środa, 2 czerwca 2021

Polska rzepakowa (1): Hrubieszów - Czumów - Ślipcze - Czapliniec.

Późna wiosna oznacza u mnie zazwyczaj tradycyjny wyjazd do wschodniej Polski, aby z kilkuosobową ekipą powłóczyć się wzdłuż granic. Pisałem już o tym wielokrotnie, ale pozwolę sobie pokrótce przypomnieć historię tych wypadów 😊.

Dokładnie dziesięć lat temu grupa moich znajomych wpadła na pomysł, aby latem odwiedzić Podlasie. To miała być jednorazowa akcja, lecz tak im się spodobało, iż postanowili ją kontynuować. Termin zmieniono na maj lub czerwiec, ustalono także, że w jednym roku będą poruszać się na północ, a w kolejnym na południe, tak aby stopniowo zwiększać "zasięg" zaliczonego terenu przygranicznego. Jeśli zakończyło się gdzieś wędrówkę w danym roku, to mniej więcej w to samo miejsce wracało się po dwóch latach. W 2013 dołączyłem i ja. Do 2019 na północy zdążyliśmy dotrzeć do Gołdapi (a więc teraz idzie się właściwie nie na północ, ale na zachód), a na południu do Hrubieszowa. W ubiegłym roku wszystko posypało się z wiadomych przyczyn, w tym postawiliśmy nie odpuścić. Nastąpiły jednak spore zmiany w składzie osobowym: ze stałych bywalców zostałem tylko ja i Buba, nie ma zatem już nikogo, kto byłby obecny na wszystkich wyjazdach. Dokooptowaliśmy kilku nowych ludzi, aby liczba się zgadzała. Datę rozpoczęcia ustaliliśmy na końcówkę maja, żeby uniknąć sytuacji sprzed dwóch lat, kiedy to zimni ogrodnicy mocno popsuli nam zabawę. Teraz co prawda prognozy pogody także były kiepskie (niektóre wskazywały, iż przez cały tydzień codziennie ma lać!), na szczęście w większości się nie sprawdziły 😛. A zatem w przedostatnią sobotę maja ruszamy w kierunku Bugu, po trzech latach wracamy do marszruty na południe!

Z Bubą spotykam się już w pociągu. Mamy w nim do przejechania ponad czterysta kilometrów. Przetniemy pięć województw (a Buba nawet sześć - dolnośląskie, opolskie, śląskie, świętokrzyskie, mazowieckie i lubelskie), ale tylko dwie krainy historyczne - Śląsk i Małopolskę.

Dłuższy postój mamy w Kielcach, więc wychodzę rozprostować kości i rozejrzeć się po okolicy w stolicy scyzoryków. 

Zaglądam na nieodległy dworzec autobusowy. Byłem pewien, że to współczesna konstrukcja, a okazało się, iż otwarto go w 1984 roku na 40-lecie PRL-u! Odnowiony i wpisany na listę zabytków jest jednym z wielu przykładów, że w Polsce Ludowej potrafiono zaprojektować interesujące budynki. Za nim wyrasta kościół św. Krzyża.

Ciekawa rzeźba przy dworcu.

Pierwszy raz widzę plakat antyszczepionkowy. Sprawdziłem tego doktora z cytatu: faktycznie epidemiolog, choć w ostatnich latach udziela się głównie jako gość Radia Maryja i Telewizji Trwam.

A propos szczepionek - w naszym wagonie podróżuje pewna dziewczyna, która zaczęła obdzwaniać znajomych, koleżanki i sąsiadów, aby poinformować ich, że właśnie przyjęła czipa. Do tego za każdym razem dodawała, jakie to biznesy już otwarto: galerie, kina, ogródki w knajpach... Oczywiście czyniła to tak głośno, że słyszał to każdy współpasażer, nawet jeśli drzemał kilkadziesiąt metrów dalej. W końcu nie wytrzymałem i gdy po raz dziesiąty padło hasło o otwarciu ogródków, to równie głośno zawołałem do Buby:
- Słyszałaś?! Otwierają ogródki!
- Ale jakie?
- No jak to jakie? Działkowe! Będzie można pójść na działkę!
Dwie starsze babcie siedzące przed nami zarechotały ze śmiechu, a zaszczepiona panna przeszła na milczenie 😛.

Pociąg miał stać w Kielcach ponad dwadzieścia minut, lecz Buba przeżyła chwile grozy, gdy nagle ruszył ("jak ja poniosę dwa plecaki?"). Na szczęście to tylko przeczepianie lokomotywy 😏. Spokojnie zdążyłem wrócić zaopatrzony w pyszne chaczapuri z pikantną wołowiną, kupione w gruzińskiej piekarni.

Następny ciut dłuższy postój mamy w Radomiu. Wyszedłem na peron uwiecznić drewniane przydworcowe budynki, ale chytrej baby nie spotkałem.

W okolicach Dęblina przekraczamy Wisłę, więc nasza podróż kolejowa powoli zbliża się do końca. W Lublinie mamy przesiąść się na autobus i tam pojawiają się pierwsze nieplanowane problemy. Byłem przekonany, że busy odjeżdżają z placu przed PKP, a ten cały rozkopany i w ogóle wszystko wygląda jak jeden wielki teren budowy.

Zasięgamy języka i dowiadujemy się, że trzeba się udać na dworzec autobusowy, który jest daleko stąd! Piechotą na pewno nie zdążymy, więc skoro wkrótce po nas w Lublinie zjawia się Iwona i Szymon - druga część ekipy - postanawiamy wziąć taksówkę. Za niecałe cztery kilometry taksometr życzy sobie 27 złotych, ale cóż zrobić... Bez sensu takie rozrzucenie obu głównych dworców, na rękę tylko branży taksówkowej. Na szczęście wkrótce ma się to zmienić, gdyż ten rozkopany teren przy kolei to przyszły "dworzec metropolitalny" (zapewne w formie galerii handlowej).

Z kolei obecny dworzec autobusowy jest mało reprezentacyjny, ale posiada wszystko, co potrzebne: ławki, kosze na śmieci, toalety ze specyficznymi zdjęciami, a nawet obiekt noclegowy i bar.


Zlokalizowano go tuż za starówką, więc z jednej strony wznosi się zamek, a z drugiej prawosławny sobór Przemienia Pańskiego.

Po wygodnym pociągu busik jawi się jak skrzynia. I to na dwie godziny. W dodatku zaczyna padać. Prognozy to zapowiadały, pytanie tylko czy opad zmieni się w ulewę, czy raczej w mżawkę? W tych warunkach w naszych głowach zaczyna się pojawiać wizja otwartej knajpy, która będzie na nas czekać w Hrubieszowie, na ostatnim przystanku. Wizja ta jest tak silna, iż już prawie widzimy szyldy, parasole i stoliki, rozmawiamy o tym, co kupimy. Niestety, rzeczywistość okazuje się nie odpowiadać marzeniom, bo Hrubieszów wita nas tak:

Oprócz zmokniętego parkingu spotykamy jedynie starszego Greka, mówiącego, że się nie zaszczepi, bo nie chce zostać zmodyfikowany. To fajnie, ale nam to nic nie daje. Na szczęście Bubie ktoś opowiada, że gdzieś niedaleko jest piwiarnia; idę na patrol i wracam z dobrą wiadomością. Faktycznie działa knajpa z bardzo dużym ogródkiem, w którym się nawadniamy i napełniamy brzuchy ciepłym jedzeniem.

Około 18.30 wyruszamy w końcu w drogę, zaczynając właściwą wędrówkę wzdłuż granicy 😊. Deszcz pada, lecz nie jakoś specjalnie mocno, więc ograniczam się do założenia kurtki i worka na plecak, natomiast pozostali ubrali się, jakby miał nadejść tajfun 😛.

Przechodzimy obok tablicy z odległościami, którą fotografowałem trzy lata temu i zastanawiałem się, jak daleko uda nam się dość podczas kolejnej wyprawy. Nie mogę przy niej nie zapozować!

Mijamy bar piwny, wyglądający bardzo zachęcająco. Wyskakuje z niego młodzik, woła, że nas kocha i proponuję wspólnego skręta. Niestety, czas nas goni.

Przekraczamy obwodnicę Hrubieszowa i dwukrotnie tory - w drugim przypadku to Linia Hutnicza Szerokotorowa biegnąca aż do Sławkowa.

Krzyż wystawiony przez mieszkańców Gródka (Городок), wioski, w której według Jana Długosza miał znajdować się ważny gród Wołyń, dającej nazwę całej krainie. Sama miejscowość położona jest w pewnym oddaleniu od naszej drogi.

Deszcz powoli przestaje padać, zresztą jeśli nie przemokła mi kurtka, to opady musiały być liche 😛. No horyzoncie przebija się nawet słońce.

Po niecałej półtorej godzinie docieramy na nocleg: to wieża widokowa z dużą wiatą i wychodkami (siedzący był jedynie w kabinie dla niepełnosprawnych). Mimo, że tuż przy asfalcie, to ruch tu znikomy (choć nasze przyjście wygania jedną parkę siedzącą w samochodzie).

Z wieży, stojącej na skarpie, rozciągają się widoki na Ukrainę, granicę, rozlewisko Bugu i podmokłe tereny określane jako "Królewski Kąt". Raj dla ptactwa, a według przekazów starych kronik w miejscu tym przeprawiał się Bolesław Chrobry podczas wyprawy na Kijów.

Słońce wskoczyło w dziurę między chmurami i zrobiło się pięknie!



Tęcza graniczna.

Patrząc w kierunku południowym dojrzymy sylwetkę pałacu w Czumowie oraz coś, co początkowo wziąłem za dym. To coś okazało się kominem ukraińskiej kopalni (prawdopodobnie Zakład nr. 10 Nowowołyńsk.


Nie rozkładamy namiotów, śpimy pod wiatą. Noc jest umiarkowanie ciepła i nikt nas nie niepokoi (przynajmniej ja nikogo nie pamiętam). Podczas krótkiego przebudzenia o 4 rano widzę, że poranek zapowiada się bezchmurny.

I faktycznie, rano słońce w pełni, choć wiatr trochę zbija temperaturę. Możemy podziwiać nadbużańskie błonia w świetle dnia.

Relacjom z wielodniowego wypadu często staram się nadać jakąś zbiorczą, wyróżniającą nazwę, najlepiej pochodzącą od rzeki lub krainy, w jakiej się znajdujemy. Tu na razie mamy Bug, ale potem od niego odejdziemy, a kraina to Ruś Czerwona, która jest bardzo rozległa i pod takim określeniem prawie w Polsce nie znana. Wpadłem więc na pomysł, iż użyję nazwy "Polska rzepakowa"! Co prawda w tym rejonie to nie rzepak jest główną rośliną na polach (tę rolę spełnia pszenica), ale zdecydowanie najbardziej cieszy i wpada w oko, a w niektórych okolicach mieliśmy wrażenie, że stanowi większość upraw!

Na horyzoncie majaczą zabudowania ukraińskiego Ambukowa (Амбуків), wydaje się jakby była tam ruina kościoła. Kolejowy most graniczny prezentuje się bardzo wyraźnie, załapujemy się nawet na przejazd pociągu.




Po wczesnym (jak na nas) spakowaniu się drepczemy niespiesznie do Czumowa (Чумiв). W niedzielne południe ulice są puste.

Coraz lepiej widoczny pałac i ukraińska kopalna w tle. Opinie o tej drugiej są wśród miejscowych rozbieżne: jedni twierdzą, że zakład jest budowany od kilkudziesięciu lat i ciągle nie rozpoczął działalności. Drudzy wprost przeciwnie - iż zakończył już wydobycie i go zamknięto. Obie strony zgadzają się natomiast z tym, że Ukraińcy pewnie kopią także po polskiej stronie. Próbowałem dowiedzieć się trochę o tej kopalni i z całego chaosu informacyjnego wyszło, że budowę rozpoczęto w 1989 roku i była to jedyna stawiana nowa kopalnia w niepodległej Ukrainie. Planowano jej otwarcie już kilka lat temu, ale do tego nie doszło, choć i tak zatrudniała ponad pół tysiąca górników. Ostatecznie rząd uznał, iż będzie nierentowna i ogłosił jej likwidację, mimo, że przecież nie zdążono wydobyć ani tony węgla 😛. Czyli każdy z rozmówców miał trochę swojej racji odnośnie kopalni nr 10.

Słońce tak przygrzewa, że robi się upalnie. W centrum wioski zostawiamy Szymona na straży plecaków i w damskim towarzystwie udaję się zobaczyć pałac.

Wzniesiono go w XIX wieku, być może w miejscu dawnego przejścia przez Bug. Zaprojektowali go nieznani z nazwiska architekci włoscy w stylu modnego wówczas mieszania stylów. Właścicieli zmieniał często: dwie polskie rodziny szlacheckie, Austriacy (I wojna światowa), Niemcy (II wojna światowa), Wojska Ochrony Pogranicza, szkoła, PGR... Obecnie prywatny i jakiś czas temu musiał być odnowiony, choć dziś farba znowu odpada.

Słyszymy warkot i za nami pojawia się patrol straży granicznej na motocyklu. Pierwsza kontrola na tym wyjeździe, tym razem szybka, bo funkcjonariusz tylko nas spisał. W międzyczasie podszedł właściciel pałacu, sympatyczny starszy pan i dwa psy.
- Proszę się tak nie czepiać przemytników, oni też muszą z czegoś żyć - rzucił z uśmiechem do pogranicznika. Wcześniej też było zabawnie, kiedy służbista motocyklista zaczepił Bubę idącą na samym końcu.
- A gdzie reszta? - pyta, gdy ta powiedziała, że podróżujemy w grupie.
- Nie wiem.
- Jak się nazywają?
- Nie wiem.
- Gdzie będziecie spać?
- Nie wiem. 😛

Po kontroli starszy pan zaprosił na podwórko i pokazał furtkę prowadzącą za pałac, gdzie za kilkadziesiąt metrów płynie Bug. Nie chciałbym mieszkać w takiej lokalizacji, same z nią są kłopoty.



Na przecince stoi słupek ukraiński. Zgodnie z umową musi znajdować się na tej samej wysokości co polski, oczywiście z tym samym numerem. A numeracja to inna ciekawostka: na mapach z lat 90. ten słup miał numer 908, teraz 869. Skrócono granicę?

Kontynuujemy przejście przez Czumów. Mijamy wiele stodół z datami budowy z okresu późnego Gomułki i wczesnego Gierka - symbole rolniczego dobrobytu tamtych czasów. Znajdujemy też rozwalony dom, przy którym na zawsze zaparkował Trabant.



Całkiem sielsko.

Krótki postój obok zamkniętego sklepu i budynków gospodarczych (zdjęcie Buby).


