Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2026

Lipcowe Beskidy: Herczawa - Skalité - Skalanka

Mokrą i pustą drogą idę wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Na szczęście deszcz zmienia się w mżawkę, a po pewnym czasie w ogóle ustaje, więc przynajmniej ten problem mam z głowy. Mijam stojący w zatoczce samochód na polskich blachach - ktoś w nim spał i właśnie się obudził. Z kolei na drodze mija mnie kilka aut na czeskich blachach jadących w stronę wioski, co jest dość dziwne przed siódmą świąteczną niedzielę. Ewidentnie Zaolziacy nie mogą dziś spać!


Zachmurzona Ochodzita i Tyniok, zabudowa Istebnej i Koniakowa.


Przede mną Herczawa (Hrčava, Hertschawa), ewenement na polsko-czeskiej granicy, bo to jedyna miejscowość, gdzie mieszkańcy zgłosili wniosek do przeniesienia się na drugą stronę słupków i mocarstwa zachodnie go zaakceptowali. No, ale to było ponad sto lat temu, dziś słynie z trójstyku, a ja mam nadzieję, że gdzieś się jeszcze rozłożę, trochę przekimam i potem pojadę autobusem do Mostów koło Jabłonkowa, tam za godzinę otwierają dworcową knajpę!
Spodziewałem się wioski pogrążonej w ciszy, jak to w każdą niedzielę u Czechów, a tymczasem ruch samochodowy na ulicach wzrasta, a pod drewnianym kościołem stoi kilkanaście aut! Nie uwierzę, że to mieszkańcy tak masowo ruszyli na mszę, zresztą widzę, że większość osób od razu kieruje się do centrum, a inni stawiają obok świątyni namioty.


Dochodzę do głównej ulicy i otwieram gębę ze zdziwienia: dziesiątki straganów rozłożone na długości kilkuset metrów! A w miejscu, gdzie normalnie jest duży parking, rozstawiają się kolejne stoiska, jest scena i wielki namiot z całą masą ławek! Okazało się, że co roku w Herczawie odbywa się festyn z okazji święta Cyryla i Metodego (Pouť sv. Cyrila a Metoděje), którzy są patronami kościoła. A ponieważ dziś jest ich święto, to właśnie trafiłem na przygotowania do otwarcia, które oficjalnie nastąpi o dziewiątej!



sobota, 8 sierpnia 2026

Jaworniki: Veľký Javorník i Stratenec

Tę wycieczkę planowaliśmy z tatą od co najmniej dwóch lat - celem miały być Jaworniki (Javorníky) na pograniczu czesko-słowackim wraz z ich najwyższym szczytem. Kluczowa miała być ładna, ciepła, wiosenna pogoda, bo to pasmo idealnie nadaje się na ten okres. Z pogodą trafiliśmy, natomiast z wiosną zdążyliśmy na ostatni moment, bowiem dzień przed rozpoczęciem lata 😏.

Samochód zostawiamy po czeskiej stronie - w przysiółku Světlá, należącym do Velkých Karlovic (Karlowitz). Przy ostatnim przystanku autobusowym znajduje się zatoka parkingowa, gdzie jesteśmy jedynym autem. Teoretycznie moglibyśmy pojechać jeszcze dalej, aż do Słowaków na wysokość 900 metrów, ale to bez sensu, bo potem musielibyśmy się daleko wracać po wóz.



Okolica jest sielska: drewniane domy, ławeczka z biblioteczką nad stawem oraz kaplica charakterystyczna dla architektury Valašska (Wołoszczyzny Morawskiej).




Przez chwilę niebieski szlak prowadzi przez las, ale potem wraca na drogę. Może łapać stopa? Tatuś twierdzi, że nie ma potrzeby, zresztą ruch i tak jest minimalny. Nasz cel już widać na horyzoncie, a pod nami kolejne przysiółki Karlovic.



wtorek, 9 czerwca 2026

Góry Inowieckie: Panská Javorina i Inovec

Wędrówkę na główny grzbiet Gór Inowieckich zaczynamy dość późno, bo około szesnastej. Mamy ponad dziesięć kilometrów do miejsca noclegowego, czyli powinniśmy zdążyć jeszcze przed zachodem słońca. 


