piątek, 16 lipca 2021

Czerwcówka na Kujawach, ziemi dobrzyńskiej i chełmińskiej.

Kolejny rok czerwcówkę spędzam w Polsce. Tym razem tydzień po Bożym Ciele wybrałem się na Kujawy, ziemię dobrzyńską i chełmińską.
 
Zaczynamy od Włocławka, który jest uznawany za nieoficjalną stolicę Kujaw. Na bezpłatnym parkingu pod mostem wita nas mural z patronem województwa kujawsko-pomorskiego. To i nawet województwa mają swoich patronów?
 
 
Włocławek to jedno z najstarszych miast w Polsce; gród obronny istniał tu już w XI wieku, natomiast lokacja nastąpiła w wieku XIII. Prawdopodobnie początkowo funkcjonowały dwa Włocławki: jeden to miasto biskupie, a drugi "miasto niemieckie", założone przez kolonistów z Rzeszy. Na pewno aż do czasów rozbiorów najważniejszym człowiekiem w mieście był biskup i to on decydował o wszystkim. Pamiątką po tej przeszłości jest okazała bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.


wtorek, 13 lipca 2021

Krnov i okolice rowerowo.

Nadszedł czerwiec, więc można było znowu pomyśleć o odwiedzinach na rowerze jakiegoś czeskiego podgórskiego regionu. Tym razem wybraliśmy Krnov i okolice, czyli przeważnie Niski Jesionik.
 
Auto postanowiliśmy zostawić po polskiej stronie, w Opawicy (Tropplowitz). To jedna z kilku wiosek, która po wojnach śląskich w XVIII wieku została podzielona granicą wytyczoną na rzeczce Opawicy. Po drugiej stronie rozciągają się Opavice.

Żar leje się z nieba, gdy wyciągamy rowery z bagażnika. Jesteśmy czujnie obserwowani z najbliższego bloku - z parapetów i zza firanek. Zastanawiamy się, czy to dobrze czy źle? Przypilnują w nocy samochodu czy raczej odkręcą koła?


Na drodze panuje zaskakująco spory ruch - wszyscy kierują się w stronę pobliskiego niewielkiego przejścia granicznego zlokalizowanego w lesie. Kierunek wskazuje tablica; co prawda miejscowość docelowa nazywa się Město Albrechtice, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi, może po prostu zabrakło blachy?
 
 
Przejechaliśmy trzysta metrów i stanęliśmy na chwilę w cieniu, a tu nagle słyszymy huk! Z niedowierzaniem patrzymy jak z mojej przedniej opony w ciągu kilku sekund zszedł cały luft! Okazało się, że pękła dętka, nie dość że na dużej powierzchni, to jeszcze od środka. Na to nie byliśmy przygotowani, choć Bastek przed wyjazdem zastanawiał się czy wziąć zapasową... Próbuje ją skleić łatkami, ale dziura jest zbyt duża. W tym momencie uznałem, że już po całej wyprawie, ale próbujemy jeszcze poszukać w Głubczycach sklepu rowerowego. W ostateczności przejdziemy się do Krnova piechotą!
Sklep znajdujemy, dętkę wymieniamy i wracamy do Opawicy, ale straciliśmy ponad półtorej godziny, na zegarku minęła dwunasta. Nie tak to miało wyglądać! Trudno, będziemy nadrabiać stracony czas w trasie...

czwartek, 8 lipca 2021

Zamość. Perełka na koniec.

Zamość. Perła renesansu wpisana na listę UNESCO. Najładniejsze miasto dawnej ziemi chełmskiej, a dziś zapewne całego województwa lubelskiego, a może i południowo-wschodniej Polski. Tak mówią. Faktycznie, kolorowa starówka może się podobać, zwłaszcza Rynek Wielki.


Po tygodniowym włóczeniu się wzdłuż granicy na sam koniec czeka nas wizyta w tak turystycznym miejscu. Nietypowe w naszym przypadku. Początkowo jednak nie mamy okazji podziwiać pięknych zabytków dawnej architektury, bowiem dworzec autobusowy w Zamościu to dość obskurny plac (przypominający parking) otoczony blokami. Daleko z niego zarówno do centrum, jak i do dworca kolejowego. Odnoszę wrażenie, że takie lokalizacje (podobnie jak np. w Lublinie) podyktowane były chęcią przypodobania się lobby taksówkowemu, bo to one najbardziej na nim skorzysta.

środa, 30 czerwca 2021

Polska rzepakowa (4): Chłopiatyn - Budynin - Korczmin - Tarnoszyn.

Kolejny piękny, słoneczny i ciepły poranek. Chłopiatyn (Хлопятин) budzi nas również miarowym rykiem kosiarek. Już wieczorem ktoś z zapałem używał tego przyrządu, a dziś podjął wyzwanie o dość wczesnych godzinach rannych (na zegarku nie było jeszcze siódmej). Podobno prezydent ogłosił Narodowy Dzień Koszenia Trawy i wielu wyborców z zapałem rzuciło się do czynu.


Co najlepsze do picia z rana? Piwo, wiadomo, ale jego została nam ostatnia puszka. Równie znakomicie do gaszenia pragnienia nadaje się woda Galicya - całą skrzynkę zostawił wczoraj człowiek, który podwiózł nas nad staw! Kolejne butelki są szybko opróżniane.

Idę odwiedzić wznoszącą się za górką wieżę widokową. Stoi ona obok siedziby straży granicznej, a przy jej płocie szaleje facet z kosiarką. 

niedziela, 20 czerwca 2021

Polska rzepakowa (3): Sulimów - Dłużniów - Wyżłów - Myców.

Z Dołhobyczowa wydostajemy się na dwa razy: pierwszy autostop podwozi nas tylko kilka kilometrów, do Oszczowa (Ощів). Wychodzimy na skrzyżowaniu, gdzie na wysokim postumencie stoi Jan Nepomucen. Z kolei za płotem bieleją ściany barokowego dworku, obecnie Warsztatu Terapii Zajęciowej Osób Niepełnosprawnych. 
 

Ruch na drodze jest tak skromny, że żartujemy z Bubą, iż wkrótce doścignie nas pozostała trójka poruszająca się pieszo. A jednak nie - podjeżdża młody chłopak, wyraźnie zadowolony, iż może pomóc tak egzotycznym pasażerom. W jego samochodzie przekraczamy historyczną granicę pomiędzy Rosją i Austrią. Czy po ponad stu latach może to mieć jakieś znaczenie? Dla turysty jak najbardziej! Tereny znajdujące się w byłej Kongresówce, czyli dawna gubernia chełmska, objęte były w okresie sanacji akcją polonizacyjną, więc z ich krajobrazu zniknęły niemal wszystkie wiejskie cerkwie należące do Ukraińców. Ziemie położone na południu, a więc dawna Galicja, uniknęły tego nieszczęścia. I choć miejscowi Ukraińcy byli znacznie mniej przychylnie nastawieni do państwa polskiego, to nie próbowano zrobić z nich katolickich Polaków, nikt też nie burzył ich świątyń. W efekcie wiele cerkiewek stoi do dzisiaj, przeklasyfikowanych na kościoły łacińskie.

wtorek, 8 czerwca 2021

Polska rzepakowa (2): Kryłów - Dołhobyczów.

Kryłów (Крилів) to obecnie niezbyt duża wioska z bogatą historią. Przez kilka wieków była miastem, straciła ten status dopiero po powstaniu styczniowym. Właścicielami były ważne rody Tęczyńskich, Ostrorogów i Radziejowskich. W czasach rozkwitu reformacji działało w nim kalwińskie gimnazjum. Przeszłość to także wielka mozaika narodowościowa charakterystyczna dla miasteczek ziemi chełmskiej, wchodzącej w skład województwa ruskiego: jeszcze sto lat temu połowę mieszkańców stanowili Żydzi, następni byli prawosławni Ukraińcy i trochę mniej liczni katoliccy Polacy. Do pewnego momentu żyli oni w miarę zgodnie, aż w końcu wszystko szlag trafił! Najpierw w 1938 roku władze sanacyjne nakazały zburzyć prawosławną cerkiew w ramach wspominanej już przeze mnie akcji "rewindykacyjno-polonizacyjnej". Ziarno nienawiści zostało zasiane. Następnie przyszli Niemcy i wymordowali Żydów oraz spalili drewnianą synagogę. Nieustannie iskrzyło między pozostałymi w wiosce Słowianami: w 1944 roku oddział Batalionów Chłopskich zabił w Kryłowie 13 Ukraińców. W polskich źródłach o tych wydarzeniach się nie wspomina, ewentualnie pojawia się tekst o "likwidacji bazy UPA", Ukraińcy zaś piszą, że połowa ofiar to kobiety i dzieci. W marcu kolejnego roku doszło do rewanżu: tym razem upowcy napadli na miejscowość, mordując wszystkich milicjantów i prawie trzydziestu cywilów. Po wytyczeniu nowej granicy na Bugu Kryłów oczyszczono z elementu niepolskiego. Pamiątki po wielokulturowej historii nadal istnieją, ale trzeba włożyć trochę wysiłku, aby je odnaleźć i odszukać.

I na te senne, zdegradowane do poziomu wsi (nawet nie gminnej) dawne miasteczko trafiamy my, przywiezieni przez pomocnych gospodarzy z agroturystyki w Ślipczach. Podwożą nas pod główny sklep, który akurat w niedzielę nie działa, ale w ramach pocieszenia tuż obok dwa dni wcześniej otwarto nowiutki bar 😏.

Atmosfera w nim przyjazna, a ceny umiarkowane, więc siadamy do stolika i jednocześnie obgadujemy kwestię noclegu. Chcemy się rozbić z namiotami na wyspie na Bugu, ale Buba opowiadała, że podczas jej poprzedniej wizyty miała nieprzyjemności ze strażą graniczną. Raczej nie mamy szans, aby pozostać niezauważeni, skoro drogami obok knajpy patrole SG przejeżdżają co kilka-kilkanaście minut: motory, quady, samochody. Rozmawiamy nawet na ten temat z miejscowymi, którzy mówią, że jakby co to powołać się na nich, a w ostateczności możemy przenieść się na podwórko jakiejś ich krewnej w oddaleniu od rzeki. My jednak mocno postanowiliśmy trzymać się pierwotnego planu.

Najpierw jednak idę z Szymonem na małe zakupy do innego sklepu. Przy okazji rzucimy też oczami na samą wioskę. Naprzeciwko baru stoi potężnych gabarytów przystanek autobusowy: po bliższym przyjrzeniu się odkrywamy, iż dla podróżnych przygotowano jedynie małą wnękę, a reszta to zamykane pomieszczenie. Po lewej kościół katolicki, jedyna zachowana do dziś świątynia.

środa, 2 czerwca 2021

Polska rzepakowa (1): Hrubieszów - Czumów - Ślipcze - Czapliniec.

Późna wiosna oznacza u mnie zazwyczaj tradycyjny wyjazd do wschodniej Polski, aby z kilkuosobową ekipą powłóczyć się wzdłuż granic. Pisałem już o tym wielokrotnie, ale pozwolę sobie pokrótce przypomnieć historię tych wypadów 😊.

Dokładnie dziesięć lat temu grupa moich znajomych wpadła na pomysł, aby latem odwiedzić Podlasie. To miała być jednorazowa akcja, lecz tak im się spodobało, iż postanowili ją kontynuować. Termin zmieniono na maj lub czerwiec, ustalono także, że w jednym roku będą poruszać się na północ, a w kolejnym na południe, tak aby stopniowo zwiększać "zasięg" zaliczonego terenu przygranicznego. Jeśli zakończyło się gdzieś wędrówkę w danym roku, to mniej więcej w to samo miejsce wracało się po dwóch latach. W 2013 dołączyłem i ja. Do 2019 na północy zdążyliśmy dotrzeć do Gołdapi (a więc teraz idzie się właściwie nie na północ, ale na zachód), a na południu do Hrubieszowa. W ubiegłym roku wszystko posypało się z wiadomych przyczyn, w tym postawiliśmy nie odpuścić. Nastąpiły jednak spore zmiany w składzie osobowym: ze stałych bywalców zostałem tylko ja i Buba, nie ma zatem już nikogo, kto byłby obecny na wszystkich wyjazdach. Dokooptowaliśmy kilku nowych ludzi, aby liczba się zgadzała. Datę rozpoczęcia ustaliliśmy na końcówkę maja, żeby uniknąć sytuacji sprzed dwóch lat, kiedy to zimni ogrodnicy mocno popsuli nam zabawę. Teraz co prawda prognozy pogody także były kiepskie (niektóre wskazywały, iż przez cały tydzień codziennie ma lać!), na szczęście w większości się nie sprawdziły 😛. A zatem w przedostatnią sobotę maja ruszamy w kierunku Bugu, po trzech latach wracamy do marszruty na południe!

Z Bubą spotykam się już w pociągu. Mamy w nim do przejechania ponad czterysta kilometrów. Przetniemy pięć województw (a Buba nawet sześć - dolnośląskie, opolskie, śląskie, świętokrzyskie, mazowieckie i lubelskie), ale tylko dwie krainy historyczne - Śląsk i Małopolskę.

Dłuższy postój mamy w Kielcach, więc wychodzę rozprostować kości i rozejrzeć się po okolicy w stolicy scyzoryków. 

Zaglądam na nieodległy dworzec autobusowy. Byłem pewien, że to współczesna konstrukcja, a okazało się, iż otwarto go w 1984 roku na 40-lecie PRL-u! Odnowiony i wpisany na listę zabytków jest jednym z wielu przykładów, że w Polsce Ludowej potrafiono zaprojektować interesujące budynki. Za nim wyrasta kościół św. Krzyża.

piątek, 21 maja 2021

Góry Stołowe: Białe Skały, Skalne Grzyby, Radkowskie Skały i Fort Karola.

Góry Stołowe są zawsze zdrowe - to moje motto pozostaje aktualne od pierwszej w nich wizyty. Po trzyletniej przerwie pora odwiedzić je ponownie. Ruszamy w poniedziałek. Aura jest tak samo słoneczna jak w niedzielę, a za to nie spotkamy tłumów ludzi. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Najbardziej oblegane miejsce, czyli Szczeliniec Wielki, odpuszczamy. Trasa pomiędzy skałami i tak pozostaje zamknięta, gdyż jest nadal zalodzona. Zamiast niego chcę zajrzeć do trzech innych grup skalnych.

Samochód zostawiamy na leśnym parkingu przy Lisiej Przełęczy (Fuchsenpass). Ledwo wyłączyłem silnik, a zaraz za nami zjawił się inny wóz, po nim następny i następny. Oho. Na szczęście pasażerowie z tamtych aut idą w innym kierunku niż my.

Skręcamy w prawo i wchodzimy na szlaki biegnące przez Białe Skały (Weisse Felsen). W nich będziemy mieli spokój: oprócz dwójki turystów z psem, spotkanych na samym początku, żaden inny człowiek się nie pojawi.

W skalnych zgrupowaniach jak to u nich: skały, skały, skały... Źle się je fotografuje, bo często ukryte są za drzewami, do tego przeszkadza duży kontrast pomiędzy jasnymi a ciemnymi przestrzeniami.

środa, 12 maja 2021

Majówka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej: Żarki - Mirów - Bobolice - Góra Zborów.

Na Jurę Krakowsko-Częstochowską zapewne bym się nie wybrał, gdyby nie pandemia, a konkretnie to zamknięte granice Słowacji i Czech. W ubiegłym roku majówkę odpuściłem całkowicie, tym razem uznałem, że tak nie wypada, więc skoro nie można pojechać z plecakiem nad Wag lub Wełtawę, to niech chociaż będzie Jura.

Pogoda postanowiła dostosować się do apeli ministra zdrowia aby wytrzymać jeszcze dwa tygodnie i że długi weekend będzie naprawdę kluczowy, więc w prognozach zapowiadano same świństwa. Potem jednak okazało się, że piątek ma być słoneczny, sobota w miarę bezdeszczowa, a niebo zawali się na głowy dopiero w niedzielę, kiedy i tak musieliśmy wracać.

Faktycznie w piątkowy poranek świeci słońce. Pociąg ze stolicy Górnego Śląska pełni także rolę wehikułu czasu, gdyż przenieśliśmy się do stycznia 1970 roku i to w środek nocy 😛.

W godzinach południowych wychodzę z Bastkiem na peronie przystanku Żarki-Letnisko. Ciepłe promienie słońca sprawiają, że mamy wrażenie przebywania gdzieś nad morzem albo przypominają mi coroczne tradycyjne wędrówki wzdłuż wschodnich rubieży Polski.

czwartek, 6 maja 2021

Góry Suche. Zapomniałem jak tam stromo!

Góry Suche (Javoří hory, Heidelgebirge, czasem też Dürre Gebirge) to wschodnia, najwyższa i chyba najciekawsza część Gór Kamiennych. Do tej pory byłem w nich tylko dwa razy. Po raz pierwszy kilkanaście lat temu w formie zupełnie dla mnie nietypowej, bo z wycieczką zorganizowaną przez koło PTTK. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż wtedy pracowała u nich znajoma, więc sądziłem, że będzie fajnie, tymczasem miałem za towarzystwo osoby jęczące ze zmęczenia po stu metrach, przewodniczka myliła szlaki piesze z rowerowymi, a w końcu skrócono trasę z powodu licznych obtarć. Po raz drugi pojechałem tam z kumplem w pochmurną, smutną jesień. Teraz nadszedł czas trzeciej próby, wreszcie mogłem wybrać się w tym roku samotnie. Analizowałem pogodę, która jak zwykle w moim przypadku miała być średnia, w końcu machnąłem na nią ręką i stwierdziłem, że co będzie, to będzie.

Po pokonaniu zaledwie 160 kilometrów parkuję przy kościele w Unisławiu Śląskim (Langwaltersdorf). Musiałem dobrze wybrać miejsce, żeby nie zająć kawałka łąki przeznaczonego dla samochodu księdza proboszcza (informowała o tym tabliczka przyczepiona do wbitego w ziemię patyka). Na razie jeszcze świeci słońce, lecz chmury już nadciągają.

Jakaś kobieta z pobliskiego domu głośno woła "dzień dobry". Odkrzykuję powitanie, ale okazuje się, że ona tylko gada z kimś przez telefon. No dobra, pora wskoczyć w górskie buty i ruszać.

Gdy zobaczyłem najbliższą górę, zakląłem bardzo szpetnie. Świetną sobie wybrałem trasę, od razu na samym początku ściana płaczu! Zdjęcie nie oddaje tego tak dokładnie, ale Stożek Wielki (Groß Storch Berg) to jest kaliber grubszej wagi!

 
I wtedy sobie przypomniałem, że w Górach Suchych praktycznie nie ma "normalnych" szczytów, na każdy musisz się wdrapać, nawet jeśli ich wysokość wcale nie jest duża.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Twierdza Nysa: Reduta Kapucyńska, Obwarowania Jerozolimskie, Fort Prusy, Obwałowania Wysokie, cmentarz garnizonowy.

Nysa (Neisse) to jedno z najciekawszych miast śląskich. "Śląski Rzym", mocno pokiereszowany pod koniec ostatniej wojny i tylko częściowo odbudowany, ale nadal posiadający setki zabytkowych obiektów przyciągających turystów. Mnie od dawna interesowała nyska twierdza, na której obchód wybraliśmy się we trójkę w kwietniową sobotę. Naszym przewodnikiem był Piotrek (Regis), pochodzący z pobliskich Radzikowic, a w Nysie uczęszczający do szkoły, więc znający ją jak własną kieszeń.

Zanim rzucimy się w wir zwiedzania krótki rys historyczny twierdzy Nysa (Festung Neisse). Już w średniowieczu miasto musiało być chronione - najpierw obwarowaniami ziemnymi, potem murowanymi, które powstrzymały husytów. W kolejnych wiekach fortyfikacje stopniowo rozbudowywano i unowocześniano, obawiając się m.in. najazdu tureckiego. Paradoksalnie zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony: w 1741 roku Nysę zdobyły wojska pruskie Fryderyka II Wielkiego. Monarcha docenił jej strategiczne położenie i postanowił uczynić z niej twierdzę z prawdziwego zdarzenia. Starsze konstrukcje przebudowano, wzniesiono także nowe - prace przebiegały pod nadzorem samego króla. Twierdza uznawana była wówczas jako szczyt nowoczesności, a zastosowane rozwiązania wyprzedzały o dekady swoją epokę. Nie udało się jej zająć Austriakom, ale sztuka ta powiodła się w 1807 roku Francuzom. Oblężenie i nieustanne bombardowanie trwało ponad sto dni, załoga twierdzy była zbyt mała, kończyły się zapasy i amunicja, więc pruski dowódca zdecydował się na kapitulację.

Wiek XIX to z jednej strony dalszy rozwój sztuki fortecznej, jak i jej powolny zmierzch. Twierdzę cały czas modernizowano, ale ostatecznie w latach 80. rozpoczęto proces jej likwidacji: coraz lepsza i silniejsza artyleria sprawiła, iż nyskie fortyfikacje nie miały już szans na skuteczne powstrzymywanie przeciwnika. Choć w mieście nadal stacjonowało liczne wojsko, to poszczególne obiekty adaptowano do innych celów lub likwidowano. W 1903 Neisse oficjalnie przestała być miastem-twierdzą. W czasie I wojny światowej przetrzymywano tu jeńców, a w czasie II więźniów obozów koncentracyjnych. Pospiesznie reaktywowana twierdza w 1945 roku padła pod ciosami Armii Czerwonej. Nyska starówka legła w gruzach (przeważnie już po przejściu frontu), ale większość fortów nie doznała zniszczeń. Części używało później Ludowe Wojsko Polskie. Szacuje się, iż do dziś przetrwało 50-60% fortyfikacji w porównaniu ze stanem z początku ubiegłego wieku. To najlepiej zachowana śląska twierdza obok sowiogórskiej (twierdzy w Kłodzku nie liczę, bo ta na Śląsku nie leży).

Twierdza to nie tylko forty. Twierdza to również koszary, budynki administracyjne i gospodarcze, magazyny, szpitale, cmentarze, pomniki, kasyna, sklepy dla wojska, wyszynki i burdele. To również nas będzie interesować w czasie zwiedzania. Ponieważ oznacza to ogromny obszar (podobno 230 hektarów), więc w czasie tej wizyty ograniczymy się do kilkunastu punktów w północnej części miasta, na lewym brzegu Nysy Kłodzkiej.

sobota, 17 kwietnia 2021

Przez Górny Śląsk w Wielką Sobotę: Dobrodzień, Lubliniec i inne miejscowości.

Ostatni dzień przed Wielkanocą oznacza u mnie wyjazd do rodziców, podczas którego staram się zawsze zobaczyć coś nowego na górnośląskiej ziemi. Rok temu z wiadomych przyczyn ta akcja została anulowana, w tym można było wrócić do starej, świeckiej tradycji 😏.

W 2021 postanowiłem przemknąć łukiem po północnej części Górnego Śląska. Na pierwszy postój zatrzymuję się niedaleko Opola, w Chrząstowicach (Chronstau, Kranst). W centrum wioski tradycyjnie stoi Pomnik Poległych.

Więcej pomników jest na cmentarzu, co stanowi pokłosie wydarzeń z początku 1945 roku. 

W styczniu Armia Czerwona dotarła w te okolice - w ówczesnym Kranst w wyniku wymiany ognia straciła co najmniej kilkunastu żołnierzy, w tym oficera oraz kilka czołgów (jeden z nich miał zatonąć... w stawie). W ramach odwetu Sowieci postanowili zniszczyć całą wioskę i w tym momencie zdarzył się cud: okazało się, że dowodził nimi... Niemiec. A konkretnie niemiecki komunista. Ponoć uciekł do ZSRR i został tamtejszym wojskowym. Mało tego - ów niemiecko-radziecki dowódca znał się osobiście... z proboszczem tutejszej parafii. Ksiądz namówił dowódcę, by wioskę oszczędził i tamten się zgodził. Taka przynajmniej jest legenda, to powtarzają starsi ludzie tu mieszkający. Czy to rzeczywiście prawda? Osobiście uważam, iż mało prawdopodobne jest, aby Niemiec, nawet komunista, prowadził atak na Niemców w podopolskich wsiach. Co prawda pod koniec wojny zdarzały się sytuacje, że Rosjanie wysyłali niemieckich antyfaszystów za linię frontu w celach dywersyjnych (tak było chociażby w przypadku Festung Breslau), lecz wydarzenie z Chrząstowic byłoby zupełnie wyjątkowe. I jeszcze ta znajomość z farorzem...

W każdym razie miejscowości nie zniszczono, ale nie uchroniło to niektórych mieszkańców przed śmiercią, a po przejściu frontu przed wywózkami do Związku Radzieckiego; czerwonoarmiści rozstrzelali także grupę jeńców.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Mędralowa - Lachów Groń - Lasek, czyli od szałasu do chatki.

W nocy temperatura spadła tylko lekko poniżej zera, więc w szałasie na Mędralowej nie zmarzliśmy. Za to miałem poobijane biodra, bo na twarde deski poddasza moja mata samopompująca niewiele pomagała... Zastanawialiśmy się nad wstaniem na wschód słońca, ale plany te skończyła krótka wymiana zdać o piątej trzydzieści:
- Chce ci się wychodzić na tą zimnicę?
- Nie.
 
O siódmej obudzili się współlokatorzy. Chcieli niby wyjść jak najwcześniej, lecz jeszcze ponad godzinę pakowali się, szurali, gadali o pierdołach i krzątali wokół chatki. Następnie zmieniła ich trójka innych turystów; podejrzewam iż oglądali wschód na Babiej Górze i przyszli na Mędralową się przespać. Położyli się w drugim, dolnym pomieszczeniu, więc nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie.
 
Poranek jest słoneczny i ciepły. Widoki spod szałasu nie są zbyt porywające - możemy popatrzeć jedynie na Lachów Groń i Jałowiec, a z tyłu majaczy zamglony zarys Beskidu Małego z Leskowcem i Potrójną.


niedziela, 4 kwietnia 2021

Krowiarki - Babia Góra - Mędralowa, czyli od przełęczy do szałasu.

O ile w Beskidzie Żywieckim bywam dość często, o tyle na Babiej Górze niekoniecznie. Paradoksalnie, odwiedzenie w marcu Królowej to zasługa... kolejnego lockdownu. Mieliśmy już zarezerwowane noclegi w innej części pasma, ale oczywiście okazało się, że wszystko zamykają, więc trzeba było poszukać jakiś obiektów, które nie "świadczą usług hotelarskich" 😏.

W piątek wstaję o czwartej. O piątej jestem w autobusie, o szóstej w pociągu. Od tego czy będzie on punktualnie zależy skąd ruszymy na Babią, gdyż w Krakowie na przesiadkę mam całe dziewięć minut. Jeśli się uda to jedziemy do Zawoi Policzne, a jeśli zug się spóźni, to pozostaje kurs na Markową. O dziwo, pociąg wtacza się na krakowski dworzec nawet chwilę przed czasem. Pędzę na MDA, gdzie czeka już Kasia i pakujemy się do pustego busika.

Po ponad dwóch godzinach wysiadamy w Zawoi Policzne. Wiosna atakuje w pełni: słońce praży, na asfalcie zalega paskudna breja, a jedyna zwarta warstwa śniegu rozciąga się pod smutno kołyszącymi się kanapami nieczynnej kolejki na Mosorny Groń. 

Ale dotarcie na Policzne to dopiero mniejsza połowa sukcesu, teraz trzeba jakoś się dostać na Krowiarki. Ruszamy drogą w stronę przełęczy, licząc na złapanie stopa. Ruch jest początkowo niewielki, następnie mija nas kilka aut, kierowcy pokazują dziwne gesty. Po dziesięciu minutach, za zieloną tablicą z nazwą "Zawoja", zatrzymuje się wóz. Starszy kierowca nie odezwał się słowem przez całą podróż, ale podrzucił nas do celu. Zaoszczędziliśmy cztery kilometry i godzinę.

Na Krowiarkach jeden parking jest zajęty, ale drugi pusty, zatem kompletu turystów nie ma. O dziwo, nie działa kasa z biletami wstępu. Babiogórski Park Narodowy odpuścił taki zarobek?

czwartek, 25 marca 2021

Śląskie niedaleko: Brzeg (Brieg). Miasto, które miało Pomnik Hydraulika.

Brzeg (Brieg) to miasto ulokowane nad Odrą (na wysokim brzegu, po łacinie Alta Ripa). Znajdujące się w historycznych granicach Dolnego Śląska zawsze ciążyło do Wrocławia, choć administracyjnie położone jest w województwie opolskim. Pod względem turystycznym można w nim znaleźć kilka ciekawych zabytków odbudowanych po ostatniej wojnie.

Do najważniejszych należy zamek, dawna rezydencja Piastów śląskich z linii brzeskiej i brzesko-legnickiej. Wzniesiono go prawdopodobnie w XIII wieku, a trzy stulecia później przebudowano w stylu renesansowym, wzorując się na arkadach wawelskich, stąd pojawiające się określenie "Śląski Wawel". Niewiele później dodano monumentalną bramę wjazdową: nad portalem umieszczono 24 rzeźbione podobizny członków rodu od legendarnego Piasta, przez władców Polski, a na książętach z XVI wieku kończąc. Na balustradzie zachował się herb Rzeczpospolitej, natomiast nie ma już symboli Brandenburgii i Habsburgów.

Dolna część bramy, przypominająca antyczne łuki triumfalne, zwieńczona jest naturalnych rozmiarów rzeźbami fundatora Jerzego II i jego żony. Giermkowie trzymają tarcze z herbami rodowymi.

Podczas gdy w Polsce Piastowie już dawno wymarli, to na Śląsku ród nadal trwał. Ostatnim męskim przedstawicielem był Jerzy Wilhelm (Georg Wilhelm), który zmarł jako nastolatek w Brzegu w 1675 roku. Jego siostra, umierając w 1707 roku, zakończyła definitywnie historię dynastii.

wtorek, 16 marca 2021

Przewodnik po powiecie mikołowskim - Śląski Ogród Botaniczny we wrześniu.

Co najmniej dwukrotnie pisałem już o Śląskim Ogrodzie Botanicznym znajdującym się w Mikołowie - w jednym z pierwszych artykułów na blogu zajmowałem się starą częścią utworzoną na terenie dawnego poligonu na Sośniej Górze, wspominałem także o nowej części, "wyrosłej" w pewnym oddaleniu pod sąsiednią Fiołkową Górą. We wrześniu ubiegłego roku wybrałem się tam zobaczyć, co się zmieniło: co prawda ogród botaniczny to nie polityka, aby co chwilę przynosiła jakieś zaskakujące zmiany, ale przecież przyroda też nie stoi w miejscu 😏.

Zaczniemy od Ogrodu Czerwonego, czyli nowszej części. Położony jest on przy ulicy Grudniowej, która jeszcze kilka lat temu nosiła nazwę 15 Grudnia. Zastanawiałem się czemu ją zmieniono - przecież Armia Czerwona "wyzwoliła" Nikolei w styczniu, a nie w grudniu. Okazało się jednak, że ulica upamiętniała inne wydarzenie: 15 grudnia 1948 z połączenia PPR i PPS powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

Ogród Czerwony to efekt nasadzeń prowadzonych w latach 2012-2015. Składa się na niego dwanaście sektorów wewnętrznych oraz kilka obiektów zewnętrznych.


Ogród Czerwony to przede wszystkim rośliny ozdobne, ale nie tylko. To także ogródek warzywny, sad oraz koszone łąki, na których można biegać za piłką, leżeć na kocu i piknikować, oczywiście pod warunkiem nie używania śmiercionośnego alkoholu i innych niebezpiecznych używek. 

czwartek, 11 marca 2021

Gorce - czy to zima jeszcze, czy już wiosna?

Pod koniec lutego na nizinach i wyżynach zapanowała już wczesna wiosna. A w górach? Postanowiłem sprawdzić to osobiście wybierając się w Gorce. Czas był ku temu najwyższy, bo przez trzy lata mnie tam nie było...

W piątek w Rabce-Zdroju jestem dość późno, bo dopiero przed czternastą wytaczam się z busika. Za mną nocka w robocie, w czasie jazdy prawie nie spałem, ale nie czuję się wcale zmęczony, głód gór jest silniejszy. W mieście zimy nie widać już w ogóle, dopiero w Parku Zdrojowym pojawiają się pierwsze połacie białego.

W pojedynku dwóch pór roku zima jest na straconej pozycji...

Przy okazji zaglądam na znajdujący się w parku cmentarz żołnierzy radzieckich. Przed wejściem stoją dwie armaty przeciwpancerne M-42.


niedziela, 7 marca 2021

Na Biskupią Kopę od polskiej strony.

Kopa Biskupia to mój stały punkt górski niezależnie od pory roku. Kiedy nadszedł czas tygodnia ładnej pogody, postanowiłem udać się właśnie tam, bo najbliżej i najszybciej. Nie mogłem skorzystać z weekendu, zatem ruszyliśmy w środę. Drugi powód wizyty był bardziej przyziemny (dosłownie): od kilku dni mocno szwankowała mi prawa noga, a ponieważ wkrótce chciałem jechać w Beskidy, więc musiałem ją sprawdzić i ewentualnie rozchodzić. Gdyby mi całkowicie odmówiła posłuszeństwa, to lepiej cofnąć się tutaj do samochodu, niż gdzieś w Małopolsce zostać w czarnym zadzie. 

Zazwyczaj wchodzę na Kopę od czeskiej strony - teraz z oczywistych przyczyn stało się to niemożliwe (a ściślej: utrudnione i zagrożone karą administracyjną), zatem po raz pierwszy od bardzo dawna będę zdobywać najwyższy szczyt województwa opolskiego od polskiej strony! Nie pamiętam, kiedy robiłem tak ostatni raz...

Zostawiamy wóz w Jarnołtówku (Arnoldsorf) i podziwiamy miejscowe klimaty: ciężarówkę parkującą na środku skrzyżowania oraz biało-czerwoną tkaninę (flagę?) wiszącą na... bramie.

Złoty Potok (Zlatý potok, Goldbach). Wybija się na powierzchnię w okolicy Příčnego vrchu, wpływa do Prudnika (rzeki), ten na chwilę zagląda do Czechów i łączy się z Osobłogą, a ona wreszcie zasila Odrę.

wtorek, 2 marca 2021

Śląskie niedaleko: Brynica, Murów, Zagwiździe, Gierałcice.

Jeśli ktoś jest ześwirowany na punkcie wyszukiwania, oglądania i fotografowania nowych miejsc, to wykorzystuje w tym celu rozmaite sytuacje: wyjazd do znajomych, wyjazd na pogrzeb, odwiezienie kogoś do szpitala, organizowane gdzieś wesele i tym podobne. W tym przypadku pojechałem z kumplem w słoneczną sobotę do domu jego zmarłych teściów i po drodze postanowiliśmy rozejrzeć się w kilku miejscowościach na północ od Opola.

Pierwszy postój następuje w Brynicy (Brinnitz, od 1936 Brünne). W środku wioski wznosi się neogotycki kościół św. Szczepana, który zastąpił wcześniejszą drewnianą świątynię.


Budowę kościoła ukończono w 1903 roku, poświęcił go w listopadzie 1911 kardynał biskup wrocławski Georg von Kopp (czemu czekano tak długo?), za pontyfikatu Piusa X i rządów Wilhelma II. Wszystko to potwierdza stosowna tablica.

niedziela, 21 lutego 2021

Zimowe Opole: centrum i Muzeum Wsi Opolskiej.

Nie jest łatwo w ostatnich latach zobaczyć Opole w zimowej szacie. Przykładowo rok temu w ogóle nie było tu zimy, jeśli nawet jakiś śnieg spadł, to topniał w ciągu kilku godzin. W 2021 aura trochę się zrehabilitowała i przyniosła co najmniej kilkanaście dni z białym puchem. Oczywiście wiele osób narzekało, że ślisko, zimno, zaskoczeni drogowcy i kierowcy, ale ja byłem zachwycony, zwłaszcza jeśli udało się połączyć śnieg ze słońcem 😏. Zapraszam zatem na dwa spacery po historycznej stolicy Górnego Śląska.

Podczas pierwszego z nich śniegu było jeszcze niedużo. Zaczynam fotografowanie od placu Daszyńskiego, kiedyś nazywającego się Friedrichsplatz.


Na początku XX wieku założono tu park, a na środku wybudowano chyba najładniejszą fontannę w mieście, zwaną Opolską Ceres. Przez wiele lat grupę rzeźb zwieńczył miedziany baldachim, ale zniknął mniej więcej w czasie wyzwalania Oppeln.


środa, 17 lutego 2021

Beskidzkie chatkowanie: Potrójna - Lasek.

W styczniu wymyśliłem sobie powrót do źródeł, czyli odwiedzenie beskidzkich chatek (dawniej studenckich, dzisiaj już prywatnych, co akurat wyszło im na plus). Napadało śniegu, więc zapowiadała się w końcu normalna zima, choć mogło to też oznaczać groźbę przecierania tras.

Okazało się, że najwięcej kłopotów sprawiło dotarcie do szlaku. Od kiedy nie jeżdżę w góry z Ecowarriorem zazwyczaj omijało mnie licho (zwane oficjalnie "pechem"), czasem jednak przypomina ono o tym, że nadal istnieje. Tak było i tym razem.

W piątkowy poranek do Katowic dotarłem jeszcze bez przeszkód. Gdy kupowałem bilet do Żywca babka w kasie poinformowała mnie, że pociąg ma 10 minut opóźnienia. Żaden problem, mamy tam około trzech kwadransów na przesiadkę. Atmosfera zaczęła gęstnieć, gdy stojąc z Kaprem na peronie dodawaliśmy kolejne stracone minuty... Wyszło ich w końcu 32, gdy zug łaskawie się wtoczył i zabrał nas do środka. Informuję o tym Młodego, czekającego już w Tychach. I ten po chwili oddzwania z dramatyczną wieścią, iż... wlazł nie do tego pociągu! "No bo przyjechał taki długi i myślałem, że to na Żywiec, a to na Tychy Lodowisko" - tłumaczył. Mamy z Kaprem niezłą polewkę, bo choć Młody wysiadł na następnym przystanku i zaczął wracać z powrotem na "główne" Tychy, to i tak już nie miał szans do nas dołączyć; wszedł do kolejnego składu, tym razem na Zwardoń, który z powodu opóźnienia przyjechał wkrótce po naszym. Licho nie odpuszczało nawet na chwilę: podczas pisania do Młodego smsa telefoniczny słownik zmienił zdanie z "Wyjeżdżamy z Katowic" na "Wyjeżdżamy z... Katynia!" 😛.

Tymczasem mój pociąg nabiera kolejnych opóźnień. To podobno norma - jak mówią nieliczni pasażerowie od tygodnia nie ma dnia, aby na tej linii skład Kolei Śląskich przyjechał punktualnie. Ponoć coś jest z rozjazdami za Dąbrową Górniczą (znowu te Zagłębie!), nawet nie ma mrozu i już wszystko spieprzone!

Patrzymy na zegarek - przesiadka w Żywcu staje się coraz mniej prawdopodobna. Młody goniący następnym pociągiem jest coraz bliżej, ale jednak kilkanaście kilometrów dalej. Ciekawa sprawa - nasz pociąg niby jest przyspieszony ("opóźniony przyspieszony" - jak wrzeszczał głośnik), a zatrzymuje się na wszystkich stacjach. Wyświetlacz pokazuje już 48 minut straty i w Bielsku wydaje się, że na bank w stolicy Żywiecczyzny nie zdążymy na autobus! Potem na jednej ze stacji maszynista nieoczekiwanie nadrabia prawie 10 minut, więc jesteśmy... 5 przed czasem. Pędzimy szczęśliwi na dworzec autobusowy i wyglądamy busika. Jeszcze go nie ma. Wkrótce zjawia się i Młody, jesteśmy w pełnym składzie na dziś, ale busa ani widu ani słychu. Kierowca innego sugeruje, że czekanie ma małe szanse powodzenia... Kurna, ale przecież ten kurs widnieje i w internecie (pod dwoma różnymi godzinami, lecz zawsze) i na oficjalnej stronie żywieckiego DA i nawet na wielkiej kartce z odjazdami przy stanowiskach!

No cóż, nie przyjechał... Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się potem, że jak nie ma nauki w szkołach, to on nie jeździ, mimo, że według rozkładu powinien. Przecież to Polska, Bałkany Europy Środkowej.

Co robić? Chcieliśmy się dostać do Kocierza Rychwałdzkiego, ale może spróbować cofnąć się do Bielska, potem do Andrychowa i od drugiej strony wejść w Beskid Mały? Zajmie nam to pewnie sporo czasu... Młody sprawdza Ubera. Niby jeździ za 30 złotych, ale... nie jeździ, bo w okolicy nie pracuje ani jeden Uberasz. Cudnie. Pod PKP zagadujemy taryfiarzy, ile może kosztować kurs do Kocierza? Patrzą dziwnie i rzucają "osiem dych". Drogo, ale na osobę wychodzi nieco ponad 25 złotych, więc pewnie niewiele więcej niż ceny biletów na Andrychów... Uderzam do pierwszej stojącej taksówki.
- Kocierz Rychwałdzki? A gdzie to? - mruży oczy facet za kółkiem. Pokazuję mu na mapie, długo się w nią wpatruje (w linii prostej to około 12 kilometrów). - Kościół tam jest? Aaa, to nie ten, myślałem, że bliżej... No to będzie około stówy - odpowiada w końcu.
Informujemy, że konkurencja chciała taniej i się żegnamy, po czym ten po kilkunastu sekundach namysłu woła:
- Wezmę was za te osiemdziesiąt.
No tak - przejedzie w sumie niecałe 40 kilometrów (tam i z powrotem) bez taksometru i swoje zarobi, w mieście mógłby czekać jeszcze długo na klienta.

Ostatecznie punktualnie w południe zajeżdżamy do Kocierza Rychwałdziego, a konkretnie Kocierza Górnego. Jak się ktoś potem pytał czym przyjechaliśmy w góry, to odpowiadaliśmy, że taryfą 😏. Na szczęście od tego momentu licho odpuściło (przynajmniej nas).

czwartek, 11 lutego 2021

Wielki Stożek i Kubalonka czyli beskidzka klasyka.

Na pierwszy wyjazd w 2021 roku - w przeciwieństwie do dwóch poprzednich lat - wybrałem Beskidy, a konkretnie to Beskid Śląski. Postanowiłem z tatą zaliczyć klasyczną pętelkę przez Wielki Stożek i Kubalonkę.

Nie tylko my mieliśmy podobne plany, gdyż w niedzielny poranek pod dworcem Wisła Głębce ciężko było już wcisnąć samochód. Za to w końcu mamy prawdziwą zimę - co prawda mrozu nie ma (temperatura oscyluje wokół zera), ale jest śnieg i to całkiem sporo jak na ostatnie warunki klimatyczne 😊.



Zielonym szlakiem przecinamy lasek ze stromym zboczem i wychodzimy na ulicy Turystycznej obok wiaduktu. Z dołu sprawia on zawsze duże wrażenie (wysokość 25, długość 122 metry).

niedziela, 7 lutego 2021

Terezín (Theresienstadt). Twierdza, getto i więzienie.

Terezín (Theresienstadt) to niewielkie miasto położone nad Ohrzą (Ohře), kilka kilometrów na południe od Litomierzyc. Zostało założone pod koniec XVIII wieku jako twierdza wzniesiona na rozkaz Józefa II. W powszechnej świadomości istnieje jednak nie jako obiekt militarny, ale obóz koncentracyjny z czasów II wojny światowej. Niemal wszyscy odwiedzający miejscowość przyjeżdżają tu z powodu wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, niewiele więcej ich interesuje. Nie da się ukryć, że z historią obozu miasto będzie kojarzone na zawsze, podobnie jak np. Oświęcim, choć włodarze próbują trochę zmienić ten stan rzeczy i reklamować swoje mniej drastyczne atrakcje; im spróbuję się przyjrzeć w pierwszej części wpisu.

Twierdza, której budowę ukończono w 1790 roku, powstała na wzorach francuskich, była najnowocześniejsza w państwie Habsburgów i jedna z najnowocześniejszych na świecie, a nazwę nosiła oczywiście po matce cesarza, Marii Teresie. Jej zadaniem była obrona północnych Czech narażonych od strony Prus. Szybki rozwój sztuki fortecznej sprawił, że rychło się zestarzała i nigdy nie wzięła udziału w walkach, choć dwukrotnie (w 1813 i 1866) było do nich blisko. Pod koniec 19. stulecia z uwagi na sojusz austriacko-niemiecki straciła w ogóle jakiekolwiek znacznie strategiczne, a stała się wielkimi koszarami (w swej głównej części), natomiast w wysuniętym za rzekę przyczółku (Mała Twierdza, Malá pevnost) urządzono więzienie polityczne.

Na zdjęciu poniżej kamień węgielny z tablicą wmurowaną 10 października 1780 roku.

Terezín to twierdza bastionowa w kształcie wieloramiennej gwiazdy, zgodna z ówczesną modą i wiedzą. Składają się na nią ponad 3 kilometry murów grubych na 30 metrów, 55 obiektów fortecznych naziemnych i prawie 30 kilometrów korytarzy łączących 136 obiektów podziemnych. Garnizon w czasie wojny miał liczyć 11 tysięcy żołnierzy. Dzięki temu, że uniknęła zniszczeń wojennych, przetrwała niemal w całości, a ponieważ od czasu budowy nie przechodziła poważniejszych przebudowań, to jest pod względem swej oryginalności unikatem.