Mokrą i pustą drogą idę wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Na szczęście deszcz
zmienia się w mżawkę, a po pewnym czasie w ogóle ustaje, więc przynajmniej ten problem mam z głowy. Mijam stojący w zatoczce samochód na polskich
blachach - ktoś w nim spał i właśnie się obudził. Z kolei na drodze mija mnie
kilka aut na czeskich blachach jadących w stronę wioski, co jest dość dziwne
przed siódmą świąteczną niedzielę. Ewidentnie Zaolziacy nie mogą dziś spać!
Zachmurzona Ochodzita i Tyniok, zabudowa Istebnej i Koniakowa.
Przede mną Herczawa (Hrčava, Hertschawa), ewenement na polsko-czeskiej granicy, bo to
jedyna miejscowość, gdzie mieszkańcy zgłosili wniosek do przeniesienia się
na drugą stronę słupków i mocarstwa zachodnie go zaakceptowali. No, ale to
było ponad sto lat temu, dziś słynie z trójstyku, a ja mam nadzieję, że
gdzieś się jeszcze rozłożę, trochę przekimam i potem pojadę autobusem do
Mostów koło Jabłonkowa, tam za godzinę otwierają dworcową knajpę!
Spodziewałem się wioski pogrążonej w ciszy, jak to w każdą niedzielę u
Czechów, a tymczasem ruch samochodowy na ulicach wzrasta, a pod drewnianym
kościołem stoi kilkanaście aut! Nie uwierzę, że to mieszkańcy tak masowo
ruszyli na mszę, zresztą widzę, że większość osób od razu kieruje się do
centrum, a inni stawiają obok świątyni namioty.
Dochodzę do głównej ulicy i otwieram gębę ze zdziwienia: dziesiątki
straganów rozłożone na długości kilkuset metrów! A w miejscu, gdzie
normalnie jest duży parking, rozstawiają się kolejne stoiska, jest scena i
wielki namiot z całą masą ławek! Okazało się, że co roku w Herczawie odbywa
się festyn z okazji święta Cyryla i Metodego (Pouť sv. Cyrila a Metoděje), którzy są patronami kościoła. A
ponieważ dziś jest ich święto, to właśnie trafiłem na przygotowania do
otwarcia, które oficjalnie nastąpi o dziewiątej!
Początkowo byłem trochę zły z takiego obrotu sytuacji. Chciałem spokoju,
chciałem autobusu do Mostów, a rychło zrozumiałem, że z powodu straganów on tutaj nie dojedzie. Gdy rozłożyłem się pod wielkim namiotem, to
inaczej oceniłem sytuację: jestem chroniony od deszczu, w pobliżu są
toj-toje, będzie co jeść i będzie co się napić, bo liczba stanowisk z piwem
dorównuje tym z jedzeniem. W dodatku niedaleko rozstawia się mój ulubiony
browar Koníček z Vojkovic, a IPA kosztuje 60 koron, więc tak naprawdę
trafiłem świetnie i nigdzie się stąd do południa nie ruszam! Co prawda nie
wiem, ktopojawi się na scenie, ale na pewno będzie fajnie.
Muszę poczekać, aż cała piwna aparatura zostanie podłączona. Nie tylko zresztą
ja - tu i ówdzie przechadzają się spragnieni panowie, którzy chętnie też by
coś łyknęli świeżego, ale muszą uzbroić się w cierpliwość albo skorzystać ze
swoich zapasów. Przechadzające się panie dyskretnie pociągają z małych
flaszeczek wino albo podobne napoje. Wreszcie o wpół do dziewiątej moje
oczekiwanie kończy się sukcesem!
Wokół mnie panuje nerwówka związana z lokalizacją stanowisk. Niektórzy
sprzedawcy przyjechali już wczoraj, inni teraz i są wściekli, bo
zakładali, że staną gdzieś indziej. Organizatorka dwoi się i troi, wyjaśnia,
przeprasza, pokazuje, a w powietrzu latają przekleństwa.
- Taaam? Tamto místo mám v píči!
"Píča" odmieniana przez wszystkie przypadki jest najczęściej słyszanym słowem,
czasem dojdzie jeszcze swojskie słowo na literę "k", ale w końcu wszyscy
znajdują swoje miejsca i zaczynają wyciągać sprzęt. Z mojego punktu widzenia
cała awantura była bezsensowna, ponieważ ludzie i tak będą łazić wszędzie, a
wybór będzie zależał przede wszystkim od oferty, a nie od położenia.