Po wyjściu z wioski Kálnica (Kalános) zaczyna się strome podejście, które trochę daje nam w kość. Na szczęście później ma być już łagodniej.


I rzeczywiście, jak to mawiał minister zdrowia - "wypłaszcza się". Przed nami górne stacje kompleksu narciarsko-rowerowego. Spotykamy przy nich kilka osób, które przyjechały tu terenówką, aby... porzucać sobie piłkę. Można i tak.



poniedziałek, 1 czerwca 2026

Góry Inowieckie: Beckov - wieża widokowa Klíže - Kálnica

Góry Inowieckie (Považský Inovec) to pasmo leżące w południowo-zachodniej Słowacji, na wschodnim brzegu doliny Wagu. To jeden z krańców Karpat w tym rejonie, dalej na południe rozciąga się płaska jak stół Nizina Naddunajska.

Nie są to góry odległe od nas lub słabo dostępne - dojazd samochodem z granicy na szlak zajmie autostradą niewiele ponad półtorej godziny. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że mało kto o nich słyszał, Słowacy raczej też nie pchają się w nie tłumnie. Najlepszym przykładem niech będzie fakt, że gdy przeglądałem ostatnio jakiś przewodnik pod tytułem Góry Słowacji, to Inowieckich w ogóle tam nie uwzględniono, jakby nie istniały 😛. Jednocześnie posiadają one infrastrukturę turystyczną typu wieże i schrony, więc wydały się idealne na kwietniówko-majówkę!

Pociągiem przyjeżdżamy z Żyliny do Nowego Miasta nad Wagiem (Nové Mesto nad Váhom, Vágujhely, Neustadt an der Waag). Uduchowiona to była podróż, bo za nami siedział pewien dziadek, który przez cały czas opowiadał wszystkim o swoich modlitwach i różańcu. Modlił się za innych, zwłaszcza grekokatolików i prawosławnych, "którzy nie uznają Maryi". Wspominał też wizytę w Toruniu.
- To takie miasteczko na północy Polski - wyjaśniał niepytany.
W Nowym Mieście wychodzimy lekko wymięci. Niebo zasnuło jakieś dziwne mleko i zrobił się zaduch; w upale czekamy na autobus. 


Ten przewozi nas do nieodległego Beckova (Beckó, Beckow), wioski na skraju gór. Spędzimy tu trochę czasu, bo to miejscowość pełna zabytków, a nad nią góruje zamek (niestety, w trakcie częściowej odbudowy).



Byłem w Beckovie na majówce trzynaście lat temu. Wtedy było tłoczno, dziś pusto, ale mamy środek tygodnia. Na ulicach prawie nikogo nie widać, lecz historyczne obiekty stoją na swoich miejscach. Są tu trzy zabytkowe kościoły (w tym jeden ewangelicki) i co najmniej trzy dwory, każdy w niezbyt dobrym stanie zachowania.



środa, 27 maja 2026

Żylina w majówkę

Tradycyjnie majówkę spędzam górsko na Słowacji. Tradycyjnie też jest to kwietniówko-majówka, bo ruszamy kilka dni wcześniej, aby uniknąć tłumów (chociaż i tak zazwyczaj wybieramy pasma, gdzie o tłumy trudno). Tradycyjnie - a przynajmniej w czasach popandemicznych - jedzie ze mną Bastek. Tradycyjnie również zaczynamy wyjazd od Bogumina, gdzie zostawiamy samochód i przesiadamy się na pociąg międzynarodowy. 
W tym roku udało nam się przyjechać na tyle wcześnie, że zahaczyliśmy jeszcze o knajpkę na osiedlu: klimat świetny, ale Ostravar wyjątkowo paskudny. Przez cały wyjazd te pierwsze piwo tkwiło nam w głowie i przychodząc do jakiegoś lokalu mówiliśmy sobie "wszystko, byle nie Ostravar".


W półtorej godziny przenosimy się z czeskiego Śląska do Żyliny, to także stały element majówkowych wyjazdów. Tym razem spędziliśmy w tym czwartym co do wielkości słowackim mieście więcej czasu niż zazwyczaj, więc w tym wpisie skupię się wyłącznie na tej miejscowości.

Na początku szok, bo w końcu zakończono remont dworca kolejowego! Jedno się nie zmieniło: peron przyjazdu i odjazdu ogłaszają chwilę przed przybyciem pociągu, więc pod elektronicznymi tablicami nieustannie kłębią się tłumy pasażerów.


Niektórzy musieli być tak zdesperowani oczekiwaniem, że w przejściu podziemnym zostawiali flaszki po piwie. A to przecież kaucja!


Najpierw idziemy na nieodległe námestie Andreja Hlinku, najczęściej przeze mnie odwiedzany plac miasta i, jak podejrzewam, również przez mieszkańców. W centrum handlowym robimy zakupy towarów, które trudno będzie dostać w mniejszych sklepach.


Następnie odbijamy w lewo, pomiędzy ulice, których jeszcze nie znam. Architektura wydaje się bardzo interesująca.



piątek, 12 września 2025

Wielka Racza w wersji widokowej

Worek Raczański to mój ulubiony zakątek Beskidu Żywieckiego i w ogóle jeden z ulubionych regionów w całych Beskidach. Jakiś czas temu ze zdziwieniem i przerażeniem uzmysłowiłem sobie, że na jego najwyższej górze - Wielkiej Raczy - bardzo dawno mnie nie było! Odwiedzałem Rycerzową, Przegibek, Bendoszkę, Przysłup Potócki, ale Racza jakoś nie wskoczyła do żadnej z tras. W sierpniu postanowiłem to zmienić i znowu zawitać na jej szczyt.

Ruszam w środku tygodnia, po nocce. Oczywiście w polskiej komunikacji publicznej nie ma szans się wyspać, ale siły i humor dopisują; prognozy pogody są dobre i może to być jedna z moich najbardziej widokowych wycieczek ostatnich lat!

Pociągi kończą bieg w Węgierskiej Górce, dalej w totalnym chaosie informacyjnym przesiadamy się do autobusów. Wychodzę w Rycerce Dolnej i od razu spełniał dobry uczynek, pokazując dwóm młodym dziewczynom w które krzaczki mogą zajrzeć za potrzebą 😉. Dziewczyny to też turystki z plecakami, udają się do Rycerki Kolonii jak ja, lecz one planują przebyć ten odcinek z buta. Dziesięć kilometrów asfaltem w palącym słońcu to raczej kiepska perspektywa, więc liczę, że jak zawsze złapię stopa.


Początkowo idę sobie spokojnie ulicą, przyglądając się mijanym domom. Ostało się jeszcze trochę budynków z drewna, choć większość z nich jest opuszczona. Robię zdjęcie w lustrze wraz z siatką z dyskontu w łapie, jak pewien prezes.


Po chwili zaczynam od niechcenia łapać stopa. Mija mnie parę aut i nagle jedno z nich staje, ze starszą panią za kierownicą. Najpierw pomyślałem, że zatrzymała się, aby przepuścić mnie przez pasy, ale macha do mnie ręką.
- Jedzie pani do Kolonii?! - wołam.
- Jadę, proszę się pakować!
No to wskoczyłem 😊. Reszta kilometrów upłynęła mi w atmosferze miłej rozmowy: jako bajtel regularnie bywałem z rodzicami w Rycerce na wakacjach i w ferie, więc dość dobrze znam okolicę i miejscowe klimaty, mogliśmy więc wymienić opinie co się pozmieniało i dlaczego na gorsze. Mieliśmy kilka minut przestoju, bo przy cmentarzu zebrał się taki tłum żałobników, że całkowicie zablokował autami drogę, co jednak nie zmieniło faktu, że o godzinie trzynastej docieram do Rycerki Górnej Kolonii. Pani, wracająca z targu w Rajczy, jechała dalej i chciała mnie podwieźć od razu na szlak, lecz uznałem, że to przesada i poprosiłem o wyrzucenie pod sklepem. Chciałem zrobić zakupy i napić się czegoś zimnego.


czwartek, 5 czerwca 2025

Ondavská vrchovina (2): Stebnícka Magura - Bardejovské Kúpele - Kamenná Hora

Opuszczając Zborov w kierunku zachodnim za pomocą Cesty Hrdinov SNP idziemy najpierw  kilka kilometrów doliną bezimiennego potoku (a przynajmniej na mapach nie ma on nazwy). Jest pusto i cicho, nawet ptaki rzadko się odzywają, czując zbliżający się wieczór. Powoli nabieramy wysokości, lecz prawdziwe wspinanie zostanie na koniec. 


Przy rozwidleniu szlaków Pod Magurou zarządzamy przerwę. Zostały nam do przejścia ledwie dwa kilometry, lecz ponad trzysta metrów przewyższenia, więc dostaniemy w kość. Po chwili Bastek stwierdza, że musi zagotować sobie kawę. Widząc mój wzrok proponuje, abym ruszył do przodu, a on zbierze się później, gdy się napije i oporządzi. To dobry pomysł: każdy pójdzie swoim tempem, nie męcząc się niepotrzebnie. Zarzucam plecak i przecinam las; ścieżka momentami jest dość zarośnięta, a oznaczenia zaczynają się gubić. W pewnym momencie znikają w ogóle, więc cofam się w ich poszukiwaniu. Nagle wieczorną ciszę przerywa głośny ryk przypominający jelenia, a potem szczekanie. To chyba nie pora na rykowisko, więc trochę dziwne.
Odnajduję szlak, okazuje się, że przegapiłem odbicie w górę. Dzwonię do Bastka.
- Już idę - sapie w telefon. - Słyszałeś te odgłosy?!
- Pewnie jeleń.
- Albo wilk gonił jelenia, bo potem była jakaś ucieczka czy szamotanina w krzakach.
Zwierzę lub zwierzęta zaczęły ryczeć tak blisko rozwidlenia, że Bastek zerwał się z petardami przygotowanymi na niedźwiedzie. Na szczęście miś to nie był.
Powoli gramolę się na grzbiet. Słowacy byli tak mili, że szlak wytyczyli zakosami, nie trzeba cisnąć na pałę, ale i tak idzie się wolno. Ze Zborova zaczynają dobiegać dźwięki głośnej, skocznej muzyki i dudnią w powietrzu przez dobry kwadrans. Robi się coraz ciemniej, ale jeszcze widać na tyle, że czołówka zostaje w plecaku. Aparatu nawet nie wyciągam, nie ma co fotografować, zresztą nie mam na to siły.
Piętnaście minut przed godziną dziewiątą osiągam dzisiejszy cel: Stebnícką Magurę. Do niedawna był to szczyt zupełnie niewidokowy: porośnięty całkowicie lasem i z niedostępnym nadajnikiem. Jedyną infrastrukturą była nieosłonięta wiata. Jesienią ubiegłego roku otwarto na nim wieżę widokową, u której podstawy znajduje się coś w rodzaju domku, będącego obudową schodów. W domku tym wypatrzyłem sobie miejsce noclegowe, choć jeszcze miesiąc temu nie było żadnych zdjęć jak on wygląda wewnątrz i czy się do tego nadaje. Pierwsze co robię po zdobyciu szczytu, to zsuwam plecak pod wiatą i zaglądam do wieży. Plac na nocleg będzie, to najważniejsze.
Stwierdzam, że chwilę odsapnę, po czym cofnę się po Bastka, może mu pomogę z plecakiem albo coś. Ku mojemu zdumieniu Bastek właśnie podchodzi do wiaty, pięć minut po mnie! Co prawda trochę błądziłem, ale i tak jestem zaskoczony jego tempem.
- Szedłem wolno, lecz bez przystanków - tłumaczy.
To zupełna odwrotność mojej techniki: ja cisnę póki mam siłę, następnie krótki postój na oddech, znowu cisnę, znowu postój i tak dalej. Jak widać w tym przypadku oba sposoby okazały się skuteczne 😏.

Wychodzimy na górną platformę wieży. Większość nieba ogarnęła już ciemność. Rozświetlony Bardejów wygląda jak prawdziwa metropolia, choć to tylko miasto powiatowe. Za wzgórzami widać mniejsze miejscowości, a na horyzoncie świeci się nadajnik Dubník, oddalony o prawie pięćdziesiąt kilometrów.


Na zachodzie jest jeszcze jasno. Zastanawialiśmy się co to za źródło światła na jednej z górek, nawet po zapadnięciu całkowitych ciemności przebijało się przez drzewa. Tymczasem to okolice Krynicy-Zdrój: Góra Parkowa lub Ścieżka w Koronach Drzew.


czwartek, 29 maja 2025

Ondavská vrchovina (1): Bardejov - Zborovský hrad - Zborov

Bardejów (po polsku także Bardiów, lecz nie podoba mi się ta wersja, słow. Bardejov, węg. Bártfa, niem. Bartfeld) to znana miejscowość na słowackiej mapie. Zwłaszcza często docierają tu turyści z Polski, bo od granicy dzieli ją ledwie dwadzieścia kilometrów. Co prawda naszym głównym celem są okoliczne góry, ale wypadałoby zajrzeć chociaż na chwilę do centrum, zwłaszcza, że Bastek tu jeszcze nie był. Objuczeni plecakami walimy zatem w stronę starówki.


Miasto wpisano na listę dziedzictwa UNESCO z powodu średniowiecznego jądra otoczonego murami miejskimi. To m.in. pokłosie upadku miasta, który dotknął Bardejów, jak i cały Szarysz, w XVIII i XIX wieku: ominęła go intensywna industrializacja, która zazwyczaj oznaczała burzenie niepotrzebnych zabytków. Bardejów ominęły też zniszczenia obu wojen światowych, chociaż podczas tej pierwszej na krótko zajęli go Rosjanie, a potem odbiły wojska austro-węgierskie. 
Mury obronne uznawane są za najlepiej zachowane w całej Słowacji. Ich budowę rozpoczęto w XIV wieku z polecenia króla Ludwika (Węgierskiego), zakończono w XVI. Pierwotnie posiadały dwadzieścia trzy baszty, przetrwało do naszych czasów dwanaście, a dodatkowo zrekonstruowano kolejnych dziewięć. Na pierwszym zdjęciu Baszta Piwowarów (Bašta pivovarníkov) - nazwa wskazuje, iż utrzymywał ją cech browarników. Na kolejnym Wielka i Mała Baszta (Hrubá a Malá bašta), ta druga częściowo zrekonstruowana. 



Rynek jak zwykle z nieco senną atmosferą. Rzeźba kata jest uwielbiana przez turystów, prawie wszyscy robią sobie z nią fotki. Prawie, bo my nie 😏. Główne obiekty głównego placu to gotycko-renesansowy ratusz i bazylika św. Idziego (dom sv. Egídia).




sobota, 17 maja 2025

Słowacka majówka: pociągi, knajpy i Predný Čebrať

Ani się człowiek obejrzał, a znowu minął rok i nadszedł czas majówki! Tradycyjnie oznacza to u mnie Słowację i góry, choć nie tylko. Również tradycyjnie moja majówka nie zawiera się w ramach czasowych tej z kalendarza, zaczynam ją wcześniej albo później. Początkowo mieliśmy ruszyć z Bastkiem we wtorek 29 kwietnia, ale oznaczało to pobudkę w środku nocy, aby zdążyć na pociąg o szóstej rano. Ostatecznie okazało się, że możemy jechać już dzień wcześniej - co prawdę będę lekko niewyspany po nocce, ale zyskujemy połowę poniedziałku!

Od momentu wyjazdu z domu do momentu wejścia na właściwy szlak minęła... ponad doba 😛. Nie dlatego, że tak daleko musieliśmy jechać, choć sama podróż takie trwała wiele godzin - po prostu nigdzie nam się nie spieszyło. Czasem ludzie pytają, czy nie szkoda mi czasu i pieniędzy, aby tak dużo czasu spędzać w podróży na "pierdołach", zamiast od razu walić w góry. Mogę wówczas odpowiedzieć pytaniem na pytanie, czy im nie szkoda czasu i pieniędzy, aby skupiać się jedynie na górach, ignorując wszystko inne. Dla mnie szlaki i szczyty nigdy nie były jedynym celem samym w sobie, zawsze ważna była też cała otoczka. Tak też było i w 2025 roku: przez tę dobę odwiedziliśmy kilka dworców, kilka knajp, mieliśmy kilka ciekawych spotkań, jechaliśmy kilkoma pociągam z pięknymi widokami, a był też całkiem fajny akcent górski. Czyli dla każdego coś miłego.


W poniedziałkowe wczesne popołudnie meldujemy się w Boguminie, gdzie zostawiamy auto na znanym nam parkingu osiedlowym, licząc, że okoliczni Cyganie i tym razem się na nie nie połaszą. Niestety, przybyliśmy do miasta nad Olzą zbyt późno, więc prysła nadzieja na spokojne wypicie pierwszego piwa w spelunce, a nawet na większe zakupy, bo kasa była całkowicie zablokowana przez mniejszość romską. Kilka rzeczy udało mi się nabyć w biegu dopiero w dworcowym sklepiku. Mimo tego pośpiechu humory dopisują, bo zaczyna się kolejna wiosenna przygoda!


niedziela, 20 października 2024

Beskid Niski: Svidník - Zyndranowa

Svidník (Свідник). Jakoś się tak złożyło, że podczas kilku ostatnich odwiedzin Beskidu Niskiego zawsze odwiedzam to miasto. To jednak nie przypadek, ja je naprawdę lubię, choć spora część to typowe socjalistyczne bloki. Mimo wszystko czuję tu specyficzny klimat będący mieszanką gór i wielokulturowego pogranicza, podlany sosem głębokiej, słowackiej prowincji. 


Jako miasto Svidník nie posiada długiej historii: prawa miejskie otrzymał dopiero w 1964 roku. Dwadzieścia lat wcześniej powstał z połączenia dwóch znacznie starszych, sięgających średniowiecza osad. Były to Vyšný Svidník (Вышній Свідник, Felsővízköz, Obersvidnik) oraz Nižný Svidník (Нижнїй Свідник, Alsóvízköz, Niedersvidnik). Ten pierwszy był bardziej wiekowy oraz większy, leżał na prawym brzegu rzeczki Ladomirki, tam, gdzie dzisiaj biegnie główna droga i znajduje się większość kościołów, sklepów oraz muzeum wojenne. Ten drugi, położony na lewym brzegu Ladomirki, to teren, gdzie obecnie działa m.in. dworzec autobusowy. Ostatni spis z czasów Habsburgów wykazał, że mieszkała w nich głównie ludność rusińska, a także spore grupy Niemców i Węgrów, natomiast nie informuje on o żadnych Słowakach.
Obie wioski w XX wieku dwukrotnie spotkała katastrofa. Najpierw w grudniu 1914 roku żołnierze austrowęgierscy podpalili zabudowę oraz jedyny most, woląc ją zniszczyć, niż żeby dostała się w ręce nacierających Rosjan (Węgrzy twierdzą, że podpalili ją Rosjanie, trudno się przyznać do niszczenia swoich terenów). Następnie w 1944 kolejne ogromne zniszczenia przyniosły walki w czasie operacji dukielsko-preszowskiej. Efekt jest taki, że współczesny Svidník to przede wszystkim architektura z okresu socjalistycznej Czechosłowacji. Narodowa w treści, socrealistyczna w duchu, albo odwrotnie. 


