Z okazji urodzin wymyśliłem sobie męski wypad w góry z noclegiem na dziko. Od
razu wybrałem Góry Opawskie, bo najbliżej, więc i najtaniej, cała
reszta się zmieniała. Początkowo chciałem ruszyć w środku tygodnia, potem
zmieniłem na niedzielę. Miało nas być więcej, ale niektórzy z zaproszonych
dali mi kopa w tyłek, a innych kopnęła w tyłek robota. Zaplanowałem widokową
trasę z widokami na Kopę Biskupią i Pradziada, lecz prognozy zrobiły się tak
paskudne, że porzuciłem ją na rzecz mniej górskiej, a bardziej knajpowej.
Ostatecznie pojechaliśmy we trójkę (ja, Bastek i Kaper) i w niedzielne
przedpołudnie meldujemy się w Zuckmantlu, czyli w
Zlatych Horach. O dziwo, jest nawet trochę słońca na niebie.
Obok dworca autobusowego siedzi grupa miejscowym i wesoło biwakuje, natomiast
my odwiedzamy najpierw azjatycki sklep, a potem uderzamy do znanego mi i
Bastkowi lokalu, czyli dawnego Hostinca Koruna. Strzela pierwsza
szklanica!
Niestety, hostinec też od pewnego czasu prowadzą Wietnamczycy i
większość uroku tego miejsca uleciała. Co prawda siedzi kilku starszych
Czechów zatopionych w dyskusji i piwie, ale skośne oczy czujnie obserwujące
każdy ruch i podskakujące z propozycją kupna przy każdym kroku odbierają
człowiekowi chęć na dłuższe posiedzenie.
Postanawiamy zmienić knajpę na taką w bocznej uliczce. Wstyd się przyznać, ale
o niej nie wiedziałem! Tam na razie pusto, lecz sącząca się z głośników
klasyczna czechosłowacka muzyka wprawia w dobry nastrój.
Tymczasem niebo zaczyna się chmurzyć, zgodnie zresztą z prognozami. Zostawiamy
w Zlatych Horach bastkowy samochód i autobusem teleportujemy się do
Mikulovic (Niklasdorf). Wysiadamy pod urzędem gminy.
W wiosce nadal widoczne są ślady powodzi sprzed półtora roku, kiedy to Biała
(Bělá) odcięła miejscowość od reszty kraju, zrywała brzegi, niszczyła domy i
mosty. Kładka dla pieszych nad rzeką jest nowa, starą porwała woda.
Maszerujemy do restauracji Neptun położonej niedaleko dworca
kolejowego. Wbrew nazwie to typowa spelunka, a do jedzenia możemy nabyć
najwyżej chipsy. W niedzielne wczesne popołudnie w środku jest dość tłumnie,
sami faceci. Początkowo siadamy w ogródku, potem przegania nas stamtąd lekki
deszcz (choć jeden chłop krzyczał, żeby się nie bać, bo to tylko "pięć kropel"). Faktycznie po chwili przestaje padać, ale zostajemy wewnątrz.
Nie wiem, co Neptun ma wspólnego z morzem, ma natomiast dużo
wspólnego ze sportem, bo ściany obwieszone są koszulkami i szalikami
piłkarskimi oraz hokejowymi, a w telewizji leci jakiś mecz. Wkrótce zjawia się
także jeden kibic i wdaje się w przyjacielską dyskusję z Kaprem na temat
klubów piłkarskich, która kończy się ona postawieniem nam zelenej 😏.
Inni klienci częstują sosem z czosnku niedźwiedziego, w zamian Bastek oferuje
im domowe tosty, momentami dość nachalnie (a potem płakał, że mu je zjedli
😛). Nie wiadomo kiedy zaczyna krążyć flaszeczka tuzemaka.
- Tylko tak, aby barman nie widział - ostrzegają teatralnym szeptem, a barman
oczywiście wszystko doskonale widzi.