Czumów, jak niemal każda miejscowość na południe od Hrubieszowa, do czasów akcji "Wisła" zamieszkały był w większości przez ludność ukraińską, względnie rusińską. Spis z 1921 roku wykazał jedynie dziewięciu Polaków na ponad trzysta mieszkających tu osób. W XVIII wzniesiono niewielką unicką cerkiew, która w 1875 roku stała się prawosławna w efekcie likwidacji przez carat kościoła greckokatolickiego. W odrodzonej Polsce prawosławni nie uzyskali zgodę na jej użytkowanie, chociaż dominowali w całej okolicy; związane to było z planowanym przez polskie władze zmniejszeniem roli prawosławia, a ostatecznym celem była polonizacja i katolizacja całej Chełmszczyzny (dawni unici, których w czasie zaborów zmuszono do przyjęcia prawosławia, nie skorzystali z możliwości powrotu do wiary ojców i pozostali przy ortodoksji). Apogeum tych działań przypadło na lata 1937-1938 i w tym przypadku dotyczyło niemal wyłącznie dawnej guberni chełmskiej (w przybliżeniu późniejsze województwo chełmskie i zamojskie): pisałem już kiedyś o tym, więc nadmienię tylko, iż zburzono wtedy ponad setkę prawosławnych obiektów religijnych, a Ukraińcy, żyjący do tej pory we względnym spokoju z polskimi sąsiadami, przeszli na pozycje wrogie, czemu trudno się dziwić. Cerkiew w Czumowie była jedną z ofiar akcji "rewindykacyjnej", jak eufemistycznie napisano na tablicy informacyjnej.

Po świątyni nie ma śladów, przetrwał jednak cmentarz, choć lepsze byłoby określenie "las". Pozostawiony bez opieki ponad pół wieku temu kompletnie zarósł; przedzierając się przez krzaki i pokrzywy udaje nam się odnaleźć kilka nagrobków.


Kawałek dalej opuszczamy główną asfaltówkę i odbijamy w kierunku Bugu, aby trochę odpocząć od ruchu pojazdów. Ludzie z mijanych domów przyglądają nam się ze zdziwieniem, głównie plecakom.
- Nie za ciężkie? - dopytują stroskani. Buba ważyła się przed wyjazdem i wyszły jej 22 kilogramy plus należy doliczyć jeszcze wodę. Ja uznałem, że aż tak wysokiej wagi nie osiągnę i właściwie miałem rację, bo waga pokazała tylko 20 kilo 😏.
 
W gospodarstwie na rogu otrzymujemy smaczną wodę ze studni i wdajemy się w miłą pogawędkę o atrakcjach turystycznych okolicy.
 

 
Przyjemna szutrówka wśród pól. Po lewej stronie tablica z herbem gminy Hrubieszów - nie mam pojęcia, dlaczego umieszczono ją akurat tu, skoro zarówno Czumów, jak i Ślipcze (Сліпче) - w które właśnie wchodzimy - leżą w jej granicach.

W lesie znajduje się coś, co na zdjęciach satelitarnych wyglądało jak opuszczony PGR. Braliśmy je pod uwagę na pierwszy nocleg, lecz jak wiadomo dotarliśmy jedynie do wieży widokowej. PGR okazał się ogromnym terenem rekreacyjnym - rzędy drewnianych domków, potężna wiata, wychodki... Gmina urządza tu różne imprezy i targi, a miejscowi co chwilę podjeżdżają i znikają między drzewami z reklamówkami i koszykami.

Trochę żałujemy, że wczoraj nam się nie udało tu dojść, ale z drugiej strony z wieży mieliśmy piękne widoki wieczorem i rano. Ponieważ na kolejny nocleg jest jeszcze za wcześnie, więc zadowalamy się pierwszym ogniskiem.

Pamiątką po zamierzchłych czasach są tajemnicze kurhany. Datowane są na okres wpływów rzymskich lub wczesne średniowiecze. Niewiele o nich wiadomo, może to były grobowce księżniczek gockich, a może jakiś wojów? Jeden z kopców stoi na polu, inny rozgrzebali archeolodzy z uniwersytetu w Lublinie. Ponoć nic w środku nie znaleźli, a przynajmniej takie wieści krążą wśród miejscowych.


Znów jesteśmy blisko granicy. Z boku słychać warkot - to straż graniczna objeżdża Bug na crossie. W tym miejscu polski brzeg jest o wiele wyższy od ukraińskiego, co dobrze obrazuje drugie zdjęcie, gdzie drzewa wyrastają od połowy.


 
Wróciliśmy do cywilizacji. Przejeżdża kilka aut, Szymon macha ręką i jedno z nich się zatrzymuje.
- Poszliście za daleko! - woła pani zza kierownicy. Kawałek wcześniej jest bowiem agroturystyka, z której widziano naszą maszerującą ekipę. Początkową sądziłem, że może chcą nas zawinąć na nocleg, bo w końcu kto normalny może się kręcić w takim miejscu i chcieć spać pod namiotem? Ale nie - pani zaprosiła nas zupełnie bezinteresownie do domu rodziców prowadzących agro. Tam ugoszczono nas po królewsku herbatą, ciastem, swojskim chlebem i mięsem! Siedząc w ogródku rozmawiamy o tematach wszelakich: pogranicznikach, pokręconej rzece, o turystach odwołujących noclegi z powodu wojny w Donbasie, o wspólnej corocznej imprezie z Ukraińcami (powstaje wtedy na jeden dzień pontonowy most na Bugu), o wspominanej kopalni po drugiej stronie, wreszcie słuchamy najtragiczniej opowieści o młodym Ukraińcu, którego... utopiła ryba. Łowił sobie w nocy, zawinął wokół ręki żyłkę i zasnął, a coś wielkiego wciągnęło go pod wodę. Czas przyjemnie nam mija, a ja dodam, że gdyby ktoś był zainteresowany, to informuję, iż to "Agroturystyka nad Bugiem", Ślipcze numer 15. Naprawdę przesympatyczni gospodarze.

Nie dość, że podjęli nas strawą i napitkiem, to jeszcze obiecali zawieść do Kryłowa! Po drodze zapewnili dodatkową atrakcję, a mianowicie odwiedziliśmy Czapliniec - lasek, w którym znajduje się duża kolonia czapli siwej. Po wejściu między drzewa otworzył się zupełnie inny świat, jakby z Parku Jurajskiego.


Krzyki i wrzaski dochodzące z góry. Na ziemi skorupki, z których wykluły się małe dinozaury, znaczy czaple. Jest też jedno pisklę, które musiało wypaść z gniazda i chodzi jak naćpane między krzakami, co chwilę się przewracając.




Gniazda (ponad sześćdziesiąt) są umieszczone bardzo wysoko, na poziomie trzeciego albo czwartego piętra. Czaple słychać doskonale, ale dostrzec gorzej, choć czasem się udaje. Buba dostępuje także zaszczytu być zaatakowaną spadającą kupą 😛.



Niezwykłe miejsce, którego na pewno byśmy nie widzieli, gdyby nie gospodarze z agroturystyki. Oni z kolei dowiedzieli się o nim od jakiegoś szwedzkiego ornitologa.

Na sam koniec zostajemy dowiezieni prosto do Kryłowa, pod główny sklep. Pięknie dziękujemy!

3 komentarze:

  1. Sylwetka dworca autobusowego w Kielcach zaskoczyła nas nowoczesną sylwetką już w 1987 roku. Jak na tamte czasy i otoczenie wokół (dużo drewnianych domów) dworzec wyglądał, jakby jakiś spodek kosmiczny wylądował na placu przed kościołem. Mam podobne ujęcie na slaydzie, z nieco już wypłowiałymi kolorami. Bardzo spodobało mi się wnętrze toalety w Lublinie, świetny pomysł z tymi zdjęciami. Tereny, które pokazujesz tzn. okolice Hrubieszowa zwiedzaliśmy tak dawno, że już się ciesze na kolejne posty, by przywołać wspomnienia. Sam mam też w planach powrót na te tereny, może się kiedyś uda tę ideę zrealizować.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widać, że kosmici byli wówczas popularni, dużo obiektów w tym kształcie stawiano :) Te kibelki w Lublinie to miały też zdjęcia w damskim kiblu, ale zdaje się, że również z babami :D

      Usuń