Z okazji urodzin wymyśliłem sobie męski wypad w góry z noclegiem na dziko. Od
razu wybrałem Góry Opawskie, bo najbliżej, więc i najtaniej, cała
reszta się zmieniała. Początkowo chciałem ruszyć w środku tygodnia, potem
zmieniłem na niedzielę. Miało nas być więcej, ale niektórzy z zaproszonych
dali mi kopa w tyłek, a innych kopnęła w tyłek robota. Zaplanowałem widokową
trasę z widokami na Kopę Biskupią i Pradziada, lecz prognozy zrobiły się tak
paskudne, że porzuciłem ją na rzecz mniej górskiej, a bardziej knajpowej.
Ostatecznie pojechaliśmy we trójkę (ja, Bastek i Kaper) i w niedzielne
przedpołudnie meldujemy się w Zuckmantlu, czyli w
Zlatych Horach. O dziwo, jest nawet trochę słońca na niebie.
Obok dworca autobusowego siedzi grupa miejscowym i wesoło biwakuje, natomiast
my odwiedzamy najpierw azjatycki sklep, a potem uderzamy do znanego mi i
Bastkowi lokalu, czyli dawnego Hostinca Koruna. Strzela pierwsza
szklanica!
Niestety, hostinec też od pewnego czasu prowadzą Wietnamczycy i
większość uroku tego miejsca uleciała. Co prawda siedzi kilku starszych
Czechów zatopionych w dyskusji i piwie, ale skośne oczy czujnie obserwujące
każdy ruch i podskakujące z propozycją kupna przy każdym kroku odbierają
człowiekowi chęć na dłuższe posiedzenie.
Postanawiamy zmienić knajpę na taką w bocznej uliczce. Wstyd się przyznać, ale
o niej nie wiedziałem! Tam na razie pusto, lecz sącząca się z głośników
klasyczna czechosłowacka muzyka wprawia w dobry nastrój.