Udało nam się wyrwać około szesnastej. I jak na złość akurat wtedy zaczęło
naprawdę lać, więc szybko się ubieramy i znakomitych nastrojach wychodzimy na
mokre ulice.
Pod kościołem skręcamy w kierunku dawnej bazy wojskowej. Tymczasem na
horyzoncie chmury przewalają się przez góry.
Tam będziemy szli... za jakiś czas.
Ważne są magiczne rytuały: ledwo Kaper zapiął Bastka, a silny deszcz się
skończył i zmienił się w mżawkę.
Przed nami Muna, dawny niemiecki, czechosłowacki i czeski teren
wojskowy. Odwiedziliśmy go niecałe trzy lata temu i wtedy go
dokładniej opisywałem, więc nie będę się w tej kwestii powtarzał.
Wita nas strażnica przy głównym wjeździe, wybudowana mniej więcej w latach
dojrzałego komunizmu.
Z boku pasą się konie i nie jest to ostatnie dzisiaj spotkanie z tymi
zwierzętami.
Mżawka ustała. Odbijamy w bok do sektora pochodzącego z lat 60., co widać też
po architekturze.
Niewielkie schrony mają zapewne niemieckie korzenie.
Podczas poprzedniej wizyty znaleźliśmy przypadkowo jeden większy schron
przeciwlotniczy, teraz idziemy do niego celowo i trafiamy bez problemów. W środku zachowały się resztki ławek, a my zaczynamy się kłócić o
okres budowy i pojemność obiektu.
Prawdopodobnie powstał on właśnie w latach 60. i dlatego nie ma jego
odpowiednika w starszej, niemieckiej części. Tam z kolei więcej budynków
zostało w jakiś sposób zagospodarowanych, chociaż czasem można odnieść wrażenie, że nowych gospodarzy dawno nie było.
Do Muny doprowadzono linię kolejową, która tworzyła na terenie jednostki trzykilometrową pętlę. Dziś po torach zostały jedynie ślady w terenie oraz rampa
towarowa.
Dyskusje wśród ekspertów od wszystkiego co chwilę przeradzają się w kolejną
kłótnię, na szczęście kończyły się one na wzajemnym opisywaniu stanu mózgów i
fizjonomii. Na tym zdjęciu Kaper pokazuje, jak należy prawidłowo pływać.
Wśród roślinności, która powoli odzyskuje co swoje, można spotkać i samotny
komin i nowo budowane domy w miejscu rozbieranych magazynów. Ciekawe jakim się
będą cieszyć powodzeniem wśród potencjalnych klientów, w końcu to dość odludne
miejsce.
Spotykane co rusz pozostałości ochrony przeciwpożarowej.
Najfajniejsze w Munie są jednak nie wojskowe relikty, ale położona na
skrzyżowaniu wijących się dróg knajpka, przebudowany dawny magazyn! U nas
niemożliwe, aby w takiej lokalizacji mógł działać jakikolwiek przybytek, może
tylko pralnia brudnych pieniędzy albo na imprezy typu wesele. Tutaj zaś można
po prostu przyjechać lub przyjść napić się piwa albo coś przekąsić przez
siedem dni w tygodniu i to do późnego wieczora.
Dla miłośników innych doznań są dwa koty, kozy i króliki w przydomowym
ogródku. Można miziać ile się chce!
O tej porze jesteśmy jedynymi klientami, ale nie ma problemu z dostaniem
czegoś do jedzenia. Zamawiamy placki i było to najlepiej wydane 100 koron na
tym wyjeździe!
Plecaki ponownie zarzucamy, gdy na zegarkach jest grubo po dziewiętnastej,
lecz to i tak postęp, bo ostatnio wychodziliśmy w ciemnościach. Przy bocznej
bramie wybucha kolejna gwałtowna dyskusja na temat zabezpieczeń zewnętrznych
Muny. Jedno jest pewne: była jedna, a czasem dwie linie płotów z drutami
kolczastymi przygotowanymi do podłączenia do prądu, czego jednak ponoć nigdy
nie zrobiono.
Zrobił się ładny wieczór. Z katastrofalnych prognoz spełniło się tylko pół
godziny deszczu.
Wspinamy się na przełęcz pomiędzy dwoma niewybitnymi szczytami - po prawej
wznosi się Bílý kámen (Weisser Stein), a po lewej Strážisko (Reh
Berg). Idąc tędy w ciemnościach źle skręciliśmy i nadłożyliśmy sporo
drogi, teraz wszystko przebiega prawidłowo. Za przełęczą odbijamy w boczną ścieżkę
i zaczynamy schodzić do doliny Javornej. Cykam jedną poruszoną fotkę, aby
uchwycić ten klimat kończącego się dnia i zbliżającego się końca wędrówki.
Znowu zaczyna lekko siąpić deszcz, ale tym razem zupełnie nie przeszkadza.
Spod mostku w dolinie to już tylko kilkaset metrów do wiaty. Gdy tam dochodzimy, to mam wrażenie, że coś się w niej świeci.
- Światło czołówek się odbija - słyszę uspokajający głos, ale to nie może być
czołówka. We wiacie ktoś jest i pali ogień w kominku! W niedzielę wieczorem na
kompletnym odludziu! Dodatkowo obok wiaty stoi przypięty koń! W pierwszej
chwili myśleliśmy, że mamy omamy, ale żeby zbiorowe??
- Przyszliście na nocleg? - słyszymy głos z wnętrza. - Wchodźcie, wchodźcie!
W środku spotykamy J., starszego faceta w typie indianina pomieszanego z
hippisem, a wszystko to w typowo czeskim stylu. Ma ponczo, tomahawk i
indiański nóż, tyle, że chyba chiński. J. mieszka gdzieś na czeskim Śląsku i
nie do końca wiadomo, czym się zajmuje. Twierdzi, że obsługuje turystów robiąc
z nimi wycieczki na koniach, co może mieć jakieś podparcie w faktach, bo co
jakiś czas dopytuje nas, ile byśmy za taką atrakcję zapłacili. Podejrzewamy
jednak, że głównym źródłem jego dorobku jest dilerka lekkich narkotyków.
Rozmawiamy dużo na temat zielska i nie kryje, że posiada u siebie krzaczki
marihuany, co akurat od kilku miesięcy jest w Republice Czeskiej legalne -
każdy dorosły obywatel może hodować w domu trzy rośliny. W pewnym momencie
zaproponował Kaprowi większą ilość za większą kwotę - nie wiem, czy
wyglądaliśmy na takich, co noszą masę gotówki w plecakach, ale na pewno nie
sposób wyhodować tego w domowej piwnicy 😛.
J. wypił Bastkowi całe piwo i późniejsze etapy rozmowy stały się trochę mętne.
Opowiadał, że jedzie do kowala, ale między wierszami odczytaliśmy, że być może
siedzi w tej wiacie już którąś noc. Kowal nie zając, nie ucieknie.
Niewątpliwym plusem jego obecności był rozpalony ogień w kominku, nam zostało
już tylko dokładać drewno z dużej kupy zostawionej przez czeskich leśników.
Rano budzi mnie rżenie konia. J. ogarnia zwierzaka i wkrótce odjeżdża w
siodle. Kładę się jeszcze spać, a po pobudce wita nas słońce.
Ślady obecności konia są wyraźnie widoczne. Później będziemy je spotykać
jeszcze w innych miejscach.
Nasz pensjonat - přístřešek Líhně. Kominek, dostęp do wody, szkoda, że
nie zdecydowano się na zabudowanie pięterka. No i tradycyjnie brak wychodka,
więc okolice pełne są papierzaków.
Idąc za potrzebą znajduję w trawie... 20 złotych. Chyba należały do J., który
wczoraj się nimi chwalił. Będzie na paliwo do domu 😏.
Zbieramy się dopiero w południe, robiąc sobie na odchodne wspólne zdjęcie z
uciętymi stopami. Niebo znowu się zachmurzyło.
Ponownie schodzimy do doliny Javornej. Kiedyś nad potokiem znajdowała się
osada Latzdorf, w której w XIX wieku uruchomiono pierwszą na czeskich
ziemiach walcownię, a towarzyszyła jej huta żelaza i dwie kuźnie. Wypędzenia
Niemców i pożar zakładów w 1947 roku doprowadził do jej całkowitego wyludnienia.
Do dziś został jeden niezniszczony dom, stodoła, a także kaplica wybudowana
przez rodzinę Rudzińskich von Rudno, ostatnich właścicieli Lanzdorfu. Rudzińscy przybyli
na habsburski Śląsk z Mazowsza i założyli tu czeską linię rodu.
Tego pomnika ostatnio nie było, tablica jest z 1832 roku.
Niebieski szlak wyprowadza nas na łąki,
skąd mamy widoki na Kopę Biskupią...
...i Tylną Kopę (Hinter-Koppe) w masywie Parkowej Góry wraz z zabudową
Podlesia (Schönwalde).
Bardzo przyjemnie szło się tamtym odcinkiem.
Ondřejovice (Endersdorf) sprawiają wrażenie wymarłych, lecz w
końcu mamy poniedziałkowe popołudnie. Przypadkowo znajdujemy w nich niewielką
jaskinię.
Kolejny punkt to Zlatorudné mlýny, czyli skansen poświęcony
wydobyciu złota i innych złóż w okolicy. Był mocno poszkodowany powodzią,
widzieliśmy to kilka tygodni po przejściu fali jesienią 2024 roku. Po
naprawach ponownie otworzył się dla turystów, ale oczywiście nie w
poniedziałek.
Zarządzamy przerwę obiadową. Początkowo siadamy nad potokiem, ale nagle
zaczyna padać, więc chowamy się pod dach przy piecu.
Pozostało nam już tylko wrócić do centrum Zlatych Hor. Towarzyszy nam ściana
Kopy oraz ciężarówki z drewnem.
Przy dworcu kolejowym tabliczkę ścieżki edukacyjnej ustawiono tak blisko
ławki, że kompletnie zasłania resztę widoku.
Na horyzoncie pojawiło się trochę kolorów, ale to gdzieś na polskim Śląsku.
Na koniec jeszcze coś w klimatach obiektów piwnych. Wydawało mi się, że na
osiedlach nie ma już niczego, wszystko skoncentrowane jest blisko głównej
ulicy. Pamiętam, że kiedyś była tam knajpa, bo dekadę temu znalazłem się w
niej przypadkowo na niesamowitym koncercie, ale byłem pewien, że ją zamknięto.
A jednak nie! Hostinec Sokolovna działa i ma się znakomicie! Zabytkowy
budynek, a w środku prawdziwe muzeum: dziesiątki albo setki metalowych
tabliczek! Są pionierzy i żołnierze, są politycy od Cesarza Pana przez
Masaryków, Beneszów, Lenina, Stalina, po Hitlera i Gottwalda. Urzekł mnie
zwłaszcza obrazek, który zmieniał zawartość w zależności od spojrzenia: z
jednej strony był Beneszem, a pod innym kątem Stalinem 😛. A piwo nadal
poniżej 40 koron.
Po wyjściu okazało się, że na dworze jest ściana wody! Zapowiadane na wczoraj
silne opady przyszły dopiero teraz. Podwozimy jednego Czecha do spelunki w
centrum, bez nas przemókłby kompletnie.
Po przekroczeniu granicy obserwujemy jak Biskupia i Srebrna Kopa tonie w
chmurach. Tam dopiero mają zlewę, nam niebo tego zaoszczędziło 😊.




























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz