poniedziałek, 13 lipca 2026

Z plecakiem przez Prusy (2): Nerwiki - Pieszkowo - Gorówo Iławeckie

Położone na północ od Lidzbarka Warmińskiego jezioro Wielochowskie (Grosserdorfen See) posiada zagospodarowaną plażę miejską. Są kąpieliska z drabinkami, wiaty, parking, wychodek, liczne zakazy, miejsca ogniskowe oraz teren pod namioty. Właśnie tam przybyła wcześniej moja ekipa, do której i ja podążam.


Były dwa kwadranse po osiemnastej, gdy ze śpiewem na ustach przybyłem na skraj plaży. Zastałem Bubę, Szymona, Bożenę i Piotrka, ten ostatni przygotowywał drewno na ogień. Wkrótce przyjechała na pożyczonym rowerze Kaśka z zapasami wody (tej z jeziora jest zawsze za mało) oraz Krwawy, też na dwóch pedałach.
- Wiesz co ja tu mam?! - krzyknął, sięgając do torby.
- A wiesz co ja tu mam?! - odkrzyknąłem, sięgając do plecaka.
On miał flaszkę, a ja - cóż - papier toaletowy 😏. Każdemu według potrzeb. 
Fajnie było po roku zobaczyć znajome gęby (Piotrka po dwóch, rok temu zdradził nas na rzecz Putina). Byli też na tyle mili, że zostawili trochę swojskich napitków i jedzenia.


Ekipa rozkłada się z namiotami na wielkiej łące, która prawdopodobnie do tego właśnie służy oraz pod krzakami. Ja postanowiłem spać pod wiatą, noc ma być dość ciepła.



Wkrótce zaczynają płonąć konary, powoli zapada zmierzch. O dziwo, tambylcy wcale nie zbierają się do domów, niektórzy z nich siedzą na plaży jeszcze po zmroku. Nikt jednak nie przychodzi z pretensjami, że nie wolno, że wypad, że regulamin nie pozwala; rozmawiam z kilkoma miejscowymi i ci są pełni podziwu, że zostajemy na noc nad jeziorem, a nie szukamy jakiegoś noclegu pod dachem. Chociaż mój nocleg jest jak najbardziej pod dachem 😏.



Rano nie jest już ani tak słonecznie ani tak ciepło. Niebo straszy deszczem, więc siedzimy długo nad jeziorem, przy okazji uskuteczniając kąpiele. Szymon dodatkowo znajduje u siebie kleszcza, po mnie też jeden łazi.


W pewnym momencie podjeżdża samochód, okazuje się, że to panie z klubu morsów z Lidzbarka. Jest ich około czterdziestu i morsują tu regularnie, ostatni lód był jeszcze w kwietniu. Będą stawiać nad jeziorem domek, więc umówiły się z jakimś fachmanem.
A potem nagle zaczyna straszliwie lać, po prostu ściana deszczu! Wody było tak dużo, że podchodziła pod wiatę!


Cieszymy się, że nie wyszliśmy wcześniej, przemoklibyśmy w kilka minut. Ulewa po kwadransie ustaje, więc gdy na zegarkach wskazówki minęły już południe,   wreszcie zbieramy się do drogi. Kolor nieba sugeruje, że to niekoniecznie koniec deszczu.


Wchodzimy do wioski Wielochowo (Großendorf), ale zaraz skręcamy w lewo, idąc wzdłuż północnego brzegu jeziora. Urządzono tam Miejsce Obsługi Rowerzystów - jest wiata, zejście do wody, stolik z ławeczkami i tojek z czerwonym papierem 😛. Robimy sobie krótką, taktyczną pauzę. (zdjęcie Buby)


Wczoraj ekipa miała początkowo plan, aby to właśnie przy MOR-ze nocować, ale dobrze, że zdecydowali się na plażę miejską - było tam więcej przestrzeni i jakoś tak fajniej.


Dzielimy się na trzy grupy. Pierwsza to Buba i Szymon - idą piechotą do drogi wojewódzkiej przez las i najbliższą wioskę, gdzie znajduje się pałac. Druga to Piotrek i Krwawy - na rowerach robią znacznie więcej kilometrów, więc i zobaczą więcej miejsc. Trzecia to dziewczyny - Bozia i Kaśka pójdą do szosy najkrótszą wersją i będą łapać stopa. Pierwotnie też planowałem wybrać najkrótszą opcję, ale dzisiaj idzie mi się znacznie lepiej, bo nie ma upału i plecak stał się lżejszy, więc cisnę za Bubą i Szymonem. Ci już mocno popędzili przed siebie, ale stoją i czekają.
Tak na marginesie: wczoraj w Lidzbarku wyświetlała się temperatura 34 stopnie, ale nie wiem, czy była prawidłowa, bo jednocześnie pokazywało 36. dzień miesiąca 😏.


Pedalarze jadą za nami, chcemy poszukać ukrytych w lesie niemieckich schronów zaznaczonych na mapie. Znaleźliśmy dwa, a właściwie ich resztki.


Bunkry stanowiły część tzw. Trójkąta Lidzbarskiego (Heilsberger Dreieck) - był to jedyny obszar Prus Wschodnich, na którym Niemcy mogli w okresie międzywojennym budować fortyfikacje. Traktat wersalski początkowo w ogóle zabraniał wznoszenia nowych konstrukcji obronnych, ale w latach 20. przepisy poluzowano: zakazano tego tylko w pasie pięćdziesięciu kilometrów od granic państwa i wybrzeża. W Prusach jedyny odpowiednio oddalony teren leżał właśnie wokół Lidzbarka i powstało tu ponad trzysta obiektów, dodatkowo w niektórych miejscach Niemcy podnieśli poziom wód tworząc zespoły bagien ciężkich do przebycia dla piechoty, a zwłaszcza dla czołgów. Oczywiście w 1945 roku nic nie mogło powstrzymać Armii Czerwonej, następnie prawie wszystkie schrony zostały wysadzone przez polskich saperów.

Tymczasem na chwilę wyszło słoneczko, a na drodze pojawiły się zaskrońce. Jednego chyba ktoś przejechał.



Przekraczamy granicę pomiędzy Warmią a Prusami Dolnymi i przed nami wioska Nerwiki (Nerfken). Z jednego z gospodarstw wychodzi pan i zaprasza do siebie na herbatę. Nie korzystamy, lecz i tak zaglądamy do zadbanego ogrodu, którym chciał się pochwalić i wdajemy się w krótką rozmowę. Okazuje się, że tutaj w ogóle nie padało, wszystko suche. Gospodarz, dowiedziawszy się skąd przyjechaliśmy, przypomina sobie, że służył kiedyś w wojsku w Dąbrowie Górniczej, gdzie wykorzystywano go jako tanią siłę roboczą. Jak widać w DG tradycja wykorzystywania mężczyzn nie zginęła.


W wiosce zachował się pałac z XIX wieku. Należał on do rodziny Heyden-Nerfken, która była pruską linią polskiej szlachty o nazwisku Zborowski. Ich potomkowie żyją dziś w Skandynawii, podobno kupili pałac będący siedzibą rodową przodków i rozpoczęli jego remont, ale efektów tych prac nie widać. Budynek jest w średnim stanie, zwłaszcza wnętrza są kompletnie zniszczone. Za komuny należał on do PGR-u, mieściły się w nim biura i mieszkania, na strychu wędzarnia, a w piwnicy łaźnia oraz sklep. W wiosce działo również przedszkole, punkt biblioteczny, sala kinowa i świetlica, dziś próżno szukać takich rarytasów.



Wielkie zabudowania gospodarcze, zapewne pozostałość folwarku.


Szutrową drogą podążamy do Pieszkowa (Petershagen). Podobnie jak Nerwiki jest to stara wieś, sięgająca swoją historią XIV wieku. Ciekawostka toponimiczna: po wojnie miejscowość nazwano Piotrowicami Warmińskimi (choć na Warmii nie leży), dopiero około 1950 roku przyjęto aktualną nazwę. 


Z racji położenia przy drodze wojewódzkiej jest tu kilka zdobyczy cywilizacji, na przykład sklep, pod którym spotyka się cała ekipa, bo Bożena i Kaśka dotarły tu stopem. Do sklepu wpadają co chwilę panowie kończący pracę i wypijają szybkie piwo, śpiesząc się do domów. Siadamy przy ławce i odpoczywamy, niebo chmurzy się coraz mocniej.
- Według prognozy nie ma już dziś padać - informuje Piotrek patrząc w smartfona i właśnie w tym momencie z nieba zaczęły spadać pierwsze krople. Przez chwilę lało, momentami dość intensywnie, a po ustaniu opadów ruszyłem zobaczyć wioskę, którego centralnym punktem jest kościół Marii Magdaleny.


Świątynię wybudowano w XVI wieku w stylu gotyckim, który już wtedy odchodził do lamusa, wieża zaś jest dużo młodsza, bo to neogotyk. Wyposażenie manierystyczne (ołtarz powstał w Królewcu), polichromia wygląda na współczesną.


Niedaleko kościoła znajduje się kolejny MOR, ale w stanie dość agonalnym.

Po obejściu wioski zbieramy się na najbliższy przystanek. W pewnym momencie spowija nas siwy dym, prawdopodobnie pobliscy gospodarze wybrali papieża. Chwilę potem wychodzi słońce pięknie doświetlając ciemne chmury czające się na horyzoncie.



Wkrótce ma jechać busik, ale próbujemy łapać stopa. Najpierw udaje się Kaśce i Bozi, potem mnie z Szymonem i Bubą, tuż przed planowanym przyjazdem busa. Po chwili wysiadamy w Górowie Iławieckim (Landsberg). Na rynku uchował się pomniczek z "wyzwoleniem".


Po "wyzwoleniu" w 1945 roku Landsberg stał się Górowem - nazwę trzeba było wymyślić, bo polskiej dotychczasowej nie było, nawiozano zatem do wersji niemieckiej. Początkowo zostało Górowem Pruskim, potem Iławeckim od Iławy Pruskiej, Preußisch Eylau a dzisiejszego Bagrationowska. I przez ten Bagrationowsk Górowo nieoczekiwanie awansowało na stolicę powiatu. Ale nie górowskiego, a iławeckiego 😏. Pierwotnie granica polsko-radziecka miała biec bardziej na północ, a Iława leżeć w Polsce. Ruskie, jak to ruskie, przesunęły granicę w dół, Iława stała się Bagrationowskiem, a ta część powiatu, która została w granicach Rzeczpospolitej, administrowana była z Górowa. Podobnie sytuacja miała się ze Skandawą, którą odwiedziliśmy dwa lata temu - ta niewielka wioska przez krótki czas była stolicą powiatu gierdawskiego. Powiat iławecki, po kilkunastu latach zmieniony wreszcie na górowski, przetrwał do 1961 roku. Dzisiaj miasto wchodzi w skład powiatu bartoszewskiego.

Tutaj czuć, że jesteśmy na Kresach - północnych, ale Kresach. Do granicy rosyjskiej mamy z rynku dziesięć kilometrów, a ulicami jeżdżą w koło jak oszalałe radiowozy policji i straży granicznej. Najbardziej czuć to jednak w atmosferze, takim specyficznym klimacie miejscowości położonych na uboczu, który ciężko opisać, ale przyjemnie chłonąć. Ogólnie Górowo, mimo, że ciężko doświadczone w obu wojnach światowych, sprawia miłe wrażenie i zachowało się tu sporo starych domów. 



Zaraz obok rynku znajduje się najważniejszy zabytek miasta, czyli kościół w klasycznym stylu pruskiego gotyku. Wybudowany w XIV i XV nosił wezwanie św. Agaty, od czasu reformacji był w rękach ewangelików, którzy aż do II wojny światowej stanowili ponad dziewięćdziesiąt procent mieszkańców.


Garstka ewangelików została też po przyłączeniu miasta do Polski - ostatnie nabożeństwo odbyło się w 1961 roku, a potem kościół tak zdewastowano, że z wyposażenia nie ostało się nic. Dwadzieścia lat później świątynię przekazano grekokatolikom, których osiedlono w tych rejonach po akcji Wisła. 



W środku trwa liturgia po ukraińsku, bierze w niej udział kilka starszych osób. Nie chcę przeszkadzać, więc fotografuję zza drzwi, ale Buba jest odważniejsza i robi kilka zdjęć wnętrza. Widać na nich bardzo ciekawy ikonostas autorstwa Jerzego Nowosielskiego oraz barokowe polichromie, jedyny element ze starego wystroju.


Kręcimy się jeszcze wokół kościoła. Na bocznym wejściem ocalał niemiecki napis, natomiast na trawniku grekokatolicy ustawili kamień ku pamięci dawnych mieszkańców - po niemiecku, polsku i ukraińsku.



Mapa cerkwi greckokatolickich na terenie województwa, jest m.in. oglądana wczoraj cerkiew w Lidzbarku Warmińskim. 


Idziemy z Szymonem na przystanek zobaczyć autobusy na jutro, przy okazji odwiedzając kolejne uliczki. Zaraz za starówką trafiamy na Staw Garncarski (Töpfer Teich), powstały w wyniku wybierania gliny - Landsberg słynął kiedyś z wyrobu naczyń.



Nasyceni zabytkami przenosimy się z centrum na obrzeża miasta (a właściwie miasteczka, trzy i pół tysiąca mieszkańców), gdzie ma być knajpa ze smacznym jedzeniem i z rozsądnymi cenami. Po drodze mijamy kolejną cerkiew, tym razem prawosławną. Urządzono ją w dawnej ewangelickiej kaplicy cmentarnej.


Wieża wodna to pamiątka po kolei.


- Dokąd docelowo? - zagadują spotkani na chodniku ludzie. Docelowo to do domu, a najbliższym celem jest knajpa. Słońce w ciepłych kolorach zbliżającego się wieczoru oświetla dachy budynków, gdy wchodzimy do przybytku o nazwie Róża Wiatrów. Faktycznie jest tu smaczne i niedrogie jedzenie, ale moją największą radość sprawia fakt, że mają w sprzedaży piwo z Cieszyna! Od pewnego czasu męczyła mnie gula w gardle, na rynku miałem taki atak, że aż Szymon pytał się, czy potrzebuję pomocy medycznej... Aż tak źle nie było, ale pomoc w płynie się przydała - po tym jak łyknąłem doublę IPĘ, to gula od razu się uspokoiła 😏. Szymon też postanowił uraczyć się piwem, ale odezwały się w nim żeńskie pierwiastki i kupił... miodowe.


Po pojawieniu się rowerzystów znów byliśmy w komplecie, ale na krótko. Po zjedzeniu obiadu niektórzy zaczęli od razu się zbierać, aby jak najszybciej dojść na miejsce noclegowe. Nie do końca rozumiałem skąd ten pośpiech i postanowiłem jeszcze posiedzieć w wygodnych kanapach nad piwem. Szymon polazł z Bubą, Kaśka z Bozią jak zwykle nastawiły się na stopa, Krwawy wyciągnął laptopa, a Piotrek poczuł się śpiący.


Gdy wyszedłem na zewnątrz słońca już nie było, a zegarek wskazywał, że jakiś czas temu minęła dwudziesta. Do celu mam tylko ponad dwa kilometry, więc to rzut beretem.


Początkowo idę dawnym torowiskiem, zamienionym obecnie na szlak rowerowy.


Potem cisnę pustymi ulicami i równie pustą, mocno dziurawą drogą przez las w kierunku granicy. Nawet jakbym chciał łapać stopa, to nie miałem jak, bo nie jechało kompletnie nic! Dziewczyny oczywiście miały szczęście i napotkany facet zawiózł ich aż do następnej wioski, tak, że musiał się wracać.



Po dziewiątej docieram do leśnego parkingu, na którym mamy spać. Dziwne to miejsce - posiada wiatę, solidne miejsca ogniskowe, ale regulamin zabrania nocowania w namiotach, za to w kamperach nie ma problemu. Rzecz jasna nikt nie pomyślał też o wychodku, więc nietrudno sobie wyobrazić, jak wyglądają najbliższe krzaki.


Oprócz nas są tu także dwa kampery. Mieszkańcy jednego wyraźnie nas unikają, drudzy - posiadacze noworodka i towarzyskiego psa - są bardziej chętni do integracji. Też podróżują wzdłuż granicy, zaglądając w różne nieoczywiste miejsca.
Rozmowy po ognisku bywają frapujące: Buba wspomina, że kiedyś sprezentowali koleżance gazetkę, w której był m.in. seks... z borsukiem. Hmm...


Szymon był pewien, że w nocy odwiedzi nas straż graniczna.
- Na sto procent! - stwierdził. Fakt, granica jest jeszcze bliżej niż z Górowa, Putinoland zaczyna się za osiem kilometrów. A jednak nas nie odwiedzili, pewnie dlatego, że trafili się na drodze i wypytywali, gdzie śpimy.
Rano budzą nas za to... leśnicy. W okolicach ósmej przyjechali dwoma samochodami i informują, że wkrótce zjawi się tutaj wycieczka szkolna! Mamy zatem zwinąć swoje namioty.
- Nie z powodu zakazu w regulaminie, ale dla waszego bezpieczeństwa - tłumaczą babki w mundurach.
Najwyraźniej wycieczka ta tratuje wszystko dookoła. Jedyny plus tej idiotycznej sytuacji jest rozpalenie przez leśników ogniska, więc nie musimy tego robić sami.


Skoro nie można się wyspać, to spróbuje chociaż się umyć. W sąsiedztwie parkingu są dwa zbiorniki wodne, większy z nich zwie się "Dęby". Na przedwojennych mapach zamiast niego są dwa stawy: oba pod nazwą Fichten Teich, "starszy" i "młodszy", dzieli je grobla, dzisiaj zlikwidowana. Woda jest bardzo zimna, Bubie podczas pływania zaczęły drętwieć nogi i musiała szybko wracać do brzegu.


Krzątamy się niespiesznie przy śniadaniu i napitkach, które zostały nam z nocy. Pomiędzy nami kręci się kamperowy psiak, chętny do pieszczot, a jeszcze bardziej do żebrania o jedzenie.


Nagle słychać hałas i spomiędzy drzew wytacza się autobus z Bartoszyc! Wysypuje się z niego czterdzieści dzieciaków w wieku wczesnych nastolatków. Panie z nadleśnictwa opowiadają im o lesie, w sumie same oczywiste rzeczy, ale biorąc pod uwagę w jakim stanie są mózgi obecnej młodzieży, to pewnie dla wielu z nich były to informacje zupełnie nieznane.



Po części edukacyjnej następuje siedzenie przy ognisku. O dziwo, wiele dzieci smaży nie kiełbasę, ale jakieś dziwne chrupki! No tak, dziś piątek... Potem ogłaszają czas wolny, młodzi ludzie rozbiegają się po lesie. Po chwili wracają do nas trzy zawstydzone dziewczynki.
- Czy tu jest gdzieś toaleta? - pytają.
- Niestety, tylko krzaki. Nadleśnictwo nie zakładało, że komuś może się coś zachcieć - wyjaśniamy, co początkowo biorą za żart. Leśniczy tłumaczył, że wychodka nie ma, bo jego postawienie jest tak skomplikowane, że z niego zrezygnowali, znacznie łatwiej wybudować wiatę. Która, nawiasem pisząc, jest tak skonstruowana, że przy większym deszczu nie daje schronienia. Jakim cudem wychodki powstały w innych leśnych miejscach, w górach - nie wiadomo...
Lektura regulaminów (są dwa) sugeruje dodatkowo, że ktoś miał rozdwojenie jaźni. Jeden regulamin stwierdza, że rozpalanie ognia jest kategorycznie zabronione (więc po co miejsce ogniskowe??), drugi, że dla osób pełnoletnich dozwolone... Generalnie odnieśliśmy wrażenie, że cały ten kompleks powstał tylko po to, aby przepalić pieniądze, a potencjalni turyści są zniechęcani różnymi bzdurami, aby przypadkiem się tu nie zjawiali i nie zawracali głowy.


Gdy wszyscy sobie poszli, urządziliśmy sesję zdjęciową z różnymi artefaktami 😏 (dolne zdjęcie autorstwa smartfona Buby).



Pod wiatą siedzi się przyjemnie, ale po jedenastej ruszamy w końcu w stronę Górowa, jak zwykle w grupach. Tym razem samochody jeżdżą po dziurawej drodze i w kierunku, który nas interesuje, ale to tak blisko, że nawet nie próbowałem ich zatrzymywać.



Będąc ponownie w Górowie zaglądam na stary cmentarz, aby zobaczyć, czy są jakieś przedwojenne groby. Znalazłem kilka w stanie agonalnym, już bez tablic. Za to wiele powojennych pochówków ma napisy w cyrylicy - to Ukraińcy i Rusini wywiezieni z ziem południowo-wschodnich. Górowo Iławieckie jest jednym z największych w Polsce skupisk Ukraińców: ostatni spis wskazał prawie dziewięć procent ukraińskich deklaracji w gminie miejskiej i prawie pięć w gminie wiejskiej. Niby niewiele, biorąc pod uwagę, że w dużych polskich miastach obywatelem Ukrainy może być nawet co czwarty mieszkaniec, ale tutaj nie mamy migrantów, tylko ludzi żyjących od ponad pół wieku. W mediach tereny te bywają określane jako "Mała Ukraina", a liczbę Ukraińców w powiecie bartoszyckim szacuje się na ponad czterdzieści procent, ale to wyliczenia na wyrost. Wiele osób z ukraińskim/rusińskim pochodzeniem się nim nie afiszuje (zwłaszcza teraz), następuje normalna w takich sytuacjach asymilacja. Te kilka procent to i tak o wiele więcej niż w Karpatach, skąd wygnano ich dziadków, działa ukraińskie stowarzyszenie i zespół szkół. Paradoksalnie Górowo jest dziś bardziej wielokulturowe niż za czasów niemieckich.



Za cmentarzem znajduje się Muzeum Gazownictwa w budynku dawnej  gazowni z początku XX wieku.


Punkt zborny jest przy dworcu kolejowym. Przez Górowo biegła linia kolejowa z Lidzbarka do miejscowości Cynty, jak po polsku zwało się miasteczko Zinten, a dzisiaj Korniewo w obwodzie kaliningradzkim. Odcinek graniczny rozebrano zaraz po wojnie, a ten leżący na terenie Polski nigdy nie był zbyt intensywnie eksploatowany. Likwidacja zaczęła się tuż po upadku komuny, zamykano kolejne fragmenty, w przypadku Górowa ostatni rejsowy pociąg przyjechał w 1999 roku. Dziesięć lat temu usunięto tory.



Wokół dworca, na którym działa mały lokal, utrzymuje się klimat z minionej epoki.



Zastanawiam się, co to za konstrukcja? Może dawne wejście na perony??


Wszyscy są? Są! No to zaraz znowu się rozdzielimy, bo wkrótce nadjedzie busik, którym część piesza wróci na Warmię. Reszta dotrze tam stopem, na dwóch kołach albo własnym samochodem.


1 komentarz:

  1. Cieszyńskie piwo na dalekiej północy? Tego bym się nie spodziewała. To muzeum gazownictwa z zewnątrz wygląda bardzo zachęcająco.

    OdpowiedzUsuń