niedziela, 25 kwietnia 2021

Twierdza Nysa: Reduta Kapucyńska, Obwarowania Jerozolimskie, Fort Prusy, Obwałowania Wysokie, cmentarz garnizonowy.

Nysa (Neisse) to jedno z najciekawszych miast śląskich. "Śląski Rzym", mocno pokiereszowany pod koniec ostatniej wojny i tylko częściowo odbudowany, ale nadal posiadający setki zabytkowych obiektów przyciągających turystów. Mnie od dawna interesowała nyska twierdza, na której obchód wybraliśmy się we trójkę w kwietniową sobotę. Naszym przewodnikiem był Piotrek (Regis), pochodzący z pobliskich Radzikowic, a w Nysie uczęszczający do szkoły, więc znający ją jak własną kieszeń.

Zanim rzucimy się w wir zwiedzania krótki rys historyczny twierdzy Nysa (Festung Neisse). Już w średniowieczu miasto musiało być chronione - najpierw obwarowaniami ziemnymi, potem murowanymi, które powstrzymały husytów. W kolejnych wiekach fortyfikacje stopniowo rozbudowywano i unowocześniano, obawiając się m.in. najazdu tureckiego. Paradoksalnie zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony: w 1741 roku Nysę zdobyły wojska pruskie Fryderyka II Wielkiego. Monarcha docenił jej strategiczne położenie i postanowił uczynić z niej twierdzę z prawdziwego zdarzenia. Starsze konstrukcje przebudowano, wzniesiono także nowe - prace przebiegały pod nadzorem samego króla. Twierdza uznawana była wówczas jako szczyt nowoczesności, a zastosowane rozwiązania wyprzedzały o dekady swoją epokę. Nie udało się jej zająć Austriakom, ale sztuka ta powiodła się w 1807 roku Francuzom. Oblężenie i nieustanne bombardowanie trwało ponad sto dni, załoga twierdzy była zbyt mała, kończyły się zapasy i amunicja, więc pruski dowódca zdecydował się na kapitulację.

Wiek XIX to z jednej strony dalszy rozwój sztuki fortecznej, jak i jej powolny zmierzch. Twierdzę cały czas modernizowano, ale ostatecznie w latach 80. rozpoczęto proces jej likwidacji: coraz lepsza i silniejsza artyleria sprawiła, iż nyskie fortyfikacje nie miały już szans na skuteczne powstrzymywanie przeciwnika. Choć w mieście nadal stacjonowało liczne wojsko, to poszczególne obiekty adaptowano do innych celów lub likwidowano. W 1903 Neisse oficjalnie przestała być miastem-twierdzą. W czasie I wojny światowej przetrzymywano tu jeńców, a w czasie II więźniów obozów koncentracyjnych. Pospiesznie reaktywowana twierdza w 1945 roku padła pod ciosami Armii Czerwonej. Nyska starówka legła w gruzach (przeważnie już po przejściu frontu), ale większość fortów nie doznała zniszczeń. Części używało później Ludowe Wojsko Polskie. Szacuje się, iż do dziś przetrwało 50-60% fortyfikacji w porównaniu ze stanem z początku ubiegłego wieku. To najlepiej zachowana śląska twierdza obok sowiogórskiej (twierdzy w Kłodzku nie liczę, bo ta na Śląsku nie leży).

Twierdza to nie tylko forty. Twierdza to również koszary, budynki administracyjne i gospodarcze, magazyny, szpitale, cmentarze, pomniki, kasyna, sklepy dla wojska, wyszynki i burdele. To również nas będzie interesować w czasie zwiedzania. Ponieważ oznacza to ogromny obszar (podobno 230 hektarów), więc w czasie tej wizyty ograniczymy się do kilkunastu punktów w północnej części miasta, na lewym brzegu Nysy Kłodzkiej.

sobota, 17 kwietnia 2021

Przez Górny Śląsk w Wielką Sobotę: Dobrodzień, Lubliniec i inne miejscowości.

Ostatni dzień przed Wielkanocą oznacza u mnie wyjazd do rodziców, podczas którego staram się zawsze zobaczyć coś nowego na górnośląskiej ziemi. Rok temu z wiadomych przyczyn ta akcja została anulowana, w tym można było wrócić do starej, świeckiej tradycji 😏.

W 2021 postanowiłem przemknąć łukiem po północnej części Górnego Śląska. Na pierwszy postój zatrzymuję się niedaleko Opola, w Chrząstowicach (Chronstau, Kranst). W centrum wioski tradycyjnie stoi Pomnik Poległych.

Więcej pomników jest na cmentarzu, co stanowi pokłosie wydarzeń z początku 1945 roku. 

W styczniu Armia Czerwona dotarła w te okolice - w ówczesnym Kranst w wyniku wymiany ognia straciła co najmniej kilkunastu żołnierzy, w tym oficera oraz kilka czołgów (jeden z nich miał zatonąć... w stawie). W ramach odwetu Sowieci postanowili zniszczyć całą wioskę i w tym momencie zdarzył się cud: okazało się, że dowodził nimi... Niemiec. A konkretnie niemiecki komunista. Ponoć uciekł do ZSRR i został tamtejszym wojskowym. Mało tego - ów niemiecko-radziecki dowódca znał się osobiście... z proboszczem tutejszej parafii. Ksiądz namówił dowódcę, by wioskę oszczędził i tamten się zgodził. Taka przynajmniej jest legenda, to powtarzają starsi ludzie tu mieszkający. Czy to rzeczywiście prawda? Osobiście uważam, iż mało prawdopodobne jest, aby Niemiec, nawet komunista, prowadził atak na Niemców w podopolskich wsiach. Co prawda pod koniec wojny zdarzały się sytuacje, że Rosjanie wysyłali niemieckich antyfaszystów za linię frontu w celach dywersyjnych (tak było chociażby w przypadku Festung Breslau), lecz wydarzenie z Chrząstowic byłoby zupełnie wyjątkowe. I jeszcze ta znajomość z farorzem...

W każdym razie miejscowości nie zniszczono, ale nie uchroniło to niektórych mieszkańców przed śmiercią, a po przejściu frontu przed wywózkami do Związku Radzieckiego; czerwonoarmiści rozstrzelali także grupę jeńców.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Mędralowa - Lachów Groń - Lasek, czyli od szałasu do chatki.

W nocy temperatura spadła tylko lekko poniżej zera, więc w szałasie na Mędralowej nie zmarzliśmy. Za to miałem poobijane biodra, bo na twarde deski poddasza moja mata samopompująca niewiele pomagała... Zastanawialiśmy się nad wstaniem na wschód słońca, ale plany te skończyła krótka wymiana zdać o piątej trzydzieści:
- Chce ci się wychodzić na tą zimnicę?
- Nie.
 
O siódmej obudzili się współlokatorzy. Chcieli niby wyjść jak najwcześniej, lecz jeszcze ponad godzinę pakowali się, szurali, gadali o pierdołach i krzątali wokół chatki. Następnie zmieniła ich trójka innych turystów; podejrzewam iż oglądali wschód na Babiej Górze i przyszli na Mędralową się przespać. Położyli się w drugim, dolnym pomieszczeniu, więc nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie.
 
Poranek jest słoneczny i ciepły. Widoki spod szałasu nie są zbyt porywające - możemy popatrzeć jedynie na Lachów Groń i Jałowiec, a z tyłu majaczy zamglony zarys Beskidu Małego z Leskowcem i Potrójną.


niedziela, 4 kwietnia 2021

Krowiarki - Babia Góra - Mędralowa, czyli od przełęczy do szałasu.

O ile w Beskidzie Żywieckim bywam dość często, o tyle na Babiej Górze niekoniecznie. Paradoksalnie, odwiedzenie w marcu Królowej to zasługa... kolejnego lockdownu. Mieliśmy już zarezerwowane noclegi w innej części pasma, ale oczywiście okazało się, że wszystko zamykają, więc trzeba było poszukać jakiś obiektów, które nie "świadczą usług hotelarskich" 😏.

W piątek wstaję o czwartej. O piątej jestem w autobusie, o szóstej w pociągu. Od tego czy będzie on punktualnie zależy skąd ruszymy na Babią, gdyż w Krakowie na przesiadkę mam całe dziewięć minut. Jeśli się uda to jedziemy do Zawoi Policzne, a jeśli zug się spóźni, to pozostaje kurs na Markową. O dziwo, pociąg wtacza się na krakowski dworzec nawet chwilę przed czasem. Pędzę na MDA, gdzie czeka już Kasia i pakujemy się do pustego busika.

Po ponad dwóch godzinach wysiadamy w Zawoi Policzne. Wiosna atakuje w pełni: słońce praży, na asfalcie zalega paskudna breja, a jedyna zwarta warstwa śniegu rozciąga się pod smutno kołyszącymi się kanapami nieczynnej kolejki na Mosorny Groń. 

Ale dotarcie na Policzne to dopiero mniejsza połowa sukcesu, teraz trzeba jakoś się dostać na Krowiarki. Ruszamy drogą w stronę przełęczy, licząc na złapanie stopa. Ruch jest początkowo niewielki, następnie mija nas kilka aut, kierowcy pokazują dziwne gesty. Po dziesięciu minutach, za zieloną tablicą z nazwą "Zawoja", zatrzymuje się wóz. Starszy kierowca nie odezwał się słowem przez całą podróż, ale podrzucił nas do celu. Zaoszczędziliśmy cztery kilometry i godzinę.

Na Krowiarkach jeden parking jest zajęty, ale drugi pusty, zatem kompletu turystów nie ma. O dziwo, nie działa kasa z biletami wstępu. Babiogórski Park Narodowy odpuścił taki zarobek?