Pierwsze kroki na mazurskiej ziemi stawiam na peronie w
Łankiejmach (Langheim). Zaledwie stacje dalej są Korsze (Korschen),
gdzie dwa lata temu skończyliśmy wędrówkę po Mazurach, więc zaczynam prawie w
tym samym miejscu. Razem ze mną z pociągu wychodzi chłopak z rowerem - patrzy
się na mnie dziwnie i znika. Plecakowców raczej rzadko tu widują. Jestem
wykończony dziewiętnastogodzinną podróżą ze Śląska, ale szczęśliwy, iż znowu
udało się tu przybyć!
Po drugiej stronie torów stoi pruski dworzec z cegły, od dawna zamknięty.
Kawałek dalej ceglany dom przy brukowanej drodze - jest klimat!
Droga prowadzi początkowo wzdłuż torów, a potem odbija w stronę wioski.
Zaglądam na skraj pobliskiej łąki, zobaczyć, czy rzepak już dojrzał. Dojrzał!
Po chwili dochodzę do drogi wojewódzkiej przy której wznosi się obiekt, z
którego słyną te okolice, czyli gotycka świątynia. Kościół św. Jana
Chrzciciela wybudowano w XIV wieku, w kolejnym dołożono wieżę, którą po kilku
stuleciach zniszczyła wichura i trzeba było ją zrekonstruować.
Szkoda, że drzwi są zamknięte.
Według internetu dookoła zachował się cmentarz, w rzeczywistości go tam nie ma
albo się sprytnie schował. Zamiast niego znalazłem kamień z tablicą poświęconą
polskiemu oficerowi zabitemu w 1940 roku w Kalininie. Dlaczego akurat jemu?
Pewnie miał jakieś powiązania z ludźmi przybyłymi tu z Kresów.
Już jadąc na Mazury dwa lata temu zwróciłem uwagę na nazwę wioski, która łamie
język. Pochodzi ona z języka pruskiego: keym znaczyło dwór lub wieś, a
lanka to po prostu łąka. Stąd
Lankkaims, Lankaym przekształcone potem w
Langheim. Dziwne, że polska administracja nie nadała jakieś bardziej
polskiej nazwy, na przykład od nazwiska kogoś wielce zasłużonego.
Kiedyś w miejscowości znajdował się piękny, klasycystyczny dwór rodziny von
der Groeben. Został spalony przez Sowietów w 1945 roku, ruiny rozebrano.
Pozostałością po majątku są zabudowania folwarczne.
Z wynalazków cywilizacji jest dziś w Łankiejmach szkoła i sklep, jedyny w
okolicy. Zakupy zrobię jednak później w mieście, a teraz idę zobaczyć
cmentarz parafialny. Kładką przekraczam brunatną i śmierdzącą rzeczkę
Sajnę (Zaine).
Cmentarz pod względem historycznym rozczarowuje: nie ma żadnych starych
grobów, uchowało się pojedyncze przedwojenne ogrodzenie.
Wracam się do szosy wojewódzkiej, aby łapać stopa. Najlepiej byłoby stanąć w
cieniu, ale w takich miejscach nie ma pobocza, lokuję się więc na słońcu,
gdzie łatwiej będzie kierowcom się zatrzymać. Niestety, ponad półgodzinna
próba zakończyła się fiaskiem. Minęło mnie kilkadziesiąt aut, większość
patrzyła na mnie jak na idiotę, pozostali pokazywali idiotyczne znaki.
Jedni, że kończą jazdę (po czym widziałem, jak mknęli w dal), inni, że
skręcają w lewo, jeszcze inni, że w prawo (czyli tam, gdzie chciałem jechać).
Zrezygnowany poszedłem na przystanek, gdzie zaraz miał się zjawić busik. Nie
chciałem ryzykować, kolejny był dopiero za dwie godziny, a przecież mogłem nadal nie złapać żadnej podwózki! Dobry humor z peronu powoli zmienił
się w złość: radość z przybycia zaczęła być przykrywana nieprzespaną nocą,
słońce dokładało dodatkowe zmęczenie, plecak ciążył, a teraz jeszcze kłopoty z
wydostaniem się z wioski. Gdy busik przyjechał, to nerwówka tylko się
zwiększyła: nie dość, że nie miał bagażnika, więc siedziałem z plecakiem przy
wejściu co chwilę go przesuwając, żeby się nie wywrócił i nikt o niego się nie
potknął, to jeszcze skasował mnie kilkanaście złotych za niecałe dwadzieścia
kilometrów. Dobry biznes.
A zmieniając temat: choć pojechałem do województwa warmińsko-mazurskiego, to
okazało się, że sporą część mojej wyprawy nie spędzę ani na Warmii ani na
Mazurach. A gdzie? Otóż w Prusach Dolnych, zwanych przez Niemców
Niederland! Pojęcie to zostało po wojnie skutecznie wyparte z
powszechnej świadomości, co nie zmienia faktu, że taka kraina nadal
istnieje. Obejmuje ona tereny na północ i wschód od Warmii, częściowo
pokrywając się z zachodnimi Mazurami - Korsze, Łankiejmy to jednocześnie i
Prusy Dolne i Mazury. Ale już ziemie mniej więcej od Bartoszyc nie leżą na
Mazurach, to "same" Prusy Dolne, ciągną się one aż po Kaliningrad i dalej do
Niemna. Dodam, że istnieją jeszcze Prusy Górne, ale one leżą na południe od
Warmii, za to w górnym biegu rzek.
Tytuł mojej wyprawy może zatem brzmieć "Z plecakiem przez Prusy", bo
wszystkie wymienione tutaj krainy - a więc Prusy Dolne i Górne, Warmia,
Mazury - wchodzą w skład wielkiego regionu historycznego Prusy 😊.
Po pół godzinie wysiadam właśnie w Bartoszycach (Bartenstein),
mieście w Prusach Dolnych, ale już nie na Mazurach. Mój etap mazurski był w
tym roku wyjątkowo krótki, bo ograniczył się tylko do Łankiejmów. Żeby
jeszcze dodatkowo skomplikować obraz, Bartoszyce jednocześnie leżą w Barcji (Barten), mniejszej krainie historycznej wywodzącej się od pruskiego plemienia
Bartów.
Wysiadam na rozgrzanym placu przy dworcu kolejowym i ruszam w miasto. W jego
centrum meandruje rzeka Łyna (Alle, Лава) - jak już wspominałem podczas wizyty w Olsztynie, odegrała ona istotną rolę w
tegorocznej wędrówce, bowiem nasza ekipa często nad nią spała. Łyna jest
popularna wśród kajakarzy i w wielu punktach zorganizowano przystanie wraz z
miejscami, gdzie można przenocować.
Za rzeką, na skraju parku w którym kiedyś stał zamek krzyżacki, znajduje się
jeden z najciekawszych cmentarzy z Wielkiej Wojny, jaki widziałem! Na
pierwszy rzut oka wygląda jak wielkie schody.
Późnym latem 1914 roku w pobliżu miasta doszło do walk niemiecko-rosyjskich,
przy czym nie umiałem znaleźć jednoznacznej odpowiedzi, czy Bartenstein
wojska carskie zajęły czy nie. Na pewno doszło do zniszczeń w wyniku
ostrzału, wysadzono też most na Łynie. Na cmentarzu spoczywają żołnierze
kajzera polegli w okolicy, a także w innych miejscach, jeden żołnierz
rosyjski oraz trzech cywilów (matka z dwójką dzieci) - w sumie ponad
dziewięćdziesiąt osób.
Cmentarz jest w przyzwoitym stanie, w porównaniu ze stanem oryginalnym
brakuje jedynie metalowych mis na bocznych słupkach oraz głównej tablicy z
napisem. Druga nekropolia wojenna znajduje się na cmentarzu komunalnym, tam
pochowano poddanych Mikołaja II.
Pisałem o nadawaniu nowych, odpowiednio polskich nazw po wojnie - na
najbliższym drogowskazie mamy taki przykład: Pieniężno zwało się
Mehlsack, Warmiacy używali nazwy Melzak, a w 1945 na krótko
pojawiły się nie wiadomo skąd Mąkowory. Dwa lata później za patrona
wzięto Sylwestra Pieniężnego, wydawcę polskojęzycznej olsztyńskiej gazety.
Szczurkowo było Schönbruchem i w tym przypadku mamy pewne podobieństwo.
Na drugi brzeg Łyny wracam starym mostem. To właśnie jego poprzednik został
zniszczony w czasie Wielkiej Wojny.
Z zainteresowaniem przyglądam się reklamie pewnego salonu - okazuje się, że
można w nim skorzystać z masażu bananem!
Urzekła mnie ta kwietna łąka pod jednym ze starych domów.
Dominantą starówki jest gotycki kościół św. Jana Ewangelisty i Matki Boskiej
Częstochowskiej - takie połączenie wezwań to chyba dość rzadka sprawa. Jest
to najstarsza budowla w Bartoszycach pochodząca z okresu lokacji miasta
przez Krzyżaków - główna trójnawowa bryła powstała w XIV wieku, zaś
otaczające ją kaplice i wieża są młodsze.
Po bokach głównych drzwi tablice z listami poległych w Wielkiej Wojnie.
Przez większość swojego istnienia kościół był w rękach ewangelików, mimo tego
jego wyposażenie uznawano za ścisłą czołówkę całych Prus. Przejście frontu w
1945 roku przyniosło temu kres, zniszczone zostały m.in. sklepienia, bogate
organy oraz ołtarz główny, który mógł pochodzić z Niderlandów. Jego
zachowane elementy znajdują się dziś w muzeach. Po wojnie sklepienia
odbudowano, a obecny główny ołtarz to mozaika składająca się z fragmentów
różnych innych ołtarzy.
Destrukcja z ostatnich miesięcy II wojny światowej miała objąć ponad połowę
tkanki miejskiej i to widać. Układ ulic pozostał historyczny, ale wielu
budynków już nie odbudowano. Na rynku niemieckie kamienice mieszają się z
peerelowskimi klockami. Niedawna "rewitalizacja" też nie dodała głównemu
placowi uroku - usunięto bruk i wszystkie
drzewa, w zamian za to mamy klasyczną betonową patelnię.
Na szczęście jedyna zachowana brama miejska (Lidzbarska/Heilsberger Tor)
prawie nie ucierpiała od pocisków. Wybudowano ją w XV wieku i bardzo
przypomina kościelne wieże z tego okresu.
Jeżeli komuś mało betonozy, to kawałek dalej jest ogromny plac Bohaterów
Westerplatte. Idealnie nadawałby się na parady.
Wracam na starówkę. Na ulicy Kopernika znajduje się dawny browar, założony w
1898 roku. Bartensteiner Bierbrauerei działał do okresu
międzywojennego, zaś po wojnie rozlewano tu piwa z browaru w Elblągu.
Podobno kilkanaście lat temu przeszedł kompleksowy remont, lecz wcale tak nie
wygląda.
W przypadku wielu budynków mieszkalnych Starego Miasta ciężko określić rok
budowy, bo równie dobrze może to być pierwsza i druga połowa ubiegłego
stulecia.
Bywały młyn zaadaptowany na niewielkie centrum handlowe.
Budynek szkolny, dziś należący do urzędu pracy i pomnik Piłsudskiego, który
był bardzo związany z miastem. Pod budynkiem w cieniu siedzi sobie dwóch
panów i uważnie mi się przygląda.
- Na biwak? - zagadują.
- Na biwak i na piwko - odpowiadam.
- Brawo!
Dotarłem z powrotem na plac przed dworcem kolejowym. Sam dworzec wygląda
nieźle, ale to tylko atrapa, bowiem od 2002 roku pociągi osobowe tu nie
jeżdżą.
W przejściu podziemnym można kręcić filmy katastroficzne: zakratowane schody
na perony, popękany i odpadający tynk, zbierająca się w dziurach woda i
silny zapach uryny.
Po drugiej stronie inny świat: betonowe płyty, osiedla domków
jednorodzinnych, ulice kończące się trawnikiem. Na starych mapach ta część
miasta oznaczana jest jako Rastenburger Vorstadt (Kętrzyńskie Przedmieście), ale dzisiaj chyba nikt już nie używa tej nazwy.
Na torach stoją sznury wagonów towarowych. Stoją chyba dość długo, bo daty
planowanych rewizji pochodzą jeszcze sprzed pandemii. W sumie zastanawiam
się w jakim celu je tu ustawiono? Korzysta z nich bartoszycki przemysł?
Dalej i tak nie pojadą, linia w stronę Rosji jest od dawna nieczynna.
Gdzieś na osiedlu ma być lokal serwujący tanie, domowe posiłki. Szukam go
dość długo i już chciałem zrezygnować, gdy w końcu zobaczyłem normalny dom
mieszkalny, na którego parterze urządzono punkt wydawania dań obiadowych.
Większość osób bierze je na wynos, dla konsumujących na miejscu przygotowano
trzy stoliki w ogródku. Zamawiam żurek za całe siedem złotych, smaczny.
Posiedziałbym tu dłużej, lecz odczuwam jakąś dziwną atmosferę pośpiechu,
która w ogóle mi nie pasuje. W dodatku nie widzę toalety, a że w żołądku
zaczyna się burzyć, więc po dwóch kwadransach ruszam się w stronę dworca.
Dla mnie dzisiejszy dzień (środa) jest pierwszym dniem właściwiej wyprawy
(nie licząc nocnego zwiedzania Poznania), dla reszty ekipy ponad połową, a
niektórzy już wrócili do domu. Buba, Szymon i Chris wyruszyli w sobotę i
zaczęli od Korsz(ów), z których kierowali się na północ. Kolejnego dnia
dotarli do Sępopola i z niego podążali wzdłuż Łyny. Trochę mnie to zdziwiło,
bo spodziewałem się, iż wybiorą kierunek w stronę granicy. Opcja wzdłuż
rzeki jest jednak lepsza: więcej zabytków i innych atrakcji, łatwiej o
miejsce na rozbicie namiotów i o transport. W Bartoszycach byli wczoraj i
dziś kierują się do Lidzbarka Warmińskiego, a z niego nad nieodległe
jezioro. Bardzo dobry pomysł. Teraz i ja muszę się przedostać do Lidzbarka,
ale z łapania stopa rezygnuję, bo nie chcę utknąć gdzieś na rozgrzanej
drodze.
Komunikacja międzypowiatowa w Bartoszycach prawie w całości oparta jest na
inicjatywie prywatnej, a kursów do Lidzbarka wcale nie jest dużo. Internet
pokazywał ich całkiem sporo, ale na tabliczkach ich ilość mocno zredukowano. Właściwie to po szesnastej mam mieć ostatniego busa. Z
niepokojem obserwuję tłumy ludzi zbierające się na przystanku, jeśli wszyscy
chcą jechać tam gdzie ja, to będzie ciekawie.
Pomiędzy dorosłymi biega mały chłopczyk, który nagle zaczyna krzyczeć:
- Mamo, kupę!
- Teraz ci się zachciało?! Musisz poczekać do domu!
Chłopczyk poczekał jakieś pół minuty.
- Mamo, ona zaraz wyjdzie!
- Idź z nim gdzieś! - woła matka do ojca.
- Ale gdzie?? Wszędzie są domy.
- Wymyśl coś!
Co prawda przy dworcu jest nowa toaleta, ale nieczynna, więc wyjście między
domy okazało się jedyne możliwe. Chyba się udało, bo wrócili zadowoleni.
Tłum ludzi okazał się czekać na inne busy, mój jest pustawy. W dodatku mają
bagażnik i cena biletu jest niższa niż z Łankiejmów, więc jadę nim potrójnie
zadowolony. Z Prusami Dolnymi żegnam się na dobę.
Zmęczenie na tyle daje się we znaki, że początkowo zakładałem, iż przez
Lidzbark (Heilsberg) tylko przemknę. To jednak dawna
stolica Warmii, dopiero w XX wieku tę rolę przejął Olsztyn, więc
byłoby to bardzo niewłaściwie, konieczny jest chociaż krótki spacer po
mieście.
Wysiadam przy dworcu kolejowym, który - podobnie jak w Bartoszycach - od
ponad dwudziestu lat nie pełni swojej funkcji. Perony zarośnięte, tory
usunięte. O ile na południu Polski niektóre linie kolejowe się reaktywuje, a
tyle na północnych Kresach nieustannie wygląda to fatalnie.
Okolice nieczynnego dworca są pełne opuszczonych budynków, placów z zakazem
wstępu (bo grożą wypadkiem) oraz murali.
Lidzbark określano jako polityczną stolicę Warmii, ponieważ tutaj rezydowali
biskupi warmińscy (stolicą religijną był Frombork, gdzie miała siedzibę
kapituła warmińska). Rezydencją purpuratów był od XIV do XVIII wieku zamek
położony u zbiegu dwóch rzek, Łyny i Symsarny. Uznawany jest za jeden z
najlepiej zachowanych obiektów gotyckich w Polsce.
Urokliwe mostki nad Łyną.
Starówka robi mniejsze wrażenie, sporo na niej powojennych budynków w żaden
sposób nie pasujących do kamienic.
Kolegiatę Apostołów Piotra i Pawła oglądam tylko z daleka.
Brama Wysoka (Hohetor), a właściwie jej przedbramie, bardzo monumentalna.
I zupełnie niesamowita cerkiew, w przeszłości kościół ewangelicki, opisywany
jako najwybitniejszy przykład architektury protestanckiej na Warmii.
Niesamowita, bo cała z drewna, czego na pierwszy rzut oka nie widać!
Usiłuję zrobić zakupy, ale wszędzie są tylko sklepiki z logiem zielonego
płaza. W końcu udaje mi się trafić na normalny sklep i objuczony siatkami
wychodzę z miasta z przez osiedle z okresu międzywojennego.
Za obszarem zabudowanym czeka mnie długa prosta droga, przy której wybudowano
równie długi i prosty chodnik wraz ze ścieżką rowerową. O dziwo, są
nieustannie używane, ciągle ktoś obok przebiega, przejeżdża na rowerze albo
na hulajnodze. Szczególnie dużo jest pań z różnymi przyrządami w rękach.
Z boku spokojne, warmińskie krajobrazy.
Po ponad dwóch kilometrach pojawia się skrzyżowanie, na którym odbijam w
prawo. Za łąką pełną mleczy widać jezioro, nad którym mam się spotkać z
resztą ekipy i w ten sposób zakończyć samotny etap wędrówki.






















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz