wtorek, 6 października 2026

Malaga, tiki taki i Hiszpanki!

Gdyby pół roku temu ktoś mi powiedział, że pod koniec lat polecę do Hiszpanii, to bym go wyśmiał. Ba, gdyby mi to powiedział na początku lata, to pewnie też bym nie uwierzył. Mieliśmy pewne plany na jesień, ale po głowie chodziły takie kraje jak Malta, Włochy, Cypr, ewentualnie Grecja. A potem w lipcu przypadkowo sprawdziłem loty do Walencji i stwierdziłem, że to ciekawa opcja. Po czym w kolejnym miesiącu okazało się, że lepsza logistycznie będzie Malaga i tym oto sposobem w ostatnich dniach najcieplejszej pory roku wybraliśmy się na Costa del Sol 😊.


Wylot mamy z Pyrzowic o barbarzyńskiej godzinie, bo kwadrans przed szóstą rano. Oznacza to, że z domu rodziców wyjeżdżamy o trzeciej. O dziwo, udało mi się przespać z półtorej godziny, a zazwyczaj w takich sytuacjach męczy mnie reisefieber. 
Na lotnisku dziki tłum, bo o tej porze startuje wiele samolotów. Na szczęście kontrola bezpieczeństwa jakoś idzie, choć obsługa nie należy do najbardziej uprzejmych.


Na dworze pogoda mało letnia: piździ, wieje i siąpi. Później siąpienie zmienia się w mocny deszcz, więc szykuje się ciekawy start.


Nie lubię latać, a konkretnie to nie lubię startów i turbulencji, aczkolwiek z każdym kolejnym lotem coraz bardziej się przyzwyczajam. I tym razem start nie był zbyt przyjemny, długo przebijaliśmy się przy wstrząsach przez deszczowe chmury. Wreszcie szara kołdra się skończyła, lot się uspokoił, a gdzieś daleko zaczęło wychodzić słońce. Szkoda tylko, że na razie z widoków ziemi nici, a te zawsze mnie uspokajają. 


Z biegiem czasu chmury stają się coraz rzadsze i przybierają coraz ciekawsze formy - tutaj na przykład przywidział mi się krzyż albo swastyka.


czwartek, 1 października 2026

Do Czechów nad wodę - Pastviny i Česká Skalice

W sierpniu wybraliśmy się do czeskich wód! Miała to być namiastka urlopu spędzanego zazwyczaj w letnie miesiące na Bałkanach - w tym roku zamiast bałkańskich mórz lub jezior musiały w wakacje wystarczyć czeskie kąpiele. Oczywiście Czesi nie mają dostępu do morza - jeszcze, bo przecież obwód królewiecki po wygranej wojnie i plebiscycie ma do nich powrócić 😏 - ale posiadają bardzo dużo sztucznych zbiorników powstałych w wyniku wybudowania zapór na rzekach i w wielu z nich można się zdrowo i przyjemnie kąpać.

Wybrałem dwa takie obiekty w północno-wschodniej części Czech (nie mylić z Republiką Czeską), ale zanim tam dotrzemy, to w Králíkach (Grulich) wjeżdżam autem pod górujący nad miastem zabytkowy klasztor. Byłem przy nim rok temu z plecakiem, teraz chciałem pokazać go Teresie, zwłaszcza, że są spod niego ładne widoki na okoliczne góry.



Wokół klasztoru zaskakująco dużo samochodów z polskimi rejestracjami, a w klasztornym kościele trwa... polski chrzest. To już w Polsce jest za mało kościołów, że trzeba organizować takie ceremonie za granicą??


Aleja nowoposadzonych drzew prowadzi na Mariánský kopec, na którego szczycie znajduje się intrygująca rzeźba mężczyzny z gołym tyłkiem. To niejaki Pozorovatel (Obserwator), efekt sympozjum artystycznego sprzed dwudziestu lat.



środa, 16 września 2026

Wysoki Jesionik: Keprník i Šerák

Po wielu beskidzkich wyjazdach z tatą tym razem postanowiłem zabrać go w Sudety, a konkretnie do Wysokiego Jesionika. Na Pradziadzie już kiedyś byliśmy, więc przyszła pora na tereny położone bardziej na północ, czyli na Keprník i Šerák.

Autobusem dojeżdżamy na Červenohorské sedlo, gdzie na parkingach stoi całkiem sporo aut oraz... całkiem spora grupa policji. Wyglądają, jakby spotkali się towarzysko, bo nie zwracają większej uwagi na przemykające drogą samochody.



Červenohorské sedlo Niemcy nazywali Roter-Berg-Sattel, a jak się powinno nazywać po polsku? Otóż, według Czechów, jest Łęk Czerwonogórski! Taką wersję znajdziemy na tablicach ścieżki edukacyjnej (początkowo zastanawiałem się, o co chodzi) i na niektórych stronach. Bardzo twórcze tłumaczenie 😏.

Tymczasem my uderzamy do Chaty Červenohorské sedlo, aby zjeść zupę i czegoś się napić. Co prawda wjechaliśmy już na wysokość tysiąca metrów, ale przed nami jeszcze sporo wspinania.


Pradziad jako Duch Gór jest na przełęczy obecny w postaci drewnianej rzeźby; tatuś nie mógł nie zrobić sobie z nim zdjęcia 😊.


sobota, 12 września 2026

Beskid Żywiecki: Przegibek i Przysłop Potócki

Na początku sierpnia po raz kolejny w te wakacje wybrałem się w Beskid Żywiecki, a po raz pierwszy w historii podróż kolejową zacząłem w Żorach. Od niedawna Żory mają całkiem niezłe połączenie w pasma beskidzkie najbliższe "czarnego" Śląska: w podobnym czasie kursują rano dwa pociągi przyspieszone. Pierwszy to "Malinka" z Wrocławia, którym jechałem miesiąc wcześniej do Wisły Głębce, a drugi to "Salmopol" z Gliwic. O ile w pierwszym przypadku nazwa nawiązuje do trasy, to nie do końca wiem, co wspólnego ma Salmopol z linią do Zwardonia, ale Koleje Śląskie już nie raz dowiodły, że znajomość geografii górskiej mają dość słabą 😏.

W pociągu dominują emeryci udający się na jednodniową wycieczkę, bo dziś niedziela. Na żorskim peronie doszło nawet do krótkiej kłótni pomiędzy kilkoma paniami, które nie ustaliły, gdzie chcą wysiadać. Ja mam plan dokładnie sprecyzowany - wychodzę w Rajczy Centrum razem z kilkoma rowerzystami.


Niestety, o ile sobota była przez większość dnia ciepła i słoneczna, to po wieczornych silnych opadach niedziela okazuje się całkowicie zachmurzona i chłodna. Dodatkowo w Rajczy mam ponad dwie godziny czekania na busa, ale czas ten spędzam przyjemnie na spotkaniu z Turystykonem (Radkiem) 😊. Poszwendaliśmy się trochę po mieście, obgadaliśmy lokalnych polityków, odwiedziliśmy dwie knajpy (w jednej z nich wzięto mnie za obsługę), a w końcu po trzynastej wsiadłem do busika.


Dojeżdżam do Rycerki Kolonii jako jedyny pasażer i chyba po raz pierwszy wysiadam na ostatnim przystanku - zazwyczaj wychodziłem koło sklepu. W Rycerce pogoda bez zmian - niskie chmury i dość chłodno, więc bez marudzenia włażę w dolinę Rycerskiego Potoku, wzdłuż którego biegnie żółty szlak na Wielką Raczę. Menażerię w niektórych gospodarstwach mają tu rozmaitą.


wtorek, 1 września 2026

Lipcowe Beskidy: Herczawa - Skalité - Skalanka

Mokrą i pustą drogą idę wzdłuż granicy polsko-czeskiej. Na szczęście deszcz zmienia się w mżawkę, a po pewnym czasie w ogóle ustaje, więc przynajmniej ten problem mam z głowy. Mijam stojący w zatoczce samochód na polskich blachach - ktoś w nim spał i właśnie się obudził. Z kolei na drodze mija mnie kilka aut na czeskich blachach jadących w stronę wioski, co jest dość dziwne przed siódmą świąteczną niedzielę. Ewidentnie Zaolziacy nie mogą dziś spać!


Zachmurzona Ochodzita i Tyniok, zabudowa Istebnej i Koniakowa.


Przede mną Herczawa (Hrčava, Hertschawa), ewenement na polsko-czeskiej granicy, bo to jedyna miejscowość, gdzie mieszkańcy zgłosili wniosek do przeniesienia się na drugą stronę słupków i mocarstwa zachodnie go zaakceptowali. No, ale to było ponad sto lat temu, dziś słynie z trójstyku, a ja mam nadzieję, że gdzieś się jeszcze rozłożę, trochę przekimam i potem pojadę autobusem do Mostów koło Jabłonkowa, tam za godzinę otwierają dworcową knajpę!
Spodziewałem się wioski pogrążonej w ciszy, jak to w każdą niedzielę u Czechów, a tymczasem ruch samochodowy na ulicach wzrasta, a pod drewnianym kościołem stoi kilkanaście aut! Nie uwierzę, że to mieszkańcy tak masowo ruszyli na mszę, zresztą widzę, że większość osób od razu kieruje się do centrum, a inni stawiają obok świątyni namioty.


Dochodzę do głównej ulicy i otwieram gębę ze zdziwienia: dziesiątki straganów rozłożone na długości kilkuset metrów! A w miejscu, gdzie normalnie jest duży parking, rozstawiają się kolejne stoiska, jest scena i wielki namiot z całą masą ławek! Okazało się, że co roku w Herczawie odbywa się festyn z okazji święta Cyryla i Metodego (Pouť sv. Cyrila a Metoděje), którzy są patronami kościoła. A ponieważ dziś jest ich święto, to właśnie trafiłem na przygotowania do otwarcia, które oficjalnie nastąpi o dziewiątej!



wtorek, 25 sierpnia 2026

Lipcowe Beskidy: Stożek Wielki - Jabłonków - Bukowiec

W pierwszy weekend lipca wybrałem się w Beskidy. Nie jest to dla mnie typowa pora takich wyjazdów, bo zazwyczaj w tej części wakacji nie mam na nie czasu, a jeśli już, to wybierałem pasma położone bardziej na wschód. Tym razem wyskoczyłem w Beskid Śląski i Żywiecki. Znane od dziecka, ale warto sobie czasem je odświeżyć.

W góry dojechałem pociągiem przyspieszonym "Malinka" - jest to jeden z nielicznych sensownych projektów ostatnich lat wymyślonych przez upadające Przewozy Regionalne. Pociąg początkowo jeździł z Opola do Wisły, dając w okresie letnim możliwość codziennego, bezpośredniego i sprawnego dostania się ze stolicy Górnego Śląska w Beskidy. Jest to o tyle zaskakujące, że codziennego, bezpośredniego i sprawnego dojazdu w Sudety nadal stamtąd nie ma 😛. Oczywiście PR musiały trochę namieszać i potem połączenie wydłużyły do Wrocławia, co spowodowało, iż pociągi często jeżdżą zatłoczone ponad miarę. Absurdalna jest także godzina odjazdu powrotnego: pociąg w stronę Dolnego Śląska rusza krótko po... piętnastej! Oznacza to, że w Wiśle albo Ustroniu ma się do dyspozycji niewiele ponad cztery godziny! Prawdopodobnie nikt z kolejowych decydentów nie zakładał, że pasażerowie zechcą pójść w góry, raczej nastawiał się na krótkoterminowych spacerowiczów i tak wygląda też większość osób, które podróżuje razem ze mną. Jest grupka emerytek, która dopytuje konduktorkę co można zobaczyć w Wiśle, są młode mamy z dziećmi i babcie z wnuczkami. Jedna z nich siedzi naprzeciwko mnie i bardzo interesuje się wszystkim, co widać za oknem (wnuczka, nie babcia).
- Babciu, krówki! - krzyczy nagle na cały głos.
- To są kozy.
- Kozyyy?
- Takie barany bez wełny.
Aha 😏.


W stronę Beskidów "Malinka" również się nie spieszy, co chwilę jakieś planowane i nieplanowane postoje, zmiana toru jazdy, więc łapie tradycyjnie opóźnienie. Na szczęście ja dzisiaj nią nie wracam, zatem przyjmuję ten fakt ze względnym spokojem. Przed jedenastą z grupą kilkunastu osób (w tym dwóch elektryków) wysiadam w Wiśle Głębcach. Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz dotarłem tu pociągiem i nie udało mi się! Pewnie co najmniej z dziesięć lat temu (prawdopodobnie w 2012 roku).


Moim najbliższym celem jest Stożek, więc wybieram najkrótszy szlak koloru zielonego. Mijam kilka chałup, na których wiszą banery z archiwalnymi sukcesami polskich skoczków-emerytów i podziwiam słynny wiadukt: z góry i z dołu.



środa, 19 sierpnia 2026

Na rowerze wokół Niemodlina

Na kolejną rowerową wyprawę po prowincji województwa opolskiego wyruszyłem z Bastkiem. Tym razem nie korzystam z podwózki pociągiem, bo chcemy okrążyć Niemodlin (Falkenberg), a tam żadne składy pasażerskie nie docierają. Poza tym interesujące nas miejscowości leżą bliżej domu niż te z poprzednich wyjazdów i - to również zmiana - będziemy przez cały czas poruszać się po terenie Górnego Śląska, na Dolny nie zajrzymy.

Pierwszy krótki postój następuje w wiosce, która akurat z Niemodlinem związana nie jest, a mianowicie w Wawelnie (Bowallno, Walldorf). Na skrzyżowaniu dróg znajduje się Pomnik Poległych, który niedawno odnowiono. Prace przeprowadzono jednak bardzo niechlujnie, bo nie zrekonstruowano ani nie poprawiono oryginalnych napisów. Co więcej, częściowo zasłonięto je nową tablicą, na której w wersji niemieckiej umieszczono nazwę po polsku, choć to wioska oficjalnie dwujęzyczna.


Wawelno było jedyną miejscowością na naszej trasie, w której dominuje ludność autochtoniczna. Dalej na zachód wszystkie wioski zamieszkałe są głównie przez potomków Kresowiaków oraz przybyszów z innych stron, nie będziemy więc widzieć dwujęzycznych tablic.


Odbijamy z głównej drogi do Siedlisk (Schedliske, Waldsiedel). Położone są one na uboczu, za lasem i choć wielokrotnie przejeżdżałem niedaleko nich, to w samej wiosce nigdy nie byłem. Administracyjnie należą one do gminy Dąbrowa w powiecie opolskim, ale od XVIII wieku aż do 1975 roku był to teren powiatu niemodlińskiego. W czasie ostatniej reformy administracyjnej akurat tego powiatu nie przywrócono, ale historycznie jest to ziemia niemodlińska, więc zaczynamy w ten sposób właściwie zwiedzanie 😊.


Wioska o tej porze wygląda jak wymarła. Jest to kilka starych domów i starych stodół.