Pewnego marcowego dnia wybrałem się nad jedną z (podobno) największych
atrakcji województwa opolskiego, czyli nad Jezioro Turawskie. Musiałem
spalić trochę paliwa w samochodzie zastępczym, aby nie oddawać wypożyczalni
zbyt pełnego baku, więc aby nie jeździć bez sensu, to postanowiłem zobaczyć
coś konkretnego. Plus dodatkowo trzy wioski.
Pierwsza z nich to Kotórz Mały (Klein Kottorz, Klein Kochen.
Zaczynam od dworca kolejowego, do którego prowadzi brukowana aleja.
Dworzec to klasyczna pruska konstrukcja z początku XX wieku. Zamieszkały i tak na przykład "wejście do kas" służy obecnie jako okno, w dodatku z zamykanymi kratami.
Kiedyś perony były tu dwa, dochodziła też linia wąskotorowa z Turawy. Obecnie kilka razy dziennie kursują pociągi z Opola do Kluczborka.
Wracając do auta odkrywam, że tuż obok policja założyła sobie posterunek. Pierwszą ofiarę dorwali po niecałej minucie.
Jeśli chodzi o obiekty historyczne, to dworzec jest właściwie jedynym. Reszta wioski niczym nie przykuwa wzroku, może poza żółtym sklepikiem zlokalizowanym na skrzyżowaniu. A za nim widać charakterystyczny górnośląski dach sprzed stu lat.
Kolejna miejscowość to Kotórz Wielki (Groß Kotorz, Groß Kochen). Wbrew nazwie jest trzykrotnie mniejsza od
poprzedniczki, ale przynajmniej posiada kościół. Świątynię św. Michała
Archanioła wybudowano pod koniec XVIII wieku.
Na ścianach widnieją herby rodziny Garnier. Nazwisko brzmi francusko i faktycznie stamtąd pochodziła, na Śląsk przybyła w tym samym stuleciu, w którym wybudowano kościół. W kolejnym stali się hrabiami i otrzymali prawdo do noszenia się jako von Garnier-Turawa.
Na witrażu widać daty urodzin i śmierci Karla, trzeciego hrabiego
Garnier-Turawa.
Ksiądz Michael Sauer zmarł w 1929, ale nagrobek jest późniejszy, bowiem "Groß-Kochen" to nazwa, która obowiązywała od 1936 roku.
Pod murem lapidarium z kilkudziesięcioma tablicami, a pomiędzy nimi kanonier Helmut, który być może zginął w jakimś wypadku na poligonie. Kiedyś pewnie znajdowało się tam zdjęcie w mundurze.
Wśród alejek jest m.in. grób rodziny von Garnier (szczątki ostatniego właściciela dóbr turawskich sprowadzono w ubiegłej dekadzie), a także cztery groby wojenne. Trzy z nich to metalowe tablice z krzyżami, które kiedyś były często obecne na wojskowych kwaterach, ale padły łupem złomiarzy (np. w Opolu). Po bokach spoczywają - jak sądzę - miejscowi: piechociarz Schontalla z rezerwowego 51. pułku piechoty oraz fizylier Wilczek z nieznanego pułku piechoty gwardii. Obaj zapewne zmarli od ran, jeden w Poznaniu, drugi u siebie. Bardzo rzadki jest natomiast grób środkowy, bo spoczywa w nim rosyjski jeniec wojenny. Być może został tu wysłany do pracy w jakimś gospodarstwie. Ktoś chciał ukraść tablicę, ale udało mu się ją tylko złamać w rogu.
Obok pojedynczy grób żołnierski, tym razem opisany po polsku. Vincenty Długosz (czyżby krewny tego bajkopisarza?) był podoficerem w 3. pułku piechoty gwardyjskiej. Pułk ten walczył na froncie zachodnim.
Patrząc na dwujęzyczne napisy przypominam sobie, że Kotórz Wielki był
prawdopodobnie jedyną gminą, w której w czasie plebiscytu górnośląskiego padł
remis! Dokładnie po 162 osoby oddały głosy za Niemcami i Polską.
Jeśli chodzi o interesujące obiekty historyczne we Wiekim Kotorzu, to na tym lista
właściwie się kończy. Do kompletu można dodać jeszcze kilka kapliczek z
XIX wieku i budynek dawnego klasztoru (biały, po lewej), czy dom
parafialny z cegły.
Wsiadam do auta i już po krótkiej chwili mijam granicę obszaru
zabudowanego...
...a za nim wyrasta przede mną ściana, na którą prowadzą schody.
To wał Jeziora Turawskiego, jak niepoprawnie nazywa się ten
zbiornik wodny, który jeziorem przecież nie jest.
Jezioro powstało w latach 30. jako Turawa-Stausee. Często można
znaleźć także informacje, że przemianowano je na Hitlersee, jednak na
mapach niemieckich widnieje pierwsza nazwa, a Hitler został patronem
pobliskiego Szczedrzyka. Głównym celem budowy, oprócz regulacji poziomu
wody na Odrze, było stworzenie zaplecza rekreacyjnego dla Opola i tak jest
do dzisiaj, chociaż praktycznie co roku woda staje się zielona z powodu
zakwitu glonów.
W czasie budowy zlikwidowano dwie wioski i dwa przysiółki, ale nie było
one duże, mieszkało w nich kilkadziesiąt rodzin, które otrzymały
odszkodowanie i nowe domy.
Patrząc na wyłożony kamieniami brzeg nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten
dziwny, nienaturalny obiekt zupełnie nie pasuje do okolicy. Przypomina mi
zalany stadion.
Widok z korony wałów na Kotórz Wielki.
Węzeł szlaków PTTK przy schodach.
Pora udać się do Turawy, do czego zachęca też reklama oferująca
"bezpieczne zakupy". Co prawda nie chodzi o wioskę, lecz o centrum
handlowe, ale nie sposób się jej oprzeć 😏.
Turawa (która po polsku i po niemiecku nazywa się tak samo)
jest siedzibą gminy, choć nie największą jej miejscowością, gdyż obecnie co najmniej dwie inne są ludniejsze. Bliskość regionalnej władzy
przyciąga jednak jak słońce, bo spotkamy tutaj i market i nadleśnictwo i
zespół szkół. Nie zobaczymy natomiast kościoła, katolicy przynależą do
parafii w Kotorzu Wielkim.
W Turawie spotkamy też pałac. Wybudowany w XVIII wieku, przez prawie sto
lat należał do von Garnierów, którzy w 1937 roku przekazali go na potrzeby
sierocińca. Również po wojnie pełnił rolę Domu Dziecka, w wyniku czego
przebudowano większość pomieszczeń, niszcząc ich historyczny wygląd.
Dzieci wyprowadziły się z niego kilkanaście lat temu, kupiła go jakaś
spółka i zaczął się etap znany z wielu śląskich rezydencji, to znaczy
kompletnie przestano się o niego troszczyć. Potem odbyły się co najmniej
dwie licytacje komornicze, ale nie było chętnych na zakup, więc po prostu
niszczeje, choć - na szczęście - częściowo został zabezpieczony.
Okrążam pałac i oglądam ze wszystkich stron. Tabliczka znad głównego
wejścia musi pochodzić z czasów, gdy próbowano jeszcze coś z nim robić.
Detale przyciągają wzrok, szczególe metalowy wykusz!
Pałac teoretycznie jest zabezpieczony przed zwiedzaniem, ale ponoć bez problemu można się dostać do środka i zobaczyć to, czego jeszcze nie zniszczono. Wejście do piwnic nie stanowi żadnej sztuki, bo te nie są w żaden sposób zablokowane.
Bliskie sąsiedztwo pałacu to kilka zabytkowych obiektów. Pierwszy z nich to młyn, napędzany w przeszłości wodą z kanału, który potem został zasypany.
Drugi to dawna gospoda, nosząca różne nazwy od Gasthaus am Schloss po Turawiankę. Dzisiaj zamknięta na głucho i, podobnie jak pałac, wystawiona na sprzedaż. W praktyce oznacza to, iż w miejscowości z takim potencjałem turystycznym nie ma w centrum ani jednego lokalu gastronomicznego.
Pałacową oficynę wyremontowano i przerobiono na mieszkania, natomiast barokowa stajnia zmieniła się w sklep 😏.
Pałac niszczeje, ale gmina pamięta o ostatnich arystokratach z miejscowości i skwer przy głównym skrzyżowaniu nazwano "placem von Garnier".
Idąc w kierunku północnym dojdziemy do Małej Panwi (Malapane), rzeki, na której zbudowano Zbiornik Turawski. Mała Panew zaczyna bieg
gdzieś pod Koziegłowami i wpada do Odry. W Turawie przerzucono nad nią w
1903 roku most, a niedawno dołożono obok kładkę pieszo-rowerową.
Skoro dotarłem do Turawy, to wypadałoby jeszcze raz zajrzeć nad wodę. Z
wioski jest tu trochę dalej niż z Kotorza, ale podobnie jak tam, wita mnie wysoka ściana i schody, dość wąskie oraz nierówne.
Sam brzeg zbiornika wygląda tak samo kamieniście i trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś tutaj się kąpał. Tereny wypoczynkowe są bowiem ulokowane dalej, głównie na północnej stronie "jeziora".
Idę górą w stronę elektrowni wodnej. W pewnym momencie czuję straszny smród, jakby padliny, a w okulary zaczynają uderzać roje robactwa! Ciekawe, co tu zgniło?
Wielkie wrota, w które wpada Mała Panew. Za nimi widać ośrodek
wypoczynkowy na półwyspie Rybaczówka, który w przeszłości należał do
Ligi Obrony Kraju.


























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz