Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruś Czerwona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruś Czerwona. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2025

Zabytkowa Galicja: Kańczuga, Pruchnik i okolice

Kolejne wrześniowe zwiedzanie dawnej Galicji zaczniemy nietypowo, bo od kolejki wąskotorowej. Konkretnie Przeworskiej Kolei Dojazdowej, uruchomionej w 1904 roku na odcinku Przeworsk - Dynów. Jednym z jej głównych zadań było przewożenie buraków do cukrowni księcia Lubomirskiego. Kolej ta jest unikalna, ponieważ do dziś kursuje (oczywiście już jako turystyczna) na całej pierwotnej trasie liczącej 46 kilometrów i jest to prawdopodobnie najdłuższy czynny odcinek wąskotorowy w całej Polsce.


Na przejazd się nie załapiemy, bo trzeba na niego przeznaczyć cały dzień, ale zobaczymy trochę torów i dwa dworce. Pierwszy z nich znajduje się w pewnym oddaleniu od wioski Krzeczowice (Кречовичі) i akurat jest on ruiną, a przystanek został wyłączony z eksploatacji jako jedyny na całej linii - wąskie pociągi tylko przez niego przemykają.


Dworzec w 1991 roku wpisano do rejestru zabytków, a w kolejnym roku zamknięto.


Jak widać tory nie są idealnie proste, musi rzucać w czasie przejazdu 😏.


wtorek, 30 września 2025

Zyndranowa, Jaśliska i Zawadka Rymanowska

Autostop to dla wielu turystów najpopularniejszy środek transportu w Beskidzie Niskim. Nie tyle z powodu chęci poznawania nowych ludzi, ale z konieczności. Autobusów jeździ niewiele, często nawet pomiędzy większymi miejscowościami nie ma żadnych połączeń, zwłaszcza w wakacje. Jeśli coś już się pojawia, to zazwyczaj są to niewielkie busiki kompletnie nie przygotowane na człowieka z wielkim plecakiem, wożące ludzi pościskanych jak bydło.

Kiedy staję na drodze przy zjeździe do Świątkowej Wielkiej, mam za sobą kilkanaście kilometrów piechotą, ale jeszcze około trzydziestu do celu, jakim jest chatka w Zyndranowej. Na pewno nie przejdę całej tej odległości z buta. Teoretycznie miejsce do łapania stopa jest doskonałe: wiata przystankowa przy drodze ważnej w tej okolicy, którą co chwilę coś przemyka, ale brak tirów, ciężarówek i piratów drogowych. Stwierdziłem, że dobrze byłoby być najpóźniej o szesnastej w Tylawie. Miałem jednak jakieś złe przeczucia, które zaczęły się materializować po zrzuceniu plecaka i wyciągnięciu ręki: mija kwadrans, mija drugi, a ja nadal tu tkwię. Zaczynam studiować mapę i zastanawiać się, gdzie ewentualnie mógłbym rozbić namiot... Oczywiście przesadzam, dopiero niedawno minęło południe, ale w głowie kłębią się czarne myśli. Po trzech kwadransach ubieram ponownie plecak i ruszam w kierunku najbliższej kapliczki, a potem Krempnej. W tym momencie cieszę się, że słońce jest za chmurami i nie pali tak mocno jak wczoraj.


Mijam gospodarstwo, gdzie na polu cała rodzina zajęta jest polem kartofli. Dosłownie cała: rodzice, dzieci, psy, kot, przyszło też zgrupowanie kur i wszyscy zacięcie kopią w ziemi. Niedaleko od nich w końcu zatrzymuje się samochód: facet jedzie na pogrzeb i mnie zabierze. W czasie drogi opowiada, że wczoraj w tych okolicach kręciła się cała masa rowerzystów z jakiegoś dziwnego rajdu. Dziwnego, bo był to rajd z wyzwaniami, na przykład z zakazem odzywania się. Efekt był taki, że niektórzy rowerzyści pedałowali do Zakopanego przez Słowację 😏.

Wysiadam pod cerkwią w Krempnej (Крампна). Przejechałem na razie tylko pięć kilometrów, lecz od razu humor się poprawił i wróciła wiara, że nie utknę gdzieś na stałe. Ważne, że w końcu się ruszyłem!


piątek, 8 sierpnia 2025

Bieszczady klasycznie: Cisna, Wetlina i połonina

W Cisnej odbywała się kolejna edycja festiwalu Zew się budzi. Kierowca, który zabrał mnie na stopa, też na niego jedzie.
- Jestem z Rzeszowa, ale bywam na nim co roku - wyjaśnia.
Wyrzuca mnie przy głównym skrzyżowaniu obok nowego centrum handlowego. Ludzi masa, turyści mieszają się z festiwalowiczami. Umówiłem się z Kaśką, także balującą na imprezie - czekając na nią załapuję się na darmowy koncert na scenie pod pomnikiem. Z tego co pamiętam, to jakaś kapela białorusko-podlaska, nawet fajnie grali.


Kaśka zjawia się z całą wesołą grupą. Siadamy na zboczach górski pomnikowej. Rozmowy i śmiechy przy piwku, obok przewala się sporo osób, które się jeszcze nie obudziły 😏.

sobota, 19 lipca 2025

Bieszczady dla koneserów: Korbania i Łopienka

Początek mojego wyjazdu w Bieszczady w 2025 roku jest dokładnie taki sam, jak dwanaście miesięcy wcześniej: w ostatni dzień nauki szkolnej wysiadam z autobusu w Polańczyku. Na tym jednak podobieństwa się kończą: tym razem autobus był punktualny, jestem sam, a pogoda jest zupełnie inna. Przed rokiem bezchmurne niebo i bardzo wysoka temperatura, teraz zaczyna mżyć, a po chwili padać deszcz.


W autobusie byłem chyba najmłodszym pasażerem. Razem ze mną na chodnik wytoczył się tłum kuracjuszy.
- Przepraszam, nie wie pan, gdzie jest Solinka? - zagaduje mnie pewna kobieta.
- Solina już była, to jest Polańczyk! - woła lekko przygłuchy dziadek, stojący obok.
- Ale dom wczasowy Solinka!
Niestety, kompletnie nie znam lokalizacji miejscowych obiektów, ale jest ktoś, kto się orientuje, więc cała grupa idzie za nim. Ja natomiast podchodzę na pobliskie wzgórze o nazwie Sawin, gdzie spod wiaty można obejrzeć całkiem fajną panoramę okolicy. Ciekawie wygląda pofałdowane otoczenie Jeziora Solińskiego, jest też Smerek, Połonina Wetlińska i fragment Caryńskiej.



Nie kombinuję ze stopem, bo z Polańczyka dość często jeżdżą busiki. Robię zakupy i staję na przystanku, przy którym dwóch dżentelmenów raczy się piwem.
- Przepraszam, przesunę sobie napój bogów - mówi jeden z nich, gdy prawie kopnąłem w jego butelkę.
- Uważajcie na policję - ostrzegam, bo kawałek dalej patrol maglował jakiegoś kierowcę.
- Phi - machają ręką. - My się z nimi znamy. Poza tym łapią pijanych za kółkiem, bo dziś pierwszy dzień wakacji, rodzice nie muszą wozić dzieci do szkoły, to chleją. Trzeźwy piątek.
Panowie planują, żeby się dostać do Soliny, ale ani do pierwszego, ani do drugiego busa nie zostali wpuszczeni. Chyba też ich znają.
Ja takich problemów nie mam, choć w "moim" busie kierowca zaczął od groźnego pytania:
- Gdzie pan chce jechać?
Kiedy podałem cel, to z akceptacją kiwnął głową.
- Turyści to myślą, że wszyscy jeżdżą do Ustrzyk, dlatego się pytam.
Aż tak daleko mnie nie ciągnie, wysiadam na następnym przystanku, czyli po siedmiu kilometrach - w Wołkowyi (Вовковия). Dość nieoczekiwanie wita mnie w niej słońce, które na chwilę wyszło zza chmur.


czwartek, 26 czerwca 2025

Z plecakiem przez Ruś (3): Kobylnica Wołoska - Chotyniec - Przemyśl

Z gościnnej wiaty w przysiółku Szczeble maszerujemy do centrum wioski, którą jest Kobylnica Wołoska (Кобильниця Волоська; przez cztery lata gierkowskiej polonizacji istniała pod nazwą Kopytów Górny). Bożena tradycyjnie łapie stopa, Krwawy dwa pedały, a reszta wybiera ścieżkę przez pola. Mało było w tym roku polnego chodzenia, więc tym bardziej cieszy. 




Kopułę świątyni w Kobylnicy widać z daleka. Wydawało się, że tegoroczny rzepak będzie przekwitnięty, ale utrzymał się do maja w niezłej formie. 


Idę pierwszy i na asfalcie zatrzymuje się koło mnie śmieciarka, pierwsza z wielu, które zobaczymy dzisiejszego dnia.
- Dokąd idziecie?! - krzyczy chłop z szoferki.
- Przed siebie! - odkrzykuję, próbując być głośniejszy od silnika.
- Ale jak to? Nie macie celu?
- Dojdziemy tam, gdzie dojdziemy!
Śmieje się i macha ręką nad pożegnanie.
A tymczasem przede mną wyrastają budynki gminne z biblioteką i OSP. Na tyłach stoi wiata, lecz daleko mniej przyjemna od tej w Szczeblach. 


czwartek, 19 czerwca 2025

Z plecakiem przez Ruś (2): Wielkie Oczy i okolice

Wielkie Oczy (Великі Очі) to wioska położona przy granicy z Ukrainą: od głównego placu do słupków granicznych są ledwie dwa kilometry. Kiedyś posiadały prawa miejskie, ale po Wielkiej Wojnie podupadły i straciły je w 1935 roku. Pozostały siedzibą gminy, choć ta posiadała inny kształt niż obecnie, bowiem w 1945 pięć wiosek na wschód od Wielkich Oczu przyłączono do Kraju Rad.
Intrygująca jest jej nazwa. W czasie rozmowy z pracownikami zakładu pogrzebowego w Łukawcu dowiedziałem się, że pochodzi ona od dwóch stawów, które z lotu ptaka wyglądały jak wielkie oczy. No tak, ale pojawiła się on już w XVI wieku i wówczas raczej nikt nie wiedział, jak coś wygląda z lotu ptaka. Bardziej prawdopodobna jest wersja, że patrzono na nie nie z wysokości, ale z pewnej odległości: dwa stawy w połączeniu z zarośniętą groblą wyglądały jak ludzka twarz. Oryginalne stawy dawno przestały istnieć, lecz planuje się ich rekonstrukcję albo nawet już ponownie je wykopano.

Miejscowy, z którym jechaliśmy z Bożeną stopem, wysadza nas na rynku. Jego kształt ma sugerować dawny małomiasteczkowy charakter, ale część zajmuje park, więc nie jest to aż tak oczywiste.


Bozia rusza na spacer, a ja kupuję piwo i siadam na ławce przed sklepem, obserwując niewielki ruch uliczny. W pewnym momencie pojawia się wóz Straży Granicznej, zatrzymują się, bo funkcjonariuszka chce zrobić zakupy. Jej kolega za kółkiem zobaczył obcą twarz i od razu podszedł z notesikiem.
- Chcielibyśmy wiedzieć, gdzie będziecie spali - rzucił, gdy wyjaśniłem, co tu robimy. - To w związku z eee... ehmmm... uuuu.... akcją w pobliżu granicy - wykrztusił zmieszany. 
Podaję mu przybliżone szczegóły, on z kolei pokazuje mi karteczkę z numerem telefonu i prosi, aby jutro zadzwonić, gdy będziemy się kręcić w newralgicznych miejscach. Muszą mieć kryzys finansowy, bo zazwyczaj taki suvenir dostawałem na wyłączność, a tutaj musi wystarczyć mi jego zdjęcie 😛.

Bożena wraca i teraz ja ruszam na spacer po uliczkach śladami wielokulturowej przeszłości wioski.
Słownik geograficzny Królestwa Polskiego informuje, że pod koniec XIX wieku mieszkało w Wielkich Oczach prawie dwa tysiące osób. Połowa wyznawała judaizm, reszta katolicyzm, przy czym więcej rzymski. Co ciekawe, autorzy twierdzili, że niemal wszyscy są Polakami, a więc większość żydów i unitów uznano za swoich rodaków. W XX wieku byłoby to nie do pomyślenia, a i zapewne sami zainteresowani niekoniecznie się z tym zgadzali. W okresie międzywojennym proporcje się zmieniły: liczba wyznawców judaizmu spadła o połowę, rzymscy katolicy (w domyśle: Polacy), wysunęli się na pierwsze miejsce. Grekokatolicy (Ukraińcy/Rusini) zajmowali trzecie miejsce, lecz nadal były ich ponad trzy setki. Druga wojna światowa przeorała wszystko: Żydzi zostali albo wymordowani na miejscu albo wywiezieni do obozów, Ukraińców wypędzono. Współczesne Wielkie Oczy są senną mieściną, która nie ma nawet tysiąca mieszkańców. Na szczęście niektóre pamiątki po dawnych sąsiadach zostały: okazała synagoga z 1910 stoi przy samym rynku. Za PRL-u pełniła różne role, łącznie ze skupem jaj, obecnie mieści bibliotekę.


Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy z 1925 roku, jedyna w województwie i jedna z nielicznych w Polsce (albo nawet jedyna) zbudowana w stylu szachulcowym. Niestety, mocno zaniedbana.


środa, 11 czerwca 2025

Z plecakiem przez Ruś (1): Lubaczów - Szczutków - Łukawiec

Wiosną często używam słowa "tradycyjnie". Zwłaszcza w maju: w tym miesiącu tradycyjnie odbywa się nasza wędrówka wzdłuż granic Polski. Początkowo były to granice wschodnie, teraz wschodnia i północna, ponieważ tradycyjnie jednego roku chodzimy na południu, a drugiego na północy. Ponieważ w 2024 roku kręciliśmy się po Mazurach, to w obecnym wypadłoby wrócić w dolne rejony kraju. Dwa lata temu było to Roztocze i skończyliśmy wyjazd w Gorajcu. Tym razem chcemy zacząć w nieodległym od niego Lubaczowie. Patrząc na krainy historyczne to będziemy już piąty raz na Rusi Czerwonej, konkretnie odwiedzimy dawne ziemie bełską i przemyską. Biorąc pod uwagę podział geograficzny, to niemal cały mój pobyt będzie na Płaskowyżu Tarnogrodzkim.

Nietypowo dla nas ruszamy w poniedziałek. Inną zmianą jest ta, że nie musimy się już telepać przez pół Polski, tylko wystarczy jeden pociąg w kierunku Przemyśla plus jedna przesiadka. Jako pierwsza podróż zaczyna Buba, zbierając po drodze kolejne dwie osoby. Ja wchodzę na pokład cugu godzinę po niej, lecz spotkamy się dopiero wieczorem. W tym przypadku samotna podróż jest mi na rękę, bo będę próbował trochę odespać nockę, ale w polskich pociągach jest to ostatnio trudne: ścisk, hałas, czasem smród, pielgrzymki ludów w jedną i drugą stronę. Do tego konduktorzy dostali słowotoku: nieustannie, niekiedy co kilka minut, trzeba po raz kolejny witać pasażerów, przypominać o następnej stacji, powtórzyć, że się zbliżamy, zasugerować zabranie bagażów i bycie uważnym, pożegnać i podziękować, a wszystko to przy głośnikach podkręconych tak, jakby cały skład zabrał ze sobą wyłącznie osoby z przytępionym słuchem albo imbecyli. Co prawda społeczeństwo ponoć teraz mocno głupieje, ale to jednak lekka przesada. Efekt był taki, że przez pięć godzin podróży spałem może godzinę. 

Pogodę na ten dzień zapowiadano bardzo zmienną. Na Śląsku jeszcze świeciło słońce, w Małopolsce nadciągnęły chmury. Przypadek? Im bardziej na wschód, tym bardziej pachnie deszczem. Na horyzoncie coraz bardziej ciemno.


Wysiadam w Jarosławiu (Ярослав). W mieście, którego patronem jest prezes z Żoliborza, mam około dwudziestu minut. Zrobiło się zimno, siąpi. Jarosław jest istotnym węzłem komunikacyjnym, co chwilę przyjeżdża jakiś autobus. Niestety, ja muszę wsiąść do busika, w którym ledwo się mieszczą wszyscy chętni. Dodatkowo każdy z nich uparł się, aby zabrać do środka bagaże, więc ciężko nawet przejść, bo wszędzie walają się torby.


Po drodze dopada nas straszliwa ulewa, widoczność spada do kilku metrów. Potem jednak wychodzi słońce, które wita mnie w okolicach dworca kolejowego w Lubaczowie (Любачів).


wtorek, 29 października 2024

Zabytkowa Galicja: cerkwie w zachodniej części powiatu przemyskiego

Początek września to u mnie tradycyjny okres zwiedzania zabytków - przeważnie sakralnych - województwa podkarpackiego. Tym razem przyjrzymy się świątyniom w zachodniej części powiatu przemyskiego. Niemal wszystkie przedstawione w tym wpisie obiekty to dawne cerkwie greckokatolickie, bo właśnie one interesowały mnie najbardziej. Niestety, od 1947 roku żadna z nich nie spełnia już swojej pierwotnej roli. Większość została przekształcona w kościoły rzymskokatolickie i mniej lub bardziej przebudowana, pozostałe zaś nie są używane do regularnych celów kultowych: część z nich została wyremontowana, inne natomiast z każdą wiosną coraz bardziej zbliżają się do stanu rozbiórkowego.

Pierwszy postój to wioska Wapowce (Вапівці), położona kilka kilometrów na zachód od Przemyśla. Dokładne ustalenie dawnego składu etnicznego jak zawsze może nastręczać problemy - polskie spisy powszechne bywały w tych przypadkach nierzetelne, z kolei Ukraińcy lubili zaliczać do swojej nacji wszystko co się ruszało i nie było endekiem ani żydem. Nie ulega jednak wątpliwości, że ta prawie tysięczna miejscowość w okresie międzywojennym była zamieszkana głównie przez Ukraińców wyznających grecką odmianę katolicyzmu. Pamiątką po nich jest cerkiew św. Mikołaja, dziś kościół filialny pod wezwaniem tego samego patrona. 


Cerkiew wybudowano w 1875 roku. Być może data nad drzwiami (1915) to rok remontu po zniszczeniach wojennych powstałych w czasie szturmowania Twierdzy Przemyśl. Obok stoi drewniana dzwonnica.


Na cmentarzu szaleje chłop na traktorku i przycina wyschniętą trawę w taki sposób, że w powietrzu zrobiło się zielono. Zachowało się kilkanaście starych nagrobków w cyrylicy, ale na grobie "księdza kanonika" napis wykonano po polsku.


Plac zabaw naprzeciwko OSP 😏.


niedziela, 20 października 2024

Beskid Niski: Svidník - Zyndranowa

Svidník (Свідник). Jakoś się tak złożyło, że podczas kilku ostatnich odwiedzin Beskidu Niskiego zawsze odwiedzam to miasto. To jednak nie przypadek, ja je naprawdę lubię, choć spora część to typowe socjalistyczne bloki. Mimo wszystko czuję tu specyficzny klimat będący mieszanką gór i wielokulturowego pogranicza, podlany sosem głębokiej, słowackiej prowincji. 


Jako miasto Svidník nie posiada długiej historii: prawa miejskie otrzymał dopiero w 1964 roku. Dwadzieścia lat wcześniej powstał z połączenia dwóch znacznie starszych, sięgających średniowiecza osad. Były to Vyšný Svidník (Вышній Свідник, Felsővízköz, Obersvidnik) oraz Nižný Svidník (Нижнїй Свідник, Alsóvízköz, Niedersvidnik). Ten pierwszy był bardziej wiekowy oraz większy, leżał na prawym brzegu rzeczki Ladomirki, tam, gdzie dzisiaj biegnie główna droga i znajduje się większość kościołów, sklepów oraz muzeum wojenne. Ten drugi, położony na lewym brzegu Ladomirki, to teren, gdzie obecnie działa m.in. dworzec autobusowy. Ostatni spis z czasów Habsburgów wykazał, że mieszkała w nich głównie ludność rusińska, a także spore grupy Niemców i Węgrów, natomiast nie informuje on o żadnych Słowakach.
Obie wioski w XX wieku dwukrotnie spotkała katastrofa. Najpierw w grudniu 1914 roku żołnierze austrowęgierscy podpalili zabudowę oraz jedyny most, woląc ją zniszczyć, niż żeby dostała się w ręce nacierających Rosjan (Węgrzy twierdzą, że podpalili ją Rosjanie, trudno się przyznać do niszczenia swoich terenów). Następnie w 1944 kolejne ogromne zniszczenia przyniosły walki w czasie operacji dukielsko-preszowskiej. Efekt jest taki, że współczesny Svidník to przede wszystkim architektura z okresu socjalistycznej Czechosłowacji. Narodowa w treści, socrealistyczna w duchu, albo odwrotnie. 


Dom Kultury pochodzi z początku lat 60. ubiegłego wieku. Wygląda jak mniejsza wersja DK w Łaziskach Górnych.


poniedziałek, 12 sierpnia 2024

Bieszczady: Caryńskie - Nasiczne - Wetlina

Autostopem podjeżdżamy na południowy kraniec Dwernika (Дверник, 1977-81 Przełom). Trochę żałuję, że minęliśmy drewniany kościół, ale nie będziemy się już do niego wracać. Co prawda na razie jest piękna, słoneczna pogoda, lecz złe prognozy nie śpią... Jeszcze wczoraj pokazywały, iż mocne deszcze i burze mają się pojawić dziś przed południem, teraz przesunięto je na godzinę czternastą. Na zegarku jest dopiero po dziesiątej, więc mamy teoretycznie sporo czasu, jednak nie ma co kusić licha: skoro złapaliśmy podwózkę na koniec wsi, to trzeba to wykorzystać!

Podziwiamy niewielką remizę: o ile wczoraj w Polanie strażacy na malowidle ściennym walczyli nie tylko z ogniem, ale i z niedźwiedziami, o tyle tutaj... sami są misiami i walczą z wilkiem 😛.


Przystanek autobusowy w stylu góralskim. Coś tu nawet jeździ, ze dwa kursy dziennie.


Biedny miś,
do wojska nie chciał iść
i walczyć za Zełenskiego,
więc wylądował za płotem.


wtorek, 6 sierpnia 2024

Pasmo Otrytu: Polana - Chata Socjologa - Dwernik

Po wielu odwiedzinach centralnej części Bieszczadów przyszła pora na ich północne rubieże: pasmo Otrytu. O ile w ogóle zaliczymy je do Biesów, bo niektórzy uznają je za część Gór Sanocko-Turczańskich. Przyglądając się jednak klasycznemu podziałowi Kondrackiego, jak i najnowszej regionalizacji, Otryt bezsprzecznie należy do Bieszczadów, których północna granica biegnie tuż za nim, wzdłuż potoków Czarnego i Głuchego.

Zanim jednak tam dotrzemy, to czeka człowieka długa, nocna droga. Najpierw autobus mocno spóźnia się w Katowicach, potem te opóźnienie jeszcze się zwiększa, więc w Krakowie Kasia też musi swoje odczekać. W efekcie wysiadamy z pojazdu dopiero przed ósmą rano, spoceni i zmęczeni. Jest jeden z najdłuższych dni w roku i temperatura już robi swoje. Stajemy na rondzie w górnej części Polańczyka (Полянчик).


Uzdrowisko tworzące wraz Soliną podkarpackie Krupówki nigdy mnie nie przyciągało, ale dzięki swej popularności ściąga część ludzi z "właściwych" Bieszczadów, a mamy 
z tego miejsca do ich granicy  jeszcze co najmniej dziesięć kilometrów. Jak przebyć tę odległość? Za jakiś czas pojedzie tam busik, ale może uda nam się złapać do tego czasu stopa. Opuszczamy zatem przystanek i zaczynamy schodzić w dół drogą w stronę Wołkowyi. Między drzewami pojawia się Smerek, to nie aż tak daleko, około dwudziestu kilometrów.


Przedwojenny Polańczyk w niczym nie przypominał dzisiejszego uzdrowiska: była to mało znana wioska zamieszkana w zdecydowanej większości przez ukraińskich/rusińskich grekokatolików. Wypędzenia oraz budowa zbiornika na Sanie i Solince sprawiła, że zmieniło się wszystko. Jedną z nielicznych pamiątek z przeszłości jest dawna cerkiew św. Męczennicy Paraskiewy z 1909 roku. Tyle, że ciężko rozpoznać jej metrykę...


sobota, 4 listopada 2023

Drewniana Galicja: cerkwie na północ od Sanoka

W tym wpisie chciałbym przedstawić tereny położone wzdłuż Sanu mniej więcej na północ i północny-wschód od Sanoka. Pod względem administracyjnym są to powiaty brzozowski i sanocki, pod względem geograficznym pogranicze Pogórza Dynowskiego i Gór Sanocko - Turczańskich. A pod względem historycznym to dawne województwo lwowskie, ziemia sanocka. W tych okolicach w dolinie Sanu żywioł ukraiński lub rusiński mieszał się z polskim, często przeważał. Będą nas interesować znajdujące się tam zabytkowe świątynie, które kiedyś były cerkwiami, a obecnie funkcjonują jako kościoły rzymskokatolickie. 

Pierwszy raz przekraczamy rzekę mostem w Dynowie i znajdujemy się na wschodnim brzegu Sanu. Po kilku kilometrach jazdy na południe zaczynają się Siedliska (Селиська). Przed wojną była to wioska polsko - ukraińska, z niewielką przewagą jednych lub drugich (w zależności od źródeł). Grekokatolikom służyła prosta w formie drewniana cerkiew św. Michała Archanioła, wybudowana w latach 60. XIX wieku. Po "wymianie ludności" oraz akcji "Wisła" stała się ona kościołem Wniebowzięcia Matki Bożej, ale obecnie rolę sakralną przejęła nowa, bezstylowa świątynia. Widać ją w tle po lewej.


Cerkiew sprawia wrażenie schowanej za żywopłotem, obok niej uchowała się murowana dzwonnica.


Gdyczyna (Ґдичина)
, kiedyś samodzielna wioska, dziś podlega pod Siedliska. Na zdjęciu najprawdopodobniej zabudowania dworskie.


W Wołodziu (
Володжь, w latach 1977 - 1981 Czechów) Ukraińcy i grekokatolicy stanowili prawie całą ludność. Ich cerkiew była murowana, ale cegły, w przeciwieństwie do drewna, nie miały przyjemności przetrwać; rozebrano ją w 1956 roku. Pamiątką po dawnych mieszkańcach jest neogotycka kaplica Trzcińskich, ostatnich właścicieli wsi. Ona akurat nigdy nie służyła do celów religijnych.


piątek, 6 października 2023

Beskid Niski: z Zyndranowej do Doliny Śmierci i Svidníka

Kilka razy już pisałem, że jedną z licznych zalet chatki SKPB Rzeszów w Zyndranowej jest jej przygraniczne położenie, co umożliwia łatwe wypady na Słowację. Wystarczy skorzystać z żółtego szlaku, który biegnie prawie pod drzwiami chatki, wspiąć się łąkami oraz lasem i po niecałym kilometrze pokażą się słupki graniczne.


Następnie jak zwykle skręcam w kierunku przełęczy Dukielskiej. Las jest mokry, a że temperatura szybko idzie w górę, więc miejscami unosi się para.


Słowacy wreszcie zakończyli remont muzeum i wieży, ale dziś nie mam czasu, aby ją odwiedzić.


sobota, 30 września 2023

Beskid Niski: Krempna - Żydowskie - Ożenna - Huta Polańska

Krempna (Крампна) leży w środku Beskidu Niskiego i od niej rozpocznę letnią wędrówkę po tym paśmie w roku 2023. Nietypowo jak dla mnie, bo zazwyczaj starowałem bardziej na wschód albo na zachód, ale w środku nigdy.

Mocno pomięty wysiadam w wiosce, będącej siedzibą gminy, w lekko zaawansowane popołudnie w połowie sierpnia. Za mną wiele godzin jazdy i pięć różnych połączeń (jeden pociąg i cztery autobusy). Podróż w ostatnim busie umilały mi rozmowy starszych państwa o śmierci ich znajomego.
- Podobno Jędrek umarł - mówił pewien dziadek. - Ale na wszelki wypadek zadzwonię do niego i sprawdzę, czy odbierze.

W Krempnej wita mnie dokładnie taka pogoda, jaką zapowiadali: chmury wiszą nisko nad horyzontem i straszą deszczem. Może się wstrzymają chociaż do wieczora?


Swoje pierwsze kroki kieruję na cmentarz wojskowy numer 6; jakoś zawsze było mi do niego nie po drodze. Położony jest on na wzgórzu Łokieć, zatem muszę trochę podejść. Mijam jedną ze świeżych wiat postawionych w Beskidzie Niskim za grube pieniądze, a z racji lokalizacji wśród zabudowy kompletnie do niczego nieprzydatnych.


Trochę widoków, a tymczasem zaczyna siąpić. Miło.


środa, 2 sierpnia 2023

Bieszczady wysokie: przełęcz Orłowicza, Rawki, Połonina Caryńska

Po Bieszczadach niskich przyszła kolej na te wyższe. Planowałem je zacząć dzień później, ale trzeba korzystać z ładnej pogody, więc z wetlińskiego PTTK-u pędzę przez Stare Sioło na żółty szlak w kierunku przełęczy Orłowicza. Widoki na okoliczne górki podkręcają mi tempo.



Na szlaku pustawo. Jeszcze. Nawet w kasie parkowej pusto, ale okazuje się, że kontrolerka siedzi obok zamkniętej budki, więc i tak muszę opłacić haracz.
W okolicach deszczochronu zaczepia mnie facet z babą.
- Który szczyt dzisiaj?
- Dopiero pierwszy.
- Ale w którą stronę? W lewo czy w prawo na przełęczy?
- Prosto.
- Ooo? Jak to?
- Idę do Jaworca, sprawdzić jak tam podrożało - mrugam okiem.

Uwielbiam wyjście z lasu pod przełęczą. Nagle uderza w człowieka zieleń i przestrzeń!


środa, 12 lipca 2023

Bieszczady niskie: Baligród - Rabe - Łupków

Późnowiosenną przygodę z Bieszczadami w roku 2023 zaczynam tym razem w Baligrodzie (Балигород). Po raz pierwszy przyjechałem tu autobusem, a nie stopem, ale skoro w Lesku akurat się trafił, to bez sensu byłoby kombinować dla siedmiu złotych oszczędności. W Baligrodzie niebo jest całkowicie zachmurzone (co zapowiadano) i lekko mży (czego nie zapowiadano).


Siadam na przystanku aby zjeść śniadanie. Obok kręci się grupka dzieci, które czekają na autobus szkolny. Zagaduje je jakaś babka.
- Jedziemy na Chatkę Puchatka - informuje jedna z nastolatek.
- Ooo - dziwi się babka. - A gdzie to?
Pada przybliżona lokalizacja.
- No proszę. Mieszkałam kiedyś w Wetlinie, ale o niej nie wiedziałam - kręci głową kobieta.
- Tam się idzie pięć godzin! - dodaje z powagą kolega nastolatki.
Ta krótka rozmowa jest kolejnym potwierdzeniem częstej sytuacji, że można mieszkać w górach i nie mieć o nich pojęcia.

Podczas mojej pierwszej wizyty w Bieszczadach w Baligrodzie wizytowałem spelunkę, ale teraz oczywiście nic takiego już nie działa. Skoro nie można się nawodnić, a zresztą pora jeszcze wczesna (jest ósma rano), to chociaż pozwiedzam. Postanawiam sprawdzić czy coś się zmieniło na miejscowym cmentarzu żydowskim. No i nic się nie zmieniło: nadal trzeba się wspinać po śliskiej ścieżce i łazić w głębokiej trawie. Przy okazji, lustrując znaki, dowiedziałem się, że "cmentarz żydowski" to nie to samo co "kirkut", bowiem ewidentnie prowadzą do nich inne drogi.




Chmury wiszą nisko, ale na szczęście mżawka chwilowo ustała.