poniedziałek, 8 lipca 2024

Majowe Mazury (4): Skandawa - Drogosze - Korsze.

Idę jako ostatni w grupie i udaje mi się zatrzymać mały samochód dostawczy. W środku siedzi młoda dziewczyna.
- Dokądkolwiek - uśmiecham się, bo chciałbym po prostu podjechać kilka kilometrów.
- Ja jadę tylko do Błędowa - wyjaśnia.
- Aa, to chyba tam nie.
Po opuszczeniu Mołtajnów (Molteinen) skierowaliśmy się na południowy-zachód. Plan na resztę dnia jest dość mglisty, chcemy dotrzeć na tyle daleko, żeby jutro mieć bliżej do stacji Korsze. Niemal na pewno Błędowo (Blandau) nie leży na naszej drodze. I miałem rację: osada, która tak naprawdę jest dawnym folwarkiem, znajduje się z boku, widzimy jej zabudowę z daleka.


A zatem dalej przed siebie po wiekowym bruku...


W Kotkach (Krausen) nie tylko nie widać żadnych kotków, ale w ogóle żywych istot.


Na przystanku autobusowym robimy sobie półgodzinną przerwę w celu uzupełnienia płynów.


Za przystankiem skręcamy w prawo.


Po raz kolejny na tym wyjeździe przekraczamy nieczynną linię kolejową. Tym razem są to jakieś zapomniane tory będące częścią głównej trasy z Korsz do Rosji.


Przyjemna aleja. Kiedyś taki widok był powszechny na Mazurach, była to charakterystyczna cecha krajobrazu tych ziem. Potem stwierdzono, że złe drzewa zabijają biednych kierowców i zaczęła się dość masowa wycinka. Dziś trwa dwugłos: niektórzy nadal twierdzą, że drzewa przy drogach to śmierć, inni w końcu zaczęli je doceniać.


We Frączkowie (Fritzendorf) mieli kiedyś sklep, lecz to pieśń przeszłości. Marzenie Kononowicza spełnia się: nie będzie niczego. Niedaleko kolorowego przystanku dostrzegam budynek przypominający szkołę.



Gdzieś po boku bulgocze bagienko, a tymczasem zamykające stawkę Buba i Kasia łapią stopa. Znowu więc jestem ostatni...


Zbliżamy się do Skandawy (Skandau). Szosę przecina wspomniana linia kolejowa biegnąca w stronę obwodu kaliningradzkiego.
- Nie róbcie jej zdjęć, służby tego nie lubią - ostrzegano w Mołtajnach. Oczywiście fotografowanie nie jest oficjalnie zakazane, ale "służby tego nie lubią".



W wiosce wita nas strzelista wieża kościoła św. Wojciecha. Świątynia jest stosunkowo młodej daty, wybudowano ją w ostatniej dekadzie PRL-u.


Dziewczyny czekają na przystanku. Kasia znalazła w pobliżu wózek ze szmacianą lalkę jako żywo przypominającą dziecko i teraz szuka dla niego ojca.


Oprócz wózka Kasia znajduje jeszcze potencjalne miejsce noclegowe: nieczynną szkołę podstawową! Na jej progu siedzi grupa dzieciaków, ale drzwi są otwarte, można wejść do środka. A tam na korytarzach i w salach czas się zatrzymał...







Dzieciaki pełnią rolę ORMO i usłużnie donoszą komu trzeba, że w wiosce pojawili się obcy! Wkrótce przychodzi dziewczyna, córka pani sołtys. Stwierdza, że pewnie nie będzie problemu z noclegiem, ale musimy poczekać na jej mamę. 
Tymczasem niektórzy zaczynają marudzić, że jest za wcześnie na kończenie wędrówki.
- Ledwie pół godziny wcześniej niż przyszliśmy na plażę w Czernikach - mówię. - Poza tym jaka jest szansa, że spotkamy dziś na drodze jeszcze tak fajne miejsce jak to??
Nie było takiej szansy. Krwawy jeździł po okolicy i jedyne co znalazł, to krzaki pełne komarów.


