Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolej i pociągi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolej i pociągi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2025

Industriada 2025: zabytkowa stacja w Rudach.

Industriada to coroczna impreza poświęcona zabytkom techniki, odbywająca się od 2010 roku w województwie śląskim, przeważnie w czerwcu. W kilkudziesięciu lokalizacjach, zazwyczaj w obiektach leżących na Szlaku Zabytków Techniki, organizuje się festyny, spotkania, prelekcje, wycieczki i różne inne wydarzenia przyszykowane dla turystów. Czasem jest to okazja do zobaczenia czegoś wyjątkowego, na co dzień niedostępnego, a czasem (niestety, mam wrażenie, że coraz częściej) okazja dla gospodarzy tych miejsc do dodatkowego zarobku (początkowo niemal wszystkie wydarzenia były bezpłatne).

Industriadę odwiedzałem już kilkukrotnie, ale ostatni raz dość dawno, bo przed pandemią. O ile wtedy wybierałem opcję zaglądania do większej ilości obiektów, to tym razem postanowiłem skupić się na jednym, a mianowicie na Zabytkowej Stacji Kolejki Wąskotorowej w Rudach (Groß Rauden). Przez Rudy przejeżdżałem wiele razy, widziałem biegnące obok dróg wąskie szyny, lecz jakoś nigdy nie miałem czasu tam zajrzeć na dłużej. Industriadę potraktowałem jako pretekst, aby w końcu je odwiedzić, nawet jeśli ma to oznaczać dużą ilość innych turystów.


Przemysłowa część Górnego Śląska może poszczycić się najstarszą funkcjonującą siecią linii wąskotorowych na świecie. Pierwsze odcinki Górnośląskiej Kolei Wąskotorowych (Oberschlesische Schmalspurbahnen) powstały w latach 50. XIX wieku i w kolejnych dekadach rozrosły się do długości ponad dwustu kilometrów. Z zasady służyły one do transportu towarów, łącząc się z kolejami wewnętrznymi zakładów przemysłowych. W Rudach pociągi pojawiły się pół wieku później: w 1899 położono tory od stacji Gleiwitz Trinneck (Gliwice Trynek), a w ciągu kolejnych kilku lat przedłużono je w stronę Raciborza - końcową stacją była Ratibor Plania, w dzielnicy Płonia. Ta linia została wybudowana przez berlińską spółkę Górnośląskie Tramwaje Parowe (Oberschlesische Dampfstraßenbahn GmbH) i często bywa nie uznawana jako wchodząca w skład GKW. W przeciwieństwie do małych pociągów jeżdżących pomiędzy zakładami, tutaj wożono również pasażerów: robotnicy dojeżdżali nimi do pracy w przemyśle w Gliwicach, Bytomiu i Zabrzu, a w weekendy do Rud odpoczywać w lasach i nad stawami. 
Od 1906 roku był to jeden, połączony ze sobą system kolejowy, aczkolwiek zarządzany przez różne podmioty. Górnośląskie Koleje Wąskotorowe przejęło na początku XX wieku państwo pruskie, a po plebiscycie musiało oddać część polskiej administracji, natomiast Górnośląskie Tramwaje Parowe po niemieckiej stronie aż do 1945 pozostały prywatne. Słowo "tramwaj" w nazwie nie było przypadkowe: spółka uruchomiła wcześniej prawdziwe tramwaje w miastach, a za rozstaw torów w wąskotorówkach przyjęto szerokość 785 milimetrów (30 cali pruskich), czyli dokładnie tak samo jak w tramwajach; podobnie uczyniono na GKW.


Po II wojnie światowej całość górnośląskich wąskotorówek znalazła się w rękach PKP. W Polsce Ludowej ilość przewożonych ładunków szła w miliony, za demokracji zaczął się upadek, podobnie jak wszystkich tego typu kolei w całym kraju. Po latach kradzieży, demolek i oficjalnej likwidacji do dziś czynne pozostają tylko dwa niewielkie fragmenty półtorawiekowej sieci: z Bytomia Wąskotorowego do Miasteczka Śląskiego (przejechałem nim kawałek podczas Industriady w 2019 roku) oraz w okolicach Rud.


sobota, 17 maja 2025

Słowacka majówka: pociągi, knajpy i Predný Čebrať.

Ani się człowiek obejrzał, a znowu minął rok i nadszedł czas majówki! Tradycyjnie oznacza to u mnie Słowację i góry, choć nie tylko. Również tradycyjnie moja majówka nie zawiera się w ramach czasowych tej z kalendarza, zaczynam ją wcześniej albo później. Początkowo mieliśmy ruszyć z Bastkiem we wtorek 29 kwietnia, ale oznaczało to pobudkę w środku nocy, aby zdążyć na pociąg o szóstej rano. Ostatecznie okazało się, że możemy jechać już dzień wcześniej - co prawdę będę lekko niewyspany po nocce, ale zyskujemy połowę poniedziałku!

Od momentu wyjazdu z domu do momentu wejścia na właściwy szlak minęła... ponad doba 😛. Nie dlatego, że tak daleko musieliśmy jechać, choć sama podróż takie trwała wiele godzin - po prostu nigdzie nam się nie spieszyło. Czasem ludzie pytają, czy nie szkoda mi czasu i pieniędzy, aby tak dużo czasu spędzać w podróży na "pierdołach", zamiast od razu walić w góry. Mogę wówczas odpowiedzieć pytaniem na pytanie, czy im nie szkoda czasu i pieniędzy, aby skupiać się jedynie na górach, ignorując wszystko inne. Dla mnie szlaki i szczyty nigdy nie były jedynym celem samym w sobie, zawsze ważna była też cała otoczka. Tak też było i w 2025 roku: przez tę dobę odwiedziliśmy kilka dworców, kilka knajp, mieliśmy kilka ciekawych spotkań, jechaliśmy kilkoma pociągam z pięknymi widokami, a był też całkiem fajny akcent górski. Czyli dla każdego coś miłego.


W poniedziałkowe wczesne popołudnie meldujemy się w Boguminie, gdzie zostawiamy auto na znanym nam parkingu osiedlowym, licząc, że okoliczni Cyganie i tym razem się na nie nie połaszą. Niestety, przybyliśmy do miasta nad Olzą zbyt późno, więc prysła nadzieja na spokojne wypicie pierwszego piwa w spelunce, a nawet na większe zakupy, bo kasa była całkowicie zablokowana przez mniejszość romską. Kilka rzeczy udało mi się nabyć w biegu dopiero w dworcowym sklepiku. Mimo tego pośpiechu humory dopisują, bo zaczyna się kolejna wiosenna przygoda!


środa, 25 grudnia 2024

Macedonia prawdziwa: Prilep, Gradsko i garść spomeników.

Opuszczamy brzeg Jeziora Ochrydzkiego, które nieco obniżało temperaturę i zapewniało trochę wytchnienia. Wjeżdżamy w wysuszone i gorące tereny macedońskiego interioru. Od razu za Ochrydą zaczynamy się wspinać, bo przecież wszędzie są góry. Podjeżdżając pod przełęcz na wysokości 1200 metrów musimy się zmierzyć z kierowcami ciężarówek, którzy namiętnie wyprzedzają się na ciągłej i w nieoświetlonych tunelach. W pewnym momencie dogania mnie... śmieciarka i dziko trąbi, abym przyspieszył. Nic nowego na Bałkanach.


Gdy robi się spokojniej staję na poboczu, aby rozprostować kości. Nie dostrzegam żadnych budynków. Żółte trawy kontrastują z ciemną zielenią na zboczach. W tle, za moim samochodem, uchwyciłem nadajnik na wierzchu Pelisteru w paśmie Baba - jest to trzeci najwyższy szczyt Macedonii (2601 metrów).



Za Bitolą (Битола) okolica się spłaszcza, jedynie po lewej stronie przemykają żółtawe pagórki. Widać ślady po ogniu - albo samozapłony albo rolnicy znowu bawili się zapałkami. Najwięcej czarnych plam było na obrzeżach Bitoli, w cygańskiej dzielnicy: tam z dymem poszła nie tylko roślinność, ale i kilka skleconych z byle czego chałup. Dookoła tradycyjnie walały się całe góry śmieci, w tym masa szklanych butelek, więc w takich warunkach naprawdę nie jest trudno o pożar. Ogień był wybredny, potrafił pożreć trawę, drzewa do ich połowy, po czym w niewyjaśniony sposób minął wybrane domostwa.


wtorek, 18 czerwca 2024

Majowe Mazury (2): Parcz - Wilczy Szaniec - Czerniki.

Zabudowania kolejowe w Parczu (Partsch, Groß Partsch) widać z daleka. Składają się one z kilku budynków oddalonych od siebie o kilkaset metrów.


Mijamy pierwszy obiekt, w którym nadal mieszkają ludzie. Podejrzewam, że w czasach niemieckich również służył jako mieszkania dla kolejarzy i ich rodzin. Na jednej ze ścian nieźle widoczny jest napis Gr. Partsch.



Kawałek dalej opuszczony dworzec kolejowy.


czwartek, 9 maja 2024

Broumovsko: kraina starych domów i kotów lemurów.

