czwartek, 25 listopada 2021

Na Wielką Czantorię od czeskiej strony.

Wielka Czantoria to jeden z najbardziej znanych (czytaj: oklepanych) szczytów Beskidu Śląskiego - z powodu wyciągu prowadzącego na Stokłosicę pod względem popularności może być nawet numerem jeden, jeśli chodzi o frekwencję. Czy warto znowu tam włazić? Tak, jeśli możemy przy okazji zobaczyć coś nowego, a tak się składa, że mój tata nie wchodził jeszcze na nią od czeskiej strony. No to jedziemy!

Najszybsze dojście prowadzi z Nydka (czes. Nýdek, niem. Niedek). Zatrzymujemy się na parkingu niedaleko urzędu gminy, gdzie stoi już sporo aut, w tym kilka na polskich blachach. W ten sposób tracimy 50 koron, bowiem w weekendy parking jest płatny; ledwo stanęliśmy, a obok zjawiła się uśmiechnięta kobiecina z chodzikiem.
- Przynajmniej rozmienimy pieniądze - stwierdził tata.
 

Obok parkingu działają dwie knajpy, a jedna z nich - Nýdecká Bouda - ma już otwarte drzwi. Niedzielne przedpołudnie, w środku siedzi już całkiem liczne grono osób. I zaraz na wstępie zdziwienie:
- Macie test? - pyta barmanka.
Kilka dni wcześniej w Republice Czeskiej wprowadzono przepisy, że w lokalach będą wymagane paszporty covidove. Formalnie obowiązywały one już od dawna, ale do tej pory sprawdzać mogła je jedynie policja z ichniejszym sanepidem, natomiast w listopadzie przerzucono ten obowiązek na prowadzących obiekty publiczne. Nie sądziłem, iż na takim zadupiu będą się tym przejmować, ale albo perspektywa wysokich kar zadziałała motywująco albo wyglądaliśmy podejrzanie 😏. Oficjalnie zajrzeliśmy tu w celu odwiedzenia toalety, lecz przy okazji wypiłem szybkie małe piwo, a tatuś Becherovkę (miejscowi preferowali Jägermeistra). Przysłuchujemy się rozmowom autochtonów - śląska godka z licznymi czeskimi wstawkami, charakterystyczna dla tej części Zaolzia.

Po założeniu strojów górskich przechodzimy obok okazałej siedziby PZKO, czyli Polskiego Związku Koszykówki... tfu, Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego. Ta największa organizacja mniejszości polskiej w Republice została założona w 1947 roku i aż do upadku komunizmu miała monopol na reprezentowanie osób uważających się za Polaków; można by ją nazwać polską przybudówką Komunistycznej Partii Czechosłowacji.


Jej znaczenie w ostatnich dekadach spada tak samo, jak spada liczba osób deklarujących się jako Polacy. To generalnie normalna sytuacja w całej Europie - większość mniejszości sukcesywnie się kurczy (pomijam muzułmanów i przybyszy z innych kontynentów, ponieważ nie są to mniejszości etniczne, a migranci). Podstawowy powód to demografia - coraz rzadziej zdarzają się związki w obrębie mniejszości, a dzieci z rodzin mieszanych zazwyczaj wychowywane są jako członkowie większości. Asymilują się również starsi wiekiem ludzie. W przypadku mniejszości polskiej w Czechach swoje zrobiła także polityka: inwazja Ludowego Wojska Polskiego na Czechosłowację sprawiła, że wielu Zaolzian poczuło się przez Polskę zdradzonych, a Polacy zza granicy stali się obcy. W latach 80. czechosłowacka propaganda przedstawiała Polskę jako kraj biedny, zacofany i sklerykalizowany, a samych Polaków jako leni i kombinatorów. "Solidarność" nabrała cech ruchu awanturników, którym się nie chce pracować (czyli poniekąd tak, jak dzisiaj się patrzy na tę współczesną "S" 😛). Do tego granica została zamknięta, w dużym stopniu urwały się kontakty rodzinne i towarzyskie. Demokracja nie przyniosła poprawy, a wręcz przeciwnie: Polak kojarzył się z "mrówką" przemycającą tani alkohol lub z handlarzem na pomniejszym bazarze. Polskość stała się synonimem lokalności, miejscowego folkloru, a nie poczuciem łączności z Polakami zza miedzy, a zwłaszcza z państwem polskim. Dużo osób ma problem jednoznacznie zdefiniować swoją narodowość, co także jest normalne na pograniczach. Dość powiedzieć, że przy tegorocznym spisie ludności prowadzano kampanię zachęcającą do deklarowania się jako Polacy hasłami... po śląsku. Ciekawe jakie będą wyniki tego spisu, bo każdy z ostatnich trzech pokazywał znaczny spadek procentowy. Ten sprzed dziesięciu lat wykazał niecałe 40 tysięcy deklaracji polskich, czyli o prawie 25% mniej niż dekadę wcześniej *.

Ale dość o tym - idziemy dalej i machamy do lustra.


Czerwony szlak skręca w prawo i zaczyna piąć się w górę. Za nami panorama Beskidu Śląsko-Morawskiego z Kozubovą, Ostrym i Ropicą.


Ostry, ale tym razem Ostrý vrch, położony jest także znacznie bliżej nas. A właściciele domu po prawej chyba bardzo chcieli się wyróżnić.


Mućki.


Szlak odbija z asfaltu w ścieżkę. Mijamy ładną drewnianą chałupę, jedną z wielu takich występujących w Nydku.



Na polanie piwkuje sobie jakaś parka, a my znowu mamy widoki na Śląsko-Morawski. Do Ostrego doszedł Javorový.



Przy płocie rozłożono stolik z książkami i czasopismami religijnymi. "Za darmo" - głosi kartka. Wyglądały interesująco, dopóki się nie okazało, że to teksty Świadków Jehowy.


Wchodzimy w las, mijamy samotne gospodarstwo i na chwilę opuszczamy szlak, aby obejrzeć formację skalną znaną jako Památník Jiřího Třanovského. Na skałach tych w XVIII wieku swoje nabożeństwa odprawiali w tajemnicy ewangelicy. Półka z wyrytym krzyżem służyła jako ołtarz. W dolnej części skały umieszczono tablicę pamiątkową wspominającą Jerzego Trzanowskiego, czeskiego kaznodziei. To jeden z dziewięciu tzw. "protestanckich kościołów leśnych" w Beskidach.



Grzbiet coraz bliżej, co jakiś czas pojawia się także wieża na Czantorii.



Soszowy dwa i Stożek. Jeszcze nie wiemy, jak daleko dziś pójdziemy w tamtym kierunku.


Ostatnia prosta i już wypłaszcza się.



Mapy.cz podają, że dojście z Nydka do schroniska pod Czantorią powinno zająć dwie godziny i dziesięć minut, nam udało się w godzinę i minut dwadzieścia. Nie mogę napisać, abyśmy jakoś pędzili...

Horská chata Čantoryje od tyłu prezentuje się tak paskudnie, że lepiej zamknąć oczy.


W środku tłumnie, ale wolny stolik się znalazł. W jednym okienku zamawiam czosnkowe, w drugim piwo z Vojkovic oraz kofolę. I wszystko byłoby fajnie, gdyby obiekt... nie zlikwidował toalety! Tak, pod Czantorią nie ma obecnie działającego kibla, ponoć jakiś czas temu... zepsuł się. Nawet kartkę z drzwi ściągnięto, aby nikt się nie dobijał. Jak rozumiem - klient potrzebę ma zanieść do domu albo w najbliższe krzaki. Ewentualnie zostawić ją na wycieraczce! Eh, schodzą na psy coraz bardziej...


Po polskiej stronie nawet kierunkowskaz do knajpy musi być biało-czerwony.


Niestety, pogoda się zepsuła. Prognozy to zapowiadały i tym razem się sprawdziły. Ciekawe, że te dobre sprawdzają się rzadziej. W zachmurzeniu i przy nieprzyjemnym wietrze idziemy w kierunku szczytu.

Tata był przekonany, że z Czantorii nie widać Łysej Góry, bo coś ją zasłania. Nie bardzo mi to pasowało i okazało się, że Gigula jednak jest obecna w panoramie, a wraz z nią większa część Beskidu Śląsko-Morawskiego.



Na szczycie oczywiście dość tłoczno i jarmarcznie. Czeskie nie-schronisko zaprasza na... polski żurek i bigos. Noo, to faktycznie powód, aby do nich zajrzeć.



Rezygnujemy z wejścia na wieżę i od razu schodzimy w dół. Frekwencja błyskawicznie spada o jakieś dziewięćdziesiąt procent.


Mijamy krzyż upamiętniający Klementa Šťastnego. Pisałem o nim podczas wizyty w tym miejscu w grudniu ubiegłego roku - był członkiem międzynarodowej grupy delimitującej w 1920 granicę, zabiła go polska bojówka. Krzyż odnowiony przez jego potomków jest dość regularnie dewastowany przez "nieznanych sprawców" i teraz też widzimy, że ktoś zerwał z niego tabliczkę ze zdjęciem i opisem! Zapewne jakiś genetyczny patriota, co wszystko robi z Matką Boską na ustach! I jeszcze czytam, że ktoś w internecie wypisuje hasła typu: "uważam iż to miejsce jest przedstawione dość jednostronnie". No jasne, może Czesi powinni przeprosić, że przypominają niewygodną zbrodnię sprzed lat? Ręce opadają...


