Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morawy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2026

Masyw Ondřejníka na wiosny początek

Wyjątkowo długo czekałem na kolejną wyprawę w góry - prawie trzy miesiące! Dawno nie miałem takiej przerwy, więc stęskniony za górami czekałem na nie z niecierpliwością. Po małej burzy mózgów wybraliśmy z tatą Masyw Ondřejníka, czyli najwyższą część Pogórza Morawsko-Śląskiego (Podbeskydská pahorkatina), często błędnie uważany za fragment Beskidu Śląsko-Morawskiego. 

Już kiedyś go odwiedziliśmy, było to niedługo przed wybuchem pandemii. Tak jak za pierwszym razem samochód zostawiamy obok dworca kolejowego we Frydlancie nad Ostrawicą (Frýdlant nad Ostravicí, niem. Friedland). Mimo niedzieli na parkingach pełno aut, a na torach co rusz pojawia się kolejny pociąg.


A to nasz dzisiejszy cel.


Chcieliśmy rozmienić pieniądze, więc planowaliśmy, że zajrzymy po drodze do sklepu, ale przeszliśmy kilkadziesiąt metrów i zobaczyliśmy drzwi od knajpy mieszczącej się na dworcu. Nie namyślając się długo wstąpiliśmy do środka i w ten oto sposób doszliśmy do drobnych 😏. Zamówiłem Radegasta, tatuś Becherovkę, do tego czeskie chipsy, w telewizji lecą ostatnie zawody zjazdowe zimowego pucharu świata... bardzo miły początek wyprawy. Jedyny minus to ceny - wszystkie piwa powyżej 50 koron!


Za oknem nieustannie przewijają się pociągi, choć mamy tu do czynienia z boczną linią między Ostrawą a Valašskim Meziříčí i jeszcze boczniejszym odbiciem do Ostravicy. Ta ostatnia liczy niecałe siedem kilometrów i jest jedną z najkrótszych w Republice.


sobota, 21 marca 2026

Hřebečsko: Březová nad Svitavou, Moravská Třebová i Mohelnice

Jesienią ponownie ruszyliśmy na Hřebečsko, czyli dawną niemiecką wyspę językową położoną na północnej części granicy czesko-morawskiej. Do 1945 roku mieszkało w niej ponad sto dwadzieścia tysięcy osób, z których ponad osiemdziesiąt procent używało języka niemieckiego i nazywało tą krainę Schönhengstgau. Składało się na nią prawie sto pięćdziesiąt miejscowości; odwiedzenie wszystkich byłoby zapewne wykonalne, lecz mocno czasochłonne, ale z miastami nie ma takiego problemu, ponieważ było ich tylko sześć. Trzy odwiedziliśmy już wcześniej, w listopadzie przyszła pora na trzy kolejne.

Pierwszy nasz postój następuje jednak nie w mieście, choć nazwa może sugerować co innego: Městečko Trnávka (Markt Türnau) nie posiada praw miejskich. Nad wioską górują ruiny zamku, dobrze widoczne z głównego skrzyżowania.


W sobotnie południe panuje tu bardzo senna atmosfera, nawet knajpy są jeszcze zamknięte. Nie pozostaje nam nic innego, jak ruszenie w stronę ruin. Przechodzimy przez coś na kształt małego rynku, które pewnie kiedyś był centrum osady.


Na skraju lasu stoi skromny pomnik z przełomu XIX i XX wieku upamiętniający czterdziesto, a następnie pięćdziesięciolecie panowania księcia Jana Liechtensteina, właściciela tych ziem. W sumie książę pełnił swą funkcję przez siedemdziesiąt lat i zajmuje czwarte miejsce wśród najdłużej rządzących monarchów w historii.


Nie byłem pewien, czy chce mi się wchodzić na górkę zamkową, ale Teresa zarządziła wspinaczkę. Dosłownie, bo poszliśmy na pałę przed siebie i po chwili stanęliśmy przy ruinach zamku Cimburk. 


środa, 29 października 2025

Pogranicze Sudetów Środkowych i Wschodnich: szlaki i wieże widokowe wokół Králík(ów)

Králíky (Grulich) to miasto, które otaczają trzy pasma: Góry Hanuszowickie (Hanušovická vrchovina, Hannsdorfer Bergland), Góry Orlickie (Orlické hory, Adlergebirge) oraz Masyw Śnieznika (Králický Sněžník, Glatzer Schneegebirge). W tym ostatnim już w tym roku byliśmy, więc w połowie września postanowiliśmy odwiedzić dwa pierwsze.

Jest czwartkowe wczesne przedpołudnie (albo późny poranek), gdy parkujemy samochód niedaleko rynku. Pogoda na razie nie rozpieszcza, z nieba leci drobna, ale nieprzyjemna mżawka. Szybko przebieramy się z Bastkiem w odpowiednie ciuchy i zarzucamy plecaki.


Przemykamy przez mokre ulice. Z plakatów straszy Tomio Okamura, który wskazuje w przechodnia wielkim palcem. My też pokazujemy mu palce, aczkolwiek inne, a dwa tygodnie później zrobili to czescy wyborcy.

Wpadamy do knajpki niedaleko dworca autobusowego. Restaurace u Lipy to przyjemny lokal ze ścianami obitymi drewnem i dużą ilością zdjęć oraz obrazów. Jest 10.30, a oni już serwują dania obiadowe, wnętrza są pełne, zajmujemy ostatni wolny stolik! Obiadowicze w większości wyglądają na pracowników fizycznych, niektórzy na emerytów, ale to pewnie cudzoziemcy. Niedawno na pewnej czeskiej grupie przekonywano mnie, że Czesi zdecydowanie nie stołują się na mieście, a jedynie w domu, zatem niemożliwe, aby tu jedli Pepicy, chociaż świetnie mówią po czesku.
Mamy do dyspozycji tylko niecałe pół godziny, więc zamiast dwudaniowego posiłku ograniczamy się do szybkiego napoju w płynie.


Według prognoz najgorsza pogoda miała być rano, a potem stopniowo się poprawiać. Prawie im się sprawdziła, bo po wyjściu na zewnątrz okazało się, że mżawka zmieniła się w normalny deszcz. Smagani wodą maszerujemy na dworzec kolejowy, gdzie kupuję bilety i wypijamy kilka łyków mikstury z wielkiej plastikowej butelki, którą Bastek chowa w plecaku.
Jesteśmy lekko zdziwieni, gdy przyjeżdża skład pod szyldem Leo Express, który kojarzy się głównie z pociągami pospiesznymi. Okazuje się jednak, że tę linię firma obsługuje już sześć lat. Ma to swoje minusy - z biletem tu kupionym nie mogę się przesiąść do innych spółek.


poniedziałek, 6 października 2025

Dni NATO w Ostrawie (2025)

We wrześniu odbyły się jubileuszowe, 25-te Dni NATO i Czeskich Sił Powietrznych (Dny NATO & Dny Vzdušných sil AČR) na lotnisku pod Ostrawą. To były moje trzecie odwiedziny tej imprezy i, podobnie jak w 2021 i w 2023 roku, wybraliśmy się w niedzielę (trwają dwa dni, od soboty). Ilość sprzętu do oglądania na ziemi pokaźna, ale chyba mniej niż w poprzednie edycje. W ogóle zabrakło Amerykanów (a już na pewno w niedzielę), którzy zawsze pokazywali się z chęcią, ale możliwe, że polityka wojskowa Trumpa wobec Europy dotyczy także pokazów. Na szczęście w ich miejsce nie zaproszono Rosjan, lecz może się to zmienić w przyszłości. Polska wróciła do swojej stałej formy, czyli wielkiego NIC: biało-czerwonych reprezentowała grupa AGAT, samochód Służby Celno-Skarbowej i... PCK. Jak zwykle licznie pojawili się Niemcy, tradycyjnie witani radośnie przez miejscową ludność. Równie tradycyjnie zaprezentowali się Słowacy, utwierdzając wszystkich w przekonaniu, że nie mają czym się chwalić. Węgrzy w ogóle nie przyjechali, ale w przypadku tych dwóch ostatnich państw wojsko jest właściwie niepotrzebne, bo i tak nikt ich nie zaatakuje. Tegorocznym partnerem głównym byli Włosi i wywiązali się z tego zadania dość przyzwoicie. Ogólnie liczba wystawiających się państw była niższa niż w ostatnich edycjach. 

Tak można by w skrócie podsumować całe wydarzenie, teraz czas na szczegóły 😏.


Do lotniska w Mošnovie, tak jak dwa lata temu, przyjechaliśmy pociągiem z dworca Ostrava-Svinov. Skład miał jakąś usterkę, więc załapaliśmy się na wcześniejsze połączenie, w którym spotkaliśmy... mojego brata 😛. Hanys z hanysem zawsze na siebie wpadnie, nawet przy tysiącach ludzi 😏. Spod przystanku przy lotnisku do bram jest jeszcze dwa kilometry spaceru - podążamy za tłumem wśród licznych radiowozów, przy okazji kupując na przydrożnym stoisku czerwony burčák. O dziwo, nie spotykamy żadnych pikiet miłośników Jezusa, światowego pokoju albo ruskiego miru, możliwe, że tym razem nie dostali przepustek.


Na końcówce drogi obserwujemy pierwszy (dla nas) pokaz lotniczy: chorwacka formacja Wings of Storm na samolotach Pilatus PC-9. Wkrótce potem lądują na płycie lotniska, obserwowane przez licznych widzów zza płotu. To dobra miejscówka dla fotografów.
Chorwaci wrócili na imprezę po siedmiu latach.



piątek, 11 lipca 2025

Śnieżnik od czeskiej strony: zobaczyć blender i przenocować w chatce

Staré Město (Mährisch Altstadt) to nieduże morawskie miasteczko pełne zabytków, otoczone trzema sudeckimi pasmami górskimi. Będzie naszym punktem startowym. Parkujemy bezpłatnie* w samym centrum i, jako pierwszy krok, zaglądamy pod renesansowy kościół św. Anny oraz na cmentarz, gdzie zachowało się sporo starych grobów.



Następnie, już z plecakami i w górskim obuwiu, zachodzimy na pobliski rynek i odwiedzamy restaurację Národní Dům; to jedyny przybytek otwierany o dziesiątej, a ta poranna godzina właśnie wybiła. Jesteśmy pierwszymi klientami, ale inni spragnieni zimnego piwa zjawiają się niewiele później. Jak to w czeskiej lokalnej knajpce prawie wszyscy się znają i mają swoje stałe miejsca. Nieświadomi usiedliśmy przy "zajętym" stole, więc po jakimś czasie zjawia się dwóch wielkich jegomości, którzy - nie mówiąc ani słowa - dosiadają się do nas, sapiąc, jęcząc i wzdychając. Dzielnie wytrzymaliśmy ich obecność 😏.


Kilka początkowych kilometrów moglibyśmy przejechać autobusem, ale wybieramy opcję dłuższego posiedzenia w restauracji. Poza tym jest piękna pogoda, a ten odcinek widokowy, więc szkoda byłoby go ominąć. Najpierw schodzimy z rynku w dół w dolinę rzeki Krupá (Graupa), gdzie za dworcem kończą się tory z Hanušovic, stoi kilka modernistycznych willi, a pod jedną ze stodół Bastek zauważa otoczoną połamanymi wiadrami bryczkę.
- Przecież takie coś warte jest grubą kasę, a ktoś go sobie tak postawił! - woła.



środa, 14 maja 2025

Wielkanocny poniedziałek na przełęczy Pustevny

W wielkanocny poniedziałek, zamiast przyjmować kolejne kalorie, postanowiliśmy je spalić! I to całą rodziną, ponieważ po raz pierwszy od dawna zabrała się z nami w góry moja mama! W takiej sytuacji musiałem wymyślić jakieś sensowne miejsce w czeskich Beskidach, najlepiej z możliwością wjazdu kolejką. Ten drugi warunek ograniczał listę do zaledwie dwóch pozycji: Javorový i przełęcz Pustevny. Wybrałem tę drugą opcję, ponieważ zakładałem, iż tłumy turystów łatwiej się tam rozejdą niż na Javorovým.

Wbrew obawom nie było problemów ze znalezieniem wolnego miejsca na parkingu w Trojanovicach. Ba, było na nim mniej samochodów, niż podczas naszej ostatniej zmotoryzowanej wizyty w czasie zwykłej, nieświątecznej niedzieli. Płacimy za parking, przebieramy się i można uderzać w stronę dolnej stacji kolejki. Razem z nami ciągnie sporo osób, ale wkrótce się ten tłumek urywa.


Przy kasie zaczepia nas rodzina z Polski i chce odsprzedać jeden bilet, bo kasjerka źle ich policzyła. Kręcimy głową, gdyż tata płaci tu kartą, aby gotówka została do użycia w lokalach gastronomicznych. Odchodzą niepocieszeni, ale po chwili wracają i dają mi ten bilet.
- My i tak nie skorzystamy.
Miło i trochę tak głupio. Myślałem, że może spotkamy ich na górze i chociaż postawimy coś do picia, lecz już na nich nie trafimy.
Kolejka linowa na przełęcz to dwuosobowe krzesełka, strasznie wolne. Uruchomiono ją w 1940 roku jako pierwszy taki obiekt w Europie. Choć obecna konstrukcja pochodzi z lat 80., to sprawia wrażenie znacznie starszej, trzeszcząc wznosi się w górę, po czym zniża się w dół prawie dotykając ziemi. W ten sposób pokonuje czterysta metrów przewyższenia. Gołym okiem widać, że jest stromo.




sobota, 5 kwietnia 2025

Polskie Morawy: wioski wokół Kietrza

Kontynuuję zwiedzanie enklawy kietrzańskiej, czyli jedynej enklawy morawskiej na Śląsku położonej na terenie Polski. Po odwiedzeniu stolicy, czyli Kietrza (Ketscher, Ketř), przyszła pora na otaczające go wioski. Jest ich sześć, okrążają stolicę enklawy ze wszystkich stron. Patrząc od zachodu i poruszając się zgodnie ze wskazówkami zegara:
* Kozłówki (Kösling, Kozlůvky),
* Księże Pole (Knispel, Kněží Pole),
* Langowo (Langenau, Langov),
* Tłustomosty (Stolzmütz, Tlustomosty),
* Pietrowice Wielkie (Groß Peterwitz, Velké Petrovice),
* Krotoszyn (Krotfeld, Krotin).

Zaczynamy w kolejności takiej, jaką podałem wyżej, a więc jako pierwsze odwiedzam Kozłówki. Nie jest to ludna wioska, liczy około stu pięćdziesięciu mieszkańców. Przy głównej ulicy, równoległej do szosy wojewódzkiej, większość domów ma długą metrykę, ale wiele z nich jest zaniedbanych lub opuszczonych.


Ludzi za bardzo nie widać, bo jest przed południem w dzień roboczy. Pojawił się tylko jeden chłop z reklamówką na zakupy, ale nie wiem, gdzie mógłby je zrobić, bo sklepu tu brak. Tu i ówdzie na asfalcie walają się bryłki węgla, w które oczywiście kilka razy wjechałem.

Za centrum wioski można uznać skrzyżowanie, przy którym stoi kaplica św. Anny z 1842 roku. Czasem określana jest jako kościół, taki też drogowskaz do niej prowadzi. Wymiarami zdaje się być czymś pośrednim pomiędzy jednym a drugim. Przed budynkiem krzyż ufundowany w 1887 roku przez rodzinę Mosler.



piątek, 28 marca 2025

Polskie Morawy: Kietrz

Morawy to jedna z trzech głównych krain historycznych wchodząca w skład Republiki Czeskiej. Mało kto jednak wie, że niewielkie ich fragmenty znajdują się również w Polsce! Jak do tego doszło? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy cofnąć się do... średniowiecza 😏.

