poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Mędralowa - Lachów Groń - Lasek, czyli od szałasu do chatki.

W nocy temperatura spadła tylko lekko poniżej zera, więc w szałasie na Mędralowej nie zmarzliśmy. Za to miałem poobijane biodra, bo na twarde deski poddasza moja mata samopompująca niewiele pomagała... Zastanawialiśmy się nad wstaniem na wschód słońca, ale plany te skończyła krótka wymiana zdać o piątej trzydzieści:
- Chce ci się wychodzić na tą zimnicę?
- Nie.
 
O siódmej obudzili się współlokatorzy. Chcieli niby wyjść jak najwcześniej, lecz jeszcze ponad godzinę pakowali się, szurali, gadali o pierdołach i krzątali wokół chatki. Następnie zmieniła ich trójka innych turystów; podejrzewam iż oglądali wschód na Babiej Górze i przyszli na Mędralową się przespać. Położyli się w drugim, dolnym pomieszczeniu, więc nie przeszkadzaliśmy sobie wzajemnie.
 
Poranek jest słoneczny i ciepły. Widoki spod szałasu nie są zbyt porywające - możemy popatrzeć jedynie na Lachów Groń i Jałowiec, a z tyłu majaczy zamglony zarys Beskidu Małego z Leskowcem i Potrójną.


niedziela, 4 kwietnia 2021

Krowiarki - Babia Góra - Mędralowa, czyli od przełęczy do szałasu.

O ile w Beskidzie Żywieckim bywam dość często, o tyle na Babiej Górze niekoniecznie. Paradoksalnie, odwiedzenie w marcu Królowej to zasługa... kolejnego lockdownu. Mieliśmy już zarezerwowane noclegi w innej części pasma, ale oczywiście okazało się, że wszystko zamykają, więc trzeba było poszukać jakiś obiektów, które nie "świadczą usług hotelarskich" 😏.

W piątek wstaję o czwartej. O piątej jestem w autobusie, o szóstej w pociągu. Od tego czy będzie on punktualnie zależy skąd ruszymy na Babią, gdyż w Krakowie na przesiadkę mam całe dziewięć minut. Jeśli się uda to jedziemy do Zawoi Policzne, a jeśli zug się spóźni, to pozostaje kurs na Markową. O dziwo, pociąg wtacza się na krakowski dworzec nawet chwilę przed czasem. Pędzę na MDA, gdzie czeka już Kasia i pakujemy się do pustego busika.

Po ponad dwóch godzinach wysiadamy w Zawoi Policzne. Wiosna atakuje w pełni: słońce praży, na asfalcie zalega paskudna breja, a jedyna zwarta warstwa śniegu rozciąga się pod smutno kołyszącymi się kanapami nieczynnej kolejki na Mosorny Groń. 

Ale dotarcie na Policzne to dopiero mniejsza połowa sukcesu, teraz trzeba jakoś się dostać na Krowiarki. Ruszamy drogą w stronę przełęczy, licząc na złapanie stopa. Ruch jest początkowo niewielki, następnie mija nas kilka aut, kierowcy pokazują dziwne gesty. Po dziesięciu minutach, za zieloną tablicą z nazwą "Zawoja", zatrzymuje się wóz. Starszy kierowca nie odezwał się słowem przez całą podróż, ale podrzucił nas do celu. Zaoszczędziliśmy cztery kilometry i godzinę.

Na Krowiarkach jeden parking jest zajęty, ale drugi pusty, zatem kompletu turystów nie ma. O dziwo, nie działa kasa z biletami wstępu. Babiogórski Park Narodowy odpuścił taki zarobek?

czwartek, 25 marca 2021

Śląskie niedaleko: Brzeg (Brieg). Miasto, które miało Pomnik Hydraulika.

Brzeg (Brieg) to miasto ulokowane nad Odrą (na wysokim brzegu, po łacinie Alta Ripa). Znajdujące się w historycznych granicach Dolnego Śląska zawsze ciążyło do Wrocławia, choć administracyjnie położone jest w województwie opolskim. Pod względem turystycznym można w nim znaleźć kilka ciekawych zabytków odbudowanych po ostatniej wojnie.

