Gdyby pół roku temu ktoś mi powiedział, że pod koniec lat polecę do
Hiszpanii, to bym go wyśmiał. Ba, gdyby mi to powiedział na początku
lata, to pewnie też bym nie uwierzył. Mieliśmy pewne plany na jesień, ale po
głowie chodziły takie kraje jak Malta, Włochy, Cypr, ewentualnie Grecja. A
potem w lipcu przypadkowo sprawdziłem loty do Walencji i stwierdziłem, że
to ciekawa opcja. Po czym w kolejnym miesiącu okazało się, że lepsza
logistycznie będzie Malaga i tym oto sposobem w ostatnich dniach
najcieplejszej pory roku wybraliśmy się na Costa del Sol 😊.
Wylot mamy z Pyrzowic o barbarzyńskiej godzinie, bo
kwadrans przed szóstą rano. Oznacza to, że z domu rodziców wyjeżdżamy o
trzeciej. O dziwo, udało mi się przespać z półtorej godziny, a zazwyczaj w
takich sytuacjach męczy mnie reisefieber.
Na lotnisku dziki tłum, bo o tej porze startuje wiele samolotów. Na szczęście
kontrola bezpieczeństwa jakoś idzie, choć obsługa nie należy do najbardziej
uprzejmych.
Na dworze pogoda mało letnia: piździ, wieje i siąpi. Później siąpienie zmienia
się w mocny deszcz, więc szykuje się ciekawy start.
Nie lubię latać, a konkretnie to nie lubię startów i turbulencji, aczkolwiek z
każdym kolejnym lotem coraz bardziej się przyzwyczajam. I tym razem start nie
był zbyt przyjemny, długo przebijaliśmy się przy wstrząsach przez deszczowe
chmury. Wreszcie szara kołdra się skończyła, lot się uspokoił, a gdzieś daleko
zaczęło wychodzić słońce. Szkoda tylko, że na razie z widoków ziemi nici, a te
zawsze mnie uspokajają.
Z biegiem czasu chmury stają się coraz rzadsze i przybierają coraz ciekawsze
formy - tutaj na przykład przywidział mi się krzyż albo swastyka.






