Ówczesne Margrabstwo Moraw w dużej mierze pokrywało się z granicami kościelnej diecezji ołomunieckiej. Na północy sięgało ono terenów dzisiejszego Śląska, m.in. należał do niego Prudnik i Głubczyce. W drugiej połowie XIII wieku czeski król wydzielił z jego ziem księstwo opawskie dla swojego nieślubnego syna. Syn, spłodzony z dwórką królowej, został oficjalnie uznany przez ojca a nawet papieża, lecz nie mógł dziedziczyć korony, więc otrzymał w ramach pocieszenia coś mniejszego. Księstwo to w wyniku układów, transakcji handlowych oraz koneksji rodzinnych w kolejnych stuleciach zaczęło być wiązane ze Śląskiem i traktowane jest jako część tej krainy. Żeby jednak nie było tak prosto: z terenów nowo utworzonego księstwa monarcha wykroił pewne obszary i przekazał je pod bezpośrednią władzę biskupów ołomunieckich. Było to podziękowanie za pomóc w krucjatach przeciwko Prusom. W ten sposób biskup sprawował w darowanych ziemiach nie tylko władzę kościelną, ale też świecką. Obszary te, będące enklawami otoczonymi Śląskiem, nadal traktowano jako Morawy, obowiązywały tam morawskie prawa, podatki płacono do morawskiego skarbu. 
Po wojnach austriacko-pruskich w XVIII wieku nie tylko Śląsk (również Opawski) został podzielony, ale także enklawy morawskie. Większość z nich pozostała przy Habsburgach, ale jedną przyłączono do Prus: było to miasto Kietrz (Katscher, Ketř) oraz kilka wiosek wokół niego. O ile w Austrii, a potem w Czechosłowacji, odrębność enklaw utrzymywała się aż do XX wieku, o tyle Niemcy potraktowali je jako normalną część Śląska, choć sporadycznie używano określenia "pruskie Morawy". W 1945 roku niemiecki Śląsk przypadł Polsce i w ten oto sposób skrawek historycznych, najprawdziwszych Moraw znalazł się pod rządami Warszawy. Oczywiście komuniści nie ustanowili żadnej odrębności administracyjnej dla enklawy, ale diecezja ołomuniecka nadal tutaj sięgała (obejmowała niemal cały dzisiejszy powiat głubczycki oraz południowo-zachodnią część raciborskiego; Prudnik już kilka wieków wcześniej włączono do diecezji wrocławskiej). Dopiero w 1972 roku Watykan utworzył oficjalnie diecezję opolską i formalnie dopiero wówczas administracja kościelna została wyjęta spod jurysdykcji biskupa ołomunieckiego.
Czasem, zwłaszcza polskie źródła, pod pojęciem "polskie Morawy" lub "Morawy polskie" uznają cały teren, który należał do diecezji ołomunieckiej. Uważam, że to nadinterpretacja, bowiem w ten sposób należałoby uznać za Morawy całą ziemię opawską, a przecież od stuleci nikt tak nie robi. Moje zdanie podzielają Czesi: dla nich Opawszczyzna to Śląsk pełną gębą, a Morawami są jedynie enklawy, czyli nie tyle dawna diecezja ołomuniecka, lecz posiadłości ołomunieckich biskupów. Zatem, podpierając się czeskim punktem widzenia, udajemy się na objazd po polskich Morawach, czyli do Kietrza i otaczających go wiosek. Biorąc pod uwagę obecny podział administracyjny, są to rubieże województwa opolskiego (większość) oraz śląskiego (jedna miejscowość).

Poniżej enklawa kietrzańska na przedwojennej mapie WIG z naniesionymi jej granicami (pochodzi z Wikimedia Commons).


Z oddali Kietrz wygląda jak wiekowe miasto: są wieże kościoła, starych budynków, jakiś komin. Swoje lata rzeczywiście ma: lokowali go w 14. stuleciu biskupi ołomunieccy, ale jako osada istniał już kilkaset lat wcześniej.


piątek, 7 lutego 2025

Zábřeh, Svitavy i Lanškroun, czyli z wizytą w Hřebečsku

Zanim nastał czas monoetnicznych państw w Europie Środkowej, mapa narodowościowa potrafiła wyglądać jak dziecięca kolorowanka: kleksy, kreski i poszarpane brzegi. Cechą charakterystyczną były tak zwane wyspy językowe. Na ziemiach czeskich istniało aż osiem wysp językowych, zamieszkanych przez ludność niemiecką. Największą z nich było Hřebečsko, położone na północnym odcinku granicy czesko-morawskiej. W tym przypadku określenie "wyspa" może być nieco mylące. Zazwyczaj takie wyspy językowe były mocno oddalone od macierzystych krain, natomiast tutaj od niemieckojęzycznych terenów Sudetów oddzielał szeroki na jedynie kilka kilometrów pas wiosek, w których mówiło się po czesku. Realnie była to zatem część zwartego obszaru niemieckiego, przeciętego czeską wkładką. Pozostaniemy jednak przy oficjalnej terminologii.
Czesi nazywali wyspę Hřebečsko od niewysokiego pasma Hřebečovský hřbet albo po prostu svitavský jazykový ostrov. Dla Niemców był to Schönhengstgau lub Schönhengster land, także od nazwy tych samych gór, które po niemiecku zwały się Schönhengster Rücken. Nigdy nie tworzył on samodzielnej jednostki administracyjnej, przynależał do różnych okręgów sądowych, a potem powiatów. Łączyła go wspólna kultura oraz pochodzenie od kolonistów przybyłych z zachodniej i południowej Rzeszy (głównie Bawaria i Nadrenia) po najazdach tatarskich. Składało się na niego sześć miast oraz ponad sto czterdzieści wiosek, w sumie tysiąc dwieście kilometrów kwadratowych. Przed II wojną światową żyło tam około sto dwadzieścia tysięcy osób, ponad osiemdziesiąt procent mówiło po niemiecku (na początku wieku ten procent był wyższy). Tylko w trzynastu wioskach przeważali Czesi. Ostatnio podczas dwóch wyjazdów odwiedziliśmy połowę miast Hřebečska, więc zebrało się trochę materiału zdjęciowego i tekstowego 😏.

W listopadzie na pierwszy rzut poszedł Zábřeh (Hohenstadt), który leżał na wschodnim skraju wyspy, na Morawach. Był on najmniej niemieckim miastem regionu, ostatnie austro-węgierskie spisy podawały siedemdziesiąt procent użytkowników tego języka wśród mieszkańców. Był też rzadkim przypadkiem, że, w wyniku napływu nowych rzesz ludności w okresie Czechosłowacji, język czeski wysunął się na prowadzenie. Zapoznanie się z miastem rozpoczynamy od spojrzenia na niego z niewysokiej platformy widokowej w dzielnicy Rudolfov (Rudolphstal). Pod nami rozciąga się niewielkie centrum z dominującym nad resztą kościołem św. Bartłomieja, po bokach zaś przycupnęły bloki i stawy.


Dookoła wszędzie góry. Nad Jesionikami kłębi się i chmurzy.


środa, 18 grudnia 2024

Jarmarki bożonarodzeniowe w Ostrawie!

Kiedy w kalendarzu pojawi się karta z napisem "grudzień", to znak, że nadszedł czas na jarmarki bożonarodzeniowe. Po roku przerwy wracam na nie do Republiki Czeskiej. Tym razem wybrałem Ostrawę - szybki i sprawny dojazd, a z racji swej wielkości oferuje kilka możliwości w tym temacie.
Przebywając w stolicy kraju morawsko-śląskiego porównywałem tutejszy jarmark z katowickim - w stolicy województwa śląskiego byłem dzień wcześniej, żeby dokładnie wszystkiemu się przyjrzeć i mieć najświeższe informacje z pierwszej ręki. Dlaczego porównuję akurat te dwa miasta? Ostrawa i Katowice to od wielu dekad miejscowości partnerskie. Mają niemal taką samą liczbę mieszkańców i są największe na Górnym Śląsku (Ostrawa połowicznie, ponieważ spora jej część - w tym centrum - leży na Morawach). Od pewnego czasu nawet wzajemnie się polecają: w Katowicach zachęcali do odwiedzin jarmarku w Ostrawie, w Ostrawie zachęcali do odwiedzin Katowic. Mamy zatem świetną okazję do obejrzenia, jak miasta podobnej skali podchodzą do takiej samej imprezy. Wnioski z tego porównania zaprezentuję na końcu, natomiast teraz skupmy się na Ostrawie.


Główny jarmark odbywa się na rynku Morawskiej Ostrawy - Masarykovym náměstí. Rynek ten z trzech i pół strony otoczony jest przeważnie zabytkową zabudową, jedynie pół zachodniej pierzei to wolna przestrzeń i tam lubi hulać wiatr. Nie jest to architektura w stylu Wrocławia albo Krakowa, ale ogólnie ładnie tu w otoczeniu starego ratusza, kolumny maryjnej i kamieniczek. Tylko jeden z domów handlowych, pochodzący z ostatniej dekady komunizmu, średnio pasuje do reszty.




wtorek, 3 grudnia 2024

Na Biskupią Kopę szlakami z Heřmanovic

Na Biskupią Kopę wchodziłem w tym roku już dwa razy, w październiku wszedłem trzeci raz. Liczyliśmy, że uda się załapać na jesienne kolory, choć ta nadzieja nie była zbyt wielka, bo zazwyczaj mam w tej kwestii pecha. Mogę jednak wyprzedzić opowieść: na brak ładnych widoków nie narzekaliśmy.

Po drodze przyglądaliśmy się, jak wygląda teren po powodzi, która przewaliła się przez tę część Śląska niemal dokładnie miesiąc wcześniej. Najwięcej zniszczeń było widać na brzegach rzek i potoków.


Jeden z bohaterów wrześniowej tragedii: tama w Jarnołtówku (Arnoldsdorf). Choć w pewnym momencie woda zaczęła przelewać się przez koronę, a niektórzy straszyli, że w każdej chwili może pęknąć, to ponad stuletnia konstrukcja wytrzymała, chroniąc wioskę przed całkowitym zniszczeniem. Pytanie, czy wytrzyma kolejne takie wydarzenie.


Powódź dotknęła też Zlaté Hory (Zuckmantel); w pewnym momencie mieli tam największe opady w całym kraju. Wylał Złoty Potok (Zlatý potok, Goldbach), który na dalszym odcinku płynie przez Jarnołtówek w stronę Prudnika. W centrum chyba nie było większych zniszczeń, za to potok Olešnice mocno przeorał brzegi przy skansenie Zlatorudné mlýny. Podjechaliśmy tam zobaczyć skalę uszkodzeń. Same budynki na pierwszy rzut oka wyglądały na nieruszone, natomiast pozrywało niektóre mostki, woda porwała elementy małej architektury, m.in. rynny, w których przed powodzią odbywały się mistrzostwa świata w płukaniu złota. Skansen został zamknięty, ogłoszono zbiórkę funduszy na remont.



niedziela, 14 lipca 2024

Vsetínské vrchy - debiut z najwyższym szczytem w pakiecie

Góry Wsetyńskie (Vsetínské vrchy) to pasmo górskie położone na Morawach. Pasmo niezbyt rozległe i u nas raczej mało znane, choć położone w sąsiedztwie popularnego Beskidu Śląsko-Morawskiego, który graniczy z nim od północy. Na południu mamy Jaworniki, na wschodzie granicę ze Słowacją, a na zachodzie Góry Hostyńskie. Czesi zaliczają je do Beskidów Zachodnich, według polskiej regionalizacji to Karpaty Słowacko-Morawskie. 
Nie ma tu spektakularnych panoram ani wybitnych szczytów, na których można zrobić instagramowe zdjęcia. Wybrałem je podczas studiowania mapy i zastanawiania się, co by jeszcze nowego zobaczyć z tatą w górach. No i wymyśliłem Wsetyńskie: widziałem je ze szlaku podczas wcześniejszego wędrowania na przełęcz Pustevny, a dodatkowo będzie to nasz prawdziwy debiut w tym paśmie. Dlaczego prawdziwy? O tym napiszę później 😏.

W drodze do celu co rusz wyłania nam się masywna sylwetka Łysej Góry. Mamy sobotę z piękną pogodą, pewnie będą tam tłumy ludzi. 


Dojazd trochę zajmuje, zwłaszcza, że musimy też przeciąć na chwilę Słowację. Dopiero po dziesiątej zajeżdżamy na puściutki parking w osadzie Leskové, będącej częścią wioski Velké Karlovice (Groß Karlowitz). Płynąca w pobliżu Vsetínská Bečva (w języku polskim występująca najczęściej jako Górna Beczwa) jest granicą pasm: gdybyśmy z auta poszli w lewo, to bylibyśmy w Jawornikach, a że idziemy w prawo, to zaczynamy zdobywanie Gór Wsetyńskich. Ale w Jawornikach jeszcze i tak dziś będziemy 😏.


sobota, 20 kwietnia 2024

Beskid Śląsko-Morawski: Martiňák - Čertův mlýn - Pustevny

Po ponad roku ponownie ruszyliśmy razem z tatą w Beskid Śląsko-Morawski. I jak zwykle padło pytanie: gdzie? Zwiedziliśmy już dość sporo terenów tego pasma. W końcu wymyśliłem, że punktem docelowym będzie przełęcz Pustevny. Co prawda byłem na niej już dwa razy, w tym raz z ojcem, ale tym razem postanowiliśmy zdobyć ją szlakami od południowego - wschodu.
W kalendarzu mieliśmy niedzielę, zapowiadano wysoką temperaturę, więc można było zakładać tłumy w górach. Pomyślałem jednak - może dość naiwnie - że akurat na "naszych" ścieżkach nie powinno być tak źle. 


Oprócz gorąca prognozowano również kolejną falę pyłu afrykańskiego. I rzeczywiście: wszystko jest jakby zamglone, kolory przytłumione. Ale brak odcieni żółtego. Może to po prostu zderzenie rozgrzanego powietrza z chłodną ziemią?


Parkujemy w wiosce Horní Bečva. To jedna z trzech osad o nazwie Bečva leżących obok siebie. Wyjaśnienie etymologii jest proste: płynie przez nie rzeka Bečva (Beczwa), której dolina oddziela na południu Beskid Śląsko-Morawski od Gór Hostyńsko-Wsetyńskich (Hostýnsko-vsetínská hornatina). Co ciekawe: choć w języku niemieckim rzeka brzmi Betschwa, to w przypadku miejscowości stosowano wersję (Ober) Beczwa 😏. 


sobota, 16 marca 2024

Pradziad i pożegnanie zimy

Każdy Ślązak powinien choć raz odwiedzić Pradziada! Dlaczego? Ano choćby dlatego, że to najwyższa góra Górnego Śląska. A i inne powody też się znajdą 😏.

Na początku marca zaproponowałem wspólny wyjazd tacie, który jeszcze w Wysokim Jesioniku nie był. Do kompletu dołączyłem Bastka, żeby ktoś narzekał przy podejściu 😛 .
Problem pojawił się przy wytyczaniu trasy. Koniecznie okazało się skorzystanie z komunikacji autobusowej, a to oznaczało, że mamy ograniczony czas na przejście, pięć i pół godziny. Niby dużo, ale jednak nie pozwala na zbyt długie, nieplanowane przerwy.

Startować będziemy z przełęczy nazywanej Videlské sedlo lub Videlský kříž (a dawniej Gabeler Paß, Gabel Kreuz albo Gebirgssattel)


Jest ona o tyle ciekawa, że przebiega przez nią nie tylko granica gmin, powiatów i krajów (ołomunieckiego i śląsko-morawskiego), ale też umowna Dolnego i Górnego Śląska. Tę wewnętrzną śląską granicę zazwyczaj ciężko precyzyjnie ustalić, tu nie ma z tym problemu: gmina Bělá pod Pradědem (Waldenburg) to dawne dolnośląskie księstwo nyskie podległe biskupom wrocławskim, a gmina Vrbno pod Pradědem (Würbenthal) to tereny górnośląskie, które przez trzy stulecia należały do Zakonu Krzyżackiego. Granicę widać także po nawierzchni drogi: asfalt górnośląski jest gorszy od dolnośląskiego. 


Nazwa przełęczy pochodzi od osady Vidly (Gabel) oraz krzyża, który stał w tym miejscu co najmniej od XVIII wieku. Według legendy ustawili go dwaj franciszkańscy mnisi wędrujący do Videl z... Rzymu. Dzisiejszy krzyż jest dość nowy i stał się częścią jakiejś trasy pątniczej przez różne punkty pielgrzymkowe powiatu Jesionik.


wtorek, 27 lutego 2024

Na Biskupią Kopę od morawskiej strony

Na Biskupią Kopę wchodziłem już prawie z każdej strony. Z Pokrzywnej i z Jarnołtówka. Ze Zlatych Hor kilkoma trasami. Z Heřmanovic. Na szybko z Petrovych boud. A pisząc krainami: ze Śląska. Głównie Dolnego, poza Pokrzywną, która leży na Górnym Śląsku, ewentualnie za taki można uznać Jarnołtówek. Pod koniec stycznia postanowiłem zaatakować ją... z Moraw.
Patrząc na mapę niektórzy będą się głowić, gdzie Morawy, a gdzie Góry Opawskie? Ano całkiem blisko, bo przecież na południowy - wschód od Kopy rozciągają się morawskie enklawy na Śląsku

Niestety, spóźniłem się na zimę. Jeszcze tydzień temu góry przykryte były przyjemną warstwą białego puchu, który nagle zaczął błyskawicznie znikać. Wysoka temperatura, opady deszczu i silny wiatr skutecznie go wyeliminowały 😕. Zwłaszcza chyba ten ostatni... Staję przed Prudnikiem, żeby zrobić Kopie zdjęcie z oddalenia i podmuchy miotają mną po polu jak pijanego rolnika na rondzie. Fotkę jakoś udało mi się wykonać, ale spróbujcie się wysikać w takich warunkach 😛.


Pogodę zapowiadano bardzo zmienną. Już w czasie dojazdu mam na przemian ścianę deszczu i przeskakujące po zboczach słońce.


Parkuję pod urzędem gminy w Janovie (Johannesthal). Jest to jedno z najmniejszych miast Republiki Czeskiej - z niecałymi trzema setkami mieszkańców zajmuje czwarte miejsce od tyłu. Tradycje jednak posiada bogate: został założony przez biskupów ołomunieckich w średniowieczu, później stał się miasteczkiem górniczym, bo jak wszędzie w okolicy wydobywano srebro. Jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku żyło w nim ponad tysiąc osób.