czwartek, 15 października 2020

Pogodowa ruletka nad Balatonem.

Chyba każdy z nas ma miejsca, do których zawsze z przyjemnością wraca, nawet jeśli był już tam wiele razy. Jak dla mnie niewątpliwie takim miejscem jest Balaton. Nie tyle konkretna miejscowość, ale same jezioro. To nic, że płytkie. To nic, że woda nie czaruje przejrzystością. To nic, że zatłoczone. Sentyment wszystko przebije. Tu przybywałem w czasie swojej pierwszej wizyty na Węgrzech, jeszcze z rodzicami i jakaś taka tęsknota do niego została.

W tym roku nawet nie byłem pewien czy jest sens się nad nie wybierać, bo prognozy pogody straszyły strasznym paskudztwem. Jednak kiedy zobaczyłem ten widoczek, a dopełniało go słońce i niebieskie niebo, wiedziałem, że jedziemy na kemping!


Kompozycja z linią kolejową. Tory są jednocześnie przekleństwem i atutem: biegną bardzo blisko wody zarówno na północnym jak i południowym brzegu, więc z jednej strony niezmotoryzowani łatwo się tu dostaną pociągiem, a z drugiej nieustannie słychać przejeżdżające lokomotywy.


środa, 7 października 2020

Z wizytą u książąt Esterházy - Forchtenstein, Eisenstadt i Fertőd.

Spośród licznych węgierskich rodów szlacheckich rodzina Es(z)terházy może ubiegać się o prymat pierwszeństwa pod względem znaczenia, a na pewno bogactwa. To zresztą nie zmieniło się do dzisiaj, gdyż ród nadal istnieje i posiada liczne nieruchomości.


Pochodzą z terenów dzisiejszej Słowacji. Ich pierwszą znaną siedzibą była Galánta, więc oficjalne nazwisko, którego zaczęli używać w XVI wieku, brzmiało Esterházy de Galántha. Początkowo należeli do szlachty raczej drobnej, jednak z każdym kolejnym stuleciem i członkiem rodu podnosili swoje znaczenie. Sposób na osiągnięcie sukcesu był stosunkowo prosty: bezwarunkowa lojalność wobec Habsburgów oraz kościoła katolickiego. W XVII wieku uzyskali awans na hrabiów i w tym też czasie podzieli się na trzy główne linie - Fraknó (Forchtenstein), Zólyom (Zvolen), Csesznek - oraz kilka kolejnych pobocznych. Głowa starszej linii z Fraknó otrzymała w 1687 roku tytuł książęcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, w 1712 roku uzupełniony o prawo dziedziczenia. Nowe dobra zdobywano przez nabycie ziemi konfiskowanej protestantom, zajmowanie terenów wyzwolonych z rąk Turków, a także dzięki trafnym małżeństwom. W efekcie Esterházy stali się największymi posiadaczami ziemskimi w państwie Habsburgów, a dochód przekraczał niekiedy zarobki cesarza. W XIX wieku książę Pál (Paul) Antal miał pod swoim zarządem cztery pałace, trzydzieści cztery zamki, czterdzieści miast i ponad setkę wiosek. Choć uchodził za najbogatszego człowieka na świecie, to kończył życie jako człowiek niemal ubogi, bo jego rozrzutność przeważała nad gospodarnością 😏.

piątek, 2 października 2020

Sopron - Civitas Fidelissima.

Sopron (niem. Ödenburg) liczy około 60 tysięcy mieszkańców, jest więc średniej wielkości węgierskim miastem (aktualnie zajmuje 14 pozycję na krajowej liście). Gdyby nie jego historia, to byłby raczej mało znaną miejscowością, ale... no właśnie, historia.


Jak w wielu węgierskich przypadkach początki grodu sięgają czasów rzymskich, kiedy w I wieku w prowincji Panonia założono Scarbantię, położoną na Bursztynowym Szlaku przy skrzyżowaniu dróg prowadzących m.in. do Vindobony. Pierwszymi mieszkańcami byli kupcy oraz weterani kończący służbę w armii. Węgrzy pojawili się w tym regionie na przełomie tysiącleci po wiekach wyludnienia, a w 1277 Sopron otrzymał statut "wolnego miasta królewskiego". Nigdy nie okupowali go Turcy, choć zdarzyło im się go zdobyć i spustoszyć, z kolei uciekinierzy z innych terytoriów zajętych przez muzułmanów często osiedlali się właśnie w Sopronie. Jego rola w kolejnych wiekach rosła, stał się siedzibą komitatu. 
Na początku XX wieku zachodnią część tej jednostki administracyjnej zamieszkiwała głównie ludność niemieckojęzyczna. W okolicznych wioskach stanowili absolutną większość, zdarzały się też osady, gdzie dominowali Chorwaci. W Sopronie sytuacja była bardziej skomplikowana - nieco ponad połowa obywateli faktycznie mówiła po niemiecku, ale używających węgierskiego było niewielu mniej, do tego kilka procent Słowian. Po upadku Austro-Węgier mądrzy i nieomylni politycy alianccy zarządzili przyłączenie zachodu komitatu do Austrii bez pytania nikogo o zdanie. Spodziewano się kolejnej bezwarunkowej kapitulacji Węgrów, ale tym razem się przeliczono, bowiem wybuchło powstanie, o którym pisałem w poprzednim poście. Jego efektem była zgoda mocarstw na plebiscyt w Sopronie/Ödenburgu i otaczających go miejscowościach. Austriacy nie oponowali, zapewne licząc na zwycięstwo, które - patrząc na statystyki demograficzne - im się po prostu należało... Spotkała ich jednak niespodzianka: często się zapomina (zwłaszcza w Polsce), że deklarowany język ojczysty to nie to samo co świadomość narodowa. Mówiący po niemiecku Soprończycy/Ödenburgczycy czuli się Madziarami nie gorszymi od tych z Budapesztu i w zdecydowanej większości poparli pozostanie przy Macierzy. Na prowincji było inaczej - w pięciu z ośmiu wiosek zwyciężyła opcja austriacka, jednak ponad 70% głosów prowęgierskich w mieście przeważyło i cały region plebiscytowy przyznano Węgrom.
Czy wpływ na wynik mógł mieć fakt, że listy uprawnionych do głosowania układali Węgrzy, a Austriacy nie mieli (na własne życzenie) swoich przedstawicieli w komisjach? Nie wiem, choć nie pojawiły się żadne oskarżenia o fałszerstwa. Jedyny sukces w obronie granic stał się wielkim świętem na Węgrzech, a Sopron/Ödenburg otrzymał zaszczytny tytuł Civitas Fidelissima - "najbardziej lojalnego miasta". 

Taki przebieg wydarzeń oznaczał jednak spadek znaczenia: Sopron, szykowany na stolicę Burgenlandu, na Węgrzech stracił własny komitat. Stał się miastem na samej granicy, która "wrzyna" się w tym miejscu w terytorium austriackie. A że wdzięczność ma krótką pamięć, to niemieckim Soprończykom podziękowano ćwierć wieku po plebiscycie, wypędzających większość z nich z miasta. Na szczęście nie wszystkich - ponad trzy tysiące (5%) nadal tu mieszka, o ich obecności przypominają dwujęzyczne tablice i nazwy ulic w centrum.