W piątek wstaję o czwartej. O piątej jestem w autobusie, o szóstej w pociągu. Od tego czy będzie on punktualnie zależy skąd ruszymy na Babią, gdyż w Krakowie na przesiadkę mam całe dziewięć minut. Jeśli się uda to jedziemy do Zawoi Policzne, a jeśli zug się spóźni, to pozostaje kurs na Markową. O dziwo, pociąg wtacza się na krakowski dworzec nawet chwilę przed czasem. Pędzę na MDA, gdzie czeka już Kasia i pakujemy się do pustego busika.
Po ponad dwóch godzinach wysiadamy w Zawoi Policzne. Wiosna atakuje w pełni: słońce praży, na asfalcie zalega paskudna breja, a jedyna zwarta warstwa śniegu rozciąga się pod smutno kołyszącymi się kanapami nieczynnej kolejki na Mosorny Groń.
Na Krowiarkach jeden parking jest zajęty, ale drugi pusty, zatem kompletu turystów nie ma. O dziwo, nie działa kasa z biletami wstępu. Babiogórski Park Narodowy odpuścił taki zarobek?
