Jesienią ponownie ruszyliśmy na Hřebečsko, czyli dawną niemiecką
wyspę językową położoną na północnej części granicy czesko-morawskiej. Do 1945
roku mieszkało w niej ponad sto dwadzieścia tysięcy osób, z których ponad osiemdziesiąt
procent używało języka niemieckiego i nazywało tą krainę Schönhengstgau. Składało się na nią prawie sto pięćdziesiąt miejscowości; odwiedzenie
wszystkich byłoby zapewne wykonalne, lecz mocno czasochłonne, lecz z
miastami nie ma takiego problemu, ponieważ było ich tylko sześć. Trzy
odwiedziliśmy już wcześniej, w listopadzie przyszła pora na trzy
kolejne.
Pierwszy nasz postój następuje jednak nie w mieście, choć nazwa może
sugerować co innego: Městečko Trnávka (Markt Türnau) nie posiada praw miejskich. Nad wioską górują ruiny zamku,
dobrze widoczne z głównego skrzyżowania.
W sobotnie południe panuje tu bardzo senna atmosfera, nawet knajpy są jeszcze
zamknięte. Nie pozostaje nam nic innego, jak ruszenie w stronę ruin.
Przechodzimy przez coś na kształt małego rynku, które pewnie kiedyś było
centrum osady.
Na skraju lasu stoi skromny pomnik z przełomu XIX i XX wieku upamiętniający
czterdziesto, a następnie pięćdziesięciolecie panowania księcia Jana
Liechtensteina, właściciela tych ziem. W sumie książę pełnił swą funkcję przez
siedemdziesiąt lat i zajmuje czwarte miejsce wśród najdłużej rządzących
monarchów w historii.
Nie byłem pewien, czy chce mi się wchodzić na górkę zamkową, ale
Teresa zarządziła wspinaczkę. Dosłownie, bo poszliśmy na pałę przed siebie i
po chwili stanęliśmy przy ruinach zamku Cimburk.
Wzniesiono go w okolicach 1300 roku. W XVII wieku przestał być regularnie
używany, w kolejnym stuleciu został opuszczony, a dodatkowo spłonął. Do dziś
zachowały się fragmenty głównego zamku oraz umocnionego przedgrodzia, które
połączone były drewnianym mostem.
Niestety, zaczyna mżyć. Po zejściu mżawka zmienia się w deszcz, który była na
dzisiaj zapowiadany jako pewny. Idziemy jeszcze zobaczyć kościół św. Jakuba
Starszego.
W ścianę zamkniętej świątyni wmurowano tablice nagrobne zmarłych księży. Na
cmentarzu szukam różnych historycznych ciekawostek i znajduję m.in. zapis
pamiątkowy ku czci Helmuta, jeźdźca poległego drugiego dnia "operacji Barbarossa". Być
może stało się w Hwoźnicy, leżącej współcześnie na Białorusi.
Przenosimy się o kilka kilometrów do małej wioski Přední Arnoštov (Vorder Ehrnsdorf). Świat jest coraz bardziej mokry, leje jak z cebra.
Ubieram kupioną niedawną kurtkę, używaną, ale niby z dobrej firmy, to będzie
jej deszczowy test. Błotnistą drogą wspinam się pod las, gdzie znajduje się
samotny pomnik partyzantów. Radzieckich, więc daleko ich zaniosło. Desantowali
się w styczniu 1945 roku, większość z nich Niemcy rozwalili na miejscu, ale
jednemu udało się przetrwać dzięki pomocy ludności (co dość wyjątkowe, bo
przecież mieszkali tu głównie niemieckojęzyczni).
Tutejsze wzgórza przynależą do Pogórza Orlickiego (Podorlická
pahorkatina, Adlervorgebirge).
Kurtka test, nomen omen, oblała - woda wdarła mi się na polar. Kiepsko. Na szczęście po chwili opady się zmniejszają, aż wreszcie w ogóle ustają.
Były wioski, pora na pierwsze miasto - przed nami Březová nad Svitavou (Brüsau). Liczy ledwie 1600 mieszkańców, jest więc to najmniejsze
miasto Hřebečska i jedno z mniejszych w całej Republice (choć jest
kilkadziesiąt jeszcze mniej ludnych). Zabudowa pokazuje jednak od razu, że to
nie wieś: są kamienice, rynek z ratuszem, kościoły i ogólnie miejski układ
przestrzenny.
Przed urzędem miejskim, już w listopadzie udekorowanym motywami
bożonarodzeniowymi, stoi Pomnik Poległych. Została z niego tylko sylwetka,
wszelkie napisy i tablice usunięto.
Po wojnie Březová doświadczyła znacznego spadku ludności i nigdy nie
osiągnęła wcześniejszego poziomu liczby mieszkańców. Na ulicach widać
nadspodziewanie dużo osób o ciemniejszej karnacji, obraz raczej rzadko
spotykany w środkowych częściach kraju, natomiast częsty w miejscowościach,
skąd wypędzono Niemców.
Przez miasto biegnie ruchliwa droga krajowa, przy której stoi sporo
opuszczonych domów, zakłady przemysłowe chyba też już w większości nie
pracują.
Wdrapuję się na górkę, gdzie znajduje się cmentarz. Najstarsze nagrobki
przeniesiono pod ogrodzenie.
Na środku stoi obelisk z listą poległych w czasie Wielkiej Wojny. Zginęli w
Rosji, Włoszech, Rumunii, natomiast jeden zakończył życie w państwie
Bielsko-Biała 😏. To w ogóle interesujące, bo przecież Bielitz i Bialą
połączono dopiero dwadzieścia lat później.
Wszystkie odwiedzane w czasie tego weekendu miejscowości leżą na historycznych
Morawach. Březová jest pewnym odstępstwem od tej reguły, bowiem jej
terytorium położone za rzeką Svitavou (czyli widoczne na horyzoncie zalesione
pagórki) należy już do Czech, ale na drugi brzeg się nie wybieramy.
Bocznymi drogami kierujemy się w stronę miasta noclegowego. Mijamy mniej lub
bardziej niewielkie przysiółki, na przykład Rudną (Rauden).
Nieco większy jest Křenov (Krönau), rozłożony wokół skrzyżowania.
Wyskakuję na chwilę z auta, aby zrobić kilka zdjęć kościoła, knajpy i
najbliższego otoczenia.
Głównym celem wyjazdu jest Moravská Třebová (Mährisch Trübau),
niespełna dziesięciotysięczne miasto. Ponieważ mamy jeszcze trochę czasu do
odebrania kluczy od apartamentu, więc włóczymy się po osiedlu z wielkiej
płyty, aby zrobić zakupy.
A tu nieco inny typ architektury: klasztor franciszkanów. W czasie komuny
zamiast zakonników mieścił on gospodę, za demokracji braciszkowie wrócili, ale
knajpa nadal w nim działa.
Dzwonię do właścicielki apartamentu, a ta oświadcza, że jest jeszcze
niegotowy. Nadal go sprzątają, co brzmi dość dziwne, biorąc pod uwagę, że na
zegarku zbliża się siedemnasta. Trochę mnie to wkurzyło, gdyż wcześniej
zgłaszałem o której będę, a tu dowiaduję się, że mamy przybyć dopiero za
godzinę. Kręcimy się zatem po rynku wypatrując lokali na wieczór, tymczasem
zapadł zmrok.
Apartament wreszcie otwiera swoje podwoje. Pomijając fakt spóźnienia i to, że
cena w internecie nie odpowiada tej z rzeczywistości (właścicielka twierdziła,
że booking nie pozwala jej zmienić...), to jest on całkiem fajny. Urządzono go
na poddaszu kamienicy, mamy dwie minuty na rynek, a do najbliższej knajpy
dosłownie kilkadziesiąt metrów 😏. W środku czuć ducha historii: prezentują
się stare niemiecko-czeskie szyldy, a na ścianach powieszono portrety cesarza
Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety. Na moje oko oryginały z epoki. Gdyby
ktoś poszukiwał pociechy duchowej, to na półce znajdziemy też miniaturową
Biblię.
Rynek (náměstí T. G. Masaryka) mają tu wielki i... wymarły, zwłaszcza
wieczorem. To nierzadki przypadek, że życie toczy się poza głównym placem. Na
rynku jest kilka sklepów, apteka, optyk, kebab, lecz brak lokalu z czeską
kuchnią, więc zagłębiamy się w boczne uliczki starówki.
Obszar w obrębie murów miejskich to zabytek obok zabytku, a po zmroku
brukowane ulice nabierają dodatkowego uroku. Ale to wszystko dodatek, ponieważ
podstawową sprawą jest teraz napełnienie brzuchów. Najpierw zaglądamy w
pobliże renesansowego pałacu, gdzie od 2023 roku działa Knížecí pivovar.
