Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomnik poległych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomnik poległych. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2026

Na rowerze wokół Niemodlina

Na kolejną rowerową wyprawę po prowincji województwa opolskiego wyruszyłem z Bastkiem. Tym razem nie korzystam z podwózki pociągiem, bo chcemy okrążyć Niemodlin (Falkenberg), a tam żadne składy pasażerskie nie docierają. Poza tym interesujące nas miejscowości leżą bliżej domu niż te z poprzednich wyjazdów i - to również zmiana - będziemy przez cały czas poruszać się po terenie Górnego Śląska, na Dolny nie zajrzymy.

Pierwszy krótki postój następuje w wiosce, która akurat z Niemodlinem związana nie jest, a mianowicie w Wawelnie (Bowallno, Walldorf). Na skrzyżowaniu dróg znajduje się Pomnik Poległych, który niedawno odnowiono. Prace przeprowadzono jednak bardzo niechlujnie, bo nie zrekonstruowano ani nie poprawiono oryginalnych napisów. Co więcej, częściowo zasłonięto je nową tablicą, na której w wersji niemieckiej umieszczono nazwę po polsku, choć to wioska oficjalnie dwujęzyczna.


Wawelno było jedyną miejscowością na naszej trasie, w której dominuje ludność autochtoniczna. Dalej na zachód wszystkie wioski zamieszkałe są głównie przez potomków Kresowiaków oraz przybyszów z innych stron, nie będziemy więc widzieć dwujęzycznych tablic.


Odbijamy z głównej drogi do Siedlisk (Schedliske, Waldsiedel). Położone są one na uboczu, za lasem i choć wielokrotnie przejeżdżałem niedaleko nich, to w samej wiosce nigdy nie byłem. Administracyjnie należą one do gminy Dąbrowa w powiecie opolskim, ale od XVIII wieku aż do 1975 roku był to teren powiatu niemodlińskiego. W czasie ostatniej reformy administracyjnej akurat tego powiatu nie przywrócono, ale historycznie jest to ziemia niemodlińska, więc zaczynamy w ten sposób właściwie zwiedzanie 😊.


Wioska o tej porze wygląda jak wymarła. Jest to kilka starych domów i starych stodół.



piątek, 31 lipca 2026

Na rowerze do Nysy przez dwie Ścinawy

Ostatni raz na dłuższej wycieczce rowerowej byłem jesienią, więc gdy nastał czerwiec, to uznałem, że znowu pora ruszyć się na prowincję województwa opolskiego (oczywiście zakładając, że całe województwo nie jest prowincją 😏). Podobnie jak w ubiegłym roku wybieram jego południowo-zachodnią część, czyli głównie powiat nyski. Jednym z powodów tego kierunku jest dla mnie możliwość łatwego dojazdu pociągiem - tym razem wychodzę na przystanku w wiosce Mańkowice (Mannsdorf).


Punktem docelowym dzisiejszego dnia ma być Nysa i gdybym się bardzo śpieszył, to dopedałowałbym do niej dość szybko, bo w linii prostej dzieli mnie od niej dziesięć kilometrów. Plan jest jednak zupełnie inny - chcę zahaczyć o całą garść małych miejscowości i zrobić znacznie dłuższą trasę od południa. Będzie zatem wiele zdjęć kościołów, kapliczek i starych domów 😏. Mańkowice oferują wszystkie te trzy elementy!


Tutejszy kościół św. Mateusza mógł zostać wybudowany albo w XIII albo w XIV albo w XVI wieku, bo wszystkie te stulecia są wymieniane w internetach. Na pewno przebudowano go w stylu barokowym. Zaglądam do środka, ale przez kratę widać niewiele. Zaglądam też na przyświątynny cmentarz i znajduję kilka przedwojennych grobów, w tym gospodarzy aus Klein Warthe, czyli z Bardna, przysiółka Mańkowic.


Niedaleko kościoła znajdowała się kiedyś knajpka albo sklep z zadaszoną werandą. Nie mógł zostać zamknięty bardzo dawno, bo szyld koncernowego browaru jest jeszcze całkiem wyraźny. Niestety, obecnie lokal z piwem na śląskiej wsi to niesłychanie rzadki przypadek.


sobota, 16 maja 2026

Hvězda i Štěpánka na krańcach Karkonoszy

Będąc w Kořenovie postanowiliśmy skoczyć też na górskie szlaki, żal byłoby takiej lokalizacji nie wykorzystać. Większość gminy położona jest w Górach Izerskich, jednak my wybraliśmy ten fragment, który należy do Karkonoszy. A przynajmniej tak się wydaje 😏.

Samochód zostawiamy na parkingu w Příchovicach, o którym już dwukrotnie wspominałem. Miałem pewne obawy, czy w niedzielę nie będzie zapchany autami, ale oprócz nas stały tylko dwa wozy i pewien dziadek walczący z wiatrem. Miłą niespodzianką był fakt, że na parkingu witał toi-toi, czysty i wyposażony w papier. Płacisz i wymagasz!


Pierwsze ładne widoki mamy już z parkingu. Są więc Góry Izerskie z Jizerą i Bukovcem.



Najbardziej imponująca jest sylwetka Ještědu, wznoszącego się nad Libercem. Natomiast na prawo mamy oddalony o pięć kilometrów Tanvaldský Špičák z restauracją i wieżą widokową.



poniedziałek, 11 maja 2026

Kořenov

Kořenov to gmina wiejska położona na pograniczu Gór Izerskich i Karkonoszy. W obecnym kształcie jest dość młoda, bo powstała w 1960 roku z połączenia niezależnych do tamtej pory miejscowości: miasteczek Polubný (Polaun) Příchovice (Stefansruh) oraz wiosek Rejdice (Reiditz) i Jizerka (Klein Iser). Prawie każda z nich posiadała także przysiółki, zatem połączono w jedno kilkanaście osad. Nazwę nowej jednostki administracyjnej przyjęto od niewielkiego Kořenova (Wurzelsdorf), który do tej pory był częścią Polubnego. Powstała gmina rozległa, ale mocno rozproszona - w górskim terenie zabudowę oddzielają ciągnące się przez kilka kilometrów lasy, łąki i pola. 


W przeszłości na tym terenie działał przemysł szklarski, a także drzewny, wypalano węgiel. W XIX wieku, w związku ze wzrostem zainteresowania górami, uruchomiono nawet niewielkie uzdrowisko, które przetrwało pięć dekad. W kolejnym stuleciu, zwłaszcza po II wojnie światowej, turystyka stała się numerem jeden, zresztą chyba nie było innego wyjścia. Liczba mieszkańców spadła wielokrotnie, wiele domów zostało opuszczonych albo zmieniły się w letniskowe. Dominującą cechą krajobrazu stały się restauracje i pensjonaty. 


Z racji bliskości Izerów i Karkonoszy, a także lokalizacji tuż przy granicy z Polską i z popularnym Harrachovem, Kořenov jest często odwiedzany przez turystów, ale raczej na krótko. Ja również do niedawna tylko przez niego przejeżdżałem, ale w kwietniu udało nam się tam zanocować. Wybrałem osadę zwaną dawniej Tesařov (Schenkenhan), znajdującą się w centrum gminy i przy głównej drodze.


Kawałek nad domami znajduje się Tesařovská kaple (Bergkirche Schenkenhan) - moim zdaniem jeden z najładniejszych obiektów sakralnych w Sudetach! To ewangelicka kaplica z 1909 roku o prostej, lecz jakże wpadającej w oko bryle!


piątek, 17 kwietnia 2026

Śląskie niedaleko: Ruda w Rudzie Śląskiej

Ruda Śląska to jedno z tych miast "czarnego" Śląska, które idealne wkomponowuje się w wyobrażenia o Górnym Śląsku. Często można spotkać opinie, że to najbardziej śląskie miasto, nie tylko z powodu najwyższego odsetka osób deklarujących narodowość śląską, ale też z powodu niepodrabialnego klimatu.

Miasto, podobnie jak wiele sąsiednich miejscowości, to zlepek kilku dawniej samodzielnych osad, które administracyjnie połączono w jedno. W przypadku Rudy Śląskiej następowało to etapami w latach 50.: poszczególne wioski przyłączano do miast Ruda i Nowy Bytom, które ostatecznie w 1959 roku urodziły się jako jedno, duże miasto. Mimo, że od połączenia minęło kilkadziesiąt lat, każda z dzielnic wydaje się żyć nieco w separacji od pozostałych, każda też ma odrębną historię. Zgodnie z naszą tradycją zwiedzania zakamarków Górnego Śląska w Wielką Sobotę, postanowiłem odwiedzić dwie z nich, na więcej i tak nie starczyłoby czasu. 

Zaczęliśmy od dzielnicy, od której całe miasto wzięło swą nazwę, czyli od Rudy. Wbrew pozorom nie jest ona centrum Rudy Śląskiej, bo te znajduje się w Nowym Bytomiu, ale ma ona najstarszą metrykę, bo istniała już w połowie XIII wieku. Najpierw zatrzymaliśmy się przy kolonii robotniczej Carl Emanuel. Pierwsze spojrzenie na narożne budynki przywodzą na myśl gotycką starówkę gdzieś na Pomorzu, a nie Górny Śląsk.


A jednak to Śląsk i osiedle patronackie, jedno z najładniejszych tego typu. Wybudowane zostało na początku XX wieku przez hrabiego von Ballestrema, właściciela zakładów przemysłowych na terenie Rudy. Tutaj zamieszkali pracownicy kopalni Wolfgang


Najbardziej efektowne są dwa narożne domy z wieżyczką, zresztą najmłodsze w kompleksie. Pozostałe mają już znacznie prostszą formę, lecz nie sposób odmówić im uroku.



piątek, 3 kwietnia 2026

Śląskie niedaleko: Turawa i Kotorze dwa

Pewnego marcowego dnia wybrałem się nad jedną z (podobno) największych atrakcji województwa opolskiego, czyli nad Jezioro Turawskie. Musiałem spalić trochę paliwa w samochodzie zastępczym, aby nie oddawać wypożyczalni zbyt pełnego baku, więc aby nie jeździć bez sensu, to postanowiłem zobaczyć coś konkretnego. Plus dodatkowo trzy wioski. 

Pierwsza z nich to Kotórz Mały (Klein Kottorz, Klein Kochen. Zaczynam od dworca kolejowego, do którego prowadzi brukowana aleja.


Dworzec to klasyczna pruska konstrukcja z początku XX wieku. Zamieszkały i tak na przykład "wejście do kas" służy obecnie jako okno, w dodatku z zamykanymi kratami.



Kiedyś perony były tu dwa, dochodziła też linia wąskotorowa z Turawy. Obecnie kilka razy dziennie kursują pociągi z Opola do Kluczborka.


Wracając do auta odkrywam, że tuż obok policja założyła sobie posterunek. Pierwszą ofiarę dorwali po niecałej minucie.


sobota, 21 marca 2026

Hřebečsko: Březová nad Svitavou, Moravská Třebová i Mohelnice

Jesienią ponownie ruszyliśmy na Hřebečsko, czyli dawną niemiecką wyspę językową położoną na północnej części granicy czesko-morawskiej. Do 1945 roku mieszkało w niej ponad sto dwadzieścia tysięcy osób, z których ponad osiemdziesiąt procent używało języka niemieckiego i nazywało tą krainę Schönhengstgau. Składało się na nią prawie sto pięćdziesiąt miejscowości; odwiedzenie wszystkich byłoby zapewne wykonalne, lecz mocno czasochłonne, ale z miastami nie ma takiego problemu, ponieważ było ich tylko sześć. Trzy odwiedziliśmy już wcześniej, w listopadzie przyszła pora na trzy kolejne.

Pierwszy nasz postój następuje jednak nie w mieście, choć nazwa może sugerować co innego: Městečko Trnávka (Markt Türnau) nie posiada praw miejskich. Nad wioską górują ruiny zamku, dobrze widoczne z głównego skrzyżowania.


W sobotnie południe panuje tu bardzo senna atmosfera, nawet knajpy są jeszcze zamknięte. Nie pozostaje nam nic innego, jak ruszenie w stronę ruin. Przechodzimy przez coś na kształt małego rynku, które pewnie kiedyś był centrum osady.


Na skraju lasu stoi skromny pomnik z przełomu XIX i XX wieku upamiętniający czterdziesto, a następnie pięćdziesięciolecie panowania księcia Jana Liechtensteina, właściciela tych ziem. W sumie książę pełnił swą funkcję przez siedemdziesiąt lat i zajmuje czwarte miejsce wśród najdłużej rządzących monarchów w historii.


Nie byłem pewien, czy chce mi się wchodzić na górkę zamkową, ale Teresa zarządziła wspinaczkę. Dosłownie, bo poszliśmy na pałę przed siebie i po chwili stanęliśmy przy ruinach zamku Cimburk. 


czwartek, 5 marca 2026

Taliándörögd i Kapolcs - koniec świata w centrum kraju

Taliándörögd - tak nazywa się wioska, w której spędziliśmy ostatnią noc wakacyjnego wyjazdu w 2025 roku. Nazwa jest na tyle kosmiczna, że nawet nie próbowałem jej wymówić, wystarczyło, że znalazłem ją na mapie 😏.

W miejscowości, która wygląda jak jeden z wielu węgierskich końców świata, wita mnie cygański zaprzęg. Ale to nie dla niego tu przyjechałem.


Za zabudową znajduje się kemping fajnie prezentujący się w internecie: blisko wioski, ale otoczony łąkami, polami i lasami. Ponieważ zbliża się już wieczór, to mam pewne obawy, czy nie miniemy się z gospodarzami, ale trafiamy na siebie na szutrowej drodze prowadzącej do kempingu. A konkretnie jest to sympatyczna i atrakcyjna gospodyni w wypasionej terenówce. Rzuca z uśmiechem, że jedzie właśnie do mamy, ale wkrótce wróci, a nasz domek kempingowy już na nas czeka. I faktycznie, obok drzwi wisi tabliczka z imieniem i nazwiskiem. A gdybym chciał zostać anonimowy?
Domki wyglądają na w miarę nowe, są proste, ale wygodne: łóżko z pościelą, stolik, szafka, prąd. Łazienki, prysznice i kuchnia na zewnątrz, oddalone o kilkanaście metrów. Dla miłośników odpoczynku na wolnym powietrzu są ławki, stoliki, krzesła, hamaki i tym podobne.



Wkrótce wraca gospodarzowa. Wygląda na silną, samodzielną kobietę, która doskonale sobie ze wszystkim radzi. Świetnie mówi po niemiecku, więc nie ma - jak często na Węgrzech - problemów z komunikacją. Pytamy, czy w wiosce można coś zjeść, bo mijaliśmy przynajmniej dwie knajpy. Może można, lecz nie jest pewna, ale proponuje, że sama coś ugotuje, bo na kempingu prowadzi też mały bufet. Siadamy zatem pod wiatą i czekamy, aż przygotuje nam panini. Dostajemy też wielkie figi, przywiozła od mamy.


piątek, 27 lutego 2026

Ze słonego stepu przez Dunaj nad Balaton - węgierska prowincja w pigułce

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, a może nawet po raz pierwszy w czasie wakacyjnych wojaży na południe, z pobytu na węgierskich basenach termalnych nie wracamy od razu na Śląsk. Tym razem zarezerwowałem jeszcze jeden nocleg po drodze, więc na spokojnie możemy sunąć przez madziarską prowincję.

Najpierw staję na granicy Parku Narodowego Małej Kumanii (Kiskunsági Nemzeti Park). To akurat nie jest pierwszy raz, choć nigdy nie zatrzymywałem się akurat w tym miejscu.


Park nie tworzy całości, składa się z dziewięciu odległych od siebie części. Przed nami jego fragment określany jako Miklapuszta. Są to dawne tereny zalewowe rzek, które po ich regulacji zmieniły się w słony step, największy na Węgrzech. Po silnych opadach czasem zalega na nim woda, przyciągająca wiele gatunków ptaków, a w porze suchej pasie się bydło.



A po drugiej stronie drogi zupełnie inny klimat, przypominający kraje afrykańskie. Plus jedna z niewielu rzeczy, którą można zazdrościć Madziarom: świetne ścieżki rowerowe.




niedziela, 8 lutego 2026

Triplex Confinium - trójstyk w Banacie

Banat. Wielokrotnie pisałem o tej krainie historycznej i wspominałem, że to jedna z moich ulubionych. Wspominałem, że podzielny jest na trzy kraje: większość znajduje się w Rumunii, mniejszość w Serbii, a skrawek pozostał na Węgrzech. Zdarzało mi się odwiedzać jednego dnia Banat w dwóch krajach, ale jeszcze nigdy we wszystkich trzech - udało się to dopiero w lipcu 2025 roku, dzięki wejściu Rumunii do strefy Schengen. Ale po kolei.

Najpierw są ostatnie kilometry na serbskiej ziemi. Nagle na drodze wyrasta bela siana, która spadła z traktora pędzącego przed nami. Poluzowały się również inne, więc rolnicy próbują je jakoś zatrzymać.


Dwie ostatnie serbskie wioski to Majdan (Мајдан, węg. Magyarmajdány) i Rabe (Рабе, Rábé). Obydwie niewielkie, zamieszkałe niemal wyłącznie przez Węgrów i sprawiające ponure wrażenie z powodu opuszczonej i zniszczonej zabudowy. Już kiedyś przez nie jechaliśmy i nic się nie zmienia, chyba, że na minus.



Pojawia się węgierski płot antyimigrancki, to znak, że do przejścia coraz bliżej.


Przed nami trójstyk sebrsko-węgiersko-rumuński, zwany Triplex Confinium, reprezentowany przez biały obelisk z trzema stronami; każda zaopatrzona jest w herb odpowiedniego państwa.


Jeszcze dekadę temu pamiątkowy monument stał wśród pól, a jedyną infrastrukturą była tablica informacyjna i wiata w jednym z rogów, docierali tu jedynie rowerowi fanatycy. Jako pierwsi asfaltową drogę doprowadzili Rumuni, ale okazało się, że łatwiej było otworzyć przejście graniczne pomiędzy dwoma zaprzyjaźnionymi dyktatorami (Węgrami i Serbią) niż między krajami unijnymi. Przejście węgiersko-rumuńskie planowano na rok 2023 i znowu okazało się, że prędzej przyjdzie wstąpienie Rumunii do Schengen niż jego wybudowanie. Co prawda formalnie nie ma tutaj połączenia drogowego między Węgrami a Rumunią, ale... zobaczymy 😏 . Z boku widzę dwóch rumuńskich mundurowych stojących u siebie, za wsadzonymi w ziemię flagami.


czwartek, 15 stycznia 2026

Góry Bystrzyckie: Neratov - Jagodna - Chatka Sylwestrowa - Orlické Záhoří

Pewnego grudniowego razu w Górach Bystrzyckich panowała piękna pogoda. A przynajmniej tak zapowiadały niektóre prognozy, podczas gdy inne sugerowały coś zupełnie innego. Jadąc w ich kierunku rzeczywiście mieliśmy nad sobą czyste niebo, ale im bliżej gór, tym więcej gromadziło się chmur. Czyżby znowu miała nas dorwać klątwa pogodowa? Może jednak nie. Gramoląc się autem w stronę przełęczy Spalonej zatrzymujemy się, aby podziwiać widoki w stronę Kotliny Kłodzkiej i gór na jej wschodnim obrzeżu: jest Masyw Śnieżnika, jest Jawornik Wielki i Borówkowa. A w dole mgły.



Na przełęczy Spalonej stoją dwa wozy bojowe i jeden opancerzony ambulans. Wojsko z nami? Czy może czeka na atak z Czech?

Zjeżdżając w stronę granicy na skraju lasu obserwujemy piękny spektakl w wykonaniu chmur, które ocierają się o zbocza Gór Orlickich.




W dole zabudowania Mostowic (Langenbrück) oraz Orlickégo Záhoří. Szkoda, że nowy biały dom psuje tę panoramę.