wtorek, 22 listopada 2022

Macedonia - od brzegów Jeziora Ochrydzkiego po wnętrze kraju.

Macedonia Północna wita.
Nie lubię tej nowej nazwy. To efekt "kompromisu", a właściwie upokarzającej dla większości Macedończyków kapitulacji przed Grekami. Rząd zdecydował się przełknąć żabę w imię lepszej przyszłości, choć obywatele nie byli pewni czy warto - nie pierwszy raz idea albo hasło jest ważniejsze od pełnej lodówki i bezpieczeństwa. Co prawda w referendum zdecydowanie poparto umowę z Hellenami, ale wzięło w nim udział mniej niż połowa obywateli. W końcu, na początku 2019 roku, wszystko klepnął parlament i Republika Macedonii stała się Republiką Macedonii Północnej.
Sukces jest połowiczny. Macedonię przyjęto do NATO, co niewątpliwie zabezpiecza jej stan istnienia, choć z drugiej strony raczej nikt na nią nie dybał, chyba tylko Grecy. Otwarto również oficjalne negocjacje w sprawie wstąpienia do Unii Europejskiej, lecz to droga tak daleka, że końca nie widać. Można być raczej pewnym, że bogate kraje EU nie dopuszczą do szczęśliwego zakończenia. W każdym razie Macedończykom się nie poprawiło...

Pierwsze miasto na naszej drodze to jak zwykle Struga (Струга, alb. Strugë). Choć większość mieszkańców stanowią Macedończycy i prawosławni, to w przestrzeni publicznej bardziej widoczni są Albańczycy i muzułmanie. Na ulicach stare miesza się z nowym i odwrotnie.
 


Struga przygotowała też różne niespodzianki dla kierowców: jednokierunkowe drogi nagle się kończą i żeby się cofnąć, to trzeba jechać pod prąd.
 
Przez centrum płynie Czarny Drin (Црн Дрим, Drini i Zi), rzeka, która... nie ma źródła. Nie ma, bo wypływa z Jeziora Ochrydzkiego. Samo jezioro ze swoją długą i mocno zagospodarowaną plażą przyciąga turystów, choć głównie miejscowych. Natomiast rzeka służy jako wielka promenada i wielki basen.
 


Wymieniamy walutę i robimy zakupy na najbliższe dwa dni. Tymczasem na jednym z mostów robi się drobne zamieszanie. Odbywa się tam jakaś akcja LGBT - młodzi ludzie wręczają przechodniom ulotki. Ochrania ich grupa policjantów, ale wydają się niepotrzebni, bo większość przechodzących się niczym kompletnie nie interesuje. Nagle pojawia się brodaty facet z nastolatkiem i zaczyna się awanturować. Krzyczy na LGBT-owców, wrzeszczy na swoje dziecko, pokrzykuje do funkcjonariuszy, którzy każą mu odejść, więc idzie, po czym wraca i zabawa zaczyna się od nowa. Boję się, że zaraz mu klapki spadną...


Z mostu miejscowe chłopaki skaczą do wody. Robię im zdjęcia i w tym momencie od tyłu  podchodzi gliniarz.
- Turyści? - upewnia się. - Proszę nie robić zdjęć policjantom. Można fotografować rzekę, ale nie ich.
Poczułem się, jakby czas cofnięto o kilka dekad i zmieniono ustrój. Może się bali znaleźć na jednym zdjęciu z gejami, bo jeszcze ktoś coś by sobie pomyślał?


Za homomostem lśni w słońcu biały kolos. Pomnik Rewolucji (Споменик на револуцијата) wybudowano w 1974 roku i poświęcony jest ofiarom II wojny światowej (nazwa sugerowałaby coś innego). Podczas mojej poprzedniej wizyty był dość zaniedbany, ale teraz ogarnięto i jego i cały skwer (za skromne 30 tysięcy euro), noszący dumne imię marszałka Tito (Плоштад Маршал Тито/Sheshi "Marshall Tito").


Struga zawsze wydawała mi się miastem bezpłciowym - właściwie nie posiada starówki, a kilka ulic pełniących funkcję deptaków nie zachwyca specjalną urodą. Mam pewne skojarzenia z Zakopanym - to prostu miejscowość do mielenia turystów i wypluwania ich potem bez kasy. Chociaż i tak większość tłumów kłębi się przy plaży nad Ochrydem. W każdym razie ja zawsze traktuję Strugę tylko jako punkt handlowo-walutowy.



W sklepach z pamiątkami można dojrzeć coś ciekawego.


Flagowy zestaw obowiązkowy - Macedonia, bo tak wypada, Albania, no bo wiadomo kto tu mieszka, no i Stany, czyli ulubiony kraj Albańczyków, choć z wątpliwą wzajemnością.


Pisałem już, że na ulicach bardziej widoczni zdają się być Albańczycy, choć w mieście mają stanowić mniejszość (ale już w gminie są w większości). Czasem jednak, zamiast kobiety w chuście, trafi się plastikowa lala z wypiętymi cyckami. Dobrze, że nie wskoczyła mi tak, gdy byłem za kierownicą, bo w odruchu przerażenia jeszcze mógłbym kogoś potrącić.


Z niepokojem wracam do samochodu. Od czasu jego zawału na górskiej drodze i wymuszonej reanimacji przez całą podróż nie wyłączałem silnika, bo bałem się, że może ponownie nie zapalić. W Strudze udało mi się go zaparkować w cieniu, aby choć trochę się schłodził. Ale czy ruszy? Ruszył, choć momentami lekko się buntował. Na szczęście jesteśmy prawie u celu, pozostało nam do przejechania jedynie kilka kilometrów do pobliskiej wioski Kališta (Kалишта, Kalisht). Znajduje się tam kemping "Rino", który odkryłem podczas ostatniej wizyty w Macedonii.


Właściciele kempingu posiadają też kilka pokoi dla turystów, a że są wolne (w jednym śpi rodzina Czechów), to wybieramy tę opcję. Jest to najdroższy nocleg na całym wyjeździe, bo koszt wynosił 25 euro za noc (na ich stronie internetowej widniała cena 20 euro, ale wiadomo, że koszty rosną).
Z tarasu mamy widok na kempingową restaurację oraz niebieską taflę za drzewami.


Bardzo podobało mi się okno w łazience - siedząc na desce można było sobie jednocześnie podglądać sąsiadów 😏.
 

Jednym z największych plusów kempingu jest niezwykle sympatyczna obsługa. Naprawdę mam wrażenie, że jesteśmy dla nich jak goście w domu. Przyjemny jest też zwyczaj, że na powitanie każdy gość otrzymuje kieliszek raki albo kawę. Wiadomo co wybraliśmy 😏. Później siedząc w restauracji jeszcze wielokrotnie podchodził do mnie kelner i konspiracyjnym szeptem zagadywał "rakija", po czym z niekłamaną radością przynosił kieliszki, które nigdy nie były dopisywane do rachunku 😏. Dzięki temu chroniłem się intensywnie przed potencjalnymi problemami żołądkowymi, choć jedzenie serwowano pyszne. Ceny były wyższe niż w Albanii, ale jak się nie skusić na taką piękną pljeskavicę z serem i na domowe wino?


Swoją drogą to podziwiam jednego z młodszych kelnerów: ponieważ wybraliśmy pljeskavicę dwa razy, to zapytał on zdziwiony:
- Ale to zamawialiście już wczoraj.
- Bo jest taka pyszna - wyjaśniliśmy i ten aż pokraśniał z zadowolenia.

Restauracja jest nad samym brzegiem, obok parkują łódki i motorówki.

Kelnerzy mówili, że takie upały jak w Albanii już się tu nie powtórzą, bo okolice Jeziora Ochrydzkiego mają swój mikroklimat. Ostrzegali, że wieczorem może przydać się długi rękaw. I co? I nic. Co prawda raz pojawiły się gdzieś nad górami chmury, ale wieczorne godziny także były ciepłe. Temperatura jednak faktycznie nieco spadła, bo zamiast ponad 40 stopni przekraczała ona "ledwo" 30 stopni.


Minusem kempingu jest plaża, a raczej jej brak. Wejście do wody jest kamieniste i nierówne (znalazłem nawet kilka cegieł), potem pojawia się zielsko i szybko robi się głęboko. Dla małych dzieci i nieumiejących pływać to problem. Trochę się dziwię, że właściciele nie potrafili jej jakoś poprawić, wyprostować, wyczyścić. Może przez to mało osób się kąpało? My nie zamierzaliśmy odpuścić, bo cała niedziela to był dzień lenia! Woda była chłodniejsza niż w Jeziorze Szkoderskim, ale tak jest praktycznie zawsze, bo i akwen głębszy.




Moczenie się, wylegiwanie w cieniu na kempingowych leżakach, lektura, coraz mniej chłodne piwo. Co jakiś czas towarzyszyły nam głośne hałasy dobiegające ze Strugi - a to jakiś muzyczny łomot, a to wycie z wielkiego meczetu... Również miejscowy meczet musiał dołożyć swoje i nawoływanie odbijało się od wody.


Jezioro Ochrydzkie to królestwo ptaków, ogłoszone ostoją IBA (Important Bird Area). Nawet przy zurbanizowanym brzegu można dostrzec różne gatunki - co chwilę widzi się czarnego kormorana małego suszącego skrzydła, a przy szuwarach kręci się łyska zwyczajna. Są też popularne kaczki oraz łabędzie - jednemu z nich się nie spodobałem, bo znienacka zaatakował podczas kąpieli! Na początku myślałem, że tylko się wygłupia, ale gdy podpłynął na dwa metry i rozprostował skrzydła to nie było już czasu na śmiechy, tylko trzeba było wiać! Przyznaję, że najadłem się trochę strachu, zwłaszcza, że próbował potem jeszcze raz mnie dorwać 😏.



Ciągły ruch na jeziorze.
 
 
I jeszcze dwie okołokempingowe ciekawostki: coś się suszyło pod domem, z kolei z drzewa, sięgającego wysokością drugiego piętra, kusiło kiwi. Niestety, jeszcze niedojrzałe.
 


Kališta jest miejscowością zdominowaną przez Albańczyków, stanowią ponad 90% liczby mieszkańców. Pierwotnie mieszkali tu chrześcijańscy Słowianie, którzy w większości wynieśli się w połowie XIX wieku, w czasie gdy grasowały w okolicy różne rozbójnicze bandy muzułmanów. Zastąpili ich Albańczycy i Turcy, ci ostatni jednak albo uciekli albo zalbanizowali się w czasie II wojny światowej, kiedy tereny te włączono do faszystowskiego Królestwa Albanii, kontrolowanego przez Włochów.
W każdym razie albańskość dzisiaj widać na każdym kroku. Na głównym skrzyżowaniu powiewa albańska flaga, wisi też na niektórych domach, w centrum stoi meczet.


Spacery po tej wiosce to dla mnie duża przyjemność, bo pozwala zobaczyć ulice nieprzygotowane pod turystów. Nowiutkie domy sąsiadują ze starymi, które czasem ledwo stoją. Niektóre posesje to eklektyczny misz-masz!






Zastanawiam się ile lat może mieć ta konstrukcja? Kilkanaście czy raczej kilkadziesiąt?


Moim zdaniem to najładniejszy budynek w wiosce. Niestety, dołożono do niego nowoczesny klocek, co zaburza odbiór.


Motoryzacja prezentowana jest przez rozmaite pojazdy.



Na końcu obszaru zabudowanego znajduje się cerkiew świętego Mikołaja, wybudowana w 1972 roku na ruinach starszej, zniszczonej w poprzednim stuleciu.


Wokół świątyni pochowani są Macedończycy. We wszystkich grobach, poza jednym, spoczywają członkowie rodziny Tanaskoski. Według macedońskiej Wikipedii są to potomkowie dawnej chrześcijańskiej większości, która opuściła wioskę w XIX wieku. Decyzję o zaniechaniu przenosin podjęło dwóch braci - jeden pozostał przy wierze przodków i dał początek współczesnym Tanaskoskim, drugi przeszedł na islam i dziś jego praprawnuki uważają się za Albańczyków.


Według tej internetowej encyklopedii narodowość determinuje również zawód: otóż Macedończycy częściej zajmują się rybołówstwem, a Albańczycy uprawą roli i hodowlą zwierząt. A także turystyką, bo obiekty dla gości - w tym nasz kemping - położone są przy głównej ulicy i przeważnie są w rękach Albańczyków.


Za wioską, u stóp skalistego wzgórza, znajduje się kompleks klasztorny oraz hotel z basenem. Tym razem tam się nie wybraliśmy, klasztor i cerkwie sfotografowałem dokładnie trzy lata temu.


Oficjalne dane nie wskazują obecności Cyganów w miejscowości, ale ledwo zaczęliśmy się kręcić wokół cerkwi, a zaraz zjawiła się śniada pani z dzieckiem pod pachą i wyciągnęła rękę. Po prostu szósty zmysł!


Mimo niedzieli (a może właśnie dlatego) na głównej ulicy panuje spory ruch, nasilający się wieczorem. Po asfalcie suną wypasione wozy na szwajcarskich i niemieckich blachach, które oczywiście nie należą do żadnych Szwajcarów i Niemców. Młodzi Albańczycy wracają latem w rodzinne strony, aby trochę poszpanować. Przemyka też cała kawalkada samochodów z albańskimi flagami, więc to na pewno wesele.




Po dwóch noclegach i dniu odpoczynku trzeba zbierać się do dalszej jazdy. Z jednej strony szkoda, a z drugiej czekają przecież nowe miejsca, nowe przygody i nowe emocje! 
 
Przed wyjazdem należy jeszcze policzyć kasę, więc przedstawiam kolejny odcinek z cyklu "waluty Europy" 😏. Wielokrotnie zdarza mi się fotografować i opisywać zagraniczne monety i banknoty, bo to w końcu lekcja cudzej historii i kultury.
Denar (денар) stał się walutą narodową w 1992 roku, a więc wkrótce po opuszczeniu przez Macedonię Jugosławii. Nazwą nawiązuje do monet rzymskich, podobnie zresztą jak serbskie dinary, choć podejrzewam, że podobieństwo w wymowie do wcześniejszej waluty także miało niebagatelne znaczenie, zwłaszcza dla przywiązanych do jugosłowiańskich klimatów. Banknot 500 denarów przedstawia z przodu złotą maskę pogrzebową znalezioną w okolicach Ochrydu, natomiast z tyłu motywy roślinne. Banknot 1000 denarów to postać Maryi z ikony z jednej z cerkwi, również z Ochrydu.


W poniedziałek obudziłem się o piątej rano przez wrzaski muezina. Później i tak źle mi się spało, bo denerwowałem się samochodem - jak zniesie dzisiejszej podjazdy?
 
Pierwszą odwiedzoną wioską była pobliska Radolišta (Радолишта, Ladorisht). Podobnie jak Kališta, była kiedyś osadą chrześcijańską, ale w 19. stuleciu zaczęła się tu osiedlać ludność albańska. Ostatnie rodziny słowiańskie opuściły ją około 1900 roku, więc dzisiaj na ponad trzy tysiące mieszkańców spis powszechny wskazuje jednego Macedończyka, jednego Turka, kilkadziesiąt osób bez narodowości, a reszta to Albańczycy. Już na wjeździe wita nas dwugłowy orzeł, symbol Albanii.


Krążymy autem po ulicach. Jedyna kawiarnia jest, pomimo wczesnej pory, wypełniona maksymalnie, podobnie jak stoliki przed nią. Sami faceci siedzący nad espresso i szklaneczkami wody, z cygaretami w ustach, zawzięcie dyskutujący lub patrzący się przed siebie. Odnoszę wrażenie, że zebrała się tam cała męska populacja i w tym czasie nikt nie pracuje, bo wszyscy siedzą tu 😏.

Na terenie Radolišty odkryto ruiny bizantyjskiej bazyliki, lecz nie umiałem ich znaleźć, więc wracam do głównej drogi. Przy skrzyżowaniu położony jest cmentarz mieszczący kilka pomników. Jedne upamiętniają jakiś albańskich bojowników z drugiej dekady ubiegłego wieku (zdaje się, że walczyli z serbskim wojskiem), inne ofiary masakry z października 1944 roku. Wówczas Niemcy rozstrzelali 82 mieszkańców i było to jedno z najtragiczniejszych takich zajść w czasie II wojny światowej w Macedonii. Masakra była karą za odmowę wydania komunistycznych partyzantów działających w okolicy.


Jedziemy północnym brzegiem Jeziora Ochrydzkiego i zatrzymujemy się w Ochrydzie (Охрид, Ohër), najważniejszym pod względem turystyki mieście w kraju. Zwiedzałem je już kilkukrotnie, opisywałem również, teraz pora tylko na większe zakupy i wizytę w kantorze.

Ciekawy sposób na zaklepanie miejsca parkingowego 😏.


Ochrydzki deptak w sezonie przemierzają tysiące turystów, ale o tej porze jeszcze nie ma tłumów. Architektura wielu budynków nie napastuje porządkiem, a z tyłu widać lecące w niebo wieże meczetu i cerkwi.



Nawet na deptaku można zostać przejechanym!


Moja nerwowość wzrasta, ponieważ głównym daniem tego dnia jest wędrówka  po górach, a to oznacza, że muszę wjechać samochodem na przełęcz położoną znacznie wyżej niż droga, na której dwa dni wcześniej zdechło mi auto.


O górach napiszę w następnym odcinku, zdradzę tylko, że wóz dał radę, więc kamień spadł mi z serca 😏. 
 
Po drugiej stronie pasma górskiego rozlewa się jezioro Prespa. Położone jest wyżej niż Ochrydzkie, więc zazwyczaj jest tu nieco chłodniej. Urodą nie ustępuje temu drugiemu, ale turystów nad nim niewielu, infrastruktury również, za to posiada piaszczyste plaże. Dzielą się nim trzy kraje - oprócz Macedonii i Albanii również Grecja. Trójstyk granic na jeziorze znajduje się kilka kilometrów od nas, gdzieś za tymi zielonymi wzgórzami.


Szkoda, że nie ma czasu na kąpiel, ale na zegarku jest godzina szesnasta, a przed nami jeszcze ponad sto kilometrów do przebycia. Niby niewiele, lecz to nie autostrady będą w użyciu.


Prespa tylko z oddali i wkrótce znika z oczu.


Na mijanych terenach już nie ma Albańczyków, za to co jakiś czas i tak mignie meczet. Dla kogo? Otóż dla Turków. Stanowią oni niedużą mniejszość w wielu wioskach, na przykład w Drmeni (Дрмени, tur. Dırmeni). Meczet sąsiaduje z cerkwią świętego Jerzego.


Droga bywa kręta, ale na szczęście pustawa.


A to już chyba obrzeża Bitoli. Dziwny mur teoretycznie osłania od hałasu, ale mam podejrzenia, że raczej osłaniał szosę od cygańskiego osiedla.


Horyzont raz się spłaszcza a raz marszczy. Są też moje ukochane słoneczniki!



Mam problemy z wyborem właściwych dróg do celu. Za Bitolą chciałem odbić na północny-zachód, ale nie widzę zjazdu. Chyba był źle oznakowany, podobnie jak następny. Zerkam na mapę i postanawiam zrobić trasę trochę bardziej dookoła, ale pewniejszą, co i tak nie uchroniło mnie od wyciągnięcia GPS-a. Potwierdził on moje podejrzenia, że tym razem jadę dobrze.
A okolice są tu biedne. Wyraźnie więcej ubóstwa niż nad Ochrydzkim, ale też możliwości zarobku jest mniej. Nie ma turystów, a już na pewno nie zagranicznych, nie ma Albańczyków przysyłających kasę zza granicy. Dużych zakładów także za bardzo nie widziałem. Nawet drogi są jakieś takie ubogie, asfalt często wystarcza na jedno, półtora samochodu. Częściej niż auta widzę traktory oraz rozmaite samoróbki do przewozu ludzi i towarów.


W miejscowościach straszą niedokończone albo na wpół opuszczone budynki. Na poboczach stoją rzędy pustaków czekające nie wiadomo na co...



Z punktu widzenia przybysza ze Śląska to bardzo ciekawy szlak do obserwacji, ale współczuję tym, którzy muszą tu mieszkać.

Ale każda droga kiedyś się kończy, wkrótce wdrapiemy się samochodem do najwyżej położonego w Macedonii miasta.

2 komentarze:

  1. Macedonia mnie intryguje, ale poza jedną koleżanką (która wrzucała piękne i zachęcające zdjęcia znad Jez. Ochrydzkiego) w sumie nikt znajomy tam nigdy nie był, więc nie nasluchałam się jeszcze kuszących relacji ;) Pojawiają się tam czasem tanie loty i patrząc na Twoje zdjęcia, widzę, że chyba w okresie między późną wiosną a wczesną jesienią to może być dobry kierunek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc na zdjęcia to nawet zimą Macedonia wydaje się atrakcyjna, zwłaszcza nad jeziorami. I raczej mało zadeptana ;)

      Usuń