Broumovsko to region w północno-wschodnich Czechach, którego głównym ośrodkiem jest miasto Broumov (Braunau). Różnie można określić jego zasięg. Najszerszy obszar zajmuje Obszar Chronionego Krajobrazu (CHKO) Broumovsko, gdyż ten sięga na zachodzie i południu aż za Hronov i Teplice nad Metují. Najczęściej jednak mówiąc o Broumovsku mamy na myśli miasto i jego najbliższą okolicę. Jego naturalną zachodnią granicą są Broumovské stěny (Braunauer Wände), a na prawie wszystkich pozostałych kierunkach granica państwowa (dziś z Polską, kiedyś z Prusami), która na tym odcinku nie zmieniła się od wieków.

Broumovsko aż do 1945 roku zamieszkałe było niemal wyłącznie przez Niemców. Region ten charakteryzowała częściowa izolacja od pozostałych ziem Królestwa Czech, związana z peryferyjnym położeniem oraz pasmami górskimi. Ponadto przez wiele stuleci dominujący wpływ na rozwój, gospodarkę i politykę miał zakon benedyktyński, który w XIII wieku otrzymał tę ziemię od króla. Zakonnicy, rezydujący do tej pory w Pradze, lokowali miasto, potem wybudowali pierwszy kościół, aż wreszcie klasztor, będący centrum życia religijnego aż do ubiegłego wieku. Ślady po zakonnikach są widoczne do dziś na każdym kroku, zwłaszcza w architekturze.


W tym wpisie zajmę się kilkoma wioskami Broumovska, położonymi na południe od miasta. Każda z nich nadaje się na większy lub mniejszy spacer.

Najwięcej miejsca poświęcę miejscowości Božanov (Barzdorf), głównie dlatego, iż tam nocowałem, więc i najwięcej się pokręciłem 😏. Jest wioską mocno odcięto od reszty: normalną szosą można dojechać jedynie od północy, od Martínkovic. Od zachodu otaczają ją góry, od południa graniczy z Radkowem, ale jedna droga przeznaczona jest jedynie dla rowerów, a druga to wąska nitka dla wolno toczących się osobówek. Z kolei na wschód prowadzi tylko szutrówka dla dwukołowców. Osadę założył w XIII wieku niejaki Berthold, stąd pierwotna nazwa brzmiała Berthelsdorf. Przez wiele stuleci była ona wioską służebną klasztoru, zajmująca się głównie pozyskiwaniem drewna z lasów.

Centrum stanowi skrzyżowanie, wokół którego rozlokowane są najważniejsze budynki: urząd gminy, kościół i restauracja.


poniedziałek, 5 lutego 2024

Grudniowe Góry Izerskie (1): Świeradów - Stóg - Hala Izerska.

W grudniu 2023 roku po dwudziestu siedmiu latach przerwy przywrócono połączenie kolejowe do Świeradowa - Zdroju. Uznałem, że to dobry pretekst aby odwiedzić Góry Izerskie: nie byłem tam kilka lat, a w samym Świeradowie to chyba kilkanaście... 

Jako termin wybrałem tydzień który kończył się Bożym Narodzeniem. W poniedziałkowy bardzo wczesny poranek wsiadam do pociągu Polregio. Konduktor z zachwytem ogląda mój bilet.
- Bardzo fajna trasa - mówi.
- Ale kosztowna - zwracam uwagę.
- Nie o to mi chodzi! Na Dolnym Śląsku sukcesywnie przywraca się połączenia, a u nas, w Opolu, to jest coraz gorzej. Tak się śmiali, gdy województwo dolnośląskie i śląskie zakładało własne spółki kolejowe, że będzie burdel, bałagan, a jak się skończyło? Sąsiedzi się rozwijają, opolskie się zwija! Nie myślą, nie planują przyszłościowo, remonty ciągną się miesiącami, coraz starszy tabor się sypie, szkoda gadać...
Nie zaprzeczyłem nie tylko przez grzeczność, a konduktor był tak zachwycony moją podróżą do Świeradowa, że zachodził do mnie pogadać jeszcze przez trzy przystanki 😏.

Pierwsza przesiadka we Wrocławiu, druga w Lubaniu (Lauban), gdzie trochę się kręcę po dworcu w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Stacja nosi nazwę Lubań Śląski, choć aktualnie przez chwilę jesteśmy na Łużycach.


Podjeżdża skład nadciągający aż z Görlitz. Niewielki SA-135, ale na końcówkę podróży wystarczy, w środku siedzi kilkanaście osób. Mijamy reaktywowane przystanki, które wyglądają nieco surrealistyczne: po pierwsze witają nas pomarańczowe tablice, zamiast niebieskich - to malowanie Kolei Dolnośląskich, ale zupełnie mi nie pasuje. Po drugie - nowe perony ze wszystkich stron otoczono płotami z siatki! Nawet jak obok peronu znajduje się na tej samej wysokości trawnik, to musi on być oddzielony ogrodzeniem! Który znajomy projektantów zarobił na produkcji płotków? Po trzecie - w cieniu przystanków stoją rozpadające się ruiny infrastruktury. Budynki stacyjne i gospodarcze, wychodki - wszystko czeka na ostateczny koniec. One już nikogo nie interesują, liczą się tylko szyny.