Pani sołtys (słowo "sołtyska" wydaje się brzmieć lekceważąco) bardzo cieszy się z wizyty i nie ma żadnych sprzeciwów co do naszego nocowania. Początkowo myśleliśmy o rozbiciu namiotów, ale przecież możemy spać w szkole! Sołtys włączyła nam prąd w dwóch salach, a także odkręciła wodę i jeszcze przyniosła wielką miskę, żebyśmy mogli się umyć!


Ale to nie wszystko! Wieczorem ruszamy na obchód po wsi z sołtysem jako przewodniczką! Okazało się, że Skandawa ma sporo interesujących obiektów z przeszłości.


W dawnych czasach wioska posiadała rozbudowaną infrastrukturę. Niedaleko nas znajdował się bank połączony w jednym budynku z... knajpą. Do banku prowadziły wąskie schody, a do knajpy szerokie, zapraszające do wydania pieniędzy 😏.



Wiele tu starych domów w różnym stopniu utrzymania. Do tego nietypowe silosy zbożowe.




Zaglądamy do niektórych opuszczonych chałup. To jednak bardzo pouczające, że pozostanie po nas tylko kupa nikomu niepotrzebnych sprzętów.


Stara karczma z XVIII wieku, wykonana z muru pruskiego, posiadająca szczątkowe podcienie. Rozpada się i chyba nikt nie myśli o jej ratunku. Zamiast niego wykonano jej kopię i... umieszczono w skansenie w Olsztynku.


Ktoś znalazł na ulicy smartfona i idziemy go odnieść właścicielowi. Ten bardzo się raduje i zaprasza do obejrzenia podwórka. A tam dawna mleczarnia, na której ścianie zachował się niemiecki napis, a także częściowo daty budowy.





Piotrek z Bubą mają unikalną okazję przejechać się kawałek traktorem Białoruś 😏.


Maszerujemy dalej, wychodząc poza wioskę. Dowiadujemy się wielu rzeczy, które ciężko byłoby gdzieś przeczytać. Okazało się, że szkoła powstała na gruzach pałacu znanej rodziny von Dönhoff, spalonego w 1945 roku. Ruiny miano zepchnąć do rowu, ale zostały po nim piwnice, podziemia i wywietrzniki, tyle, że nikt po wojnie już do nich nie zaglądał. A w popałacowym parku ponoć straszy: sołtys szła kiedyś nim w nocy i czuła, że ktoś za nią idzie, wył pies, działy się dziwne rzeczy. Samą szkołę zamknięto około 2007 roku i być może obiekt czeka rozbiórka. Są plany na urządzenie w jego miejscu domu dla seniorów. 
Inne opowieści: ktoś po wojnie zakopał w ogródku broń. Umarł, a kilkadziesiąt lat później po usunięciu drzewa spod korzeni wyskoczyły karabiny. Z kolei inny mieszkaniec kopiąc trawnik przebił się do wielkiej skrzyni, w której Niemcy schowali ceramikę. Niestety, uderzenie rozwaliło prawie wszystko, ostała się jedna filiżanka. 
Humorystyczne były wspomnienia o pewnym jegomościu, który w dolnej części ciała wytatuował sobie napis "dla kobiet" 😏. Lubił przebierać się w biały kitel i w ośrodku zdrowia (Skandawa też taki posiadała) udawał ginekologa, dopóki go nie nakryli na oszustwie 😏. Często publicznie się modlił mniej więcej tak: "O Allahu, spuść pół litra z dachu" 😛. Miał żyłkę do interesów: kilka razy sprzedawał obcym ludziom park i brał zaliczkę. Był też utalentowanym hodowcą - jego cebula była najlepsza, bo hodowana na szambie. Po prostu człowiek renesansu!


Dziś trudno w to uwierzyć, ale przez krótki czas Skandawa była siedzibą starostwa. Co prawda tymczasową, ale zawsze. Nie chodziło bynajmniej o czasy niemieckie, lecz pierwszy okres polskiej administracji w Prusach Wschodnich. Początkowo granica polsko-radziecka na tym terenie miała przebiegać znacznie bardziej na północ od dzisiejszej. Wielki przyjaciel Polaków Józef Stalin nakreślił (rzekomo) w Teheranie jej linię wzdłuż rzek Pregoły i Pisy, a to oznaczało, że prawie połowa obecnego obwodu kaliningradzkiego podlegałaby Warszawie! Ba, Polska podchodziłaby pod Königsberg, a późniejszy Kaliningrad. Dwa lata później sowiecki geniusz nie był już tak hojny i polskie nabytki skorygowano, ale i tak w niektórych miejscach granica biegła o dwadzieścia kilometrów bardziej na północ niż współcześnie, a w RP znalazłyby się takie miasta jak Heiligenbeil (Święta Siekierka, dziś Mamonowo), Preußisch Eylau (Iława Pruska, dziś Bagrationowsk), Friedland (Frydland, Prawdinsk), Gerdauen (Gierdawy, Żeleznodorożnyj) czy Darkehmen (Darkiejmy, Oziorsk). W niektórych miejscowościach zdążyły się już zjawić polskie władze, głównie powiatowe - w przypadku Gierdawy stało się to czerwcu 1945 roku. Wkrótce potem lokalni radzieccy dowódcy wojskowi zaczęli samodzielnie przesuwać granicę, znowu na południe. Siedziba starostwa została przeniesiona (a według niektórych źródeł od początku tam zainstalowana) do Nordenborka (Nordenburg, Kryłowo). Jesienią okazało się, że to i tak za daleko na północ: również Nordenbork włączono do ZSRR i Kryłowo leży dziś prawie na samej granicy. O ile pierwotne rozdzielenie pomiędzy Polską a Sowietami miało być wyznaczone według przebiegu dawnych niemieckich powiatów, to ostateczna granica jest chyba najprostszą z polskich granic: prosta jak drut przecięła mierzeję, wioski, a nawet stawy i jeziora. Według legendy Stalin była tak zirytowany ciągłymi protestami polskich komunistów w sprawie przesunięć granicy, że przyłożył do mapy linijkę i wykreślił na niej dwie linie proste, co miało uciąć wszelkie dyskusje. Powodem tej kolejnej korekty była prawdopodobnie chęć zatrzymania przez ZSRR ważnej linii kolejowej ciągnącej się z zachodu na wschód. Pomyśleć, że gdyby nie ta linia, to być może nie byłby konieczny przekop Mierzei Wiślanej, bo Elbląg miałby dostęp do morza przez Cieśninę Piławską, a PiS miałby jeden przekręt mniej na końcie 😏. Ostatecznie Polska Ludowa straciła wówczas ponad tysiąc kilometrów nowonabytego terytorium.
Ale wracamy do Skandawy. Chociaż z powiatu gierdawskiego pozostały przy Polsce jedynie dwie gminy (Skandawa i Mołtajny) nie zmieniono jego nazwy, ale siedzibę (oficjalnie ekspozyturę) przeniesiono w październiku 1945 do Skandawy. Jej działalność zakończyła się rok później w listopadzie, a gminy włączono do powiatu kętrzyńskiego. Podobny krótkotrwały był żywot powiatów iławeckiego i darkiejmskiego.
Dzisiaj Skandawę i Gierdawy dzieli ledwie dziesięć kilometrów, ale to granica dwóch światów i raczej nieprędko to się zmieni.


Skandawa nie posiadała kiedyś kościoła, a cmentarz założono w sporym oddaleniu, w lesie. Niewiele z niego zostało, ale to nie dziwi, skoro niemieckie nagrobki po wojnie przekopano w poszukiwaniu złota i kosztowności. Wśród roślinności można znaleźć jedynie kilka starych grobów i nieco więcej nowych. Według miejscowych opowieści przy drodze, naprzeciwko cmentarza, stała do czasów wojny kaplica, którą Ruskie zbombardowali z powietrza. Sprawdzałem mapy z epoki, ale nie potwierdzają one istnienia takiego budynku.



Do wioski wracamy już po zachodzie słońca. Zaczyna robić się chłodno, więc oferujemy pani sołtys łyk czegoś mocniejszego, a swojskiego. Ledwie to uczyniła, a dostałem smsa o treści "Witaj w Rosji!". Rozejrzeliśmy się ze strachem... Nie, nie ma zielonych ludzików ani ruskiego miru, kraj Putina jest nadal osiem kilometrów stąd. To tylko zawirowania powietrzne sprawiły, że chwilowo chciał nas anektować.


Najstarszy dom w Skandawie też już długo nie postoi...


Kolację zjadamy w sali gimnastycznej. A potem każdy rozłożył się w klasie, która go interesowała.


Rano zaczyna padać drobny deszcz. To nowość, pierwszy raz na tym wyjeździe. Popadało dziesięć minut i przestało, takie to były opady! Pod względem pogodowym wyprawa była wyjątkowa, nawet Buba chodziło w krótkich spodenkach.

Przed opuszczeniem Skandawy odwiedzamy jeszcze poprzedniego sołtysa, który oprowadza nas po swoim ogródku. Wszyscy fani ogrodnictwa byliby zachwyceni!


Nadszedł czas pożegnań i grupo po godzinie dwunastej ruszamy w dalszą drogę. Słońca jak na razie nie ma, co akurat mnie cieszy, bo w poprzednie dni mocno mnie spaliło. Najpierw cofamy się do przejazdu kolejowego i dworca.


Pierwszy pociąg osobowy odjechał stąd w 1871 roku. Po zakończeniu II wojny światowej Rosjanie tory zdemontowali, następnie Polacy ułożyli je na nowo. W latach 50. w okolicy powstał tzw. Wojskowy Rejon Przeładunkowy z wielką rampą w Kotkach (a właściwie we Frączkowie), dokąd doprowadzono z radzieckiej strony szeroki tor, istniejący do dzisiaj. Ze Skandawy prowadzi tam boczna linia normalnotorowa, podobna do tej, którą wczoraj przekraczaliśmy. O ile ostatni raz pasażerowie mogli tutaj dojechać w ramach regularnych połączeń w 2000 roku, o tyle ruch towarowy jest nadal prowadzony, a przynajmniej był w 2023 roku, więc przejście kolejowe Skandawa-Żeleznodorożnyj funkcjonowało mimo walk na Ukrainie. Jak dla mnie bez sensu: skoro Rosja prowadzi z RP wojnę (niewypowiedzianą, ale hybrydową na pewno), to wszelkie przejścia graniczne zarówno z nią jak i z jej przydupasami z Białorusi powinny być od dawna zamknięte. A może to mieli na myśli ludzie z Mołtajnów ostrzegając przed robieniem zdjęć: służby nie lubią fotek, bo te mogą pokazać, że handel z Putinem nadal kwitnie?


Na dworcu znajduje się posterunek Straży Granicznej. Właśnie jeden patrol wyjeżdżał w teren, lecz widząc nas zawrócił i wyszedł sprawdzić. Na szczęście tym razem skończyło się na krótkiej rozmowie, bo wiedzieli, że wczoraj kontrolowano nas w Mołtajnach. Możemy zatem pójść dalej, początkowo leśną drogą wzdłuż torów.



Ciekawy kamień z wyrytym krzyżem. Granica jakiś dóbr? No i ta cukiernica na górze.


Ziemia zmienia się w bruk, a na horyzoncie pokazują się zabudowania Modgarbów (Modgarben). Zarządzamy przerwę na przystanku.


Nieoczekiwanie na drodze zjawia się samochód, więc z Kaśką i Bubą ładuję się do podwózki. Dwóch chłopów zabiera nas do Drogoszów (Dönhofstädt). Na pożegnanie dostajemy po truskawce.
Drogosze są znacznie lepiej wyposażoną w infrastrukturę miejscowością, choć to również wieś, która nie ma nawet pół tysiąca mieszkańców. Są tu jednak co najmniej dwa sklepy (jeden przeważnie zamknięty), więc można od razu uzupełnić zapasy. Rozkładamy się pod wiatą w centrum wioski obok placu zabaw. Wiata może się przydać, bo w oddali niebo zrobiło się ciemne.


Wkrótce przybywają nasi rowerzyści, a po nich Szymon z Iwoną. Większość chce zobaczyć wielki pałac na skraju Drogoszów, ja zadowolę się kolejnym gotyckim kościołem do kolekcji, do którego udaję się solo.


Kościół noszący dziś imię Matki Boskiej Ostrobramskiej pochodzi z XIV wieku, choć oczywiście później go rozbudowywano. Jedną z dobudówek jest kaplica grobowa rodziny Dönhoff, będącej właścicielami majątku w od XVII do początku XIX wieku. O znaczeniu tej szlachty świadczy fakt, że wioska otrzymała nazwę pochodzącą od ich nazwiska. Później rozległe dobra przeszły w ręce rodu Stolberg-Wernigerode i posiadali je aż do 1945 roku. 



Szkoda, że świątynia, podobnie jak wszystkie poprzednie, jest zamknięta. Rozglądam się więc po najbliższym otoczeniu. Zaskoczony dostrzegam rekonstrukcję Pomnika Poległych. I to tutaj, gdzie próżno szukać jakiejś istotniejszej mniejszości niemieckiej! Na Śląsku mogliby brać z tego przykład.


Obok kościoła mamy także barokową farę z budynkami gospodarczymi z muru pruskiego.


Mostek nad kanałem również wygląda wiekowo.


Po powrocie pod wiatę następuje zamiana: ja pilnuję plecaków, a oni idą zobaczyć pałac. Dla każdego coś miłego.

A potem ostatni odcinek do przebycia zarówno dzisiaj, jak i na całym wyjeździe (jutro będziemy już tylko wracać do domu). Dzielimy się na grupy żeby złapać stopa, bo jednak dziesięć kilometrów z buta to trochę za długo. Mnie ponownie przypada łapanie okazji z Bubą i Kaśką.


Ruch na drodze wojewódzkiej jest niewielki, właściwie go brak. Mamy jednak przeczucie, że wkrótce coś się zatrzyma. I rzeczywiście - po dziesięciu, może piętnastu minutach staje starsza pani i zabiera nas do Korsz/Korszów (Korschen). Nie sądziłem, że wrócę tu podczas tego wyjazdu.


Na wieczór mamy kilka planów. Po pierwsze coś zjeść. Zaraz obok torów jest park, a obok parku lokal z kebabami. Zamawiamy żarcie, ale wychodzimy na zewnątrz, bo w środku jest strasznie gorąco, a w dodatku dwie solidnej postury panie zajęte są podrywaniem pracownika, czyli śniadego mężczyznę z bardzo brudnymi rękami. Kebab robi się wiecznie, chyba nigdy tak długo nie czekałem, ale smakuje świetnie. Albo byliśmy już bardzo głodni albo swoją robotę zrobiły te brudne ręce 😏.
Druga kwestia to zakupy. Niektórzy lecą aż do dyskontu, mnie wystarcza pobliski mały sklepik.
No i punkt trzeci: gdzieś trzeba przenocować. Szymon jedzie rowerem sprawdzić potencjalną miejscówkę wypatrzoną na mapie. Wraca z dobrymi i złymi wieściami:
- Blisko torów, nie tak daleko od domów, ale będziemy zasłonięci i nikt nie powinien się przyczepić. Tylko są tysiące komarów.
- Komary?! - woła Krwawy. - O nie!
Po czym wskakuje na swojego bicykla i pędzi w stronę cerkwi (urządzonej w dawnym kościele ewangelickim), gdyż wydawało mu się, iż tam pójdzie się rozbić. Nie szło.
Idziemy zatem na wypatrzone przez Szymona miejsce. Korsze powoli kładą się do czwartkowego snu.



Z chodnika skręcamy w wąską ścieżkę. Rzeczywiście krzaki oddzielają nas od miejscowości, mimo, że teoretycznie jesteśmy blisko domów. Rozbijamy namioty, rozpalone zostaje ostatnie ognisko.


Rano budzi nas słońce i trąbiące pociągi.


Żegnamy się z Kasią, która tradycyjnie wraca do domu autostopem. Idąc na dworzec fotografuję osiedle kolejowe identyczne jakie mamy na Śląsku. Ciekawe są wieże wodne, zwłaszcza ta z metalową kulą. Nietypowy wygląd (tak zwany typ Klönne) to efekt odbudowy z 1915 roku po zniszczeniach dokonanych przez ostrzał rosyjski. W Polsce są tylko trzy takie wieże.



Wsiadając do pociągu żegnamy się z Piotrkiem i Krwawym; oni jeszcze trochę popedałują, auto zostawili w Kętrzynie.


W Olsztynie rozdzielamy się z Iwoną i Szymonem, pociąg mają wcześniej. Mnie z Bubą zostało sporo czasu do odjazdu, zabieram ją zatem do "szubienic", żeby je zobaczyła zanim rozbiorą. Potem siadamy w cieniu pobliskiego parku, gdzie trwa już radosna piątkowa libacja różnych osobników.

A potem... odjazd na Śląsk. Pociąg będzie niemiłosiernie zapchany, wiele osób przez setki kilometrów stało w przejściach. Bubie się udało - mimo, że nie miała rezerwacji miejsca, to nikt jej z fotela nie wyprosił.

I tak nadszedł koniec kolejnego wyjazdu. Symboliczny był ostatni obrazek, który uwieczniłem na Warmii: olsztyńska cerkiew grekokatolicka przypomniała, że za rok mamy wrócić na Ruś, gdzie takich świątyń powinno być znacznie więcej.


Każdy z dotychczasowych wyjazdów nad granice miał jakiś motyw przewodni, który zapamiętałem najbardziej:
W 2013 roku wszystko było dla mnie nowe, ale to głównie spływ Biebrzą i kościół w Sztabinie, który nie chciał nam znikać z horyzontu.
W 2014 okradziono mnie w pociągu i przez resztę wyjazdu musiałem korzystać z cudzego aparatu.
W 2015 znów spływaliśmy Biebrzą i walczyliśmy z wiatrem i pogodą.
2016 upłynął pod znakiem sanktuariów różnych wyznań.
2017 to wiele kąpieli w jeziorach i pierwsza wizyta zagraniczna.
2018 jako ciągła walka z insektami.
2019 kojarzył mi się będzie na zawsze z chłodem i zachmurzonym niebem.
2020 nie było.
2021 to bardzo pomocni miejscowi.

W roku 2024 było wszystko: i kąpiele w jeziorach i fajne miejsca na nocleg. I integracja z miejscowymi. Było zwiedzanie, na które zupełnie się nie nastawiałem. Była pogoda, która wreszcie odczarowała Mazury! Wybierając się na wyjazd bez większych planów i w skróconym terminie sądziłem, że wyprawa będzie jaka będzie, a okazała się jedną z najlepszych w dotychczasowej historii! A jako bonus Ogród Hitlera 😏.

3 komentarze:

  1. Ta integracja z miejscowymi zawsze jest najlepsza w podróżach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ją się zawsze najprzyjemniej wspomina. Do tej pory Mazury nam jej raczej skąpiły, tym razem - zwłaszcza Skandawa - nadrobiły ;)

      Usuń