Dom Kultury pochodzi z początku lat 60. ubiegłego wieku. Wygląda jak mniejsza wersja DK w Łaziskach Górnych.


niedziela, 13 października 2024

Beskid Niski: Radocyna - Nižná Polianka - Vyšný Mirošov

Poranek w bazie namiotowej w Radocynie (Радоцина) jest chłodny i mocno pochmurny. Wydaje się, że może nawet spaść deszcz. Szary początek tygodnia.
Zbieram się godzinę później niż zakładałem, krótko po dziesiątej. I tak powinienem mieć wystarczająco dużo czasu na wszystko. Oprócz mnie z plecakiem rusza także facet śpiący we własnym namiociku, jego celem jest Huta Polańska (byłem w niej rok temu).


Wspominałem, iż baza - mimo nazwy - administracyjnie leży na terenie Czarnego (Чорне), a precyzyjniej nieistniejącego już Długiego (Долге). Podobne jest położenie najbliższej bazie kapliczki Świętej Rodziny (1903 rok) i krzyża upamiętniającego zniesienie pańszczyzny (rozmaita datacja).



W granice Radocyny wchodzimy kawałek dalej idąc na południe. Przynajmniej współcześnie, bo nie wiem jaki był dokładnie podział gruntów przed wypędzeniem Łemków, na pewno jednak nie było tu zabudowy. W górę, w stronę granicy, prowadzi szutrowo-ziemna droga, na szczęście jeszcze jej nie wyasfaltowano. Co nie znaczy, że nikt nią jeździ: nawet o tej porze przemknął tam i z powrotem dostawczak. Z innych środków transportu: z góry zjeżdżał rowerzysta i machał ręką na powitanie.


niedziela, 14 lipca 2024

Vsetínské vrchy - debiut z najwyższym szczytem w pakiecie

Góry Wsetyńskie (Vsetínské vrchy) to pasmo górskie położone na Morawach. Pasmo niezbyt rozległe i u nas raczej mało znane, choć położone w sąsiedztwie popularnego Beskidu Śląsko-Morawskiego, który graniczy z nim od północy. Na południu mamy Jaworniki, na wschodzie granicę ze Słowacją, a na zachodzie Góry Hostyńskie. Czesi zaliczają je do Beskidów Zachodnich, według polskiej regionalizacji to Karpaty Słowacko-Morawskie. 
Nie ma tu spektakularnych panoram ani wybitnych szczytów, na których można zrobić instagramowe zdjęcia. Wybrałem je podczas studiowania mapy i zastanawiania się, co by jeszcze nowego zobaczyć z tatą w górach. No i wymyśliłem Wsetyńskie: widziałem je ze szlaku podczas wcześniejszego wędrowania na przełęcz Pustevny, a dodatkowo będzie to nasz prawdziwy debiut w tym paśmie. Dlaczego prawdziwy? O tym napiszę później 😏.

W drodze do celu co rusz wyłania nam się masywna sylwetka Łysej Góry. Mamy sobotę z piękną pogodą, pewnie będą tam tłumy ludzi. 


Dojazd trochę zajmuje, zwłaszcza, że musimy też przeciąć na chwilę Słowację. Dopiero po dziesiątej zajeżdżamy na puściutki parking w osadzie Leskové, będącej częścią wioski Velké Karlovice (Groß Karlowitz). Płynąca w pobliżu Vsetínská Bečva (w języku polskim występująca najczęściej jako Górna Beczwa) jest granicą pasm: gdybyśmy z auta poszli w lewo, to bylibyśmy w Jawornikach, a że idziemy w prawo, to zaczynamy zdobywanie Gór Wsetyńskich. Ale w Jawornikach jeszcze i tak dziś będziemy 😏.