piątek, 15 października 2021

Wakacyjną objazdówkę czas zacząć: Felcsút (czyli Orban), Zsámbék (czyli kościół) oraz Debreczyn.

Wakacyjny urlop czas zacząć! Tradycyjnie kierunek południowy. Rok temu pojechaliśmy w drugiej połowie sierpnia, ponieważ naiwnie sądziłem, że miesiąc ten w czasie pandemii będzie luźniejszy, a było dokładnie odwrotnie: niektóre kraje już wtedy zaczęły się zamykać, trochę popsuło to nam plany. Tym razem postanowiłem dmuchać na zimne i ruszyliśmy w połowie lipca. Po czasie okazało się, że nie miało to większego znaczenia, lecz któż to mógł wiedzieć??
 
Skrót przez czeski Śląsk i potem przejazd przez Słowację, bez historii. Tradycyjnie w dniu wyjazdu pogoda jest średnia, nawet trochę padało. Mniej tradycyjnie - zamiast cisnąć autobaną aż do Bratysławy część drogi pokonałem bocznymi drogami, aby dotrzeć do Komarna. Tam jedyny postój na zakupy i przekraczamy Dunaj nowym mostem (według google.maps miał być zamknięty, ale normalnie szło z niego skorzystać).

Na Węgrzech witają mnie moje ukochane słoneczniki! Uważam, że lato bez tych roślin straciłoby znacznie ze swego uroku 😊.


Tankuję na pierwszej (Putinowskiej) stacji, gdzie mam krótkie zwarcie z jakąś starą Niemrą, której strasznie się spieszy. Zaraz potem wpadam na autostradę. Autópálya M1 jest jedną z najstarszych u Madziarów, pierwsze odcinki otwarto w latach 70. ubiegłego wieku. To widać i czuć: nawierzchnia pozostawia sporo do życzenia, a przede wszystkim posiada jedynie dwa pasy, co przy ogromnym ruchu od strony Austrii powoduje, iż nieustannie jedziemy w tłumie i nawet na lewym pasie trudno osiągnąć prędkość większą niż 100 km/h.

poniedziałek, 11 października 2021

Na zachodnich krańcach Beskidu Śląsko-Morawskiego: Veřovické vrchy oraz Radhošť z Radegastem.

Od ponad czterech lat chodzi mi po głowie pomysł, aby przejść się z plecakiem po najbardziej wysuniętej na zachód części Beskidu Śląsko-Morawskiego. Określana ona jest jako Veřovické vrchy i ciągnie się przez kilkanaście kilometrów. Jej najwyższa góra to Velký Javorník, który odwiedziłem z tatą końcem zimy 2017 roku i od tego czasu ciągle planowałem w ten rejon powrócić. Dodatkowym argumentem za wyprawą była drewniana wieża widokowa wznosząca się na szczycie, świetnie nadająca się na nocleg w śpiworze!
 
 
Plany mają to do siebie, że często trudno je zrealizować. Lata mijały, corocznie wpisywałem Veřovické vrchy na "listę życzeń" i dopiero w połowie września tego roku udało się ruszyć w tamtym kierunku. Zaczęliśmy w poniedziałkowy poranek - większość ludzi po weekendzie udaje się do roboty, a my z Bastkiem w świetnych nastrojach jechaliśmy do Ostrawy, aby zostawić samochód w pobliżu głównego dworca.


Po nabyciu biletów kręcimy się po okolicy aby zrobić zakupy. U Czechów zbliżają się kolejne wybory, więc miasto zapaskudzone jest plakatami wyborczymi - najbardziej widoczne są te z gębą Tomio Okamury, urodzonego w Tokio ćwierć-Japończyka i ćwierć-Koreańczyka, a pół-Morawianina, bardzo nielubiącego innych cudzoziemców i obcych.
Szukamy także otwartej knajpy, ale kończy się to niepowodzeniem. Co ciekawe - na dworcu działa bar, gdzie o tej porze bez problemu wypijemy wódkę albo rum, lecz... nie piwo.

czwartek, 30 września 2021

Śląskie niedaleko: drezyny w Staniszczach Wielkich, Ozimek, Fosowskie, Kolonowskie i okolice.

Kumpel zaproponował, aby w ostatnią sierpniową sobotę wybrać się na drezyny w okolice Kolonowskiego, na wschód od Opola. Czemu nie? - pomyślałem. Ponieważ zabawę umówiono na popołudnie, to wyjechałem sobie odpowiednio wcześniej, aby pokręcić się po okolicy.

Najpierw zatrzymałem się w Ozimku (Malapane), aby sprawdzić czy coś się zmieniło przy najstarszym w Europie kontynentalnej żelaznym moście wiszącym. Konstrukcja z 1827 roku wisi, jak wisiała przez prawie dwa wieki, nad niespokojnym nurtem Małej Panwi.




Na drugim brzegu, obok huty, powstało niewielkie Muzeum Hutnictwa, które akurat było zamknięte, gdyż miano tu prowadzić jakieś prace ziemne (tych wcale nie dostrzegłem).


sobota, 25 września 2021

Dni NATO w Ostrawie.

Od dwudziestu lat w Republice Czeskiej odbywa się impreza pod nazwą Dni NATO, a właściwie Dni NATO i Dni Czeskich Sił Powietrznych (Dny NATO & Dny Vzdušných sil AČR, NATO Days & Czech Air Force Days). Początkowo trwała ona tylko jeden dzień i pierwsze dwie edycje odbyły się w centrum Ostrawy. W 2003 roku przeniesiono ją na lotnisko imienia Leoša Janáčka, znajdujące się w podostrawskiej wiosce Mošnov, od 2009 została rozszerzona na dwa dni weekendu. Uznawana jest za największe tego typu wydarzenie w Europie Środkowej, choć są i opinie, że w ogóle największy air show w całej Europie. W ostatnich latach Dni NATO regularnie gromadziły ponad dwieście tysięcy ludzi, przybywali goście z całego kontynentu. Odbyły się również w ubiegłym roku, ale... on-line.
W 2021 pozwolono wrócić widzom, lecz po raz pierwszy ograniczono ich liczbę do czterdziestu tysięcy dziennie i wprowadzono bilety. Te kosztowały symboliczne 15 koron (to właściwie opłata za obsługę związaną z ich nabyciem - tylko przez internet) i można je było kupić nawet w dniu przyjazdu. My pojechaliśmy tam prawie spontanicznie: planowaliśmy czeskie Beskidy, ale ponieważ jedna z osób nie miała odpowiedniego obuwia, to w sobotę wieczorem zdecydowaliśmy, iż w niedzielę uderzamy do Ostrawy 😛.


Pochmurna aura strasząca deszczem i pandemiczne ograniczenia spowodowały, że na lotnisku pojawiło się w sumie "jedynie" sześćdziesiąt tysięcy osób przez dwa dni. To akurat plus epidemii, że miejsca dotychczas niemiłosiernie oblegane stały się normalniejsze do odwiedzenia. Nie bardzo wyobrażam sobie tę obecną publiczność pomnożoną razy cztery 😏. Nie mniej Czesi spisali się organizacyjnie znakomicie: dojazd był świetnie oznakowany, na ogromny parking dostaliśmy się bez problemów. Pozostawienie samochodu kosztowało już nieco więcej niż symboliczną sumę bo 250 koron lub 10 euro lub 45 złotych. Auta parkowały na wyłączonej części lotniska, obok stało kilkanaście unieruchomionych samolotów pasażerskich.


wtorek, 21 września 2021

Beskid Niski lubiany i oklepany: Krempna, Zyndranowa, Jaśliska, Zawadka.

Tego wpisu miało nie być, bowiem po dwóch dniach łażenia po Beskidzie Niskim nastąpiły kolejne, które wypełniało lenistwo, łapanie stopa i odwiedzanie lubianych, ale jednak znanych miejsc. W końcu jednak zdecydowałem się to upamiętnić, w końcu co Niski to Niski...

W piątek (trzeci dzień mojego wyjazdu) musieliśmy się dostać z bazy namiotowej w Radocynie do chatki SKPB w Zyndranowej. Szlakami to około czterdziestu kilometrów, drogami nieco krócej. W sumie - dużo za dużo na włóczenie się z plecakiem i bez zaopatrzenia. Planowałem dostać się do asfaltówki w Rostajnem i tam liczyć na podwózkę najpierw do Krempnej, ale pierwszy samochód zatrzymał się... kilkadziesiąt metrów od bazy 😛. Przydała się wieczorna integracja przy bułgarskiej miętówce, gdyż gadałem wówczas z jednym facetem, który akurat z synem miał rano wracać do domu. Co prawda chciał wyjeżdżać około południa, ale zebrali się wcześniej i tym sposobem już o dziesiątej jesteśmy w Krempnej (Крампна).

Robimy zakupy i zaglądamy do cerkwi św. Kosmy i Damiana. Jak zwykle zamknięta, choć tym razem można spojrzeć do środka przez kratę.



sobota, 11 września 2021

Beskid Niski: z Regietowa do Radocyny przez Słowację.

W ramach pobudki na bazie namiotowej w Regietowie usłyszałem aktualną temperaturę:
- Jest dziewięć stopni - męski głos poinformował całą okolicę. Cóż, tegoroczny sierpień często nie rozpieszczał pogodą, choć połowa miesiąca to był jeszcze okres w miarę stabilnej i życzliwej aury. Niekoniecznie jednak ciepłej.

Planowałem wczesne zebranie się, ale ponieważ byłem jednym z ostatnich biesiadników przy ognisku, to godzina pakowana przesunęła się. Ostatecznie zarzuciłem na siebie plecak około dziewiątej trzydzieści, więc tragedii nie ma. Słońce na niebie zaczyna przygrzewać.

Wybieram się dziś do kolejnej bazy namiotowej, ale nie Głównym Szlakiem Beskidzkim, lecz słowacką stroną. Mam zamiar zobaczyć tamtejsze cerkwie w dwóch wioskach nadal zamieszkałych przez Rusinów, a także posiadam głęboką nadzieję, że uda mi się coś zjeść albo napić 😊.

Z bazy drepczę w górę, na południe. Zupełnie niepotrzebnie wylano tu asfalt - co prawda wyżej stoi kilka domów, ale skoro chcieli mieszkać w "dziczy", to powinni tłuc się szutrem, a dobra droga tylko zachęca "turystów" samochodowych. 
Idzie się przyjemnie - mijam stare krzyże, czasem jakieś bagienko.


wtorek, 31 sierpnia 2021

Beskid Niski w cerkiewnych klimatach: od Uścia do Regietowa.

Beskid Niski, podobnie jak Bieszczady, to żelazny punkt każdego mojego okresu turystycznego. W tym roku w "najdziksze beskidzkie pasmo" ruszyłem w połowie sierpnia. Wczesna pobudka, kilka nerwowych przesiadek, kilkoro natrętnych współpasażerów i wczesnym popołudniem wysiadam w Uściu Gorlickim, kiedyś zwanym Uściem Ruskim (Устя Рускє). Nazwę zmieniono, bo się źle kojarzyła, dobrze, że nie ruszono pierogów.
 
 
Zaraz za przystankiem stoi piękna drewniana cerkiew św. Paraskiewy. W przeciwieństwie do większości innych łemkowskich świątyń ponownie jest w rękach grekokatolików.


Niestety, drzwi są zamknięte. Zaglądam zza płot, gdzie wznosi się bezpłciowy współczesny kościół katolicki.


czwartek, 26 sierpnia 2021

Odkrywanie bieszczadzkich białych plam: Smerek.

Mój wyjazd w Bieszczady mógłbym porównać do porządnego obiadu: najpierw przystawki (Łopiennik i Łopienka), następnie danie główne (Bukowe Berdo i Tarnica), a na końcu oczywiście deser. W tym przypadku będzie to Smerek. Tak się złożyło, że na nim jeszcze nie byłem, bo zawsze z przełęczy Orłowicza kierowałem się albo na Chatkę Puchatka, albo do Zatwarnicy. Opinie, czy jest to samodzielna połonina czy też przedłużenie Połoniny Wetlińskiej, są podzielone. Wbrew pozorom dla mnie ma to znaczenie, gdyż w tym pierwszym przypadku Smerek byłby moją ostatnią polską bieszczadzką połoniną do odwiedzenia 😊.

Smerek jest najłatwiej dostępnym wysokim szczytem z Wetliny, więc nie musimy się spieszyć z wyjściem. Nie ma też jednak sensu czekać na jakieś późniejsze godziny, bo na popołudnie i wieczór zapowiadają opady. Na razie jednak pogoda dopisuje, łąki nad Starym Siołem zachęcają do wędrówki.




 
Hnatowe Berdo.
 
 

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Odkrywanie bieszczadzkich białych plam: Bukowe Berdo.

Od kilku lat próbuję wejść na Bukowe Berdo, jedyną połoninę, która została mi jeszcze do zdobycia w polskich Bieszczadach (chyba, że za takową uznamy Smerek). Wybierałem się na nie co najmniej dwukrotnie i dwa razy przeszkodziła mi pogoda. W tym roku zapowiedzi były bardzo dobre, więc powinno się udać, chyba, że pojawi się jakiś inny problem.


Tym problemem może być kwestia transportu, bowiem z Wetliny do Ustrzyk Górnych jest dwadzieścia kilometrów i w drugiej połowie czerwca nie funkcjonuje żadna komunikacja zbiorowa. Pozostają albo drogie nieregularne busiki albo autostop. Dziś będziemy przemieszczać się we dwójkę, bo rankiem dotarła do mnie Kasia - oczywiście też podwózkami. W dwie osoby zawsze jest trudniej złapać okazję niż pojedynczo, ale z drugiej strony ładna dziewczyna łatwiej skusi kierowcę niż brzydki facet 😏.

A poranna pogoda rzeczywiście jak marzenie, choć już czuć, że będzie upał!


czwartek, 12 sierpnia 2021

Odkrywanie bieszczadzkich białych plam: Jabłonki - Łopiennik - Łopienka.

Większość osób weekend zaczyna w piątek, niektórzy dopiero w sobotę, inni wcale. Mnie czasem zdarza się rozpocząć weekend we wtorkowe popołudnie 😏. Tak było w czerwcu, kiedy wybrałem się na tradycyjną, coroczną wyprawę w Bieszczady. Tym razem miałem mocne postanowienie odkryć kilka "białych plam" na mojej bieszczadzkiej mapie. 

Miały być bieszczadzkie nowości, ale zaczęło się od deżawi, dokładnie tak samo jak sześć lat temu, kiedy pierwszy raz jechałem w Biesy. Wtedy z Ecowarriorem, teraz samemu, wysiadam w środowy wczesny poranek w Lesku. Wtedy zwiedzaliśmy miasteczko, teraz od razu idę w kierunku Sanu. Do Bieszczad stąd nadal daleko, Lesko to ledwo początek Gór Sanocko-Turczańskich. Ponoć na Cisną jeździ jakiś autobus, ale dopiero za trzy godziny, nie będę przecież tyle czekał!


Most nad Sanem jest w remoncie, działa ruch wahadłowy. Fatalnie, bo samochody poruszają się w kolumnach, co utrudni mi łapanie stopa. Robię kilka zdjęć rzeki i przechodzę na drugi brzeg, gdzie na końcu wioski Huzele mam zamiar po raz pierwszy dziś pomachać ręką.


poniedziałek, 9 sierpnia 2021

Toruń - atrakcje poza starówką (rejs po Wiśle, twierdza i Ojciec Dyrektor).

Największe atrakcje Torunia skrywają się na starówce, ale i poza nią można znaleźć wiele ciekawych miejsc. Nie zawsze muszą to być obiekty wpisane na listę zabytków.

Zacznę od terenu położonego tuż obok Zespołu Staromiejskiego, a mianowicie wybrzeża nad Wisłą, ciągnącego się wzdłuż murów miejskich. Same mury należałoby uznać za część starówki, ale ponieważ najlepiej je podziwiać spoza niej, więc znalazły się w tym wpisie.

Toruńskie nabrzeże na wysokości centrum nosi nazwę Bulwaru Filadelfijskiego. Wcześniej, od lokacji miasta aż do lat 60. ubiegłego wieku, funkcjonował tu port, który postanowiono przekształcić w tereny spacerowe. 




To właśnie stąd miejskie obwarowania wyglądają najdostojniej i nadal robią wrażenie. Przyjmuje się, iż Toruń był pierwszy ośrodkiem na terenie obecnej Polski, który zaczął wznosić mury obronne w takiej właśnie formie - ich budowę rozpoczęto w 1246 roku, wcześniej niż we Wrocławiu, Poznaniu lub Krakowie. Stare Miasto otoczone było częściowo dwoma pasami murów, Nowe Miasto podobnie, dodatkowo istniały umocnienia oddzielające Stare Miasto od Nowego. Do dziś zachował się mniej więcej kilometr, głównie pojedyncza linia od strony Wisły. Pozostałe odcinki zostały rozebrane w XIX wieku.
Z ośmiu dawnych bram Starego Miasta istnieją trzy, a także dziewięć baszt, natomiast nie pozostało nic z takiej architektury chroniącej Nowe Miasto. 
 

czwartek, 5 sierpnia 2021

Toruń - Zespół Staromiejski.

Toruń (Thorn, Thorunia) kusił mnie już od dawna. Miasto piernika, Kopernika i ojca Tadeusza wydawało się na tyle interesujące, że chciałem je odwiedzić. Rok temu byłem stosunkowo niedaleko od niego, bo w Wielkopolsce, ale nie dotarłem. Udało się podczas tegorocznej czerwcówki.

Toruń faktycznie okazał się wart spędzenia w nim weekendu i spełnił pokładane nadzieje. Nie dziwię się, iż Zespół Staromiejski wpisano na listę dziedzictwa UNESCO. Ilość zabytków i ciekawych miejsc jest w nim na tyle duża, że postanowiłem swój tekst podzielić na dwie części; w tej zajmę się jedynie terenem położonym wewnątrz murów obronnych (częściowo istniejących do dzisiaj) chroniących dwie, pierwotnie samodzielne osady - Stare i Nowe Miasto.

Spacer po Toruniu najlepiej zacząć od ruin zamku krzyżackiego. To właśnie rycerze z czarnymi krzyżami na płaszczach założyli miasto nad Wisłą. Co prawda wcześniej w tych okolicach istniał jakiś gród słowiański, ale nie przetrwał, natomiast krzyżacka miejscowość owszem. Początkowo ulokowano ją bardziej na południe, ale po kilku latach przeniesiono, podobno z powodu częstych powodzi. W 1236 roku rozpoczęła się historia Starego Miasta, niecałe trzydzieści lat później Nowego Miasta, które od XV wieku zrosły się w jeden organizm. Krzyżacy traktowali Toruń jako punkt wypadowy na Prusów oraz startowy do tworzenia własnego państwa, potrzebna była im więc solidna warownia. Składała się ona z zamku głównego (posiadającego stołp - wieżę "ostatecznej obrony"), międzymurza i przedzamcza.
 

Zamek, najstarszy i pierwszy na ziemi chełmińskiej, dotrwał do 1454 roku. Wybuchło wówczas powstanie antykrzyżackie, zorganizowane przez Związek Pruski reprezentujący interesy szlachty i miast państwa krzyżackiego. Wbrew popularnej opinii bunt przeciwko zakonnikom nie miał podłoża narodowościowego, a gospodarcze i polityczne - przeważnie niemieckojęzyczni mieszkańcy Prus chcieli przywilejów podobnych do tych, które nadano w innych krajach, a także nieskrępowanej wolności handlu. Choć przez długi czas proponowali oni współpracę wielkim mistrzom, oferując pomoc we wzmocnieniu ich władzy oraz w konflikcie z Rzeczpospolitą, to po kolejnych przegranych wojnach zakon zaczął zachowywać się jak słoń w składzie porcelany i wysuniętą ku niemu rękę odtrącił, a nawet próbował odciąć. Dla Związku Pruskiego wyjście było tylko jedno - wypowiedzenie posłuszeństwa wielkiemu mistrzowi i przyjęcie protekcji od obcego monarchy. Choć pojawiały się różne opcje, wybrano pomysł zwrócenia się do króla polskiego. Powstanie zaczęło się w Toruniu, bo właśnie Thorn był siedzibą Tajnej Rady Związku i to miasto odgrywało w nim jedną z przewodnich ról. Siódmego lutego mieszczanie rozpoczęli szturm zamku, nieudany, ale już kolejnego dnia krzyżacki dowódca poddał twierdzę. Wkrótce potem zamek zniszczono - Torunianie nie chcieli u siebie żadnego garnizonu wojskowego, ani krzyżackiego, ani polskiego. Pozostało niewiele: dolne partie murów i wieży, fosa, a w całości zachowało się gdanisko z prowadzącym do niego gankiem. Przez wieki ruiny zamku służyły jako śmietnisko, uporządkowano je w latach 60. ubiegłego wieku.



piątek, 16 lipca 2021

Czerwcówka na Kujawach, ziemi dobrzyńskiej i chełmińskiej.

Kolejny rok czerwcówkę spędzam w Polsce. Tym razem tydzień po Bożym Ciele wybrałem się na Kujawy, ziemię dobrzyńską i chełmińską.
 
Zaczynamy od Włocławka, który jest uznawany za nieoficjalną stolicę Kujaw. Na bezpłatnym parkingu pod mostem wita nas mural z patronem województwa kujawsko-pomorskiego. To i nawet województwa mają swoich patronów?
 
 
Włocławek to jedno z najstarszych miast w Polsce; gród obronny istniał tu już w XI wieku, natomiast lokacja nastąpiła w wieku XIII. Prawdopodobnie początkowo funkcjonowały dwa Włocławki: jeden to miasto biskupie, a drugi "miasto niemieckie", założone przez kolonistów z Rzeszy. Na pewno aż do czasów rozbiorów najważniejszym człowiekiem w mieście był biskup i to on decydował o wszystkim. Pamiątką po tej przeszłości jest okazała bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.


wtorek, 13 lipca 2021

Krnov i okolice rowerowo.

Nadszedł czerwiec, więc można było znowu pomyśleć o odwiedzinach na rowerze jakiegoś czeskiego podgórskiego regionu. Tym razem wybraliśmy Krnov i okolice, czyli przeważnie Niski Jesionik.
 
Auto postanowiliśmy zostawić po polskiej stronie, w Opawicy (Tropplowitz). To jedna z kilku wiosek, która po wojnach śląskich w XVIII wieku została podzielona granicą wytyczoną na rzeczce Opawicy. Po drugiej stronie rozciągają się Opavice.

Żar leje się z nieba, gdy wyciągamy rowery z bagażnika. Jesteśmy czujnie obserwowani z najbliższego bloku - z parapetów i zza firanek. Zastanawiamy się, czy to dobrze czy źle? Przypilnują w nocy samochodu czy raczej odkręcą koła?


Na drodze panuje zaskakująco spory ruch - wszyscy kierują się w stronę pobliskiego niewielkiego przejścia granicznego zlokalizowanego w lesie. Kierunek wskazuje tablica; co prawda miejscowość docelowa nazywa się Město Albrechtice, ale nie bądźmy tacy drobiazgowi, może po prostu zabrakło blachy?
 
 
Przejechaliśmy trzysta metrów i stanęliśmy na chwilę w cieniu, a tu nagle słyszymy huk! Z niedowierzaniem patrzymy jak z mojej przedniej opony w ciągu kilku sekund zszedł cały luft! Okazało się, że pękła dętka, nie dość że na dużej powierzchni, to jeszcze od środka. Na to nie byliśmy przygotowani, choć Bastek przed wyjazdem zastanawiał się czy wziąć zapasową... Próbuje ją skleić łatkami, ale dziura jest zbyt duża. W tym momencie uznałem, że już po całej wyprawie, ale próbujemy jeszcze poszukać w Głubczycach sklepu rowerowego. W ostateczności przejdziemy się do Krnova piechotą!
Sklep znajdujemy, dętkę wymieniamy i wracamy do Opawicy, ale straciliśmy ponad półtorej godziny, na zegarku minęła dwunasta. Nie tak to miało wyglądać! Trudno, będziemy nadrabiać stracony czas w trasie...

czwartek, 8 lipca 2021

Zamość. Perełka na koniec.

Zamość. Perła renesansu wpisana na listę UNESCO. Najładniejsze miasto dawnej ziemi chełmskiej, a dziś zapewne całego województwa lubelskiego, a może i południowo-wschodniej Polski. Tak mówią. Faktycznie, kolorowa starówka może się podobać, zwłaszcza Rynek Wielki.


Po tygodniowym włóczeniu się wzdłuż granicy na sam koniec czeka nas wizyta w tak turystycznym miejscu. Nietypowe w naszym przypadku. Początkowo jednak nie mamy okazji podziwiać pięknych zabytków dawnej architektury, bowiem dworzec autobusowy w Zamościu to dość obskurny plac (przypominający parking) otoczony blokami. Daleko z niego zarówno do centrum, jak i do dworca kolejowego. Odnoszę wrażenie, że takie lokalizacje (podobnie jak np. w Lublinie) podyktowane były chęcią przypodobania się lobby taksówkowemu, bo to one najbardziej na nim skorzysta.

środa, 30 czerwca 2021

Polska rzepakowa (4): Chłopiatyn - Budynin - Korczmin - Tarnoszyn.

Kolejny piękny, słoneczny i ciepły poranek. Chłopiatyn (Хлопятин) budzi nas również miarowym rykiem kosiarek. Już wieczorem ktoś z zapałem używał tego przyrządu, a dziś podjął wyzwanie o dość wczesnych godzinach rannych (na zegarku nie było jeszcze siódmej). Podobno prezydent ogłosił Narodowy Dzień Koszenia Trawy i wielu wyborców z zapałem rzuciło się do czynu.


Co najlepsze do picia z rana? Piwo, wiadomo, ale jego została nam ostatnia puszka. Równie znakomicie do gaszenia pragnienia nadaje się woda Galicya - całą skrzynkę zostawił wczoraj człowiek, który podwiózł nas nad staw! Kolejne butelki są szybko opróżniane.

Idę odwiedzić wznoszącą się za górką wieżę widokową. Stoi ona obok siedziby straży granicznej, a przy jej płocie szaleje facet z kosiarką. 

niedziela, 20 czerwca 2021

Polska rzepakowa (3): Sulimów - Dłużniów - Wyżłów - Myców.

Z Dołhobyczowa wydostajemy się na dwa razy: pierwszy autostop podwozi nas tylko kilka kilometrów, do Oszczowa (Ощів). Wychodzimy na skrzyżowaniu, gdzie na wysokim postumencie stoi Jan Nepomucen. Z kolei za płotem bieleją ściany barokowego dworku, obecnie Warsztatu Terapii Zajęciowej Osób Niepełnosprawnych. 
 

Ruch na drodze jest tak skromny, że żartujemy z Bubą, iż wkrótce doścignie nas pozostała trójka poruszająca się pieszo. A jednak nie - podjeżdża młody chłopak, wyraźnie zadowolony, iż może pomóc tak egzotycznym pasażerom. W jego samochodzie przekraczamy historyczną granicę pomiędzy Rosją i Austrią. Czy po ponad stu latach może to mieć jakieś znaczenie? Dla turysty jak najbardziej! Tereny znajdujące się w byłej Kongresówce, czyli dawna gubernia chełmska, objęte były w okresie sanacji akcją polonizacyjną, więc z ich krajobrazu zniknęły niemal wszystkie wiejskie cerkwie należące do Ukraińców. Ziemie położone na południu, a więc dawna Galicja, uniknęły tego nieszczęścia. I choć miejscowi Ukraińcy byli znacznie mniej przychylnie nastawieni do państwa polskiego, to nie próbowano zrobić z nich katolickich Polaków, nikt też nie burzył ich świątyń. W efekcie wiele cerkiewek stoi do dzisiaj, przeklasyfikowanych na kościoły łacińskie.

wtorek, 8 czerwca 2021

Polska rzepakowa (2): Kryłów - Dołhobyczów.

Kryłów (Крилів) to obecnie niezbyt duża wioska z bogatą historią. Przez kilka wieków była miastem, straciła ten status dopiero po powstaniu styczniowym. Właścicielami były ważne rody Tęczyńskich, Ostrorogów i Radziejowskich. W czasach rozkwitu reformacji działało w nim kalwińskie gimnazjum. Przeszłość to także wielka mozaika narodowościowa charakterystyczna dla miasteczek ziemi chełmskiej, wchodzącej w skład województwa ruskiego: jeszcze sto lat temu połowę mieszkańców stanowili Żydzi, następni byli prawosławni Ukraińcy i trochę mniej liczni katoliccy Polacy. Do pewnego momentu żyli oni w miarę zgodnie, aż w końcu wszystko szlag trafił! Najpierw w 1938 roku władze sanacyjne nakazały zburzyć prawosławną cerkiew w ramach wspominanej już przeze mnie akcji "rewindykacyjno-polonizacyjnej". Ziarno nienawiści zostało zasiane. Następnie przyszli Niemcy i wymordowali Żydów oraz spalili drewnianą synagogę. Nieustannie iskrzyło między pozostałymi w wiosce Słowianami: w 1944 roku oddział Batalionów Chłopskich zabił w Kryłowie 13 Ukraińców. W polskich źródłach o tych wydarzeniach się nie wspomina, ewentualnie pojawia się tekst o "likwidacji bazy UPA", Ukraińcy zaś piszą, że połowa ofiar to kobiety i dzieci. W marcu kolejnego roku doszło do rewanżu: tym razem upowcy napadli na miejscowość, mordując wszystkich milicjantów i prawie trzydziestu cywilów. Po wytyczeniu nowej granicy na Bugu Kryłów oczyszczono z elementu niepolskiego. Pamiątki po wielokulturowej historii nadal istnieją, ale trzeba włożyć trochę wysiłku, aby je odnaleźć i odszukać.

I na te senne, zdegradowane do poziomu wsi (nawet nie gminnej) dawne miasteczko trafiamy my, przywiezieni przez pomocnych gospodarzy z agroturystyki w Ślipczach. Podwożą nas pod główny sklep, który akurat w niedzielę nie działa, ale w ramach pocieszenia tuż obok dwa dni wcześniej otwarto nowiutki bar 😏.

Atmosfera w nim przyjazna, a ceny umiarkowane, więc siadamy do stolika i jednocześnie obgadujemy kwestię noclegu. Chcemy się rozbić z namiotami na wyspie na Bugu, ale Buba opowiadała, że podczas jej poprzedniej wizyty miała nieprzyjemności ze strażą graniczną. Raczej nie mamy szans, aby pozostać niezauważeni, skoro drogami obok knajpy patrole SG przejeżdżają co kilka-kilkanaście minut: motory, quady, samochody. Rozmawiamy nawet na ten temat z miejscowymi, którzy mówią, że jakby co to powołać się na nich, a w ostateczności możemy przenieść się na podwórko jakiejś ich krewnej w oddaleniu od rzeki. My jednak mocno postanowiliśmy trzymać się pierwotnego planu.

Najpierw jednak idę z Szymonem na małe zakupy do innego sklepu. Przy okazji rzucimy też oczami na samą wioskę. Naprzeciwko baru stoi potężnych gabarytów przystanek autobusowy: po bliższym przyjrzeniu się odkrywamy, iż dla podróżnych przygotowano jedynie małą wnękę, a reszta to zamykane pomieszczenie. Po lewej kościół katolicki, jedyna zachowana do dziś świątynia.

środa, 2 czerwca 2021

Polska rzepakowa (1): Hrubieszów - Czumów - Ślipcze - Czapliniec.

Późna wiosna oznacza u mnie zazwyczaj tradycyjny wyjazd do wschodniej Polski, aby z kilkuosobową ekipą powłóczyć się wzdłuż granic. Pisałem już o tym wielokrotnie, ale pozwolę sobie pokrótce przypomnieć historię tych wypadów 😊.

Dokładnie dziesięć lat temu grupa moich znajomych wpadła na pomysł, aby latem odwiedzić Podlasie. To miała być jednorazowa akcja, lecz tak im się spodobało, iż postanowili ją kontynuować. Termin zmieniono na maj lub czerwiec, ustalono także, że w jednym roku będą poruszać się na północ, a w kolejnym na południe, tak aby stopniowo zwiększać "zasięg" zaliczonego terenu przygranicznego. Jeśli zakończyło się gdzieś wędrówkę w danym roku, to mniej więcej w to samo miejsce wracało się po dwóch latach. W 2013 dołączyłem i ja. Do 2019 na północy zdążyliśmy dotrzeć do Gołdapi (a więc teraz idzie się właściwie nie na północ, ale na zachód), a na południu do Hrubieszowa. W ubiegłym roku wszystko posypało się z wiadomych przyczyn, w tym postawiliśmy nie odpuścić. Nastąpiły jednak spore zmiany w składzie osobowym: ze stałych bywalców zostałem tylko ja i Buba, nie ma zatem już nikogo, kto byłby obecny na wszystkich wyjazdach. Dokooptowaliśmy kilku nowych ludzi, aby liczba się zgadzała. Datę rozpoczęcia ustaliliśmy na końcówkę maja, żeby uniknąć sytuacji sprzed dwóch lat, kiedy to zimni ogrodnicy mocno popsuli nam zabawę. Teraz co prawda prognozy pogody także były kiepskie (niektóre wskazywały, iż przez cały tydzień codziennie ma lać!), na szczęście w większości się nie sprawdziły 😛. A zatem w przedostatnią sobotę maja ruszamy w kierunku Bugu, po trzech latach wracamy do marszruty na południe!

Z Bubą spotykam się już w pociągu. Mamy w nim do przejechania ponad czterysta kilometrów. Przetniemy pięć województw (a Buba nawet sześć - dolnośląskie, opolskie, śląskie, świętokrzyskie, mazowieckie i lubelskie), ale tylko dwie krainy historyczne - Śląsk i Małopolskę.

Dłuższy postój mamy w Kielcach, więc wychodzę rozprostować kości i rozejrzeć się po okolicy w stolicy scyzoryków. 

Zaglądam na nieodległy dworzec autobusowy. Byłem pewien, że to współczesna konstrukcja, a okazało się, iż otwarto go w 1984 roku na 40-lecie PRL-u! Odnowiony i wpisany na listę zabytków jest jednym z wielu przykładów, że w Polsce Ludowej potrafiono zaprojektować interesujące budynki. Za nim wyrasta kościół św. Krzyża.

piątek, 21 maja 2021

Góry Stołowe: Białe Skały, Skalne Grzyby, Radkowskie Skały i Fort Karola.

Góry Stołowe są zawsze zdrowe - to moje motto pozostaje aktualne od pierwszej w nich wizyty. Po trzyletniej przerwie pora odwiedzić je ponownie. Ruszamy w poniedziałek. Aura jest tak samo słoneczna jak w niedzielę, a za to nie spotkamy tłumów ludzi. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Najbardziej oblegane miejsce, czyli Szczeliniec Wielki, odpuszczamy. Trasa pomiędzy skałami i tak pozostaje zamknięta, gdyż jest nadal zalodzona. Zamiast niego chcę zajrzeć do trzech innych grup skalnych.

Samochód zostawiamy na leśnym parkingu przy Lisiej Przełęczy (Fuchsenpass). Ledwo wyłączyłem silnik, a zaraz za nami zjawił się inny wóz, po nim następny i następny. Oho. Na szczęście pasażerowie z tamtych aut idą w innym kierunku niż my.

Skręcamy w prawo i wchodzimy na szlaki biegnące przez Białe Skały (Weisse Felsen). W nich będziemy mieli spokój: oprócz dwójki turystów z psem, spotkanych na samym początku, żaden inny człowiek się nie pojawi.

W skalnych zgrupowaniach jak to u nich: skały, skały, skały... Źle się je fotografuje, bo często ukryte są za drzewami, do tego przeszkadza duży kontrast pomiędzy jasnymi a ciemnymi przestrzeniami.