Do najważniejszych należy zamek, dawna rezydencja Piastów śląskich z linii brzeskiej i brzesko-legnickiej. Wzniesiono go prawdopodobnie w XIII wieku, a trzy stulecia później przebudowano w stylu renesansowym, wzorując się na arkadach wawelskich, stąd pojawiające się określenie "Śląski Wawel". Niewiele później dodano monumentalną bramę wjazdową: nad portalem umieszczono 24 rzeźbione podobizny członków rodu od legendarnego Piasta, przez władców Polski, a na książętach z XVI wieku kończąc. Na balustradzie zachował się herb Rzeczpospolitej, natomiast nie ma już symboli Brandenburgii i Habsburgów.

Dolna część bramy, przypominająca antyczne łuki triumfalne, zwieńczona jest naturalnych rozmiarów rzeźbami fundatora Jerzego II i jego żony. Giermkowie trzymają tarcze z herbami rodowymi.

Podczas gdy w Polsce Piastowie już dawno wymarli, to na Śląsku ród nadal trwał. Ostatnim męskim przedstawicielem był Jerzy Wilhelm (Georg Wilhelm), który zmarł jako nastolatek w Brzegu w 1675 roku. Jego siostra, umierając w 1707 roku, zakończyła definitywnie historię dynastii.

wtorek, 16 marca 2021

Przewodnik po powiecie mikołowskim - Śląski Ogród Botaniczny we wrześniu.

Co najmniej dwukrotnie pisałem już o Śląskim Ogrodzie Botanicznym znajdującym się w Mikołowie - w jednym z pierwszych artykułów na blogu zajmowałem się starą częścią utworzoną na terenie dawnego poligonu na Sośniej Górze, wspominałem także o nowej części, "wyrosłej" w pewnym oddaleniu pod sąsiednią Fiołkową Górą. We wrześniu ubiegłego roku wybrałem się tam zobaczyć, co się zmieniło: co prawda ogród botaniczny to nie polityka, aby co chwilę przynosiła jakieś zaskakujące zmiany, ale przecież przyroda też nie stoi w miejscu 😏.

Zaczniemy od Ogrodu Czerwonego, czyli nowszej części. Położony jest on przy ulicy Grudniowej, która jeszcze kilka lat temu nosiła nazwę 15 Grudnia. Zastanawiałem się czemu ją zmieniono - przecież Armia Czerwona "wyzwoliła" Nikolei w styczniu, a nie w grudniu. Okazało się jednak, że ulica upamiętniała inne wydarzenie: 15 grudnia 1948 z połączenia PPR i PPS powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza.

Ogród Czerwony to efekt nasadzeń prowadzonych w latach 2012-2015. Składa się na niego dwanaście sektorów wewnętrznych oraz kilka obiektów zewnętrznych.


Ogród Czerwony to przede wszystkim rośliny ozdobne, ale nie tylko. To także ogródek warzywny, sad oraz koszone łąki, na których można biegać za piłką, leżeć na kocu i piknikować, oczywiście pod warunkiem nie używania śmiercionośnego alkoholu i innych niebezpiecznych używek. 

czwartek, 11 marca 2021

Gorce - czy to zima jeszcze, czy już wiosna?

Pod koniec lutego na nizinach i wyżynach zapanowała już wczesna wiosna. A w górach? Postanowiłem sprawdzić to osobiście wybierając się w Gorce. Czas był ku temu najwyższy, bo przez trzy lata mnie tam nie było...

W piątek w Rabce-Zdroju jestem dość późno, bo dopiero przed czternastą wytaczam się z busika. Za mną nocka w robocie, w czasie jazdy prawie nie spałem, ale nie czuję się wcale zmęczony, głód gór jest silniejszy. W mieście zimy nie widać już w ogóle, dopiero w Parku Zdrojowym pojawiają się pierwsze połacie białego.

W pojedynku dwóch pór roku zima jest na straconej pozycji...

Przy okazji zaglądam na znajdujący się w parku cmentarz żołnierzy radzieckich. Przed wejściem stoją dwie armaty przeciwpancerne M-42.


niedziela, 7 marca 2021

Na Biskupią Kopę od polskiej strony.

Kopa Biskupia to mój stały punkt górski niezależnie od pory roku. Kiedy nadszedł czas tygodnia ładnej pogody, postanowiłem udać się właśnie tam, bo najbliżej i najszybciej. Nie mogłem skorzystać z weekendu, zatem ruszyliśmy w środę. Drugi powód wizyty był bardziej przyziemny (dosłownie): od kilku dni mocno szwankowała mi prawa noga, a ponieważ wkrótce chciałem jechać w Beskidy, więc musiałem ją sprawdzić i ewentualnie rozchodzić. Gdyby mi całkowicie odmówiła posłuszeństwa, to lepiej cofnąć się tutaj do samochodu, niż gdzieś w Małopolsce zostać w czarnym zadzie. 

Zazwyczaj wchodzę na Kopę od czeskiej strony - teraz z oczywistych przyczyn stało się to niemożliwe (a ściślej: utrudnione i zagrożone karą administracyjną), zatem po raz pierwszy od bardzo dawna będę zdobywać najwyższy szczyt województwa opolskiego od polskiej strony! Nie pamiętam, kiedy robiłem tak ostatni raz...

Zostawiamy wóz w Jarnołtówku (Arnoldsorf) i podziwiamy miejscowe klimaty: ciężarówkę parkującą na środku skrzyżowania oraz biało-czerwoną tkaninę (flagę?) wiszącą na... bramie.

Złoty Potok (Zlatý potok, Goldbach). Wybija się na powierzchnię w okolicy Příčnego vrchu, wpływa do Prudnika (rzeki), ten na chwilę zagląda do Czechów i łączy się z Osobłogą, a ona wreszcie zasila Odrę.

wtorek, 2 marca 2021

Śląskie niedaleko: Brynica, Murów, Zagwiździe, Gierałcice.

Jeśli ktoś jest ześwirowany na punkcie wyszukiwania, oglądania i fotografowania nowych miejsc, to wykorzystuje w tym celu rozmaite sytuacje: wyjazd do znajomych, wyjazd na pogrzeb, odwiezienie kogoś do szpitala, organizowane gdzieś wesele i tym podobne. W tym przypadku pojechałem z kumplem w słoneczną sobotę do domu jego zmarłych teściów i po drodze postanowiliśmy rozejrzeć się w kilku miejscowościach na północ od Opola.

Pierwszy postój następuje w Brynicy (Brinnitz, od 1936 Brünne). W środku wioski wznosi się neogotycki kościół św. Szczepana, który zastąpił wcześniejszą drewnianą świątynię.


Budowę kościoła ukończono w 1903 roku, poświęcił go w listopadzie 1911 kardynał biskup wrocławski Georg von Kopp (czemu czekano tak długo?), za pontyfikatu Piusa X i rządów Wilhelma II. Wszystko to potwierdza stosowna tablica.

niedziela, 21 lutego 2021

Zimowe Opole: centrum i Muzeum Wsi Opolskiej.

Nie jest łatwo w ostatnich latach zobaczyć Opole w zimowej szacie. Przykładowo rok temu w ogóle nie było tu zimy, jeśli nawet jakiś śnieg spadł, to topniał w ciągu kilku godzin. W 2021 aura trochę się zrehabilitowała i przyniosła co najmniej kilkanaście dni z białym puchem. Oczywiście wiele osób narzekało, że ślisko, zimno, zaskoczeni drogowcy i kierowcy, ale ja byłem zachwycony, zwłaszcza jeśli udało się połączyć śnieg ze słońcem 😏. Zapraszam zatem na dwa spacery po historycznej stolicy Górnego Śląska.

Podczas pierwszego z nich śniegu było jeszcze niedużo. Zaczynam fotografowanie od placu Daszyńskiego, kiedyś nazywającego się Friedrichsplatz.


Na początku XX wieku założono tu park, a na środku wybudowano chyba najładniejszą fontannę w mieście, zwaną Opolską Ceres. Przez wiele lat grupę rzeźb zwieńczył miedziany baldachim, ale zniknął mniej więcej w czasie wyzwalania Oppeln.


środa, 17 lutego 2021

Beskidzkie chatkowanie: Potrójna - Lasek.

W styczniu wymyśliłem sobie powrót do źródeł, czyli odwiedzenie beskidzkich chatek (dawniej studenckich, dzisiaj już prywatnych, co akurat wyszło im na plus). Napadało śniegu, więc zapowiadała się w końcu normalna zima, choć mogło to też oznaczać groźbę przecierania tras.

Okazało się, że najwięcej kłopotów sprawiło dotarcie do szlaku. Od kiedy nie jeżdżę w góry z Ecowarriorem zazwyczaj omijało mnie licho (zwane oficjalnie "pechem"), czasem jednak przypomina ono o tym, że nadal istnieje. Tak było i tym razem.

W piątkowy poranek do Katowic dotarłem jeszcze bez przeszkód. Gdy kupowałem bilet do Żywca babka w kasie poinformowała mnie, że pociąg ma 10 minut opóźnienia. Żaden problem, mamy tam około trzech kwadransów na przesiadkę. Atmosfera zaczęła gęstnieć, gdy stojąc z Kaprem na peronie dodawaliśmy kolejne stracone minuty... Wyszło ich w końcu 32, gdy zug łaskawie się wtoczył i zabrał nas do środka. Informuję o tym Młodego, czekającego już w Tychach. I ten po chwili oddzwania z dramatyczną wieścią, iż... wlazł nie do tego pociągu! "No bo przyjechał taki długi i myślałem, że to na Żywiec, a to na Tychy Lodowisko" - tłumaczył. Mamy z Kaprem niezłą polewkę, bo choć Młody wysiadł na następnym przystanku i zaczął wracać z powrotem na "główne" Tychy, to i tak już nie miał szans do nas dołączyć; wszedł do kolejnego składu, tym razem na Zwardoń, który z powodu opóźnienia przyjechał wkrótce po naszym. Licho nie odpuszczało nawet na chwilę: podczas pisania do Młodego smsa telefoniczny słownik zmienił zdanie z "Wyjeżdżamy z Katowic" na "Wyjeżdżamy z... Katynia!" 😛.

Tymczasem mój pociąg nabiera kolejnych opóźnień. To podobno norma - jak mówią nieliczni pasażerowie od tygodnia nie ma dnia, aby na tej linii skład Kolei Śląskich przyjechał punktualnie. Ponoć coś jest z rozjazdami za Dąbrową Górniczą (znowu te Zagłębie!), nawet nie ma mrozu i już wszystko spieprzone!

Patrzymy na zegarek - przesiadka w Żywcu staje się coraz mniej prawdopodobna. Młody goniący następnym pociągiem jest coraz bliżej, ale jednak kilkanaście kilometrów dalej. Ciekawa sprawa - nasz pociąg niby jest przyspieszony ("opóźniony przyspieszony" - jak wrzeszczał głośnik), a zatrzymuje się na wszystkich stacjach. Wyświetlacz pokazuje już 48 minut straty i w Bielsku wydaje się, że na bank w stolicy Żywiecczyzny nie zdążymy na autobus! Potem na jednej ze stacji maszynista nieoczekiwanie nadrabia prawie 10 minut, więc jesteśmy... 5 przed czasem. Pędzimy szczęśliwi na dworzec autobusowy i wyglądamy busika. Jeszcze go nie ma. Wkrótce zjawia się i Młody, jesteśmy w pełnym składzie na dziś, ale busa ani widu ani słychu. Kierowca innego sugeruje, że czekanie ma małe szanse powodzenia... Kurna, ale przecież ten kurs widnieje i w internecie (pod dwoma różnymi godzinami, lecz zawsze) i na oficjalnej stronie żywieckiego DA i nawet na wielkiej kartce z odjazdami przy stanowiskach!

No cóż, nie przyjechał... Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się potem, że jak nie ma nauki w szkołach, to on nie jeździ, mimo, że według rozkładu powinien. Przecież to Polska, Bałkany Europy Środkowej.

Co robić? Chcieliśmy się dostać do Kocierza Rychwałdzkiego, ale może spróbować cofnąć się do Bielska, potem do Andrychowa i od drugiej strony wejść w Beskid Mały? Zajmie nam to pewnie sporo czasu... Młody sprawdza Ubera. Niby jeździ za 30 złotych, ale... nie jeździ, bo w okolicy nie pracuje ani jeden Uberasz. Cudnie. Pod PKP zagadujemy taryfiarzy, ile może kosztować kurs do Kocierza? Patrzą dziwnie i rzucają "osiem dych". Drogo, ale na osobę wychodzi nieco ponad 25 złotych, więc pewnie niewiele więcej niż ceny biletów na Andrychów... Uderzam do pierwszej stojącej taksówki.
- Kocierz Rychwałdzki? A gdzie to? - mruży oczy facet za kółkiem. Pokazuję mu na mapie, długo się w nią wpatruje (w linii prostej to około 12 kilometrów). - Kościół tam jest? Aaa, to nie ten, myślałem, że bliżej... No to będzie około stówy - odpowiada w końcu.
Informujemy, że konkurencja chciała taniej i się żegnamy, po czym ten po kilkunastu sekundach namysłu woła:
- Wezmę was za te osiemdziesiąt.
No tak - przejedzie w sumie niecałe 40 kilometrów (tam i z powrotem) bez taksometru i swoje zarobi, w mieście mógłby czekać jeszcze długo na klienta.

Ostatecznie punktualnie w południe zajeżdżamy do Kocierza Rychwałdziego, a konkretnie Kocierza Górnego. Jak się ktoś potem pytał czym przyjechaliśmy w góry, to odpowiadaliśmy, że taryfą 😏. Na szczęście od tego momentu licho odpuściło (przynajmniej nas).

czwartek, 11 lutego 2021

Wielki Stożek i Kubalonka czyli beskidzka klasyka.

Na pierwszy wyjazd w 2021 roku - w przeciwieństwie do dwóch poprzednich lat - wybrałem Beskidy, a konkretnie to Beskid Śląski. Postanowiłem z tatą zaliczyć klasyczną pętelkę przez Wielki Stożek i Kubalonkę.

Nie tylko my mieliśmy podobne plany, gdyż w niedzielny poranek pod dworcem Wisła Głębce ciężko było już wcisnąć samochód. Za to w końcu mamy prawdziwą zimę - co prawda mrozu nie ma (temperatura oscyluje wokół zera), ale jest śnieg i to całkiem sporo jak na ostatnie warunki klimatyczne 😊.



Zielonym szlakiem przecinamy lasek ze stromym zboczem i wychodzimy na ulicy Turystycznej obok wiaduktu. Z dołu sprawia on zawsze duże wrażenie (wysokość 25, długość 122 metry).

niedziela, 7 lutego 2021

Terezín (Theresienstadt). Twierdza, getto i więzienie.

Terezín (Theresienstadt) to niewielkie miasto położone nad Ohrzą (Ohře), kilka kilometrów na południe od Litomierzyc. Zostało założone pod koniec XVIII wieku jako twierdza wzniesiona na rozkaz Józefa II. W powszechnej świadomości istnieje jednak nie jako obiekt militarny, ale obóz koncentracyjny z czasów II wojny światowej. Niemal wszyscy odwiedzający miejscowość przyjeżdżają tu z powodu wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, niewiele więcej ich interesuje. Nie da się ukryć, że z historią obozu miasto będzie kojarzone na zawsze, podobnie jak np. Oświęcim, choć włodarze próbują trochę zmienić ten stan rzeczy i reklamować swoje mniej drastyczne atrakcje; im spróbuję się przyjrzeć w pierwszej części wpisu.

Twierdza, której budowę ukończono w 1790 roku, powstała na wzorach francuskich, była najnowocześniejsza w państwie Habsburgów i jedna z najnowocześniejszych na świecie, a nazwę nosiła oczywiście po matce cesarza, Marii Teresie. Jej zadaniem była obrona północnych Czech narażonych od strony Prus. Szybki rozwój sztuki fortecznej sprawił, że rychło się zestarzała i nigdy nie wzięła udziału w walkach, choć dwukrotnie (w 1813 i 1866) było do nich blisko. Pod koniec 19. stulecia z uwagi na sojusz austriacko-niemiecki straciła w ogóle jakiekolwiek znacznie strategiczne, a stała się wielkimi koszarami (w swej głównej części), natomiast w wysuniętym za rzekę przyczółku (Mała Twierdza, Malá pevnost) urządzono więzienie polityczne.

Na zdjęciu poniżej kamień węgielny z tablicą wmurowaną 10 października 1780 roku.

Terezín to twierdza bastionowa w kształcie wieloramiennej gwiazdy, zgodna z ówczesną modą i wiedzą. Składają się na nią ponad 3 kilometry murów grubych na 30 metrów, 55 obiektów fortecznych naziemnych i prawie 30 kilometrów korytarzy łączących 136 obiektów podziemnych. Garnizon w czasie wojny miał liczyć 11 tysięcy żołnierzy. Dzięki temu, że uniknęła zniszczeń wojennych, przetrwała niemal w całości, a ponieważ od czasu budowy nie przechodziła poważniejszych przebudowań, to jest pod względem swej oryginalności unikatem.



poniedziałek, 25 stycznia 2021

Litomierzyce. Zbyt ładne na Czechy.

W jednym z przewodników znalazłem mniej więcej taką opinię: "miasto to jest zbyt ładne, jak na północne Czechy, powinno raczej znajdować się gdzieś na południowych, otoczonych winnicami Morawach". Opis ten powstał oczywiście z przymrużeniem oka, ale coś jest na rzeczy. Co prawda pięknych miasteczek w czeskiej części Republiki nie brakuje, natomiast najbliższa okolica zdecydowanie kojarzy się z Morawami, a to z powodu występujących tutaj upraw winorośli. Mowa o Litomierzycach (Litoměřice, Leitmeritz). W przeciwieństwie do chociażby opisywanego w poprzednim wpisie Žatca, wokół Litomierzyc zbiera się surowce do produkcji wina, a nie piwa. Litomierzyce są zresztą jednym z dwóch głównych miast czeskiego regionu winiarskiego - mniej znanego od morawskiego i, przede wszystkim, o wiele mniejszego (stanowi ledwie 5% powierzchni winiarskiej w państwie). Rejon ten bywa również nazywany ogrodem Czech (Zahrada Čech) z powodu urodzajnych ziem i ciepłego klimatu.

O napitkach wspomnę na końcu tego tekstu, natomiast teraz krótka charakterystyka miejscowości. Położona ona jest w miejscu, gdzie Ohrza (Ohře) wpływa do Łaby (Labe), przy czym niemal cała zabudowa leży na prawym brzegu tej drugiej rzeki. Od północy Litomierzyce mają górki Czeskiego Średniogórza (České středohoří), natomiast na południu, za Łabą, krajobraz jest płaski, z rzadka tylko urozmaicany samotnymi kopcami wulkanicznego pochodzenia. Pofałdowane ukształtowanie powierzchni czuć doskonale w samym mieście: taki miałem widok na centrum spod mojego pensjonatu.

Starówka jest wyżej niż dzielnica za murami miejskimi, z kolei ta wyraźnie góruje nad brzegiem Łaby. Wąskie brukowane ulice biegną raz w dół, a raz w górę.

Litomierzyce należą do najstarszych ośrodków w Republice Czeskiej. Gród istniał w tym miejscu w czasach pierwszych Przemyślidów, a w XI wieku na pewno działała już kapituła przy ówczesnej bazylice. W pierwszej połowie 13. stulecia otrzymały tytuł "miasta królewskiego", jako drugie w Czechach (szybciej niż praskie Stare Miasto). W późniejszych czasach szczęśliwie omijały je większe katastrofy, więc zachowała się tu masa zabytków. Nie zaszkodziły nawet radzieckie naloty pod koniec II wojny światowej (celem był most, przez który ewakuował się Wehrmacht).

środa, 20 stycznia 2021

Ústecký kraj - Louny, Žatec, Most i inne miejsca.

Do kraju usteckiego wjeżdżam od północy, od Niemców. Granicę przekraczam na autostradzie A18/D8, która po czeskiej stronie przez pewien fragment jest bezpłatna. Przede mną pofałdowane Rudawy (Krušné hory, Erzgebirge) oraz słońce próbujące przebijać się przez chmury.


Z autobany zjeżdżam do wioski Chlumec (Kulm). W 1813 roku w tej okolicy rozegrała się krwawa bitwa pomiędzy armią Napoleona, a wojskami koalicji austriacko-prusko-rosyjskiej. Starcie, w którym brało udział ponad 80 tysięcy żołnierzy, wygrali sprzymierzeni. Pamiątką po tych wydarzeniach są liczne pomniki.

Przede mną zwieńczona lwem kamienna wieża, poświęcona poległym służącym pod sztandarem Habsburgów (Austriacy ponieśli akurat najmniejsze straty, niecałe tysiąc ofiar).


W Republice Czeskiej jest bardzo dużo takich pomników przypominających starcia sprzed lat. Przetrwały międzywojnie, przetrwały komunę i do dziś nie pozwalają zapomnieć o historii.



piątek, 15 stycznia 2021

Górskie podsumowanie roku 2020!

Rok 2020 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni blogerzy wspominają, iż około wiosny stonka turystyczna w niesłychanej ilości wyroiła się z Podkarpacia i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów na Kościół. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie wyborcze, a wkrótce potem ruska rakieta pojawiła się na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach nad Pałacem Prezydenckim; odprawiano więc posty i dawano jałmużny w samochodach, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki, zwłaszcza suwerena. Nareszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi górale nie pamiętali podobnej, chyba tylko poprzednią. W południowych województwach lody nie popętały wcale wód, które, podsycane topniejącym każdego ranka śniegiem i śmieciami, wystąpiły z łożysk i pozalewały sklepy z godzinami dla seniorów. Padały częste deszcze. Gnojnik rozmókł i zmienił się w wielką kałużę, słońce zaś w południe dogrzewało tak mocno, że — dziw nad dziwy! — w województwie świętokrzyskim i na Podlasiu zielony smog okrył wioski i miasta już w połowie grudnia. Roje po pasiekach poczęły się burzyć i huczeć, bydło ryczało po zagrodach, a kobiety na ulicach...

Możliwe, że po latach tak będą historycy opisywać 2020. Ja nie będę aż tak dramatyczny. Podsumowując go stwierdziłem, iż przed dwunastoma miesiącami wyobrażałem go sobie zupełnie inaczej i wiele planów szlag trafił. Z drugiej strony były momenty, że zapowiadało się znacznie gorzej, a jednak sporo rzeczy zdarzyło się pozytywnych. Ogólnie to 2020 nie był taki zły i wcale nie jestem przekonany, iż obecny będzie lepszy, zwłaszcza, że wchodzimy w niego z lockdownowym przytupem. W poniższym wpisie tradycyjnie skupię się na działalności ogólnogórskiej.

Na pewno mój górski 2020 charakteryzował się kilkoma cechami wyróżniającymi go od poprzednich:
* spora liczba wypadów jednodniowych (pokłosie oficjalnie zamkniętych noclegów),
* wyjątkowo dużo - jak na mnie - wizyt w Sudetach (bo zazwyczaj miałem bliżej na jednodniówki),
* wiele odwiedzonych miejsc, których w ogóle w najbliższym czasie nie planowałem zaszczycić swoją obecnością,
* rekordowa ilość wyjazdów z tatą,
* dominowały góry o niewielkich wysokościach,
* powroty po wielu latach przerwy.

Styczeń.

Podobnie jak rok temu zacząłem go w Sudetach, ale tym razem niziutko, na Pogórzu Kaczawskim. Pierwszy wyjazd i pierwszy powrót po długiej przerwie (konkretnie dziewięcioletniej). Zwiedziłem Jawor i kilka okolicznych wiosek, wdrapałem się na dwie wieże widokowe, przyspieszałem kroku słysząc strzały w lesie, a finalnie wylądowałem w Chatce pod Lipą w Raczycach. Jest to obiekt do wynajęcia, jeden z kilku takich na Pogórzu, idealne miejsce dla tych, którzy lubią poimprezować w klimatach chatkowych i nie przejmować się tym, że komuś się coś nie spodoba. Wracając dotknął mnie zaszczyt w postaci przejażdżki słynnym "busiem" Buby i Toperza 😏. Pogodę miałem typowo zimową.

niedziela, 10 stycznia 2021

Wielka Sowa, Walim i Rzeczka - w poszukiwaniu zimy i zabytków.

Góry Sowie wybrałem jako cel ostatniej wycieczki w 2020 roku. Skoro zacząłem ten sezon w Sudetach, to i w Sudetach skończę. Do auta wsiadaliśmy z nadzieją, że uda nam się złapać chociaż trochę zimy i ładnej pogody.

O ile podczas jazdy słońca jest sporo, o tyle śniegu na razie próżno szukać. Ale w sumie czemu się dziwić, biały puch w grudniu na Śląsku i w Polsce to towar tak samo deficytowy, jak uczciwy polityk. Dopiero już po nabraniu wysokości, za przełęczą Walimską, pojawią się na poboczach pierwsze ślady i trochę lodu.

Zdjęcie poniżej zrobiłem na drodze wojewódzkiej nr 383, niedaleko odbicia w stronę przysiółka Siedlików (Zedlitzheide). Kiedyś w miejscu tym stało schronisko Kleine Birkenfeldbaude, a obiekt po prawej to prawdopodobnie dawne ujęcie wody. Z kolei na horyzoncie prezentują się najwyższe szczyty Gór Wałbrzyskich z Borową i Chełmcem.

Zjeżdżamy do Walimia (Wüstewaltersdorf) i zostawiamy wóz na parkingu między kościołem św. Jadwigi a terenem Zakładów Przemysłu Lniarskiego. Ta potężna niegdyś fabryka, założona w XIX wieku jako Websky, Hartmann & Wiesen, upadła po upadku komuny. Gdy byłem ostatni (i jednocześnie pierwszy) raz w Walimiu, to oglądałem rozległe po niej pozostałości, a teraz ostały się jedynie nędzne resztki, ogrodzone i oznaczone groźnymi tablicami.

Walim to typowa, dość spora dolnośląska wieś: zabudowa wiekowa i zabytkowa, ale w przeważającej większości mocno zaniedbana. Zanim ruszmy na szlak idziemy się jeszcze po niej trochę pokręcić, aby zrobić zdjęcia i zakupy.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Wielka Czantoria i Stożek czyli beskidzka klasyka w pochmurnym wydaniu.

Wielka Czantoria. Jeden z "klasyków" Beskidu Śląskiego. Nie byłem na niej chyba z pięć lat. Planując grudniową wizytę w Beskidach myślałem o czymś znanym i przyjemnym, więc przyszedł mi do głowy pomysł, aby odwiedzić "stare śmieci".

Ruszamy we trójkę w niedzielny poranek, prowadzi mój tata. Dzień jest dojmująco szary i wilgotny. Normalnie zrezygnowałbym w taką pogodę z wędrówki, ale w tym popieprzonym roku staram się wykorzystywać ku nim każdą okazję. A przy okazji mam pewną nadzieję gastronomiczną 😏.

Po drodze proszę o krótki postój na przystanku kolejowym Wisła-Obłaziec. Przy peronie stoi mały, drewniany budynek dworcowy w stylu góralskim, pochodzący z okresu międzywojennego. Wkrótce może on zniknąć w związku z "rewitalizacją" linii, bo w Polsce pod tą nazwą zazwyczaj kryje się jakaś rozbiórka. Czynione są społeczne starania o jego uratowanie, lecz na razie nic pewnego nie wiadomo...

W Wiśle parkujemy obok dawnego dworca autobusowego. Śniegu tyle, co kot napłakał, ale chodniki są mocno śliskie - grudzień znowu zaskoczył służby miejskie.