Gdy na kalendarzu pojawia się druga połowa maja, to od kilkunastu lat oznacza on u mnie czas corocznej wędrówki wzdłuż granic Polski. Rok temu chodziliśmy na
południu po Rusi Czerwonej, czyli tym razem północ. Mazury, Warmia i nie
tylko, lecz teraz nie będę się o szczegółach rozwodził - w każdym razie ekipa
startowała z Mazur i ja też musiałem na nie dotrzeć. Buba i pierwsi śmiałkowie
wyruszyli już w sobotę, ja mogłem wystartować dopiero we wtorek po południu,
ale i tak byłem przeszczęśliwy, bo długo wydawało się, iż w ogóle
mnie na tym wyjeździe nie będzie!
Ponieważ podróż przez całą Polskę i tak miała zająć kupę czasu, więc
postanowiłem ją... jeszcze wydłużyć, a przy okazji zaoszczędzić. Nabyłem w
kasie kolejowej cudo o nazwie miniREGIOkarnet - jest to bilet pozwalający
przez trzy wybrane dni podróżować dowolną ilością pociągów spółki Polregio i
kosztuje on 80 złotych. Ponieważ ilość połączeń pod tym szyldem sukcesywnie spada
i poszczególne województwa puszczają na tory coraz więcej składów pod własną
marką, to trzeba się dobrze nakombinować, aby sensownie ustalić długą trasę.
Mnie udało się przez przypadek: w wyszukiwarce zapomniałem oznaczyć pociągi
pośpieszne, więc system wyrzucił mi połączenie ze stolicy Górnego Śląska aż na
Mazury składające się z samych osobowych Polregio! Jedyne takie w ciągu dnia , pozostałe wymagały skorzystania z innych przewoźników. Obecnie, po zmianie
rozkładu jazdy, byłoby to już niemożliwe w interesujących mnie godzinach. I od
razu było wiadomo, że łatwo nie będzie - czekają mnie cztery przesiadki i,
bagatela, dziewiętnaście godzin w podróży! 😛 Na pewno będzie ciekawie!
Zatem we wtorek o godzinie 17.40 wsiadam w Opolu do pierwszego pociągu i od
razu łapiemy opóźnienie! Na szczęście krótkie, we Wrocławiu mam zaś prawie
godzinę zapasu, więc na spokojnie kręcę się wokół dworca i po najbliższych
ulicach. Jest piękny, ciepły wieczór, idealny na daleką podróż!
Wskakuję do pociągu na Poznań. Ciekawe, bo w środku znajdował się automat
biletowy, jeszcze takiego w Polregio nie widziałem. Po wiosennej zmianie
rozkładu jazdy już bym nie był w stanie pojechać o tej porze. Jedyne
bezpośrednie połączenie przesunięto na wcześniejszą godzinę, a pozostałe kursy
są dzielone: do połowy Kolejami Dolnośląskimi, przesiadka i dalej Kolejami
Wielkopolskimi. Oczywiście dwa różne bilety i konieczność przesiadania się
wynika z troski samorządów o pasażerów!
Nigdy nie podróżowałem tą trasą osobowym, więc z ciekawością przyglądam się
mijanym stacjom. Najpierw chyba przez pół godziny wyjeżdżamy z Wrocławia,
zatrzymując się na kolejnych przystankach. Wchodzi dość sporo ludzi, robi się
momentami ścisk, ale zaraz po minięciu wrocławskich rogatek równie szybko
zaczyna się skład wyludniać. Za oknami zachodzi słońce.
Dłuższy postój mamy w Rawiczu, gdzie zaczyna się Wielkopolska.
Korzystając z okazji wychodzę na perony rozprostować kości. Aktualnie właśnie
w Rawiczu następuje przesiadka pomiędzy KD i KW. I zazwyczaj jest ona tak
genialnie skomunikowana, że trzeba czekać kilkadziesiąt minut.

