Z rzadka pojawiają się widoki na polską stronę ze Skrzycznem i Baranią Górą.



Na horyzoncie majaczy także coś większego - przy użyciu lornetki widać to lepiej, na aparacie gorzej. Tatry Zachodnie oddalone o ponad 80 kilometrów, w jednym miejscu wyłania się także Rozsutec.


Wisła wraz ze szpecącymi je hotelowymi molochami.


Na przełęczy Beskidek (Beskydské sedlo) postanawiamy skrócić trasę. Początkowo chcieliśmy iść aż na Soszów, ale uznaliśmy, że potem czekałoby nas za dużo asfaltu, zatem już tu odbijamy na czeski Śląsk (przy okazji strasząc dwie panie załatwiające się w krzakach). Z tego zielonego szlaku jeszcze nie korzystałem, więc również i ja mam jakąś nowość.



Javorový na tle słońca i chmur.


Po pół godzinie pojawiają się pierwsze zabudowania. Przysiółek Strzelma (Střelmá) składa się z kilku domów, których gospodarze nie bardzo dbają o porządek obejścia. Generalnie wszędzie pasuje syf, jakby mieszkała tu pewna znana grupa etniczna. Wśród tego burdelu parkują wypasione samochody i pasą się wypasione owce. Jest też jedna drewniana chałupa z brodatym facetem o wyglądzie żywcem przeniesionym o kilka wieków wstecz.



Kolejne pół godziny zajmuje nam powrót do centrum Nydka. Przyglądam się tablicom na urzędzie: w Polsce jest "urząd gminy", a u Czechów "urząd gminny". 
Herb Nydka ma dość młodą metrykę, liczy nieco ponad dwadzieścia lat. Złoty orzeł (a właściwie orlica) to oczywiście symbol Śląska Cieszyńskiego (choć on pojawia się również w wersji czarnej - ogólnośląskiej), natomiast brak oficjalnej definicji tego, co przedstawia dolna część herbu. Domyślam się, że to nawiązanie do górskiego położenia oraz "kościoła leśnego".


Na parkingu mocno się przerzedziło. Otwarła się druga knajpa - Hospoda Pod Lipou. Ładny budynek z XIX wieku.


Zaglądamy jeszcze do miejscowych świątyń. Kościółek św. Mikołaja jest jednym z kilku drewnianych na terenie Zaolzia. Wybudowano go w 1576 roku z inicjatywy ewangelików, następnie im go odebrano i przekazano katolikom.
 


Na cmentarzu zdecydowana większość grobów to albo nazwiska polskie/śląskie, albo polskie z czeską odmianą.

Protestanci musieli czekać na swoje miejsce kultu aż do początku XX wieku, choć od patentu tolerancyjnego wydanego przez Józefa II, masowo odeszli od katolicyzmu i znowu stanowili większość w wiosce. W 1904 na zboczu wzgórza stanęła kaplica, mająca za sobą okoliczne szczyty oraz dolinę Głuchówki (Hluchová). Po dwóch rozbudowach opisywana jest niekiedy jako kościół.



Na tej nekropolii znajdziemy więcej czeskich grobów, a także m.in. mogiłę partyzantów. Są także takie kwiatki:


Co tu się nie zgadza? Słowo "ojcowie" może brzmieć dziwnie, ale na Śląsku tak się mówiło. Natomiast brakuje... imienia żony. Wiadomo dokładnie kiedy się urodziła i zmarła, znane jest nazwisko panieńskie, jest zdjęcie, ale imienia brak! No cóż, najwyraźniej nie było aż tak istotne...

Kamień - Pomnik Poległych w II wojnie światowej przy drodze do kaplicy.


I jeszcze zagwozdka na koniec - dlaczego na głównym skrzyżowaniu Nydka wisi flaga Moraw? Pomijam fakt, że to państwowa powinna łopotać w środku, ale Morawy?


Jak mi wyjaśnił pewien Czech: jest to odpowiedź na inicjatywę morawskich aktywistów (niektórzy nazwą ich "separatystami"), którzy proszą o wywieszanie tej flagi z okazji święta Cyryla i Metodego. Tylko, że ono przypada 7 lipca, a nie w listopadzie i dlaczego wiszą również poza Morawami? Rozumiem, że może być jakaś akcja "słowiańskiej solidarności", ale po takim czasie w tym miejscu powinna się pojawić fana śląska...

----

* Ciekawy artykuł o Polakach za Olzą -> https://openairmuseum.info/pl/dzialy/Zaolzie/Polacy-za-Olza

2 komentarze:

  1. Jak czytam o zrywanych tablicach na grobach, dewastacjach, to ręce opadają.

    OdpowiedzUsuń