wtorek, 8 czerwca 2021

Polska rzepakowa (2): Kryłów - Dołhobyczów.

Kryłów (Крилів) to obecnie niezbyt duża wioska z bogatą historią. Przez kilka wieków była miastem, straciła ten status dopiero po powstaniu styczniowym. Właścicielami były ważne rody Tęczyńskich, Ostrorogów i Radziejowskich. W czasach rozkwitu reformacji działało w nim kalwińskie gimnazjum. Przeszłość to także wielka mozaika narodowościowa charakterystyczna dla miasteczek ziemi chełmskiej, wchodzącej w skład województwa ruskiego: jeszcze sto lat temu połowę mieszkańców stanowili Żydzi, następni byli prawosławni Ukraińcy i trochę mniej liczni katoliccy Polacy. Do pewnego momentu żyli oni w miarę zgodnie, aż w końcu wszystko szlag trafił! Najpierw w 1938 roku władze sanacyjne nakazały zburzyć prawosławną cerkiew w ramach wspominanej już przeze mnie akcji "rewindykacyjno-polonizacyjnej". Ziarno nienawiści zostało zasiane. Następnie przyszli Niemcy i wymordowali Żydów oraz spalili drewnianą synagogę. Nieustannie iskrzyło między pozostałymi w wiosce Słowianami: w 1944 roku oddział Batalionów Chłopskich zabił w Kryłowie 13 Ukraińców. W polskich źródłach o tych wydarzeniach się nie wspomina, ewentualnie pojawia się tekst o "likwidacji bazy UPA", Ukraińcy zaś piszą, że połowa ofiar to kobiety i dzieci. W marcu kolejnego roku doszło do rewanżu: tym razem upowcy napadli na miejscowość, mordując wszystkich milicjantów i prawie trzydziestu cywilów. Po wytyczeniu nowej granicy na Bugu Kryłów oczyszczono z elementu niepolskiego. Pamiątki po wielokulturowej historii nadal istnieją, ale trzeba włożyć trochę wysiłku, aby je odnaleźć i odszukać.

I na te senne, zdegradowane do poziomu wsi (nawet nie gminnej) dawne miasteczko trafiamy my, przywiezieni przez pomocnych gospodarzy z agroturystyki w Ślipczach. Podwożą nas pod główny sklep, który akurat w niedzielę nie działa, ale w ramach pocieszenia tuż obok dwa dni wcześniej otwarto nowiutki bar 😏.

Atmosfera w nim przyjazna, a ceny umiarkowane, więc siadamy do stolika i jednocześnie obgadujemy kwestię noclegu. Chcemy się rozbić z namiotami na wyspie na Bugu, ale Buba opowiadała, że podczas jej poprzedniej wizyty miała nieprzyjemności ze strażą graniczną. Raczej nie mamy szans, aby pozostać niezauważeni, skoro drogami obok knajpy patrole SG przejeżdżają co kilka-kilkanaście minut: motory, quady, samochody. Rozmawiamy nawet na ten temat z miejscowymi, którzy mówią, że jakby co to powołać się na nich, a w ostateczności możemy przenieść się na podwórko jakiejś ich krewnej w oddaleniu od rzeki. My jednak mocno postanowiliśmy trzymać się pierwotnego planu.

Najpierw jednak idę z Szymonem na małe zakupy do innego sklepu. Przy okazji rzucimy też oczami na samą wioskę. Naprzeciwko baru stoi potężnych gabarytów przystanek autobusowy: po bliższym przyjrzeniu się odkrywamy, iż dla podróżnych przygotowano jedynie małą wnękę, a reszta to zamykane pomieszczenie. Po lewej kościół katolicki, jedyna zachowana do dziś świątynia.

środa, 2 czerwca 2021

Polska rzepakowa (1): Hrubieszów - Czumów - Ślipcze - Czapliniec.

Późna wiosna oznacza u mnie zazwyczaj tradycyjny wyjazd do wschodniej Polski, aby z kilkuosobową ekipą powłóczyć się wzdłuż granic. Pisałem już o tym wielokrotnie, ale pozwolę sobie pokrótce przypomnieć historię tych wypadów 😊.

Dokładnie dziesięć lat temu grupa moich znajomych wpadła na pomysł, aby latem odwiedzić Podlasie. To miała być jednorazowa akcja, lecz tak im się spodobało, iż postanowili ją kontynuować. Termin zmieniono na maj lub czerwiec, ustalono także, że w jednym roku będą poruszać się na północ, a w kolejnym na południe, tak aby stopniowo zwiększać "zasięg" zaliczonego terenu przygranicznego. Jeśli zakończyło się gdzieś wędrówkę w danym roku, to mniej więcej w to samo miejsce wracało się po dwóch latach. W 2013 dołączyłem i ja. Do 2019 na północy zdążyliśmy dotrzeć do Gołdapi (a więc teraz idzie się właściwie nie na północ, ale na zachód), a na południu do Hrubieszowa. W ubiegłym roku wszystko posypało się z wiadomych przyczyn, w tym postawiliśmy nie odpuścić. Nastąpiły jednak spore zmiany w składzie osobowym: ze stałych bywalców zostałem tylko ja i Buba, nie ma zatem już nikogo, kto byłby obecny na wszystkich wyjazdach. Dokooptowaliśmy kilku nowych ludzi, aby liczba się zgadzała. Datę rozpoczęcia ustaliliśmy na końcówkę maja, żeby uniknąć sytuacji sprzed dwóch lat, kiedy to zimni ogrodnicy mocno popsuli nam zabawę. Teraz co prawda prognozy pogody także były kiepskie (niektóre wskazywały, iż przez cały tydzień codziennie ma lać!), na szczęście w większości się nie sprawdziły 😛. A zatem w przedostatnią sobotę maja ruszamy w kierunku Bugu, po trzech latach wracamy do marszruty na południe!

Z Bubą spotykam się już w pociągu. Mamy w nim do przejechania ponad czterysta kilometrów. Przetniemy pięć województw (a Buba nawet sześć - dolnośląskie, opolskie, śląskie, świętokrzyskie, mazowieckie i lubelskie), ale tylko dwie krainy historyczne - Śląsk i Małopolskę.

Dłuższy postój mamy w Kielcach, więc wychodzę rozprostować kości i rozejrzeć się po okolicy w stolicy scyzoryków. 

Zaglądam na nieodległy dworzec autobusowy. Byłem pewien, że to współczesna konstrukcja, a okazało się, iż otwarto go w 1984 roku na 40-lecie PRL-u! Odnowiony i wpisany na listę zabytków jest jednym z wielu przykładów, że w Polsce Ludowej potrafiono zaprojektować interesujące budynki. Za nim wyrasta kościół św. Krzyża.

piątek, 21 maja 2021

Góry Stołowe: Białe Skały, Skalne Grzyby, Radkowskie Skały i Fort Karola.

Góry Stołowe są zawsze zdrowe - to moje motto pozostaje aktualne od pierwszej w nich wizyty. Po trzyletniej przerwie pora odwiedzić je ponownie. Ruszamy w poniedziałek. Aura jest tak samo słoneczna jak w niedzielę, a za to nie spotkamy tłumów ludzi. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Najbardziej oblegane miejsce, czyli Szczeliniec Wielki, odpuszczamy. Trasa pomiędzy skałami i tak pozostaje zamknięta, gdyż jest nadal zalodzona. Zamiast niego chcę zajrzeć do trzech innych grup skalnych.

Samochód zostawiamy na leśnym parkingu przy Lisiej Przełęczy (Fuchsenpass). Ledwo wyłączyłem silnik, a zaraz za nami zjawił się inny wóz, po nim następny i następny. Oho. Na szczęście pasażerowie z tamtych aut idą w innym kierunku niż my.

Skręcamy w prawo i wchodzimy na szlaki biegnące przez Białe Skały (Weisse Felsen). W nich będziemy mieli spokój: oprócz dwójki turystów z psem, spotkanych na samym początku, żaden inny człowiek się nie pojawi.

W skalnych zgrupowaniach jak to u nich: skały, skały, skały... Źle się je fotografuje, bo często ukryte są za drzewami, do tego przeszkadza duży kontrast pomiędzy jasnymi a ciemnymi przestrzeniami.

środa, 12 maja 2021

Majówka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej: Żarki - Mirów - Bobolice - Góra Zborów.

Na Jurę Krakowsko-Częstochowską zapewne bym się nie wybrał, gdyby nie pandemia, a konkretnie to zamknięte granice Słowacji i Czech. W ubiegłym roku majówkę odpuściłem całkowicie, tym razem uznałem, że tak nie wypada, więc skoro nie można pojechać z plecakiem nad Wag lub Wełtawę, to niech chociaż będzie Jura.

Pogoda postanowiła dostosować się do apeli ministra zdrowia aby wytrzymać jeszcze dwa tygodnie i że długi weekend będzie naprawdę kluczowy, więc w prognozach zapowiadano same świństwa. Potem jednak okazało się, że piątek ma być słoneczny, sobota w miarę bezdeszczowa, a niebo zawali się na głowy dopiero w niedzielę, kiedy i tak musieliśmy wracać.

Faktycznie w piątkowy poranek świeci słońce. Pociąg ze stolicy Górnego Śląska pełni także rolę wehikułu czasu, gdyż przenieśliśmy się do stycznia 1970 roku i to w środek nocy 😛.

W godzinach południowych wychodzę z Bastkiem na peronie przystanku Żarki-Letnisko. Ciepłe promienie słońca sprawiają, że mamy wrażenie przebywania gdzieś nad morzem albo przypominają mi coroczne tradycyjne wędrówki wzdłuż wschodnich rubieży Polski.

czwartek, 6 maja 2021

Góry Suche. Zapomniałem jak tam stromo!

Góry Suche (Javoří hory, Heidelgebirge, czasem też Dürre Gebirge) to wschodnia, najwyższa i chyba najciekawsza część Gór Kamiennych. Do tej pory byłem w nich tylko dwa razy. Po raz pierwszy kilkanaście lat temu w formie zupełnie dla mnie nietypowej, bo z wycieczką zorganizowaną przez koło PTTK. Na swoje usprawiedliwienie dodam, iż wtedy pracowała u nich znajoma, więc sądziłem, że będzie fajnie, tymczasem miałem za towarzystwo osoby jęczące ze zmęczenia po stu metrach, przewodniczka myliła szlaki piesze z rowerowymi, a w końcu skrócono trasę z powodu licznych obtarć. Po raz drugi pojechałem tam z kumplem w pochmurną, smutną jesień. Teraz nadszedł czas trzeciej próby, wreszcie mogłem wybrać się w tym roku samotnie. Analizowałem pogodę, która jak zwykle w moim przypadku miała być średnia, w końcu machnąłem na nią ręką i stwierdziłem, że co będzie, to będzie.

Po pokonaniu zaledwie 160 kilometrów parkuję przy kościele w Unisławiu Śląskim (Langwaltersdorf). Musiałem dobrze wybrać miejsce, żeby nie zająć kawałka łąki przeznaczonego dla samochodu księdza proboszcza (informowała o tym tabliczka przyczepiona do wbitego w ziemię patyka). Na razie jeszcze świeci słońce, lecz chmury już nadciągają.

Jakaś kobieta z pobliskiego domu głośno woła "dzień dobry". Odkrzykuję powitanie, ale okazuje się, że ona tylko gada z kimś przez telefon. No dobra, pora wskoczyć w górskie buty i ruszać.

Gdy zobaczyłem najbliższą górę, zakląłem bardzo szpetnie. Świetną sobie wybrałem trasę, od razu na samym początku ściana płaczu! Zdjęcie nie oddaje tego tak dokładnie, ale Stożek Wielki (Groß Storch Berg) to jest kaliber grubszej wagi!

 
I wtedy sobie przypomniałem, że w Górach Suchych praktycznie nie ma "normalnych" szczytów, na każdy musisz się wdrapać, nawet jeśli ich wysokość wcale nie jest duża.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Twierdza Nysa: Reduta Kapucyńska, Obwarowania Jerozolimskie, Fort Prusy, Obwałowania Wysokie, cmentarz garnizonowy.

Nysa (Neisse) to jedno z najciekawszych miast śląskich. "Śląski Rzym", mocno pokiereszowany pod koniec ostatniej wojny i tylko częściowo odbudowany, ale nadal posiadający setki zabytkowych obiektów przyciągających turystów. Mnie od dawna interesowała nyska twierdza, na której obchód wybraliśmy się we trójkę w kwietniową sobotę. Naszym przewodnikiem był Piotrek (Regis), pochodzący z pobliskich Radzikowic, a w Nysie uczęszczający do szkoły, więc znający ją jak własną kieszeń.

Zanim rzucimy się w wir zwiedzania krótki rys historyczny twierdzy Nysa (Festung Neisse). Już w średniowieczu miasto musiało być chronione - najpierw obwarowaniami ziemnymi, potem murowanymi, które powstrzymały husytów. W kolejnych wiekach fortyfikacje stopniowo rozbudowywano i unowocześniano, obawiając się m.in. najazdu tureckiego. Paradoksalnie zagrożenie przyszło z zupełnie innej strony: w 1741 roku Nysę zdobyły wojska pruskie Fryderyka II Wielkiego. Monarcha docenił jej strategiczne położenie i postanowił uczynić z niej twierdzę z prawdziwego zdarzenia. Starsze konstrukcje przebudowano, wzniesiono także nowe - prace przebiegały pod nadzorem samego króla. Twierdza uznawana była wówczas jako szczyt nowoczesności, a zastosowane rozwiązania wyprzedzały o dekady swoją epokę. Nie udało się jej zająć Austriakom, ale sztuka ta powiodła się w 1807 roku Francuzom. Oblężenie i nieustanne bombardowanie trwało ponad sto dni, załoga twierdzy była zbyt mała, kończyły się zapasy i amunicja, więc pruski dowódca zdecydował się na kapitulację.

Wiek XIX to z jednej strony dalszy rozwój sztuki fortecznej, jak i jej powolny zmierzch. Twierdzę cały czas modernizowano, ale ostatecznie w latach 80. rozpoczęto proces jej likwidacji: coraz lepsza i silniejsza artyleria sprawiła, iż nyskie fortyfikacje nie miały już szans na skuteczne powstrzymywanie przeciwnika. Choć w mieście nadal stacjonowało liczne wojsko, to poszczególne obiekty adaptowano do innych celów lub likwidowano. W 1903 Neisse oficjalnie przestała być miastem-twierdzą. W czasie I wojny światowej przetrzymywano tu jeńców, a w czasie II więźniów obozów koncentracyjnych. Pospiesznie reaktywowana twierdza w 1945 roku padła pod ciosami Armii Czerwonej. Nyska starówka legła w gruzach (przeważnie już po przejściu frontu), ale większość fortów nie doznała zniszczeń. Części używało później Ludowe Wojsko Polskie. Szacuje się, iż do dziś przetrwało 50-60% fortyfikacji w porównaniu ze stanem z początku ubiegłego wieku. To najlepiej zachowana śląska twierdza obok sowiogórskiej (twierdzy w Kłodzku nie liczę, bo ta na Śląsku nie leży).

Twierdza to nie tylko forty. Twierdza to również koszary, budynki administracyjne i gospodarcze, magazyny, szpitale, cmentarze, pomniki, kasyna, sklepy dla wojska, wyszynki i burdele. To również nas będzie interesować w czasie zwiedzania. Ponieważ oznacza to ogromny obszar (podobno 230 hektarów), więc w czasie tej wizyty ograniczymy się do kilkunastu punktów w północnej części miasta, na lewym brzegu Nysy Kłodzkiej.

sobota, 17 kwietnia 2021

Przez Górny Śląsk w Wielką Sobotę: Dobrodzień, Lubliniec i inne miejscowości.

Ostatni dzień przed Wielkanocą oznacza u mnie wyjazd do rodziców, podczas którego staram się zawsze zobaczyć coś nowego na górnośląskiej ziemi. Rok temu z wiadomych przyczyn ta akcja została anulowana, w tym można było wrócić do starej, świeckiej tradycji 😏.

W 2021 postanowiłem przemknąć łukiem po północnej części Górnego Śląska. Na pierwszy postój zatrzymuję się niedaleko Opola, w Chrząstowicach (Chronstau, Kranst). W centrum wioski tradycyjnie stoi Pomnik Poległych.

Więcej pomników jest na cmentarzu, co stanowi pokłosie wydarzeń z początku 1945 roku. 

W styczniu Armia Czerwona dotarła w te okolice - w ówczesnym Kranst w wyniku wymiany ognia straciła co najmniej kilkunastu żołnierzy, w tym oficera oraz kilka czołgów (jeden z nich miał zatonąć... w stawie). W ramach odwetu Sowieci postanowili zniszczyć całą wioskę i w tym momencie zdarzył się cud: okazało się, że dowodził nimi... Niemiec. A konkretnie niemiecki komunista. Ponoć uciekł do ZSRR i został tamtejszym wojskowym. Mało tego - ów niemiecko-radziecki dowódca znał się osobiście... z proboszczem tutejszej parafii. Ksiądz namówił dowódcę, by wioskę oszczędził i tamten się zgodził. Taka przynajmniej jest legenda, to powtarzają starsi ludzie tu mieszkający. Czy to rzeczywiście prawda? Osobiście uważam, iż mało prawdopodobne jest, aby Niemiec, nawet komunista, prowadził atak na Niemców w podopolskich wsiach. Co prawda pod koniec wojny zdarzały się sytuacje, że Rosjanie wysyłali niemieckich antyfaszystów za linię frontu w celach dywersyjnych (tak było chociażby w przypadku Festung Breslau), lecz wydarzenie z Chrząstowic byłoby zupełnie wyjątkowe. I jeszcze ta znajomość z farorzem...

W każdym razie miejscowości nie zniszczono, ale nie uchroniło to niektórych mieszkańców przed śmiercią, a po przejściu frontu przed wywózkami do Związku Radzieckiego; czerwonoarmiści rozstrzelali także grupę jeńców.