Około jedenastej pociąg wtacza się do Świeradowa - Zdroju (Bad Flinsberg). Tutaj też wygląda to "ciekawie": dawny dworzec nie jest już dworcem, tylko centrum informacyjno - kulturalnym, a tor przed nim nie jest już torem, ale jedynie kilkunastometrową pamiątką, bowiem potem się urywa. W tej sytuacji nasz skład wjeżdża na peron drugi (czyli właściwie teraz pierwszy). Nadal trwają prace, pewnie trzeba przygotować grunt pod ogrodzenia z siatki!


wtorek, 23 stycznia 2024

Śląsk wielkopolski: Kraik Rychtalski.

W jakich województwach leży Śląsk? Wiadomo, w śląskim. Dla niektórych to jedyne województwo prawdziwie śląskie. Trochę bardziej ogarnięci szybko dodadzą, że również w dolnośląskim. "A między nimi jest Opolszczyzna". Niektórzy sprostują, że opolskie to również Śląsk. Czasem ktoś dorzuci, iż także w lubuskim mamy Śląsk. A w wielkopolskim? Jak najbardziej. Są to co prawda niewielkie powierzchniowo tereny, ale najprawdziwszy Śląsk, a konkretnie Dolny Śląsk.

W tym wpisie zajmiemy się dawną północno-wschodnią częścią pruskiego powiatu namysłowskiego (Landkreis Namslau), który zgodnie z traktatem wersalskim w 1920 roku znalazła się w Polsce. Dlaczego? O tym później. Oderwaną od śląskiej macierzy ziemię nazwano Kraikiem Rychtalskim (Reichthaler Ländchen). Składał się on z miasta Rychtal (Reichthal), dziesięciu wsi i grupy obszarów dworskich, które były wówczas wydzielone z terenów gminnych. Ogólna powierzchnia liczyła około 85 kilometrów kwadratowych, zamieszkiwało ją nieco ponad cztery i pół tysiąca osób. Był to jednocześnie położony najbardziej na południe fragment Dolnego Śląska przekazany II Rzeczpospolitej. Na poniższej mapie z epoki na czerwono zaznaczono polskie nabytki na Dolnym Śląsku po Wielkiej Wojnie - Rychtal (Reichthal) widoczny jest na samym dole, jako biały napis niedaleko Namysłowa (Namslau). Co prawda w niektórych opracowaniach pod pojęciem Kraiku Rychtalskiego pojawia się znacznie większy teren z Bralinem włącznie, ale Niemcy w tym przypadku zawsze mieli na myśli tylko utracone włości z powiatu namysłowskiego.


W Kraik Rychtalski wjeżdżamy drogą krajową numer 39. Ostatnią miejscowością w województwie opolskim są Igłowice (Haugendorf). Potem niebieskie tablice informują, że wkraczamy do powiatu kępińskiego,. Granica istnieje w tym samym miejscu od stu lat, powojenne podziały administracyjne jej nie zmieniły, nikt nawet nie proponował, aby Rychtal z powrotem wrócił pod skrzydła Namysłowa.


Po wielkopolskiej (od 1920 roku polskiej) stronie pierwszą wsią jest Skoroszów (Skorischau). Zachował się polski urząd celny (lub siedziba pograniczników), obecnie używany jako budynek mieszkalny.


piątek, 22 grudnia 2023

Češko Selo, czyli z wizytą u Czechów w Wojwodinie. Plus okolice.

W Wojwodinie, najbardziej multietnicznej prowincji Serbii, spisy powszechne odnotowują prawie dwadzieścia narodowości liczących co najmniej tysiąc osób. Silnie reprezentowane są narody słowiańskie i nie mam tu na myśli Serbów. Najbardziej ludnym narodem, po gospodarzach i Węgrach, są Słowacy, który mieszka tam prawie czterdzieści tysięcy. Oprócz nich Chorwaci, Czarnogórcy, Buniewcy (często traktowani jak część narodu chorwackiego), Rusini, "Jugosłowianie", Ukraińcy i gdzieś tam na końcu Czesi. Spis z 2011 roku wykazał prawie dwa tysiące osób deklarujących się jako Pepiki, nie wiadomo ilu to powtórzyło dziesięć lat później, ale na pewno mniej, gdyż jest to społeczność kurcząca się.

Największym skupiskiem Czechów jest gmina Bela Ckva (Бела Црква), położona w południowo-wschodniej części Wojwodiny, na styku Dunaju i granicy rumuńskiej. To historyczny Banat, co ma znaczenie w przypadku historii czeskiego osadnictwa. W gminie tej Czesi stanowią kilka procent populacji, język czeski ma status urzędowego, czeskie nazwy pojawiają się na niektórych tablicach miejscowości. Najwięcej Czechów mieszka w mieście - siedzibie gminy, ale jest także jedna niewielka wioska, gdzie potomkowie przybyszów znad Wełtawy są absolutną większością. Ponieważ w Beli Crkvi często zatrzymuję się na kempingu, więc w tym roku (podobnie jak w poprzednim) wypożyczyłem rower i postanowiłem odwiedzić tę małą czeską ojczyznę.


Mój cel jest gdzieś na prawo, za tymi wzgórzami na horyzoncie.


Pierwsza wioska po drodze to Vračev Gaj (Врачев Гај, węg. Varázsliget). Napis węgierski już rok temu był zamazany przez jakiś genetycznych patriotów, ale widać nie było czasu tablicy wyczyścić. To zupełnie jak pod Opolem z napisami niemieckimi.


wtorek, 7 czerwca 2022

Operacja "Mazury" (2): Straduny - Stare Juchy.

Straduny (Stradaunen) to miejscowość leżąca na północ od Ełku, przy trasie na Olecko. Kiedyś była ważnym ośrodkiem administracyjnym, nad rzeką stał krzyżacki zamek i rezydował w niej burgrabia. Z biegiem czasu traciła na znaczeniu, zamek podupadł i w ogóle zniknął w mroku dziejów, dopiero kilkanaście lat temu odkryto miejsce, gdzie prawdopodobnie się znajdował. Straduny zaś stały się na tyle małe, że od lat 50. ubiegłego wieku nie stanowią nawet osobnej gminy, lecz podlegają pod Ełk.
Normalnie raczej nie zwróciłbym uwagi na tę wieś, ale jako nastolatek kilkukrotnie bywałem z rodzicami na wakacjach w pobliskiej Malinówce. Siłą rzeczy poznałem też Straduny, zwłaszcza, że potem przyjeżdżałem już bez opieki mamy i taty 😏. Zawsze kojarzyły mi się one ze słońcem i ciepłem, a teraz... leje. Nic nowego, w końcu pada od wczoraj, ale jednak. Ledwo wyszliśmy z autobusu miejskiego i już musieliśmy się chować pod wiatę przystankową. Kiedyś w Stradunach działał przyjemny bar, ale oczywiście dawno go zlikwidowano. Inny taki obiekt zamieniono na lokal do organizacji imprez. Nawet sklep jest dzisiaj zamknięty - słowem, pustynia. W sumie to raczej standard na polskiej wsi, która nie jest miejscowością turystyczną.
 

 Różne są sposoby na przeczekanie deszczu - jedni wolą procenty, a inni banany!


czwartek, 2 czerwca 2022

Operacja "Mazury" (1): Olsztyn i Ełk.

Kolejny rok, kolejny odcinek naszej wędrówki dookoła Polski wzdłuż jej granic. Przed dwunastoma miesiącami byliśmy na Rusi Czerwonej przy granicy z Ukrainą, teraz przyszła więc pora na powrót na odcinek północny. W 2019 roku zakończyliśmy podróż na Mazurach, w Gołdapi. Teoretycznie więc powinniśmy ruszyć z tego miasta lub okolic, ale postanowiliśmy dokonać pewnej korekty.
Padło na Ełk jako na miejsce starowe. Położony jest on mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Gołdap, ale pięćdziesiąt kilometrów bardziej na południe. Skąd ta zmiana? 
Pierwszy powód wydaje się jasny: sytuacja polityczna. Maszerowanie wzdłuż granicy rosyjskiej to proszenie się o kłopoty. Nie mam tu na myśli zagrożenia ze strony samych Rosjan, bo raczej mało prawdopodobne, aby do nas strzelali zza płotu. Bardziej obawiałem się reakcji polskich służb granicznych, bo z wieloletnich doświadczeń z nimi można się było spodziewać, że jak zobaczą nasze dzikie obozowisko, to najpierw przyłożą pałką, a dopiero później zadadzą pytania. A już na pewno mielibyśmy nieustanne, drażniące kontrole.
Powód drugi jest prozaiczny: tereny przygraniczne na zachód od Gołdapi są zwyczajnie nudne. Głównie lasy i lasy, rzadkie malutkie wioski, mało ciekawych obiektów, mało jezior, a dużo bagienek. Do tego brak sklepów na długim odcinku.
Powód trzeci: Ełk jest znacznie lepiej skomunikowany niż Gołdap, choć - jak się okaże - niektórzy i tak będą mieli problemy z dotarciem.
Zatem postanowione - na Mazury!

Wyjechałem jako jeden z pierwszych uczestników, w piątek wieczorem. Zanim jeszcze w stolicy Górnego Śląska wsiadłem do pociągu, to oberwałem ptasią kupą i to ogromną. Zastanawiałem się, czy to dobry, czy zły znak...
W stolicy Śląska mam prawie godzinny postój, więc krążę po dworcu obserwując leżące w przejściach osoby po spożyciu alkoholu. Nie w kątach, tylko w przejściach, aby byli lepiej widoczni.
Na noc zapowiadano silny front burzowy, ale na szczęście go minęliśmy, więc punktualnie o 5.45 docieram do Tczewa (Dirschau).


niedziela, 17 kwietnia 2022

Prudnik (Neustadt) - spojrzenie nieoczywiste (cmentarze, Frotex i inne ciekawostki).

Prudnik (Neustadt) to miasto położone na zachodnich rubieżach Górnego Śląska. Najczęściej odwiedzam je przy okazji podróży do Republiki Czeskiej (leży tuż przy granicy), a czasem wpada mi się zajrzeć do niego na trochę dłużej. W tym tekście chciałbym zaprosić do spojrzenia na miejsca niekoniecznie wybierane przez turystów.

Zacznijmy od cmentarza komunalnego 😊.


Założono go w połowie XIX wieku, przeznaczony był dla wszystkich obywateli niezależnie od wyznania, oprócz żydów, którzy mieli swoją własną nekropolię. Jest duży i zachowało się na nim nieco nagrobków sprzed 1945 roku.





czwartek, 30 września 2021

Śląskie niedaleko: drezyny w Staniszczach Wielkich, Ozimek, Fosowskie, Kolonowskie i okolice.

Kumpel zaproponował, aby w ostatnią sierpniową sobotę wybrać się na drezyny w okolice Kolonowskiego, na wschód od Opola. Czemu nie? - pomyślałem. Ponieważ zabawę umówiono na popołudnie, to wyjechałem sobie odpowiednio wcześniej, aby pokręcić się po okolicy.

Najpierw zatrzymałem się w Ozimku (Malapane), aby sprawdzić czy coś się zmieniło przy najstarszym w Europie kontynentalnej żelaznym moście wiszącym. Konstrukcja z 1827 roku wisi, jak wisiała przez prawie dwa wieki, nad niespokojnym nurtem Małej Panwi.




Na drugim brzegu, obok huty, powstało niewielkie Muzeum Hutnictwa, które akurat było zamknięte, gdyż miano tu prowadzić jakieś prace ziemne (tych wcale nie dostrzegłem).


wtorek, 2 marca 2021

Śląskie niedaleko: Brynica, Murów, Zagwiździe, Gierałcice.

Jeśli ktoś jest ześwirowany na punkcie wyszukiwania, oglądania i fotografowania nowych miejsc, to wykorzystuje w tym celu rozmaite sytuacje: wyjazd do znajomych, wyjazd na pogrzeb, odwiezienie kogoś do szpitala, organizowane gdzieś wesele i tym podobne. W tym przypadku pojechałem z kumplem w słoneczną sobotę do domu jego zmarłych teściów i po drodze postanowiliśmy rozejrzeć się w kilku miejscowościach na północ od Opola.

Pierwszy postój następuje w Brynicy (Brinnitz, od 1936 Brünne). W środku wioski wznosi się neogotycki kościół św. Szczepana, który zastąpił wcześniejszą drewnianą świątynię.


Budowę kościoła ukończono w 1903 roku, poświęcił go w listopadzie 1911 kardynał biskup wrocławski Georg von Kopp (czemu czekano tak długo?), za pontyfikatu Piusa X i rządów Wilhelma II. Wszystko to potwierdza stosowna tablica.

wtorek, 22 września 2020

Osoblažsko na rowerze, Strážnice piechotą.

Osoblažsko to niewielki przygraniczny rejon położony w kraju morawsko-śląskim. Przebieg granicy sprawia, że tworzy on "worek" lub "cypel" wbijający się w polskie terytorium: od północy i od wschodu, a częściowo i od południa czeską ziemię otacza Polska, stąd popularna nazwa Osoblažský výběžek (cypel/worek osobłocki). Większość tego terenu to wschodnie krańce Gór Opawskich ze szczytami rzadko przekraczającymi 500 metrów wysokości. Okolica ciekawa, urozmaicona krajobrazowo oraz architektonicznie, więc wybraliśmy ją na kombinowaną wycieczkę rowerowo-pieszą, podobną do tej, jaką odbyliśmy z Bastkiem pod koniec czerwca.

W piątkowy poranek zajeżdżamy do Liptaňa (niem. Liebenthal), leżącego mniej więcej w środku ziemi osobłockiej. O tej porze w wiosce jeszcze niewiele się dzieje; parkujemy samochód naprzeciwko knajpy, do której zajrzymy wieczorem. Za plecami mamy Potraviny Romana, lecz przy kasie stoi jakaś baba, a nie żaden Roman.



piątek, 17 stycznia 2020

Brama Lubawska, Kotlina Jeleniogórska i Rudawy Janowickie - wszystko w jeden weekend!

Październikowy wypad w Sudety miał być bardziej z kategorii krajoznawczych niż górskich. Wędrować z plecakiem także mieliśmy zamiar, ale nastawialiśmy się przede wszystkim na podziwianie architektury i... celebrowanie małomiasteczkowego klimatu 😏.

Ostatnia kolejowa przesiadka wypadła nam na dworcu w Sędzisławie (Ruhbank). Po wyjściu z cuga od razu zwracamy uwagę na nietypowy budynek tartaku - dawnej stacji transformatorowej.


Na bocznych torach stoi już motorový vůz serii 810, czyli mój ulubiony model i to nawet niezbyt przebudowany. Obsługuje międzynarodowe połączenie do Trutnova. Skład jest czeski, załoga też, ale kiedy spytałem się, czy mogę zapłacić za bilet w koronach, to popatrzono na mnie jak na wariata.


Z Sędzisławia (Sędzisława?) jedzie dość sporo osób. Większość wysiada w Kamiennej Górze, reszta w Lubawce. Potem zostajemy sami z dwuosobową obsługą. Po kilku minutach przekraczamy granicę, konduktora wychodzi z szynobusu, aby ręcznie opuścić szlabany na przejeździe.

czwartek, 12 września 2019

Zamiast Jasiela będą Jaśliska czyli w Beskidzie Niskim trasę ustala pogoda!

Drugi dzień wyprawy w Beskid Niski miał być tym pierwszym. W pracy okazało się jednak, że mam już wcześniej wolne, szkoda było siedzieć w domu, tym bardziej, że prognozy niemiłosiernie pokazywały, iż we wtorek (a więc w momencie planowanego startu) pogoda ma się radykalnie popsuć.

W poniedziałek męczył mnie upał, wykorzystałem go na pogranicze polsko-słowackie. Kolejnego dnia budzę się wcześnie w Chatce na Końcu Świata w Łupkowie. Meteorolodzy nie kłamali - niebo w większości jest zachmurzone, wieje silny wiatr. Na szczęście nie pada...


Pakuję się, żegnam się ze schroniskowym kotem i ruszam w kierunku łupkowskiego dworca. Tam już stoi szynobus, słynny 810 produkcji czechosłowackiej. Po raz pierwszy pojadę takim w granicach Polski i to w barwach polskiego przewoźnika (prywatne SKPL).


środa, 4 września 2019

Beskid Niski w oparach pop-artu: Radoszyce - Palota - Medzilaborce - Łupków.

Po raz kolejny w ciągu niecałych dwóch miesięcy pojawiłem się w Komańczy. Tym razem jednak nie udaję się w Bieszczady, ale w Beskid Niski. Chociaż troszeczkę tych Bieszczad także będzie...

Podobnie jak w czerwcu chciałem dostać się tutaj z Zagórza pociągiem. Śmiałem się wtedy, że trzeba z niego korzystać zanim znowu przestanie jeździć i... wykrakałem! W lipcu regionalna dyrekcja PR ogłosiła, że kursy w dni powszednie zostają zawieszone z powodu... braku taboru! Polskie absurdy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. 

Pozostał mi więc autobus, dzięki któremu wysiadłem na przystanku w Komańczy już przed godziną ósmą rano. Akurat żeby zobaczyć przejeżdżający wiaduktem skład prywatnej spółki SKPL - ona nadal jeździ codziennie, ale tylko wieczorem (z Zagórza) lub rano (z Łupkowa), czyli dokładnie odwrotnie, niż było mi dzisiaj potrzebne 😛.


Jest piękna, słoneczna pogoda, słupek temperatury szybko idzie w górę. To był też jeden z powodów dla którego w góry pojechałem już w poniedziałek, mimo, że planowałem zacząć wędrówkę od wtorku - jutro ma się wszystko popsuć...

sobota, 3 sierpnia 2019

Bieszczady są upalne: Łupków - Wola Michowa - Balnica - Cisna - Wetlina.

Poranki w Chatce na Końcu Świata w Starym Łupkowie kojarzą mi się zawsze z ładną pogodą. Tak było i tym razem - za oknami niebo bez jednej chmurki, słońce już zaczyna smażyć...


O dziwo, wszyscy nocni imprezowicze już są na nogach. Mnie się nie chce wstawać, dwukrotnie przestawiam budzik, mimo, iż wiem, że plan na pół dzisiejszego dnia jest dość napięty. Chcę zdążyć na pociąg, a trasy jest sporo do przejścia. Liczę jednak, że uda mi się złapać jakieś podwózki...

Towarzystwo zasiadło do śniadania 😏.


Dzielnie odrzucam propozycję wspólnej konsumpcji Baczewskiego (swoją drogą wyjątkowo mi ta wódka nie smakuje). Gdybym jednak zmienił zdanie, to dostaję ofertę samochodowego powrotu aż do domu w kolejny dzień - tyle, że ja wracać jeszcze nie mam zamiaru. Ekipa, która wczoraj rozpaliła ognisko, chce dziś iść aż do Balnicy górami i także proponują, abym się do nich dołączył, a ja znowu muszę odmówić...

piątek, 12 lipca 2019

Zagórz - Komańcza - Smolnik - Łupków. W drodze ku Bieszczadom pociągiem, autostopem i w sandałach.

Bieszczady to od kilku lat mój stały punkt programu wśród wypraw górskich. Tym razem postanowiłem je odwiedzić w połowie czerwca. Termin wydawał się idealny: już ciepło, ale jeszcze nie ma tłumów turystów wakacyjnych, a także tych związanych z długim weekendem bożocielnym. Choć właściwie określenie "już ciepło" jest niezbyt precyzyjne: trafiłem akurat na jedną z kulminacji czerwcowych upałów...

Wcześnie rano wysiadam z nocnego autobusu w Zagórzu. Miasto jest mi znane, ponieważ pochodzi z niego kumpel organizujący coroczne spotkania "miłośników Austro-Węgier" w Sanoku, więc kilka razy już w nim byłem. Mam teraz sporo wolnego czasu do następnego połączenia, więc mogę się trochę pokręcić.

Zacząć trzeba od jednego z dwóch dworców, bo to kolej była motorem rozwoju miejscowości w XIX wieku. Budynek stacji "Zagórz" wybudowano w charakterystycznym austro-węgierskim stylu.


Kiedyś przy obsłudze węzła kolejowego pracowały 3 tysiące ludzi. Dzisiaj to raczej smutny obraz upadku, chociaż od kilku lat i tak więcej się tu dzieje...

Na torach można zobaczyć kilka ciekawych jednostek. Na przykład biało-zielono niemieckie MR z lat 70. Kursują do Rzeszowa. Swoją drogą to daleko się zapuścili, bo generalnie te składy w barwach Arrivy obsługują głównie województwo kujawsko-pomorskie i sąsiednie.


W tym roku jeden taki egzemplarz został wypożyczony przez firmę o intrygującej nazwie "Shortlines.pl". Okazuje się, że kryje się pod nią Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych obsługujących mało popularne linie kolejowe. Do nich należy także czerwony pociąg stojący kawałek dalej: to klasyczny czechosłowacki wagon motorowy 810, pierwszy raz widzę go na regularnym ruchu w Polsce i u polskiego przewoźnika!

wtorek, 9 lipca 2019

Z plecakiem przez Mazury, Suwalszczyznę i Podlasie (4): Gołdap, Stańczyki, Żytkiejmy, Białystok.

Gołdap (niem. Goldap, lit. Geldapė) w XX wieku kilka razy miał pecha. W początkowym okresie I wojny światowej zajęli go Rosjanie i po ich wyparciu zniszczonych zostało wiele budynków w centrum. Znacznie gorsza katastrofa nastąpiła 30 lat później, kiedy to najpierw zdobyła je Armia Czerwona, potem Wehrmacht odbił, a następnie Sowieci wkroczyli po raz drugi. Szacuje się, że zagładzie mogło wówczas ulec nawet 90% zabudowy miasta! Kolejną "cegiełkę" dołożyli polscy włodarze, karząc niekiedy burzyć obiekty, które przetrwały wojenne zawieruchy. Efekt jest taki, że dzisiejsza stolica powiatu pod względem architektonicznym jest raczej nieciekawa.


Naszym schronieniem przed niesprzyjającą aurą będzie kwatera położona przy jednej z głównych dróg - Suwalskiej, a w przeszłości Mühlentor. Właściwie to autobus zatrzymał się prawie pod drzwiami 😏.

Od właściciela bierzemy klucze, płacimy i zrzucamy bagaże. Siedzimy trochę w ciepłym pokoju, ale nie ma co za długo czekać i ruszamy na miasto.

Niedaleko od noclegowni trafiam na cmentarz wojskowy z czasów Wielkiej Wojny. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem spoczywają na nim i Niemcy i Rosjanie. Nekropolia jest w miarę zadbana.