niedziela, 29 marca 2026

Masyw Ondřejníka na wiosny początek

Wyjątkowo długo czekałem na kolejną wyprawę w góry - prawie trzy miesiące! Dawno nie miałem takiej przerwy, więc stęskniony za górami czekałem na nie z niecierpliwością. Po małej burzy mózgów wybraliśmy z tatą Masyw Ondřejníka, czyli najwyższą część Pogórza Morawsko-Śląskiego (Podbeskydská pahorkatina), często błędnie uważany za fragment Beskidu Śląsko-Morawskiego. 

Już kiedyś go odwiedziliśmy, było to niedługo przed wybuchem pandemii. Tak jak za pierwszym razem samochód zostawiamy obok dworca kolejowego we Frydlancie nad Ostrawicą (Frýdlant nad Ostravicí, niem. Friedland). Mimo niedzieli na parkingach pełno aut, a na torach co rusz pojawia się kolejny pociąg.


A to nasz dzisiejszy cel.


Chcieliśmy rozmienić pieniądze, więc planowaliśmy, że zajrzymy po drodze do sklepu, ale przeszliśmy kilkadziesiąt metrów i zobaczyliśmy drzwi od knajpy mieszczącej się na dworcu. Nie namyślając się długo wstąpiliśmy do środka i w ten oto sposób doszliśmy do drobnych 😏. Zamówiłem Radegasta, tatuś Becherovkę, do tego czeskie chipsy, w telewizji lecą ostatnie zawody zjazdowe zimowego pucharu świata... bardzo miły początek wyprawy. Jedyny minus to ceny - wszystkie piwa powyżej 50 koron!


Za oknem nieustannie przewijają się pociągi, choć mamy tu do czynienia z boczną linią między Ostrawą a Valašskim Meziříčí i jeszcze boczniejszym odbiciem do Ostravicy. Ta ostatnia liczy niecałe siedem kilometrów i jest jedną z najkrótszych w Republice.


sobota, 21 marca 2026

Hřebečsko: Březová nad Svitavou, Moravská Třebová i Mohelnice

Jesienią ponownie ruszyliśmy na Hřebečsko, czyli dawną niemiecką wyspę językową położoną na północnej części granicy czesko-morawskiej. Do 1945 roku mieszkało w niej ponad sto dwadzieścia tysięcy osób, z których ponad osiemdziesiąt procent używało języka niemieckiego i nazywało tą krainę Schönhengstgau. Składało się na nią prawie sto pięćdziesiąt miejscowości; odwiedzenie wszystkich byłoby zapewne wykonalne, lecz mocno czasochłonne, lecz z miastami nie ma takiego problemu, ponieważ było ich tylko sześć. Trzy odwiedziliśmy już wcześniej, w listopadzie przyszła pora na trzy kolejne.

Pierwszy nasz postój następuje jednak nie w mieście, choć nazwa może sugerować co innego: Městečko Trnávka (Markt Türnau) nie posiada praw miejskich. Nad wioską górują ruiny zamku, dobrze widoczne z głównego skrzyżowania.


W sobotnie południe panuje tu bardzo senna atmosfera, nawet knajpy są jeszcze zamknięte. Nie pozostaje nam nic innego, jak ruszenie w stronę ruin. Przechodzimy przez coś na kształt małego rynku, które pewnie kiedyś było centrum osady.


Na skraju lasu stoi skromny pomnik z przełomu XIX i XX wieku upamiętniający czterdziesto, a następnie pięćdziesięciolecie panowania księcia Jana Liechtensteina, właściciela tych ziem. W sumie książę pełnił swą funkcję przez siedemdziesiąt lat i zajmuje czwarte miejsce wśród najdłużej rządzących monarchów w historii.


Nie byłem pewien, czy chce mi się wchodzić na górkę zamkową, ale Teresa zarządziła wspinaczkę. Dosłownie, bo poszliśmy na pałę przed siebie i po chwili stanęliśmy przy ruinach zamku Cimburk. 


środa, 11 marca 2026

Cmentarze w Gliwicach: Hutniczy i Trynecki

Dawno nie pisałem o cmentarzach, zatem w tym wpisie będzie o dwóch wybranych nekropoliach staropolskich, piastowskich Gliwic (Gleiwitz). Zaczniemy od najstarszego obiektu tego typu - Cmentarza Hutniczego (Hüttenfriedhof). Założony został w 1808 roku przy obecnej ulicy Robotniczej (a dawniej Coloniestrasse i Kalidestrasse) przez zarząd Królewskiej Pruskiej Odlewni Żeliwa (Königlich Preußische Eisengießere). Odlewnia zwana była potocznie Hutą Gliwicką, więc i do cmentarza przylgnęła ta nazwa. 
Cmentarz z założenia przeznaczony był dla pracowników zakładu, w większości ewangelików, lecz nie miał on charakteru wyznaniowego, chowano zmarłych niezależnie od religii. Miał za to charakter w pewnym stopniu elitarny, przynajmniej do czasu - przez prawie półtora wieku grzebano tu przemysłową, polityczną i artystyczną elitą Gleiwitz, w kolejnych dekadach niekoniecznie związaną z hutą.



To, co możemy dzisiaj na nim zobaczyć, jest efektem wydarzeń tragicznego XX wieku. Najpierw przytrafił się tu... wybuch, o którym jeszcze wspomnę. Ostatnie pochówki odbyły się w latach 40. - miano na nim pogrzebać więźniów obozu koncentracyjnego, jeńców z Wehrmachtu zmarłych na choroby zakaźne, wreszcie pewną grupą cywilów przybyłych z Kresów. Potem nadeszło najgorsze, przecież niemiecki cmentarz nie mógł zostać pozostawiony w spokoju. W ramach odniemczania niszczono nagrobki, skuwano napisy, kradziono metalowe elementy, których było tu wyjątkowo dużo; te ostatnie znikały już po upadku komunizmu. Niestety, to typowy los niemal każdego śląskiego, zabytkowego cmentarza włączonego w 1945 roku w granice Polski. Różne były tylko skale zniszczeń, w przypadku Gliwic można napisać, że nekropolia prawie przestała istnieć.




czwartek, 5 marca 2026

Taliándörögd i Kapolcs - koniec świata w centrum kraju

Taliándörögd - tak nazywa się wioska, w której spędziliśmy ostatnią noc wakacyjnego wyjazdu w 2025 roku. Nazwa jest na tyle kosmiczna, że nawet nie próbowałem jej wymówić, wystarczyło, że znalazłem ją na mapie 😏.

W miejscowości, która wygląda jak jeden z wielu węgierskich końców świata, wita mnie cygański zaprzęg. Ale to nie dla niego tu przyjechałem.


Za zabudową znajduje się kemping fajnie prezentujący się w internecie: blisko wioski, ale otoczony łąkami, polami i lasami. Ponieważ zbliża się już wieczór, to mam pewne obawy, czy nie miniemy się z gospodarzami, ale trafiamy na siebie na szutrowej drodze prowadzącej do kempingu. A konkretnie jest to sympatyczna i atrakcyjna gospodyni w wypasionej terenówce. Rzuca z uśmiechem, że jedzie właśnie do mamy, ale wkrótce wróci, a nasz domek kempingowy już na nas czeka. I faktycznie, obok drzwi wisi tabliczka z imieniem i nazwiskiem. A gdybym chciał zostać anonimowy?
Domki wyglądają na w miarę nowe, są proste, ale wygodne: łóżko z pościelą, stolik, szafka, prąd. Łazienki, prysznice i kuchnia na zewnątrz, oddalone o kilkanaście metrów. Dla miłośników odpoczynku na wolnym powietrzu są ławki, stoliki, krzesła, hamaki i tym podobne.



Wkrótce wraca gospodarzowa. Wygląda na silną, samodzielną kobietę, która doskonale sobie ze wszystkim radzi. Świetnie mówi po niemiecku, więc nie ma - jak często na Węgrzech - problemów z komunikacją. Pytamy, czy w wiosce można coś zjeść, bo mijaliśmy przynajmniej dwie knajpy. Może można, lecz nie jest pewna, ale proponuje, że sama coś ugotuje, bo na kempingu prowadzi też mały bufet. Siadamy zatem pod wiatą i czekamy, aż przygotuje nam panini. Dostajemy też wielkie figi, przywiozła od mamy.