Po dziewiątej zaczynają się schodzić ludzie, najpierw dominują emeryci, może
rzeczywiście byli na mszy. A potem z każdą godziną gości jest coraz więcej i
więcej... Pojawia się nawet Krzysztof Majchrzak, a być może jego zawiany
sobowtór. Językowo najczęściej słychać śląsko-czeską mieszankę zaolziacką,
choć czasem trzeba się dobrze przysłuchać, czy to nie jednak godka z polskiej
strony. Czeski pojawia się trochę rzadziej, ale im młodsze pokolenie, tym
częściej. Polski trafia się sporadycznie, być może turyści z tamtej strony
granicy o imprezie nie wiedzieli (jak ja) albo przyjdą dopiero po południu po
odwiedzinach trójstyku.
Po jedenastej stwierdzam, że siedzenie trochę mi się znużyło, więc przejdę się
do restauracji w drugiej części wioski. Idąc tam trzeba się przedrzeć przez
tłumy na drodze.
W restauracji U Sikory pełno ludzi, dla odmiany głównie
polskojęzycznych. Kiedyś już tu byłem, ale dziś zupełnie mi się nie podoba:
piwo w plastiku, żarcie na plastiku, zafuczała obsługa i barman marudzący na
płatność kartą. Wypijam jednego Radegasta i wracam na festyn,
gdzie właśnie zaczynają się występy. W międzyczasie nad okolicą przeszła
ulewa, więc znowu wszystko jest mokre.
Najpierw na scenie pojawiają się klauni, więc dzieciaki szaleją, zwłaszcza,
gdy zostaje rozciągnięta płachta z kolorowymi kulkami. Czasem niewiele
potrzeba do radości.
Potem występ zespołu ludowo-dziecięcego: dzieciaki tańczą i usiłują śpiewać,
przygrywa im góralska orkiestra. Chyba lepiej bawili się występujący niż
publiczność 😏.
Następnie wskoczył zespół śpiewający popularne szlagiery z trąbami w tle -
jeśli ktoś lubi oglądać Šlágr TV, to byłby zachwycony 😛. Ja
lubię, więc siedziałem w jednym z pierwszych rzędów z czeskimi emerytkami i
razem kołysaliśmy się do muzyki.
Wśród publiczności są się też politycy - prowadząca imprezę serdecznie
wita "naszego kochanego starostę". Starosta musiał mieć coś z lewą ręką, bo
nieustannie trzymał ją w kieszeni spodni, zarówno podczas krótkiego przemówienia, jak
i stojąc w tłumie i witając się z poddanymi.
Wokół kręci się też sporo osób w strojach ludowych lub na takie stylizowanych.
U kobiet dominują niebieskie kiecki, ale nie znalazłem żadnego historycznego
ubrania z regionu Jabłonkowa z takim kolorem. Albo to jakaś bardzo lokalna
tradycja (widziałem je też na zdjęciach dzieciaków z przedszkola w Bukowcu)
albo współczesny pomysł, bo teraz jest popularne wymyślanie nowych, lokalnych
strojów.
Miałem w Herczawie posiedzieć chwilę, a pyknęło siedem godzin! Po czternastej
w końcu się zbieram i ruszam na słowacką stronę, skąd cisną dalsze
grupy ludzi.
Patrząc na niebo zastanawiam się, kiedy znowu zacznie padać?
Parking za słupkami granicznymi jest zawalony samochodami, za to najbliższa
miejscowość - Čierne - sprawia wrażenie wymarłej. Być może
wszyscy mieszkańcy udali się z wizytą do Herczawy.
Początkowo chciałem wstąpić i posiedzieć w pizzerii, ale akurat zjawia się autobus,
więc podjeżdżam do Skalitégo. Na mapach.cz odkryłem tam knajpę, w
której niby serwują dobre piwo, zatem warto zajrzeć. W knajpie odbijam się od
zamkniętych drzwi, otwierają dopiero o szesnastej, czyli za dwadzieścia minut.
Czekam na pełną godzinę w lekkiej mżawce, w międzyczasie zjawia się polska
rowerowa rodzinka z dzieckiem.
W końcu otwierają i rozczarowanie - "dobrym piwem" są różne wariacje
koncernowe. No cóż, na pocieszenie dokładam sobie utopenca.
Prawdziwy obiad zamierzam zjeść w Cechospolu, czyli znanej i popularnej
restauracji niedaleko przejścia granicznego ze Zwardoniem. Dojście do niej
jest lekko problematyczne, ponieważ chodnik na całej długości został rozkopany
i trzeba cisnąć drogą, na szczęście ruch jest niewielki.
Niestety, Cechospol jako jedyna z mijanych dziś knajp postanowił nie otwierać się w święto państwowe i wychodzę na swoich planach jak
Himilsbach z angielskim! A ponieważ popołudnie robi się coraz bardziej
zaawansowane, to nie zostaje mi nic innego, jak ruszyć w kierunku granicy.
Udaje mi się dotrzeć do wiaty obok boiska (siedziałem w niej rok temu schodząc z Wielkiej Raczy) i w tym momencie zaczyna się ogromna ulewa. Na otwartej
przestrzeni przemoczyłaby mnie w kilka minut! Razem ze mną pod dachem chroni
się słowacka rodzina.
Wielkie deszcze zazwyczaj szybko się kończą, więc po pół godzinie pędzę na
samą granicę, a tam, już na terenie Zwardonia, wychodzi słońce! Na
chwilę, ale jednak.
Asfaltową drogą drapię się do góry, mijając opuszczone schronisko. Rok po
szumnych zapowiedziach, jakoby PTTK Zwardoń miał otrzymać drugie życie, obraz
tego obiektu jest niezmiennie żałosny.
Z krzaków gapi się sarna, za to z dołu jedzie samochód, macham ręką i auto staje.
- Ja tylko do domu wracam - tłumaczy facet i faktycznie po kilkudziesięciu
metrach wjeżdża w swoje podwórko. To po kiego grzyba się zatrzymywał?
Inna sprawa, że łapanie tu stopa to głupota, bo po chwili jestem na grzbiecie
obok restauracji Na Beskidku. Mam cichą nadzieję, że będzie otwarta,
ale przez okno widzę poskładane stoliki. Jednocześnie kelnerka macha, aby
wejść.
- Jesteśmy czynni do dwudziestej, a kuchnia do dziewiętnastej - informuje (na zegarku 18.30).
Ostatecznie zamawiam tylko piwo; do wyboru mają sikacza i browar z małego
zakładu w tej samej cenie. Trochę dziwna polityka, ale podejrzewam, że turyści
częściej biorą znanego sikacza niż nieznane rzemieślnicze. Wypijam je z
widokiem na pusty lokal, po czym po wyjściu słyszę dźwięk przekręcanego
klucza. Jest punktualnie dziewiętnasta, więc jednak pracują krócej.
Na dworze zrobiło się bardzo ciekawe, bo wilgoć, chmury i przebijające się
słońce tworzą piękny spektakl!
Idąc wzdłuż granicy co chwilę staję robiąc zdjęcia.
Bardzo ciemne chmury nad Beskidem Śląskim i zasłonięta Ochodzita sugerują, że
wkrótce znowu może porządnie rąbnąć. Zdążę pod dach czy nie zdążę? Powinienem
zdążyć.
Skalanka i doskonale znane odbicie do chatki.
Na horyzoncie Beskid Śląsko-Morawski z uciętą chmurami Łysą Górą.
Chmurna czapa także nad Beskidem Żywieckim.
Dostrzegam błyski wśród chmur. Zło jest coraz bliżej, zwiększam tempo.
Do chatki Skalanka wpadam na sucho, lać zaczyna dziesięć
minut później i to znowu jest bardzo silna ulewa, jakby po prostu nie mogło
popadać na spokojnie.
O dziwo, w chatce nie jest pusto, mimo, że to niedzielny wieczór. Oprócz
chatkowego i jego znajomych jest jedna rodzina z Pomorza, więc w sumie tak z
dziesięć osób. Oni śpią,grają w grę, planują poranny wyjazd do Włoch, ja robię
sobie kolację i odpoczywam w drewnianych wnętrzach. Tymczasem na zewnątrz po
opadach powoli podnoszą się mgły.
Gadamy o tym i o owym. Ostatni raz byłem na Skalance trzy lata temu na
WOŚP-ie, więc nie mam pojęcia, ile teraz kosztuje nocleg.
- Pięć dych - informują. - Niewiele podrożał.
Biorąc pod uwagę, że wtedy kosztował dwadzieścia pięć złotych, to faktycznie
niewiele, tylko sto procent 😏.
Wychodząc o świcie za potrzebą oglądam piękny spektakl za oknem. Półtorej
godziny później, gdy zaczynam pakowanie, spektakl trwa nadal i to jest tutaj
bardzo częste zjawisko.
Wizyta krótka, ale przyjemna. Co prawda nie poczęstowali winem, ale też nie
pogonili z piwem 😏.
Zostaje mi zejść do Zwardonia. Nie będę oryginalny, jeśli napiszę, że zbiera się
na deszcz.
Opad, na szczęście tym razem o normalnej sile, łapie mnie za restauracją,
przeczekuję go we wiacie. Potem goni mnie szambowóz, może to jakiś znak.
Natomiast Zwardoń jak zwykle wywołuje u mnie mocno negatywne odczucia
estetyczne: brzydki kościół, brzydkie nowe budynki, a stare kompletnie
zaniedbane, do tego w samym centrum rozwalają pawilon, w którym kiedyś był
sklep. Zawsze staram się z tej wioski uciec jak najszybciej, w czym pomogą mi
Koleje Śląskie.
















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz