piątek, 17 kwietnia 2026

Śląskie niedaleko: Ruda w Rudzie Śląskiej

Ruda Śląska to jedno z tych miast "czarnego" Śląska, które idealne wkomponowuje się w wyobrażenia o Górnym Śląsku. Często można spotkać opinie, że to najbardziej śląskie miasto, nie tylko z powodu najwyższego odsetka osób deklarujących narodowość śląską, ale też z powodu niepodrabialnego klimatu.

Miasto, podobnie jak wiele sąsiednich miejscowości, to zlepek kilku dawniej samodzielnych osad, które administracyjnie połączono w jedno. W przypadku Rudy Śląskiej następowało to etapami w latach 50.: poszczególne wioski przyłączano do miast Ruda i Nowy Bytom, które ostatecznie w 1959 roku urodziły się jako jedno, duże miasto. Mimo, że od połączenia minęło kilkadziesiąt lat, każda z dzielnic wydaje się żyć nieco w separacji od pozostałych, każda też ma odrębną historię. Zgodnie z naszą tradycją zwiedzania zakamarków Górnego Śląska w Wielką Sobotę, postanowiłem odwiedzić dwie z nich, na więcej i tak nie starczyłoby czasu. 

Zaczęliśmy od dzielnicy, od której całe miasto wzięło swą nazwę, czyli od Rudy. Wbrew pozorom nie jest ona centrum Rudy Śląskiej, bo te znajduje się w Nowym Bytomiu, ale ma ona najstarszą metrykę, bo istniała już w połowie XIII wieku. Najpierw zatrzymaliśmy się przy kolonii robotniczej Carl Emanuel. Pierwsze spojrzenie na narożne budynki przywodzą na myśl gotycką starówkę gdzieś na Pomorzu, a nie Górny Śląsk.


A jednak to Śląsk i osiedle patronackie, jedno z najładniejszych tego typu. Wybudowane zostało na początku XX wieku przez hrabiego von Ballestrema, właściciela zakładów przemysłowych na terenie Rudy. Tutaj zamieszkali pracownicy kopalni Wolfgang


Najbardziej efektowne są dwa narożne domy z wieżyczką, zresztą najmłodsze w kompleksie. Pozostałe mają już znacznie prostszą formę, lecz nie sposób odmówić im uroku.



W Wielką Sobotę panowała pogoda dla koneserów, bo było szaro i wietrznie. Na powyższych zdjęciach tego nie widać, bo zrobiłem je dwa dni później, gdy wróciłem na Rudę docykać jeszcze trochę materiału 😏. W szarówce kręciliśmy się wewnątrz osiedla i tam widać, że wcale jest bardziej różnorodne niż się wydaje: zachodnia pierzeja to odnowiona cegła, natomiast na wschodniej cegły zakryto tynkiem, niektóre niedawno, na innych zdążyły już się osiąść zanieczyszczenia.



Kiedyś pomiędzy familokami ciągnął się rząd chlewików, ale podczas "rewitalizacji" zostały one, z wyjątkiem jednego, zlikwidowane. Pomieszczenia gospodarcze, w tym króliczoki i gołębioki, znajdowały się również w zewnętrznym budynku obok zabudowanej bramy. Niektóre chyba nadal są używane.


Osiedle było kiedyś większe, jego najstarsza część z końca XIX wieku leżała na południe od tych ze zdjęcia. Znajdowały się tam obiekty usługowe, a także niższe standardem domy robotnicze, które wyburzono na początku tego stulecia podczas budowy Drogowej Trasy Średnicowej. Zachował się tylko położony bliżej pojedynczy dom przy ulicy Zabrzańskiej.


Zaraz za zabytkowym osiedlem wznoszą się współczesne bloki, a pomiędzy nimi kościół św. Piusa X z końcowej dekady PRL-u. Nie jest specjalnie piękny, ale w jakiś sposób nawiązuje cegłami do familoków.


W środku dość tłumnie, ludzie przyszli święcić jajka. Z wystroju zwraca uwagę odważny witraż przedstawiający św. Krzysztofa jako czarnoskórego, a mały Jezus też nie jest całkiem biały.


Przejeżdżamy kilka kilometrów na północ i parkujemy pod cmentarzem parafii Matki Bożej Różańcowej. Przed bramą wita góra śmieci.


Nekropolia pochodzi z początku ubiegłego wieku i jest naprawdę duża. Wśród grobów znajdziemy wiele takich, z których w patriotycznym czynie skuto niemieckie napisy.


Losu tego uniknął krzyż z 1907 roku, na którym napisy są w dwóch językach.


Pomnik górników, którzy zginęli w wypadkach w 1920. Tablice posiada powojenne, widać, że wcześniej było tam coś innego. W dodatku napisy są ahistoryczne, bowiem kopalnia Wawel nazywała się wówczas Brandenburg, natomiast Rokitnica nosiła nazwę Castellengo.


W centrum cmentarza wznosi się Pomnik Poległych o Wolność, wybudowany w miejscu dawnego Pomnika Powstańców Śląskich, zburzonego w 1939 roku. Ma postać łuku zwieńczonego krzyżem, natomiast na chodniku przed nim znajduje się płyta z gwiazdą i datą "1945". Czerwonoarmista?


Robiąc mu zdjęcie zauważyłem, że z tyłu idzie Murzyn. W sumie nic nadzwyczajnego i na Śląsku przecież się zdarzają. Dopiero jak mnie minął, to zorientowałem się, że to jednak biały, ale za to na sterydach i po tak intensywnym solarium, że zmienił mu się kolor skóry. Odwrotność Michaela Jacksona.

Jeszcze jedna pamiątka historyczna: mauzoleum Franza i Emilii Pieler. Przybyli oni do Rudy z Westfalii, Franz został dyrektorem kopalń Ballestremów, zaś jego małżonka była jedną z inicjatorek powstania osiedla Carl Emanuel. 
Mauzoleum odnowione, ale mam wrażenie, że jednocześnie służy jako skład rzeczy wszelakich.


Wychodzę za mur zobaczyć jakie to zakłady widać na horyzoncie - koksownia "Jadwiga" w Zabrzu. Zgodnie z planem ma zostać w przyszłym roku wygaszona. Z boku szyb Gigant dawnej kopalni Castellengo/Rokitnica.


Dziś wyjście za cmentarz, to żadne problem, ale w okresie międzywojennym mur był granicą polsko-niemiecką: pola za nekropolią leżały już w Rzeszy.

Kilkaset metrów od cmentarza stoi kościół parafialny, najstarszy w dawnej wiosce Ruda: oddany został do użytku w roku 1872. Fundatorami oczywiście byli hrabiowie Ballestrem, których herb znajdziemy na jednej ze ścian.


Neogotycki kościół z zewnątrz jest raczej przeciętny pod względem architektonicznym, mi przypominał przedłużoną stodołę. W środku znacznie mniej ludzi niż u Piusa X, bo akurat trafiliśmy na przerwę między święceniami potraw.



Z kościoła idziemy, jakże by inaczej, ulicą Kościelną. Przy niej, a także przy ulicy Staszica, ulokowano kolejne osiedle patronackie. Rzecz jasna też wybudowane przez Ballestremów dla pracowników ich zakładów i w podobnym okresie co poprzednie; charakterystyczne, że ostatnie prace przy nich zakończyły się w 1922 roku, po włączeniu Rudy do Polski nic już nie dokładano.



Osiedle składa się z dwóch typów budynków: przy ulicy Kościelnej domy przypominają te z Carla Emannuela, natomiast przy ulicy Staszica są inne, usytuowane szczytami do jezdni.


Niektóre z nich zaopatrzono w zdobienia, być może pełniące funkcje wzmacniaczy, bowiem wiele ścian jest popękanych.


Najbardziej okazały budynek stoi na skrzyżowaniu Kościelnej i Wolności, jedyny trójkondygnacyjny. Posiada on wykusz, a w ściętym narożniku schował się starszy od domu krzyż.