A w środku podwójne zaskoczenie: pusto! W sobotni wieczór? To nam akurat aż
tak nie przeszkadza, ale browar nie posiada kuchni, więc nie gotuje, choć na
mapy.cz jest oznaczony jako restauracja. Wypijamy zatem po jednym piwie (bez
szału, ale przyzwoite, ceny po 45 koron) i ruszamy na poszukiwanie kolacji.
Na szczęście poszukiwania muszą zakończyć się sukcesem, bo u Czechów w
promieniu kilkudziesięciu metrów może być więcej czynnych restauracji niż w
całej mojej rodzinnej miejscowości, która jest o ponad sto procent większa.
Teraz wystarczy tylko dobrze wybrać. Początkowo nie trafiamy najlepiej: w
przybytku stylizowanym na średniowieczny podają nam menu na Dzień św. Marcina,
czyli gęsinę. Nie przepadam za tym mięsem, a przede wszystkim są to drogie
potrawy. Obsługa upiera się, że innej możliwości nie ma, więc wychodzimy i
zaglądamy do konkurencji. Tam z kolei bardzo tłoczno, zajmujemy ostatni wolny
stolik. Frekwencja przestaje dziwić, bo mamy tu różne karty dań, ceny
przyzwoite, jadło smaczne i jeszcze Pilsnera kosztującego mniej niż u
sąsiadów.
Na koniec tego rajdu po knajpach odwiedzamy spelunkę obok naszego apartamentu.
Niewielka, ale bardzo swojska. Siedzi tu grupa znajomych w wieku 60 plus i nie
jest to żadne spotkanie służbowe czy urodzinowe, ale po prostu wyjście na piwo
i wino, rzecz u nas niesłychana. Do tego jakiś zabłąkany cudzoziemiec, któremu pewien Czech po angielsku tłumaczy zawiłości rodzimej kuchni i spirytualiów.
Bardzo nam się tu podoba.
Odprowadzam Teresę do pokoju, ale mi mało, więc wyruszam na ostatni spacer po uliczkach starówki. Zupełnie przypadkowo trafiam też do jeszcze jednej spelunki, choć już nie tak klimatycznej jak poprzednia. W niej dominują młodsi klienci i głośna muzyka.
Niedzielny poranek nie przynosi zmiany pogody: jest szaro, buro, a chmury wyglądają jakby miało za chwilę padać. Na zdjęciu widok z okna, a obok komina bieli się główny cel dzisiejszego spaceru.
Stare Miasto w Moravskiej Třebovej ma dwa oblicza: odnowiony rynek i mniej lub bardziej zaniedbane otaczające go uliczki. Na takiej właśnie spaliśmy, część sąsiednich domów wyglądała na opuszczone.
Układ ulic zachował się średniowieczny i przyjemnie się po nich chodzi.
Zaglądamy na rynek w świetle, a właściwie szarówce dnia. Jak często na dawnych
terenach habsburskich na jego środku stoi Kolumna Maryjna z początku XVIII
wieku. Otaczające plac kamienice mają w większości renesansowy albo gotycki
rodowód, choć większość później przebudowano. Podobnie jest z ratuszem, który
wzniesiono w 16. stuleciu.
Najważniejszym zabytkiem miasta jest pałac z renesansowymi arkadami, uważany
za jeden z najcenniejszych tego typu w Republice. Z wielu jego właścicieli
ostatnimi byli Liechtensteinowie, którzy przeznaczyli go na mieszkania dla
urzędników i pracowników gospodarczych, ale czasem zatrzymywali się w nim
podczas polowań.
Z kolei najbardziej dominującym nad resztą budynkiem jest kościół
Wniebowzięcia NMP. Kilkukrotnie zniszczony pożarami, obecnie posiada barokowe
oblicze. Próbowaliśmy do niego zajrzeć, ale ciężkie, masywne drzwi ani drgnęły
- jak nam powiedział przechodzący wesoły chłop, jedyna możliwość obejrzenia
wnętrz to tylko w czasie mszy, a ta nawet w niedzielę jest tylko jedna i to
wcześnie rano.
Dawne mury miejskie posiadały trzy bramy oraz jedenaście baszt. Zostało z nich
kilka odcinków ścian oraz trzy baszty, chociaż niezbyt imponujące, jak ta na
zdjęciu.
Opuszczamy granice średniowiecznego miasta i schodzimy do doliny
rzeki Třebůvki (Mährische Triebe). Na jej lewym brzegu wzniesiono
współczesny Pomnik Poległych, odsłonięty w stulecie zakończenia Wielkiej
Wojny.
Jak już pisałem i jak widać Moravská Třebová zabytkami stoi, więc i
mostek nad rzeką nie jest przypadkowy, ale renesansowy. Na tablicach
umieszczono herb i historię rody Liechtensteinów, a relief Ukrzyżowania
przypomina, że tutaj zaczyna się Droga Krzyżowa prowadząca na górkę, na którą
i my się będziemy wspinać.
Aby ułatwić wiernym dojście, w XVI wieku wybudowano zadaszone tzw.
Schody martwych. Z nazwy wynika, że podążały nimi orszaki pogrzebowe,
czyli główny cmentarz miejski musiał znajdować się właśnie na wzgórzu noszącym
miano Křížový vrch (Kreuzberg).
Nieśpiesznie pokonujemy kolejne stopnie, tymczasem obok nas wbiega i zbiega
jakiś szalony człek. Ała, nigdy nie lubiłem biegać po schodach!
Nad schodami są ładne widoki na miasto, co podkreślono instalując tam wielką
ramę do zdjęć. Gdy się dobrze przyjrzeć, to można też dostrzec półokrągłe okna
naszego apartamentu.
Przede wszystkim Křížový vrch ma jednak znaczenie religijne. Tutejszy
(zamknięty) kościół pochodzi z XVI wieku, a wcześniej stała drewniana
świątynia. Otaczający go cmentarz pochodzi z tego samego okresu i może być
traktowany jak wielkie muzeum sztuki cmentarnej! Zabytkowych, sięgających
renesansu nagrobków, jest tu cała masa!
Najstarsze umieszczone są na ścianach kościoła oraz w kaplicy przerobionej na
lapidarium.
Jeżeli kogoś interesują takie klimaty, to spędzi tu dużo czasu. Także groby z
XIX i XX wieku trafiają się ciekawe.
Mohelnicki rynek jest znacznie mniejszy niż ten w MT, też zdobi go kolumna Morowa. Jedna z kamienic obwieszona jest rusztowaniami, a robotnicy dzielnie kują ściany mimo listopadowego chłodu, wilgoci i niedzieli.
Centrum sprawia dziwne wrażenie, nieco surrealistyczne. Nie znajdziemy tu ani jednego lokalu serwującego czeską kuchnie, ale są knajpy chińskie, tureckie i japońskie. Przy jedynym czynnym sklepie, prowadzonym oczywiście przez Wietnamczyków, zbiera się nerwowa młodzież i starsze towarzystwo z rozbieganymi oczami i drgającymi rękami. Na pustych bocznych uliczkach sporo budynków się sypie i to dosłownie. Niespodziewanie na jednym z zakrętów spotykamy rodzinę z Polski, która wygląda, jakby się zgubiła.
Ani atmosfera ani pogoda nie zachęca do dłuższej wędrówki, więc wracamy do samochodu, ale podchodzę jeszcze pod pomnik Czerwonoarmisty z dzieckiem na ręku.
Tablica dziękuje wyzwoleniu miasta przez Sowietów i Czechosłowacką Brygadę Pancerną. Wyzwolili głównie Niemców z rąk Niemców, bowiem w okresie międzywojennym czeskojęzyczni mieszkańcy stanowili w nim około piętnastu procent mieszkańców (dla porównania w Březovej było ich dwadzieścia pięć procent, a w Moravskiej Třebovej dziesięć).
Kilka drogowskazów kieruje do miejsca spoczynku niejakiej Anny Gromes.
Nie mamy pojęcia o kogo chodzi, dopiero po powrocie do domu odkryłem jedną z
bardziej znanych legend miejskich w tej części Moraw. Otóż żyjąca na początku
19. stulecia młoda Anna, córka rolnika/leśnika/inżyniera z jednej z
okolicznych wsi, zakochała się w synu burmistrza Mährisch Trübau,
niejakim Josefie Herknerze. Niestety, rodzice obojga nie zaakceptowali
związku, który trwał już kilka lat i zmusili ją do ożenku z Franzem Gromesem,
wójtem sąsiedniej wioski. Anna zmarła rok po ślubie z powodu gruźlicy. Josef w
rozpaczy wykopał jej ciało z grobowca Gromesów i potajemnie przeniósł do
ogrodu różanego, który sam założył. W rocznicę jej imienin udekorował
pochodniami drogę do miasta i ogród, w tle grała muzyka wzbudzając zdziwienie
niepodejrzewających niczego nobliwych mieszczan. Historia ta została opisana w
literaturze i przeniesiona na scenę jako Annenruhe i długo była
traktowana jako wytwór fantazji, ale... wszystkie postacie są autentyczne,
miłosny związek Anny i Josefa był faktem (przetrwały m.in. ich listy), a
kronika miejscowego gimnazjum potwierdza zaistnienie uroczystości z
pochodniami w rok po śmierci dziewczyny. Dodam, że Josef popełnił samobójstwo
po kilkunastu latach, a Franz żył długo (i może szczęśliwie). Plotki o
przeniesieniu ciała zaczęły niemal od razu krążyć po mieście i aż dziwne, że
nikt nie zajrzał do grobu. Zrobiono to dopiero w 1924 roku, w stulecie jej
śmierci i ten okazał się pusty! Z kolei dekadę później na terenie dawnego
ogrodu Herknerów odkryto... szczątki młodej kobiety, które z dużym
prawdopodobieństwem należały do Anny! A zatem legenda okazała się prawdą,
natomiast doczesne pozostałości dziewczyny ostatecznie ponownie znalazły się w
grobie Gromesów. Dzięki temu, że Czesi nie zniszczyli niemieckiego cmentarza
na Křížovým vrchu, po ponad dwu wiekach Anna i Josef nadal są symbolami nieszczęśliwej miłości.
Symboliczny grób dawnych mieszkańców tu pochowanych, a także realny innego
Gromesa, być może potomka męża Anny.
Nie mogło zabraknąć klimatów wojennych - grób pruskiego oficera poległego w
1866 roku.
Z dwudziestowiecznych pochówków rzuciła mi się w oczy spora grupa obiektów z
napisami w cyrylicy. Są to Rosjanie, którzy uciekli do Czechosłowacji po
rewolucji - w mieście działało wówczas rosyjskie gimnazjum.
Dopełnieniem wizyty na cmentarzu jest podejście na punkt szczytowy wzgórza,
gdzie znajduje się formacja rzeźb kończąca Drogę Krzyżową. Można spod niej
popatrzeć na miasto, ale też w inną stronę, na przykład na rozłożone na dole
Linhartice (Ranigsdorf) - to ich wójtem był mąż Anny.
Wracamy do centrum, gdzie na niektórych ścianach namalowano kosmitów.
Przed ruszeniem w dalszą drogę fotografuję jeszcze modernistyczny kościół
ewangelicki. Wybudowali go niemieccy wierni, otwarto go w 1939 roku, dzień po
utworzeniu Protektoratu Czech i Moraw. Po wojnie władze przekazali świątynię
Kościołowi Czeskobraterskiemu.
Zostało nam jeszcze jedno miasto - położone przy wschodniej granicy regionu
Mohelnice (Müglitz). Są one ciut większe od Moravskiej Třebovej, ale
wrażenie sprawiają zupełnie inne.
Samochód zostawiamy niedaleko restauracji z kilkuwiekową historią i ruszamy
w stronę nieodległego rynku.
Nad starówką dominuje wieża kościoła św. Tomasza z Canterbury. O dziwo
można wejść do przedsionka, więc przez kratę zaglądamy do ciemnych wnętrz z
gotyckim sufitem.
Mohelnicki rynek jest znacznie mniejszy niż ten w MT, też zdobi go kolumna Morowa. Jedna z kamienic obwieszona jest rusztowaniami, a robotnicy dzielnie kują ściany mimo listopadowego chłodu, wilgoci i niedzieli.
Centrum sprawia dziwne wrażenie, nieco surrealistyczne. Nie znajdziemy tu ani jednego lokalu serwującego czeską kuchnie, ale są knajpy chińskie, tureckie i japońskie. Przy jedynym czynnym sklepie, prowadzonym oczywiście przez Wietnamczyków, zbiera się nerwowa młodzież i starsze towarzystwo z rozbieganymi oczami i drgającymi rękami. Na pustych bocznych uliczkach sporo budynków się sypie i to dosłownie. Niespodziewanie na jednym z zakrętów spotykamy rodzinę z Polski, która wygląda, jakby się zgubiła.
Ani atmosfera ani pogoda nie zachęca do dłuższej wędrówki, więc wracamy do samochodu, ale podchodzę jeszcze pod pomnik Czerwonoarmisty z dzieckiem na ręku.
Tablica dziękuje wyzwoleniu miasta przez Sowietów i Czechosłowacką Brygadę Pancerną. Wyzwolili głównie Niemców z rąk Niemców, bowiem w okresie międzywojennym czeskojęzyczni mieszkańcy stanowili w nim około piętnastu procent mieszkańców (dla porównania w Březovej było ich dwadzieścia pięć procent, a w Moravskiej Třebovej dziesięć).







































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz