poniedziałek, 29 czerwca 2026

Długa podróż na Mazury i niewiele krótszy powrót (przez Poznań, Olsztyn, Toruń)

Gdy na kalendarzu pojawia się druga połowa maja, to od kilkunastu lat oznacza on u mnie czas corocznej wędrówki wzdłuż granic Polski. Rok temu chodziliśmy na południu po Rusi Czerwonej, czyli tym razem północ. Mazury, Warmia i nie tylko, lecz teraz nie będę się o szczegółach rozwodził - w każdym razie ekipa startowała z Mazur i ja też musiałem na nie dotrzeć. Buba i pierwsi śmiałkowie wyruszyli już w sobotę, ja mogłem wystartować dopiero we wtorek po południu, ale i tak byłem przeszczęśliwy, bo długo wydawało się, iż w ogóle mnie na tym wyjeździe nie będzie!

Ponieważ podróż przez całą Polskę i tak miała zająć kupę czasu, więc postanowiłem ją... jeszcze wydłużyć, a przy okazji zaoszczędzić. Nabyłem w kasie kolejowej cudo o nazwie miniREGIOkarnet - jest to bilet pozwalający przez trzy wybrane dni podróżować dowolną ilością pociągów spółki Polregio i kosztuje on 80 złotych. Ponieważ ilość połączeń pod tym szyldem sukcesywnie spada i poszczególne województwa puszczają na tory coraz więcej składów pod własną marką, to trzeba się dobrze nakombinować, aby sensownie ustalić długą trasę. Mnie udało się przez przypadek: w wyszukiwarce zapomniałem oznaczyć pociągi pośpieszne, więc system wyrzucił mi połączenie ze stolicy Górnego Śląska aż na Mazury składające się z samych osobowych Polregio! Jedyne takie w ciągu dnia , pozostałe wymagały skorzystania z innych przewoźników. Obecnie, po zmianie rozkładu jazdy, byłoby to już niemożliwe w interesujących mnie godzinach. I od razu było wiadomo, że łatwo nie będzie - czekają mnie cztery przesiadki i, bagatela, dziewiętnaście godzin w podróży! 😛 Na pewno będzie ciekawie!

Zatem we wtorek o godzinie 17.40 wsiadam w Opolu do pierwszego pociągu i od razu łapiemy opóźnienie! Na szczęście krótkie, we Wrocławiu mam zaś prawie godzinę zapasu, więc na spokojnie kręcę się wokół dworca i po najbliższych ulicach. Jest piękny, ciepły wieczór, idealny na daleką podróż!



Wskakuję do pociągu na Poznań. Ciekawe, bo w środku znajdował się automat biletowy, jeszcze takiego w Polregio nie widziałem. Po wiosennej zmianie rozkładu jazdy już bym nie był w stanie pojechać o tej porze. Jedyne bezpośrednie połączenie przesunięto na wcześniejszą godzinę, a pozostałe kursy są dzielone: do połowy Kolejami Dolnośląskimi, przesiadka i dalej Kolejami Wielkopolskimi. Oczywiście dwa różne bilety i konieczność przesiadania się wynika z troski samorządów o pasażerów!


Nigdy nie podróżowałem tą trasą osobowym, więc z ciekawością przyglądam się mijanym stacjom. Najpierw chyba przez pół godziny wyjeżdżamy z Wrocławia, zatrzymując się na kolejnych przystankach. Wchodzi dość sporo ludzi, robi się momentami ścisk, ale zaraz po minięciu wrocławskich rogatek równie szybko zaczyna się skład wyludniać. Za oknami zachodzi słońce.

Dłuższy postój mamy w Rawiczu, gdzie zaczyna się Wielkopolska. Korzystając z okazji wychodzę na perony rozprostować kości. Aktualnie właśnie w Rawiczu następuje przesiadka pomiędzy KD i KW. I zazwyczaj jest ona tak genialnie skomunikowana, że trzeba czekać kilkadziesiąt minut.


wtorek, 23 czerwca 2026

Zámek Jánský Vrch w Javorníku

Na zachodnich krańcach czeskiego Śląska znajduje się miasteczko Javorník (Jauernig). Mimo swej niedużej wielkości i peryferyjnego położenia jest znane wśród turystów, zwłaszcza polskich - zapewne fakt, że miejscowość z trzech stron graniczy z Polską ma swoje znaczenie. Przede wszystkim jednak Javorník jest naprawdę ładny i posiada liczną zachowaną zabytkową zabudowę, widać to szczególnie na rynku.


O samym mieście już kiedyś pisałem, tutaj chciałem zaprezentować jego największą atrakcję, czyli górujący nad starówką zámek Jánský Vrch (Johannesberg).


Z dołu zamek wygląda skromnie, a namalowane na ścianach okna nie dodają mu powagi. Dopiero z bliska nabiera się do niego szacunku.


Do zamku można podejść stromymi schodami albo wspiąć się kilkoma różnymi ścieżkami. Z podejścia są bardzo ładne widoki na miasteczko i na okolicę; za domami zaczynają się Góry Rychlebskie.



Stając na dziedzińcu w końcu widać, że zamek nie jest taki mały i składa się z kilku części, dodatkowo otaczają go zabudowania gospodarcze.



poniedziałek, 15 czerwca 2026

Otmęt i Krapkowice - spojrzenie nieoczywiste

Otmęt (Ottmuth) to obecnie wschodnia dzielnica Krapkowic (Krappitz), oddzielona od centrum Odrą. Historycznie były to dwie osobne miejscowości, obie wzmiankowane po raz pierwszy w XIII wieku. Potem jednak ich dzieje potoczyły się odmiennie: Krapkowice szybko uzyskały prawa miejskie, a Otmęt pozostał wsią aż do 1962 roku, kiedy to został zdegradowany to roli dzielnicy. Do dzisiaj w dużym stopniu zachował charakter wiejski: pomimo, że mieszczą się w nim najważniejsze urzędy miasta, to zabudowa w większości składa się z domów jednorodzinnych. Są jednak wyjątki, którym się przyjrzymy, ale zaczniemy od cmentarza!


Starych grobów zachowało się bardzo mało, a te które są, niemal wszystkie mają skute napisy. Czasem zostawiono imiona i nazwiska z datami, co wygląda jeszcze bardziej strasznie. Udało nam się znaleźć jeden przedwojenny grób, który uchował się w całości, może dlatego, ze tablicę zasłania zielsko - dziś z kolei grozi mu usunięcie z powodu... nie opłacenia kwatery. W przypadku człowieka zmarłego w 1939 roku faktycznie może być z tym problem...


O przeszłości przypomina dwujęzyczny pomnik poświęcony ofiarom czerwonoarmistów i wszystkich "wojen i tyranii". Sowieci weszli do Otmętu w styczniu 1945 roku, a do Krapkowic przedarli się przez rzekę w marcu. 


wtorek, 9 czerwca 2026

Góry Inowieckie: Panská Javorina i Inovec

Wędrówkę na główny grzbiet Gór Inowieckich zaczynamy dość późno, bo około szesnastej. Mamy ponad dziesięć kilometrów do miejsca noclegowego, czyli powinniśmy zdążyć jeszcze przed zachodem słońca. 


Po wyjściu z wioski Kálnica (Kalános) zaczyna się strome podejście, które trochę daje nam w kość. Na szczęście później ma być już łagodniej.


I rzeczywiście, jak to mawiał minister zdrowia - "wypłaszcza się". Przed nami górne stacje kompleksu narciarsko-rowerowego. Spotykamy przy nich kilka osób, które przyjechały tu terenówką, aby... porzucać sobie piłkę. Można i tak.



poniedziałek, 1 czerwca 2026

Góry Inowieckie: Beckov - wieża widokowa Klíže - Kálnica

Góry Inowieckie (Považský Inovec) to pasmo leżące w południowo-zachodniej Słowacji, na wschodnim brzegu doliny Wagu. To jeden z krańców Karpat w tym rejonie, dalej na południe rozciąga się płaska jak stół Nizina Naddunajska.

Nie są to góry odległe od nas lub słabo dostępne - dojazd samochodem z granicy na szlak zajmie autostradą niewiele ponad półtorej godziny. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że mało kto o nich słyszał, Słowacy raczej też nie pchają się w nie tłumnie. Najlepszym przykładem niech będzie fakt, że gdy przeglądałem ostatnio jakiś przewodnik pod tytułem Góry Słowacji, to Inowieckich w ogóle tam nie uwzględniono, jakby nie istniały 😛. Jednocześnie posiadają one infrastrukturę turystyczną typu wieże i schrony, więc wydały się idealne na kwietniówko-majówkę!

Pociągiem przyjeżdżamy z Żyliny do Nowego Miasta nad Wagiem (Nové Mesto nad Váhom, Vágujhely, Neustadt an der Waag). Uduchowiona to była podróż, bo za nami siedział pewien dziadek, który przez cały czas opowiadał wszystkim o swoich modlitwach i różańcu. Modlił się za innych, zwłaszcza grekokatolików i prawosławnych, "którzy nie uznają Maryi". Wspominał też wizytę w Toruniu.
- To takie miasteczko na północy Polski - wyjaśniał niepytany.
W Nowym Mieście wychodzimy lekko wymięci. Niebo zasnuło jakieś dziwne mleko i zrobił się zaduch; w upale czekamy na autobus. 


Ten przewozi nas do nieodległego Beckova (Beckó, Beckow), wioski na skraju gór. Spędzimy tu trochę czasu, bo to miejscowość pełna zabytków, a nad nią góruje zamek (niestety, w trakcie częściowej odbudowy).



Byłem w Beckovie na majówce trzynaście lat temu. Wtedy było tłoczno, dziś pusto, ale mamy środek tygodnia. Na ulicach prawie nikogo nie widać, lecz historyczne obiekty stoją na swoich miejscach. Są tu trzy zabytkowe kościoły (w tym jeden ewangelicki) i co najmniej trzy dwory, każdy w niezbyt dobrym stanie zachowania.



środa, 27 maja 2026

Żylina w majówkę

Tradycyjnie majówkę spędzam górsko na Słowacji. Tradycyjnie też jest to kwietniówko-majówka, bo ruszamy kilka dni wcześniej, aby uniknąć tłumów (chociaż i tak zazwyczaj wybieramy pasma, gdzie o tłumy trudno). Tradycyjnie - a przynajmniej w czasach popandemicznych - jedzie ze mną Bastek. Tradycyjnie również zaczynamy wyjazd od Bogumina, gdzie zostawiamy samochód i przesiadamy się na pociąg międzynarodowy. 
W tym roku udało nam się przyjechać na tyle wcześnie, że zahaczyliśmy jeszcze o knajpkę na osiedlu: klimat świetny, ale Ostravar wyjątkowo paskudny. Przez cały wyjazd te pierwsze piwo tkwiło nam w głowie i przychodząc do jakiegoś lokalu mówiliśmy sobie "wszystko, byle nie Ostravar".


W półtorej godziny przenosimy się z czeskiego Śląska do Żyliny, to także stały element majówkowych wyjazdów. Tym razem spędziliśmy w tym czwartym co do wielkości słowackim mieście więcej czasu niż zazwyczaj, więc w tym wpisie skupię się wyłącznie na tej miejscowości.

Na początku szok, bo w końcu zakończono remont dworca kolejowego! Jedno się nie zmieniło: peron przyjazdu i odjazdu ogłaszają chwilę przed przybyciem pociągu, więc pod elektronicznymi tablicami nieustannie kłębią się tłumy pasażerów.


Niektórzy musieli być tak zdesperowani oczekiwaniem, że w przejściu podziemnym zostawiali flaszki po piwie. A to przecież kaucja!


Najpierw idziemy na nieodległe námestie Andreja Hlinku, najczęściej przeze mnie odwiedzany plac miasta i, jak podejrzewam, również przez mieszkańców. W centrum handlowym robimy zakupy towarów, które trudno będzie dostać w mniejszych sklepach.


Następnie odbijamy w lewo, pomiędzy ulice, których jeszcze nie znam. Architektura wydaje się bardzo interesująca.



sobota, 16 maja 2026

Hvězda i Štěpánka na krańcach Karkonoszy

Będąc w Kořenovie postanowiliśmy skoczyć też na górskie szlaki, żal byłoby takiej lokalizacji nie wykorzystać. Większość gminy położona jest w Górach Izerskich, jednak my wybraliśmy ten fragment, który należy do Karkonoszy. A przynajmniej tak się wydaje 😏.

Samochód zostawiamy na parkingu w Příchovicach, o którym już dwukrotnie wspominałem. Miałem pewne obawy, czy w niedzielę nie będzie zapchany autami, ale oprócz nas stały tylko dwa wozy i pewien dziadek walczący z wiatrem. Miłą niespodzianką był fakt, że na parkingu witał toi-toi, czysty i wyposażony w papier. Płacisz i wymagasz!


Pierwsze ładne widoki mamy już z parkingu. Są więc Góry Izerskie z Jizerą i Bukovcem.



Najbardziej imponująca jest sylwetka Ještědu, wznoszącego się nad Libercem. Natomiast na prawo mamy oddalony o pięć kilometrów Tanvaldský Špičák z restauracją i wieżą widokową.