Wyjątkowo długo czekałem na kolejną wyprawę w góry - prawie trzy miesiące!
Dawno nie miałem takiej przerwy, więc stęskniony za górami czekałem na nie z
niecierpliwością. Po małej burzy mózgów wybraliśmy z tatą Masyw Ondřejníka, czyli najwyższą część
Pogórza Morawsko-Śląskiego (Podbeskydská pahorkatina), często błędnie uważany za fragment
Beskidu Śląsko-Morawskiego.
Już kiedyś go odwiedziliśmy, było to niedługo przed wybuchem pandemii. Tak jak
za pierwszym razem samochód zostawiamy obok dworca kolejowego we
Frydlancie nad Ostrawicą (Frýdlant nad Ostravicí, niem. Friedland). Mimo niedzieli na
parkingach pełno aut, a na torach co rusz pojawia się kolejny pociąg.
A to nasz dzisiejszy cel.
Chcieliśmy rozmienić pieniądze, więc planowaliśmy, że zajrzymy po drodze do sklepu, ale przeszliśmy kilkadziesiąt metrów i zobaczyliśmy drzwi od knajpy mieszczącej się na dworcu. Nie namyślając się długo wstąpiliśmy do środka i w ten oto sposób doszliśmy do drobnych 😏. Zamówiłem Radegasta, tatuś Becherovkę, do tego czeskie chipsy, w telewizji lecą ostatnie zawody zjazdowe zimowego pucharu świata... bardzo miły początek wyprawy. Jedyny minus to ceny - wszystkie piwa powyżej 50 koron!
Za oknem nieustannie przewijają się pociągi, choć mamy tu do czynienia z
boczną linią między Ostrawą a Valašskim Meziříčí i jeszcze boczniejszym
odbiciem do Ostravicy. Ta ostatnia liczy niecałe siedem kilometrów i jest
jedną z najkrótszych w Republice.

































