. Im cieplej, tym więcej punktów pojawia się na mojej rozpisce, rozglądam się za noclegami i różnymi ciekawostkami, najlepiej tymi najmniej znanymi. Na początku kalendarzowego lata jest już z grubsza wszystko ułożone, pozostają drobiazgi. Odliczam dni do momentu startu.

W tym roku też tak to wyglądało, aż w ostatnim tygodniu nagle wszystko zaczęło się sypać. Najpierw pojawiły się problemy z zębami, dość gwałtowne (już w ubiegłym roku prawie storpedowały nam zabawę w Rumunii). Gdy udało się je jako-tako opanować, to w nocy ze środy na czwartek zdrowie walnęło u mnie... A w sobotę przecież wyjeżdżamy! Szybko umawiam się do lekarza na piątkowe popołudnie, idę tam przekonany, że to tylko formalność, przepisze parę pigułek i tyle. A tu bęc!
- Wyjeżdża pan? Na dwa tygodnie?! Na Bałkany?! - nie powiedział tego wprost, ale mina i wzrok sugerowała, że to nie najlepszy pomysł.
Zamiast pakować auto pędzę do szpitala na badania, które właściwie niczego nie przynoszą, lecz skoro nikt nie stwierdził wprost iż "nie", to uznaję, że jedziemy, będzie co ma być! Jeszcze krążenie po aptekach i nabywam spory zestaw lekarstw, a co najgorsze - przez pewien czas muszę unikać alkoholu! Przecież na Bałkanach bycie abstynentem to prawie takie same zło jak bycie wegetarianinem! No trudno, przeżyję ten początek...

Ostatecznie ruszyliśmy od moich rodziców w sobotni poranek, a więc zgodnie z założeniami. Trochę z duszą na ramieniu, bo szukanie w bałkańskim interiorze szpitala to średnia przyjemność, ale może będzie dobrze... Postanowiłem, że jak wszystko się uda, to po powrocie dam na mszę 😏. Efekt poboczny był też taki, że robiłem jeszcze więcej zdjęć niż zwykle, bo przecież nie wiadomo było, czy nie trzeba będzie szybciej wracać. No i chyba cieszyłem się jeszcze bardziej niż zazwyczaj z każdego dnia, bo jednak pokonaliśmy kłody rzucane pod nogi!
 
Pogoda jest nietypowa, gdyż nie pada, a nawet mocno świeci słońce, choć zazwyczaj start urlopowy dokonuje się w chmurach. Pierwszy postój na rozprostowanie nóg wypada na "naszym" parkingu przy autostradzie D1 w pobliżu Pieszczan. "Naszym", bo w ostatnich latach zawsze się tu zatrzymuję, to mniej więcej połowa drogi przez Słowację.
 
 
Za płotem trwają prace rolne, a w tle dymi elektrownia jądrowa Bohunice.


Wkrótce odbijam na ekspresówkę, z której rychło skręcam w boczne drogi prowadzące na południe. Bardzo lubię tę z numerem 573 - dobrej jakości asfalt, mało ograniczeń i obszarów zabudowanych, stosunkowo niewielki ruch.
Na chwilę zajeżdżam do miejscowości, która intrygowała mnie od jakiegoś czasu. Dedina Mládeže (Ifjúságfalva) to najmłodsza słowacka wioska. Założono ją w 1949 roku, a przy budowie pracowali członkowie Czechosłowackiego Związku Młodzieży. Młodzi, odpowiednio uświadomieni obywatele poświęcali swój wolny czas, aby dobrowolnie (przynajmniej teoretycznie) wznosić konstrukcję przydatne w nowej socjalistycznej rzeczywistości. "Wioska Młodzieży" była jednym z wielu podobnych eksperymentów, ale jedynym, gdy powstawała cała osada, a nie np. zakład pracy.


wtorek, 9 sierpnia 2022

Bieszczadzka klasyka (Połonina Wetlińska) i bieszczadzkie odkrycie (Jasło).

W ciepły, słoneczny poranek wyruszam z Wetliny na najczęściej przeze mnie odwiedzą połoninę - oczywiście Połoninę Wetlińską. Dziś zatem nie będzie zarośniętych klimatów dla "koneserów", ale klasyka, zwłaszcza, że zaczynam tradycyjnie żółtym szlakiem w kierunku przełęczy Orłowicza.


Innych turystów prawie brak. Samotnie płacę haracz parkowi narodowemu, potem frekwencja również za wiele nie wzrasta. Podczas postoju pod deszczochronem mija mnie zaledwie jedna osoba.


Na ostatnim podejściu pod przełęcz zjawia się wiatr, który zmniejsza odczuwalność temperatury, a ta była wysoka od samego rana.


wtorek, 2 sierpnia 2022

Bieszczady dla koneserów: Komańcza - Chryszczata - Rabe - Cisna - Wetlina.

Moja kolejna wyprawa w Bieszczady zaczęła się, jak kilka poprzednich, w Zagórzu. O wczesnej porze wysiadam z autobusu dalekobieżnego. Pierwsze kroki kieruję na cmentarz żołnierzy radzieckich, który od czasu mej poprzedniej wizyty został odnowiony.


Z wiaduktu spoglądam na biegnące w dole tory. Co prawda pociągów jeździ tu jeszcze mniej niż ostatnio, ale za to ustawiono zabytkową lokomotywę. Jak głosi baner rozwieszony na sąsiednim baraku - jest to "Skwer Pamięci Obrońców Węzła Zagórskiego". Bardzo praktycznie - koleją się nie przejedziesz, ale za to możesz odpocząć przy tekatce.



niedziela, 10 lipca 2022

Hodonín i Břeclav.

Region Słowacko (Slovácko) nie posiada stolicy ani jednego centralnego ośrodka dominującego nad innymi. Znajdziemy tu kilka miast, z których największe mają nieco ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców. W tym wpisie zajrzymy do dwóch z nich, położonych w południowej części Słowacka.

Hodonín (Göding) leży przy rzece Morawie, tworzącą tutaj granicę z Republiką Słowacji. Jeśli chodzi o historię, to najpierw wybudowano w XI wieku warownię, przy której dwa stulecia później powstało miasto. Lokalizacja sprawiła, że wydarzenia w sąsiednich Górnych Węgrzech miały wpływ na miejscowość; na przykład w 1605 roku powstańcy węgierscy Hodonín zdobyli i puścili z dymem. W kolejnych wiekach miasto się rozwijało, zaczęła się industrializacja, co oznaczało założenie dużej fabryki tytoniu, następnie cegielni, a w końcu cukrowni, w pewnym okresie najnowocześniej w Europie.
U progu Wielkiej Wojny miasto było dwujęzyczne: Niemcy, osiedlający się tu od średniowiecza, stanowili niemal połowę mieszkańców; do nich należy doliczyć co najmniej kilkuset Żydów. Po utworzeniu Czechosłowacji ludność niemieckojęzyczna w większości wyemigrowała, a po II wojnie światowej, Holocauście i dekretach Beneša, Hodonín stał  się w końcu niemal całkowicie czeski, choć... nie do końca, lecz o tym jeszcze wspomnę 😏.
 
Zgodnie z malunkiem sfotografowanym w przejściu podziemnym Hodonín to także "miasto nafciarzy", ale akurat o miejscowej historii tego przemysłu praktycznie nie znalazłem informacji. W każdym razie niedaleko dworca kolejowego funkcjonuje "Muzeum wydobycia naftowego i geologii".

 
Hodonín nie posiada zabytków zapierających dech w piersiach, ale zobaczymy tu kilka ciekawych (przynajmniej dla mnie) miejsc. Ogólnie to zwyczajne, ale dość przyjemne miasto i w dodatku prawie pozbawione innych zagranicznych turystów. 

Główny plac nazywa się - co za zaskoczenie - Masarykovo náměstí. Stoi przy nim ładny ratusz z początku ubiegłego stulecia.



poniedziałek, 4 lipca 2022

Pogranicze czesko-słowackie: Slovácko i Zahorie.

Słowacko (Slovácko) to kraina ludowych pieśni, strojów, tańców, świąt i tradycyjnych rzemiosł, a także wina i zabytków. Tak reklamują ten region przewodniki dla turystów, a ponieważ już kiedyś w nim byłem, więc mogę to całkowicie potwierdzić.

Słowacko rozciąga się w południowo wschodniej części Moraw - dolną granicę wyznacza rzeka Morawa i Białe Karpaty, górną niewielkie pasma górskie Chřiby oraz Ždánický les (Las Żdanicki). Region ten, zgodnie z nazwą, pod wieloma względami ma więcej wspólnego ze Słowacją, niż z resztą Republiki Czeskiej. Tutejsza ludność ma częściowo słowackie korzenie, kultywuje się słowacką kulturę, miejscowa gwara ma wiele naleciałości słowackich, ale także węgierskich. Podobnie wygląda sprawa z tradycyjnymi strojami, tańcami i świętami. No i przede wszystkim na Słowacku króluje wino, w przeciwieństwie do reszty kraju.




W czasie tegorocznego czerwcowego wyjazdu pierwszy postój nastąpił jednak jeszcze przed Słowackiem, a mianowicie na rubieżach Hany, ale już u podnóża Chřibów. W wiosce Zástřizly znajduje się wiadukt; z daleka wydaje się typowy, ale z bliska widać, że jest niedokończony.


wtorek, 28 czerwca 2022

Operacja "Mazury" (4): nad jeziorem Niegocin - Rydzewo i Giżycko.

Autostopem dojeżdżamy do Rydzewa (Rydzewen, Rotwalde). Wioska liczy kilkuset mieszkańców, ale jest bardzo popularna wśród turystów, zwłaszcza żeglarzy, bowiem leży na południowym skraju jeziora Niegocin (Löwentinsee). A pisząc jeszcze konkretniej - to położona jest nad dwoma jeziorami - "właściwym" Niegocinem oraz Bocznym (Saitensee), będącym odnogą Niegocina 😏. W każdym razie w sezonie pełno tu łódek i działa kilka przystani.


W centrum stoi ładny kościół, wybudowany przez ewangelików, a dziś noszący imię Andrzeja Boboli. Niestety, bramę zamknięto, więc mogę jedynie zrobić zdjęcie zza wysokiego muru.


Wśród zabudowy znajdzie się kilka domów szachulcowych - na przykład ten piękny dawny Gasthaus.


piątek, 17 czerwca 2022

Operacja "Mazury" (3): Wydminy i Giżycki Rejon Umocniony.

Najkrótsze przejście ze Starych Juchów do Wydmin prowadzi wzdłuż torów. To sugeruje mapa, to podpowiedział miejscowy na rynku w Juchach - asfaltowa droga się wije, a kładąc tory zmniejszono ilość zakrętów.

Początkowo idziemy wysokim nasypem, potem obok podkładów. Niemal cały czas w palącym słońcu.


W pewnym momencie pojawia się przed nami mostek nad rzeką Gawlik (niem. Gablick). I groźna tabliczka: "Obiekt kolejowy. Przejście surowo wzbronione". Jak rozumiem - jeśli ktoś się tutaj znalazł i chciałby przedostać się na drugi brzeg, to zostaje mu przejście wpław.


Po godzinie monotonnego maszerowania obok czynnej nieczynnej linii (wieczorem przemknął nią skład towarowy, choć oficjalnie jest zamknięta) las się kończy i z boku wyrastają dachy Wężówki (Wensowken, od 1938 Großbalzhöfen). Zmieniliśmy jednostkę administracyjną: z powiatu Ełk na powiat Giżycko. Wioskę jednak omijamy i zatrzymujemy się dopiero za przejazdem kolejowym obok samotnego domu.


wtorek, 7 czerwca 2022

Operacja "Mazury" (2): Straduny - Stare Juchy.

Straduny (Stradaunen) to miejscowość leżąca na północ od Ełku, przy trasie na Olecko. Kiedyś była ważnym ośrodkiem administracyjnym, nad rzeką stał krzyżacki zamek i rezydował w niej burgrabia. Z biegiem czasu traciła na znaczeniu, zamek podupadł i w ogóle zniknął w mroku dziejów, dopiero kilkanaście lat temu odkryto miejsce, gdzie prawdopodobnie się znajdował. Straduny zaś stały się na tyle małe, że od lat 50. ubiegłego wieku nie stanowią nawet osobnej gminy, lecz podlegają pod Ełk.
Normalnie raczej nie zwróciłbym uwagi na tę wieś, ale jako nastolatek kilkukrotnie bywałem z rodzicami na wakacjach w pobliskiej Malinówce. Siłą rzeczy poznałem też Straduny, zwłaszcza, że potem przyjeżdżałem już bez opieki mamy i taty 😏. Zawsze kojarzyły mi się one ze słońcem i ciepłem, a teraz... leje. Nic nowego, w końcu pada od wczoraj, ale jednak. Ledwo wyszliśmy z autobusu miejskiego i już musieliśmy się chować pod wiatę przystankową. Kiedyś w Stradunach działał przyjemny bar, ale oczywiście dawno go zlikwidowano. Inny taki obiekt zamieniono na lokal do organizacji imprez. Nawet sklep jest dzisiaj zamknięty - słowem, pustynia. W sumie to raczej standard na polskiej wsi, która nie jest miejscowością turystyczną.
 

 Różne są sposoby na przeczekanie deszczu - jedni wolą procenty, a inni banany!


czwartek, 2 czerwca 2022

Operacja "Mazury" (1): Olsztyn i Ełk.

Kolejny rok, kolejny odcinek naszej wędrówki dookoła Polski wzdłuż jej granic. Przed dwunastoma miesiącami byliśmy na Rusi Czerwonej przy granicy z Ukrainą, teraz przyszła więc pora na powrót na odcinek północny. W 2019 roku zakończyliśmy podróż na Mazurach, w Gołdapi. Teoretycznie więc powinniśmy ruszyć z tego miasta lub okolic, ale postanowiliśmy dokonać pewnej korekty.
Padło na Ełk jako na miejsce starowe. Położony jest on mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Gołdap, ale pięćdziesiąt kilometrów bardziej na południe. Skąd ta zmiana? 
Pierwszy powód wydaje się jasny: sytuacja polityczna. Maszerowanie wzdłuż granicy rosyjskiej to proszenie się o kłopoty. Nie mam tu na myśli zagrożeni ze strony samych Rosjan, bo raczej mało prawdopodobne, aby do nas strzelali zza płotu. Bardziej obawiałem się reakcji polskich służb granicznych, bo z wieloletnich doświadczeń z nimi można się było spodziewać, że jak zobaczą nasze dzikie obozowisko, to najpierw przyłożą pałką, a dopiero później zadadzą pytania. A już na pewno mielibyśmy nieustanne, drażniące kontrole.
Powód drugi jest prozaiczny: tereny przygraniczne na zachód od Gołdapi są zwyczajnie nudne. Głównie lasy i lasy, rzadkie malutkie wioski, mało ciekawych obiektów, mało jezior, a dużo bagienek. Do tego brak sklepów na długim odcinku.
Powód trzeci: Ełk jest znacznie lepiej skomunikowany niż Gołdap, choć - jak się okaże - niektórzy i tak będą mieli problemy z dotarciem.
Zatem postanowione - na Mazury!

Wyjechałem jako jeden z pierwszych uczestników, w piątek wieczorem. Zanim jeszcze w stolicy Górnego Śląska wsiadłem do pociągu, to oberwałem ptasią kupą i to ogromną. Zastanawiałem się, czy to dobry, czy zły znak...
W stolicy Śląska mam prawie godzinny postój, więc krążę po dworcu obserwując leżące w przejściach osoby po spożyciu alkoholu. Nie w kątach, tylko w przejściach, aby byli lepiej widoczni.
Na noc zapowiadano silny front burzowy, ale na szczęście go minęliśmy, więc punktualnie o 5.45 docieram do Tczewa (Dirschau).


czwartek, 19 maja 2022

Súľovské vrchy (3): Vrchteplá - Kostolecká tiesňava - chata Severák.

Na południe z Súľova prowadzą dwa szlaki turystyczne - czerwony i zielony. Ten drugi zdaje się być krótszy i biegnie obok kempingu, więc wybieramy jego. Przypomina mi trochę Beskid Niski.


Na mapie szlak wydawał się niemal płaski, ale jednak w lesie czekało nas podejście na przełęcz. Zasapani i spoceni spotykamy na niej dwójkę rowerzystów (takich prawdziwych, a nie na elektrycznym dopingu).
- Dobrze, że macie piwo - uśmiecha się facet widząc, że targam w ręku półtoralitrowy plastik Corgoňa. Oj, dobrze.
 
Przełęcz jest granicą pomiędzy krajem żylińskim i trenczyńskim, a także pomiędzy powiatami Bytča i Powaska Bystrzyca.


W dół schodzi się przyjemnie. Przed nami Vrchteplá (Felsőhéve), wioska licząca nieco ponad dwustu mieszkańców, przeważnie ewangelików. Pod herbem znajduje się informacja, że odpady należy wrzucać do kosza. Dziwne mają pomysły...


czwartek, 12 maja 2022

Súľovské vrchy (2): Súľovské skaly i Súľov.

Najciekawszym fragmentem Sulowskich Wierchów (Súľovské vrchy)Sulowskie Skały (Súľovské skaly). Jak sama nazwa wskazuje jest to teren licznych skał występujących w najróżniejszych formach: turniach, maczugach, ambonach, masztach, bramach i tym podobnych. Jeśli dodamy do tego częste punkty widokowe, to można być pewnym, że jako turyści spędzimy tu czas miło i pożytecznie.

W przeciwieństwie do większości odwiedzających przybyliśmy w Sulowskie Skały od wschodu, niebieskim szlakiem z Podhoria. Po nieco wyczerpującym wspinaniu się wąwozem wzdłuż drewnianej Drogi Krzyżowej robimy odpoczynek pod wiatą na przełęczy Roháčske sedlo. Domek jest słusznych rozmiarów i nawet się zastanawiałem, czy czasem nie spędzić pod nim jednej z nocy.


Spodziewałem się, że na tym odcinku w końcu spotkamy jakiś innych wędrowców i rzeczywiście: ledwo się rozsiedliśmy, a pojawiła się pierwsza dwójka. Oczywiście z Polski.

piątek, 6 maja 2022

Súľovské vrchy (1): Bánová - Lietava - Podhorie.

Sulowskie Wierchy (Súľovské vrchy) to nieduże pasmo górskie znajdujące się w północno-wschodniej Słowacji. Wciśnięte jest pomiędzy Kotlinę Żylińską (Žilinská kotlina), dolinę Wagu oraz Góry Strażowskie (Strážovské vrchy). Co prawda według polskiego podziału stanowią one północny fragment Gór Strażowskich, ale Słowacy mają w tej sprawie inne zdanie i uznają je za osobną grupę górską, więc tej wersji będziemy się trzymać.

Góry te nie powalają wysokościami, co zupełnie mi nie przeszkadza, ale posiadają wiele punktów widokowych z fajnymi panoramami, do tego masa skał i kilka ciekawych pamiątek historycznych, więc planowałem odwiedzenie ich w majówkę już w 2020 roku, lecz wiadomo, że plan ten nie miał szans wypalić. Udało się dopiero teraz!

Ruszamy z Bastkiem wyjątkowo wcześnie, bo już 28 kwietnia, w czwartek. Powodem takiej daty były prognozy, mówiące że do soboty ma być najlepsza pogoda - dużo słońca. Prognozy mają to do siebie, że lubią się nie sprawdzać, więc w Żylinie witają nas chmury, niska temperatura i przenikliwy wiatr. Nie myśląc długo wskakujemy do autobusu miejskiego i opuszczamy centrum, przenosząc się do położonej na obrzeżach dzielnicy Bánová (węg. Zsolnabánfalva). Tam wychodzimy w nieco innym świecie - dookoła nas opuszczone ubytovňe, magazyny i centrum handlowe z materiałami budowlanymi.
 

 
Przechodzimy na drugi brzeg rzeki Rajčanki, a tam ponownie inny świat - osiedla domków jednorodzinnych i dzikie kury biegające po ulicach i trawie.