Osiedle uzupełniono także o gmachy użyteczności publicznej. Jednym z nich działa muzeum miejskie, które powstało jako Turnhalle, czyli sala gimnastyczna przy Szkole Gospodarstwa Domowego (Haushaltungsschule). Od 1922 roku budynek służył jako ratusz.


Wagonik upamiętniający kopalnię Wawel. Powstała w XVIII wieku jako Brandenburg i była jedną z najstarszych na całym Śląsku, a więc i na terenie obecnej Polski. Wawelem stała się w okresie międzywojennym i połączyła się z Walentym, czyli dawnym Wolfgangiem oraz jeszcze jedną kopalnią, tworząc Walenty-Wawel. A w czasach Gierka Walentego pogoniono i został znowu sam Wawel 😛.


Dom z kolumnami to dawna willa dyrektora koksowni.


O ile do tej pory z zachmurzonego nieba czasem coś pokropiło, to teraz nagle zaczęło ostro lać! Chowamy się w bramie, gdzie podchodzi jakiś koleś i przybija piątkę. Potem idzie kolejny i wesoło mnie pozdrawia. Miło. Przemykamy w deszczu pod jakąś dziwną konstrukcję, która zwie się "Dzielnicowym centrum handlowym"! 


Plusem Wielkiej Soboty są pozamykane popołudniem sklepy oraz puste drogi i chodniki, więc łatwiej robić zdjęcia. Poniżej wielki dom mieszkalny przy ulicy Wolności (za Niemców Friedrichstrasse), najdłuższej i najbardziej reprezentacyjnej w Rudzie.


Na ulicy Bankowej nowe domy nawiązują stylowo do familoków.


Wracamy na Wolności, bo deszcz się uspokoił. Po asfalcie niespodziewanie przemknął Maluch, rozświetlając żółtym kolorem panującą szarzyznę.


Bar Klaus. Trzeba będzie kiedyś go odwiedzić!


Na placu Żwirki i Wigury są dwa interesujące obiekty. Pierwszy to drewniany pawilon nieznanego mi pierwotnego przeznaczenia, choć znalazłem wpisy, że była to pijalnia wód mineralnych. Na pewno ma co najmniej sto lat.


Drugi to rzeźba "Górnik", zwana też "Olimpijczykiem", z 1964 roku.


Po drugiej stronie okazały Gräfliches Gasthaus - "Gościniec hrabiowski" wzniesiony pod koniec XIX wieku z polecenia Franza Ballestrema. Nazywano go pałacem, ale była to elegancka restauracja z miejscami noclegowymi i salami taneczną oraz bankietową. Po II wojnie światowej kopalniany Dom Kultury, teraz wrócił do swej pierwszej funkcji, ale już bez hrabiów.


Ulicę Wolności kończą tory kolejowe oraz dworzec, obok którego w radiowozie czai się dwóch policjantów i udaje, że pracuje. W środku funkcjonuje tylko poczekalnia, ale sam budynek wydaje się być w dobrym stanie.


Do samochodu, zostawionego pod cmentarzem, wracamy okrężną drogą. Zerkamy na ulicę Janasa...


...ale skręcamy w ulicę Bujoczka, gdzie domy stopniowo robią się coraz bardziej kolorowe od wyrażanej przez kibiców miłości i nienawiści.


W kolejnym parku trafiamy na ruiny zamku. W XIX wieku Ballestremowie przebudowali go na pałac w stylu neogotyku angielskiego, spłonął w momencie wchodzenia Armii Czerwonej. Zapewne dałoby się go odbudować, ale zupełnie go olano i dziś ostały się jedynie dolne fragmenty murów. Obok niego znajdują się ruiny domu, w którym przez jakiś czas mieszkał Karl Godula, zatrudniony przez hrabiów jako ekonom.



Na sąsiednim osiedlu zachował się piekarok, być może ostatni nadal działający na terenie Górnego Śląska. Pochodzi z mniej więcej 1900 roku, pełnił swoją funkcję do lat 50.. W przeszłości piekaroki były stałym elementem krajobrazu wśród familoków.


Autem podjeżdżamy na ulicę o szczególnej nazwie - Szczęść Boże. Rzędy ceglanych domów to kolonia Glückauf, ciągnąca się w stronę Zabrza. 



Szczęść Boże kończy się wiaduktem nieczynnej linii przemysłowej. Wiadukt leży w Zabrzu, a do 1939 roku leżał w Niemczech, Polska kończyła się kawałek przed nim.


Aby to lepiej zobrazować, podrzucam fragment niemieckiej mapy Hindenburga (Zabrza) z 1930 roku. Przejście graniczne na tej ulicy znajduje się w lewym, górnym rogu, natomiast w dolnej części mapy widać, jak granica biegła wzdłuż cmentarza. Obecnie granice Rudy Śląskiej nie pokrywają się z przedwojennymi.


Z tamtych czasów przetrwał polski posterunek graniczny, na którym umieszczono stosowną tablicę.


Do tej pory kręciliśmy się po terenach Rudy położonych na południe od głównej linii kolejowej, teraz przeniesiemy się na północ. Zaraz za nasypem z torami możemy zobaczyć zabudowania szybu Franciszek (Franz), który uruchomiono w XIX wieku. Początkowo był częścią wspominanej już kopalni Brandenburg, a przez pewien czas samodzielnego zakładu Graf-Franz-Grube. Nazwa, jak podejrzewam, honorowała hrabiego Franza Ballestrema.


Po zamknięciu kopalń udało się ocalić niektóre z otaczających go konstrukcji. Zwłaszcza remiza strażacka z wieżą, niczym u latarni morskiej, robi wrażenie. Wpisano ją na listę zabytków już w latach 80., więc nawet komuniści uznali ją za wyjątkową.


Wieżom towarzyszą dawne warsztaty, rozdzielnia, kuźnia oraz kotłownia, która akurat jest częściowo zniszczona, słabo prezentuje się także budynek mieszczący maszynę wyciągową. Z tyłu znajdują się stajnie, spod których ujada wielkie psisko.


Wśród drzew stoją ruiny obiektu z kolumnami wraz ze zdjęciem. W internecie raz piszą, że to był budynek dyrekcji, a raz, że cechowni. Nie wiem, czy dyrekcja mieściłaby się tak blisko szybu.


Za stajniami jest skromna siedziba klubu ciężarowego.


W remizie urządzono Lokalne Centrum Tradycji, choć nie wiem czy rzeczywiście już działa. Na pewno jednak Franciszek przyciąga ludzi. W sobotę kręciła się m.in. pewna para, w której chłop opowiadał, jak kiedyś tu pracował ("kiedyś to się działo, teraz to ruina"). W poniedziałek frekwencja była większa, sporo spacerujących.


Z tematyki górniczej wracamy do kościelnej (i zdjęć w zachmurzeniu, na szczęście już bez deszczu). Mijamy kaplicę Piusa X, która wygląda jak normalny kościół, tyle, że mały.


Wybudowano ją w 1870 roku, jest więc w podobnym wieku, co kościół Matki Bożej Różańcowej. Przez trzydzieści lat były jedynymi świątyniami Rudy, ale wzrost liczby wiernych sprawił, że przestały one wystarczać. Na początku ubiegłego wieku Ballestremowie postanowili wznieść zupełnie nowy, wielki kościół, który też otrzymał za patrona św. Józefa - w końcu robotników nie brakowało. Powstał obiekt w stylu neoromańskim, wzorowany na jednym z rzymskich kościołów.


Co ciekawe, w 1904 roku, kiedy dokonano poświęcenia, w Rudzie nie istniała ani jedna samodzielna parafia, wszystkie miejsca kultu były de facto prywatnymi świątyniami rodziny hrabiowskiej. Dopiero w 1906 roku rozpoczęła działalność parafia św. Józefa, gdy Franz Ballestrem oficjalnie przekazał kościół pod jurysdykcję biskupa wrocławskiego.


W podziemiach kościoła powstała krypta rodowa Ballestremów. Niestety, w Wielką Sobotę była zamknięta, więc nie mogłem jej zobaczyć.
Warto przy tej okazji napisać coś więcej o rodzinie, która "zbudowała Rudę". Pochodzili z północnych Włoch, na Śląsk przybyli wraz z pruskim wojskiem podczas wojen z Habsburgami i już zostali. Najbardziej znanym z nich był hrabia Franz (Franciszek), żyjący na przełomie XIX i XX wieku, który to fundował opisywanie kościoły i osiedla. W Rudzie uruchomił pierwszy wodociąg oraz oświetlenie elektryczne; była to pierwsza wioska w Rzeszy z taką instalacją. Oprócz przemysłu interesowała go też polityka, zasiadał w Reichstagu i Herrenhausie (Izbie Panów). Zmarł w 1910 roku. Syn Valentin przeżył go o zaledwie dziesięć lat. Następcą w imperium został dwudziestoletni Nicolaus, posiadający zakłady oraz rezydencje i w Polsce i w Niemczech. Nie był zwolennikiem nazistów, w początkach rządów Hitlera próbował nawet tworzyć coś w rodzaju urzędniczego ruchu oporu, ale potem zupełnie odciął się od polityki i wrócił do pomnażania majątku. Na początku 1945 roku uciekł z pałacu w Pławniowicach, lecz miesiąc później zginął w czasie nalotów na Drezno. Potomkowie górnośląskich magnatów żyją dziś głównie na zachodzie Niemiec.

Najpierw obchodzę kościół dookoła. Krzyż z 1908 roku, kiedyś z napisem w dwóch językach, został odniemczony. 


W środku pusto. Jak to w neoromaniźmie są tu półkuliste łuki i kolumny, niektóre z pięknie zdobionymi głowicami.



Ciekawy jest również sufit: kasetony pokryto polichromią rok przed wybuchem II wojny światowej.


Okolice kościoła ozdobione są różnymi mądrymi tekstami.


Biegnąca obok ulica zwie się Piastowską i jej kamienice to już nie zwykłe familoki, ale bardziej okazałe fasady, choć nadgryzione zębem czasu.




Kawałek dalej wszystko wraca do familokowej normy... 


Miejscowi bardzo kochają Górnik, a nienawidzą Ruchu Chorzów, uzewnętrzniają to setkami graffiti. Przy ulicy Górniczej ktoś włożył kupę wysiłku, aby na całej ścianie namalować nie herb swojej ulubionej drużyny, lecz odwrócony drużyny wroga 😛.


Jeżeli spojrzymy w boczne ulice, to zobaczymy rząd niskich domków, budowanych według jednego wzoru, a następnie rząd identycznych domów piętrowych.


Przed jedną z narożnych kamienic stoi mały budyneczek, który przypomina kapliczkę. W rzeczywistości jest to jednak "najmniejsza galeria Rudy Śląskiej", a pierwotnie była podobno... sklepem z rurkami z kremem.


Zupełnie inny charakter miały te dwa budynki przy ulicy Achtelika. W tym po lewej mieścił się Dom Wdów, w którym mieszkały wdowy po górnikach. Obok zaś rezydowały siostry boromeuszki, opiekujący się wdowami "duchowo".


I to już prawie koniec zwiedzania Rudy. Podjeżdżamy jeszcze do Rudzkiej Kuźnicy (Rudahammer), dawnej osobnej kolonii, w której Ballestremowie wybudowali największą na Śląsku Hutę. W okresie międzywojennym otoczona była z trzech stron terytorium niemieckim, bo sąsiadowała z Zabrzem i Bytomiem. I właśnie na granicy z tym drugim miastem zatrzymuję się na chwilę. Różnicę pomiędzy Polską a Niemcami nadal widać - otóż wraz z Rudą Śląską kończy się chodnik, w Bytomiu go nie ma 😏.


Obok drogi w krzakach znajdują się resztki budynku urzędu celnego, prawdopodobnie niemieckiego. Schody donikąd.


W ten sposób zakończyliśmy szwendanie się po Rudzie, zaraz przemieścimy się do kolejnej dzielnicy, do Orzegowa. Ale o nim już będzie w następnym wpisie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz