Ani się człowiek obejrzał, a znowu minął rok i nadszedł czas majówki!
Tradycyjnie oznacza to u mnie Słowację i góry, choć nie tylko. Również
tradycyjnie moja majówka nie zawiera się w ramach czasowych tej z kalendarza, zaczynam ją wcześniej albo później. Początkowo mieliśmy ruszyć
z Bastkiem we wtorek 29 kwietnia, ale oznaczało to pobudkę w środku nocy, aby
zdążyć na pociąg o szóstej rano. Ostatecznie okazało się, że możemy jechać już
dzień wcześniej - co prawdę będę lekko niewyspany po nocce, ale zyskujemy
połowę poniedziałku!
Od momentu wyjazdu z domu do momentu wejścia na właściwy szlak minęła... ponad
doba 😛. Nie dlatego, że tak daleko musieliśmy jechać, choć sama podróż takie
trwała wiele godzin - po prostu nigdzie nam się nie spieszyło. Czasem ludzie pytają, czy nie szkoda mi czasu i pieniędzy, aby tak dużo czasu
spędzać w podróży na "pierdołach", zamiast od razu walić w góry. Mogę wówczas
odpowiedzieć pytaniem na pytanie, czy im nie szkoda czasu i pieniędzy, aby
skupiać się jedynie na górach, ignorując wszystko inne. Dla mnie szlaki i
szczyty nigdy nie były jedynym celem samym w sobie, zawsze ważna była też cała
otoczka. Tak też było i w 2025 roku: przez tę dobę odwiedziliśmy kilka
dworców, kilka knajp, mieliśmy kilka ciekawych spotkań, jechaliśmy kilkoma
pociągam z pięknymi widokami, a był też całkiem fajny akcent górski. Czyli dla
każdego coś miłego.
W poniedziałkowe wczesne popołudnie meldujemy się w Boguminie, gdzie
zostawiamy auto na znanym nam parkingu osiedlowym, licząc, że okoliczni
Cyganie i tym razem się na nie nie połaszą. Niestety, przybyliśmy do miasta
nad Olzą zbyt późno, więc prysła nadzieja na spokojne wypicie
pierwszego piwa w spelunce, a nawet na większe zakupy, bo kasa była całkowicie
zablokowana przez mniejszość romską. Kilka rzeczy udało mi się nabyć w biegu
dopiero w dworcowym sklepiku. Mimo tego pośpiechu humory dopisują, bo zaczyna
się kolejna wiosenna przygoda!

