sobota, 31 października 2020

Kopačevo, Kopački rit, Bilje - Chorwacja na spokojnie.

Na krótki pobyt w północno-wschodniej Chorwacji szukałem jakiejś niewielkiej, spokojnej mieściny, w której można się wieczorem odciąć od hałasu i zgiełku, ale jednocześnie żeby nie byłoby to jakieś kompletne odludzie. Te warunki idealnie spełniło Kopačevo, wioska położona kilka kilometrów od Osijeka.

Właściwie to powinniśmy używać nazwy Kopács. Historycznie już od XI wieku były tu Węgry, a konkretnie Baranja. Aż do końca I wojny światowej granica między Madziarami i autonomiczną Chorwacją biegła na Drawie. My znajdujemy się na północ od rzeki i gdyby patrzeć na stosunki demograficzne, to tereny te nigdy nie powinny znaleźć się w nieboszczce Jugosławii, gdyż sto lat temu najwięcej mieszkało tu Niemców i Węgrów, natomiast Słowianie stanowili niedużą mniejszość. Zwycięzcy alianci nie przejmowali się takimi niuansami i po raz kolejny kopnęli Madziarów w zadek, odrywając tę ziemię od "macierzy". Efekt jest taki, że do tej pory w wielu miejscowościach głównym używanym językiem jest węgierski - tak to wygląda również w Kopačevie/Kopács. Wszystkie oficjalne napisy są w dwóch wersjach, na starym Pomniku Poległych jest tylko tablica węgierska, a na budynku gminy w Dniu Świętego Stefana wywieszono węgierską flagę. Ostatni dostępny spis ludności, przeprowadzony jeszcze przed wojną o niepodległość, wykazał, że 3/4 mieszkańców jest Węgrami, a oprócz nich i Chorwatów byli tu jeszcze nieliczni Serbowie i Niemcy.




W wiosce działa kemping, zlokalizowany na podwórzu jednego z domów (w domu tym mieści się wspólnie kilka mikroskopijnych firm). Bardzo mi się tam podobało: zielona niezniszczona trawa, dużo cienia, ogromna i dobrze wyposażona świetlica z kuchnią... Oprócz nas przebywa na nim tylko para z Wielkiej Brytanii, która nagle dowiedziała się, że po powrocie do kraju czeka ich kwarantanna. Ot tak, wprowadzona z dnia na dzień. Pojawiła się też rodzina francuska. Nietypowa, bo znająca angielski 😏.
 

Na kempingu stacjonuje też traktor "Białoruś". Wyprodukowany w Mińsku, posiada angielskojęzyczną tablicę producenta oraz polskie napisy ostrzegawcze. Typowe multi-kulti.


Rozmawiamy z sympatyczną kobietą opiekującą się kempingiem (Węgierką, rzecz jasna). Zdziwiona, że nie jedziemy nad ich morze ani z niego nie wracamy - a przecież wszyscy tak robią! Głównym tematem jest oczywiście koronawirus, nieustanne zamykanie i otwieranie granic, ograniczenia i tym podobne. Babka mówi wprost: "Chorwacja nie może sobie pozwolić na blokadę, żyjemy z turystów, nie mamy innego wyjścia". Akurat w połowie sierpnia ta część państwa notowała najwyższe liczby nowych przypadków. 
Jadąc w kierunku Kopačeva usłyszeliśmy w radiu, że Słowacja wprowadziła kwarantannę dla wracających z Chorwacji. Niezbyt spodobała nam się ta informacja, bowiem mogło to nas dotyczyć podczas powrotu na Śląsk... Potem okazało się, że chodzi o Słowenię, która donosiła iż "sytuacja w Chorwacji jest dramatyczna". Dramatyzm ten oznaczał jakieś 150-200 przypadków i jeden-dwa zgony dziennie. Po prostu tragedia!
 



Obecnie w Kopačevie mieszka około sześciuset osób. W przeszłości bywało więcej - w połowie XIX wieku doliczylibyśmy się półtora tysiąca. Jeszcze na początku lat 90. ubiegłego stulecia wioska była o dwieście dusz ludniejsza. Potem nastała wojna, a tereny te zajęli Serbowie i ogłosili włączenie ich do Republiki Serbskiej Krainy (mimo, że Serbowie stanowili niewielki procent Kopačevian). Zapewne działania zbrojne, jak i kwestie gospodarcze wpłynęły na późniejsze wyludnienie.

Centrum wioski stanowi plac z Pomnikiem Poległych. Ten - jak już wspominałem - opisany jest wyłącznie po węgiersku, a pod żołnierzem wykuto symboliczną Koronę Świętego Stefana. Naprzeciwko pomnika znajduje się jedyny w miejscowości sklep, do którego na poranne zakupy zajeżdża się traktorem 😏.


Z jednej strony plac zamyka kościół kalwiński z początku XIX wieku. Mocno uszkodzony w czasie ostatniej wojny, odbudowany przy finansowej pomocy Węgier (większość wiernych kalwińskich w Chorwacji to Węgrzy). Kopačevo/Kopács stało się ważnym ośrodkiem protestantyzmu już w XVI wieku, jako jedna z pierwszych miejscowości w tym regionie.


 
Świątynia jest jedynym obiektem wpisanym na oficjalną listę zabytków, jednak osoba lubiąca starą architekturę poczuje się tu bardzo usatysfakcjonowana: spora część zabudowy to domy mające sto - sto pięćdziesiąt lat. Przypominają o tym daty umieszczone na fasadach, nierzadko też uzupełnione imieniem i nazwiskiem dawnych właścicieli. Stan zachowania bywa różny, niektóre chylą się ku upadkowi, inne niedawno wyremontowano, ale większość zachwyca, zwłaszcza te posiadające ganki z podcieniami. To typowy wygląd madziarskiej wioski, z rzadka uzupełniony nowym klockiem.






Przed wyjazdem nie wiedziałem, że zastanę tu tyle historycznych perełek, więc tym większe było moje pozytywne zaskoczenie 😏.




A to remiza strażacka. Chorwacki napis na budynku odpadł, a na wozie ledwie go widać. Przypadek?

Pomnik dotyczący I wojny światowej uzupełniają dwa mniejsze: bliższy to ofiary walk z lat 90., a ten otoczony drzewkami to chyba II wojna światowa, ale pewności nie mam.


Teraz zdradzę pewien osobisty sekret: głównym powodem odwiedzenia Chorwacji nie był sentyment do tego kraju, zabytki ani krajobrazy, ale... apetyt 😛. Po prostu chciałem napełnić brzuch produktami bałkańskiej kuchni! Co prawda geograficznie nie jesteśmy jeszcze na Bałkanach, ale w lokalach serwuje się zazwyczaj to samo, co kilkaset kilometrów dalej nad Adriatykiem.

O ile sklep w wiosce jest tylko jeden, to restauracje już dwie. Wybieramy tę położoną blisko kempingu o nazwie Zelena Žaba. Nie wiem czy serwują zielone żaby, ale na pewno w menu są ryby w różnych wariantach; z racji bliskości Dunaju oraz jego rozlewisk rybołówstwo było w przeszłości głównym zajęciem miejscowych. W wyniku działań ochrony przyrody jego rolę przejęła hodowla warzyw, ale dary rzeki nadal królują na stołach. Osobiście nie przepadam za łuskami na talerzu, do tego są drogie (Baranja ma niższe ceny niż wybrzeże, ale tanio i tak nie jest), zatem futrujemy się nieśmiertelnym čevapčiči i pljeskavicą. Było pyszne, dużo bym dał, aby teraz się przenieść na taką kolację 😊.


Jedyny minus to... komary! Do tej pory w ogóle ich nie było, nawet nad Balatonem, a tutaj pojawiły się i to od razu w ogromnych, agresywnych ilościach. Bez świeczek, zniczy lub kadzidełek ciężko było wytrzymać na powietrzu. Niestety, będą nam towarzyszyć aż do końca urlopu... Inne autochtoniczne zwierzaki nie sprawiały takich problemów, choć smakowite zapachy przyciągały je mocno 😛.



Spacer po zmroku miał swój urok.



Nie omieszkaliśmy zajrzeć do knajpy w pobliżu kościoła. O dziwo, ceny piwa wyższe niż w restauracji. Chyba to miejscowym nie przeszkadzało, gdyż o poranku ogródek nigdy nie był pusty, a wieczorem młodzież zebrała się, aby obejrzeć mecz Ligi Mistrzów (Lewandowski szybko ich znudził i przenieśli się na zewnątrz).


Mimo swej niewielkości i położenia na uboczu Kopačevo nie jest anonimową dla turystyki miejscowością, bowiem znajduje się w nim główne wejście do Parku Natury Kopački rit, który określany jest jako "największy skarb przyrodniczy Slawonii". Ciekawe, zwłaszcza, że w Slawonii nie leży 😏. Pomijając geograficzną bzdurę, park to niewątpliwe interesujące miejsce: mokradła ciągnące się między Drawą a Dunajem, jedne z najlepiej zachowanych i nienaruszonych przez człowieka w Europie. Bytuje na nich ponad 260 gatunków ptaków, pływa 40 rodzajów ryb, rośnie 140 typów roślin. Dwa razy w ciągu roku (wiosną i późnym latem) wody rzek wzbierają i powodują lokalne powodzie, co sprawia, że park nieustannie się zmienia i zawsze wygląda inaczej.

Na skraju wioski ulokowano kompleks turystyczny: bezpłatny parking, małe muzeum, sklep z pamiątkami, kawiarnię i oczywiście kasę.


Chorwaci ze swoich cudów natury uczynili intratny biznes, ceny biletów wstępu potrafią przyprawić o zawrót głowy. Tym razem opłata jest symboliczna, wynosi jedynie 10 kun. W jej ramach można obejrzeć wystawę we wspomnianym muzeum oraz przejść się po drewnianych podestach rozrzuconych nad wodą.








Łażenie po deskach jest fajne, zwłaszcza, że zielsko często przewyższa człowieka. Krajobraz kojarzy się nieco z Amazonką. Słychać kumkanie żab, cykanie cykad, czasem jakiś plusk. Jesteśmy tu przed południem, więc oprócz nas prawie nie ma innych zwiedzających. Czegoś jednak brakuje... czego? Ano zwierząt! Kopački rit to przede wszystkim królestwo ptaków, których w tej części praktycznie nie widać. Może nie ta pora, może nie ten dzień, ale z fauny latającej zauważyliśmy jedynie dwa młode łabędzie. Przyznacie, że nie jest to oszałamiająca ilość 😏.

 
Licznie zaprezentowały się za to żółwie błotne, wygrzewające się w słońcu. W swoim naturalnym środowisku widzę je pierwszy raz.


Kładki to prawdziwy labirynt. Zaliczamy kilka punktów widokowych daremnie wypatrując ptaków (o dziwo, prawie nie było komarów), czytamy opisy na tablicach informacyjnych. Dla turystów urządzono strefy wypoczynku na "twardym" lądzie. Trzeba też spoglądać pod nogi, bo czasem trafi się dziura w deskach, w którą wsadzenie stopy mogłoby zakończyć się kontuzją. Chyba wkrótce będzie się tu odbywał jakiś bieg, bo na niektórych skrzyżowaniach wywieszono wstążki. Jak dla mnie to kiepskie miejsce na zawody i piszę to jako biegacz.





Po przejściu ponad pół kilometra wychodzimy na wał przeciwpowodziowy, za którym biegnie kanał lub jedna z rzecznych odnóg, są też jakieś urządzenia hydrograficzne. W pewnym momencie wałem przemknął radiowóz policyjny. Widząc nas zwolnił, kierowca jakby się nad czymś zastanawiał, ale potem ponownie wcisnął gaz i popędził dalej w tumanach kurzu.



Od tej strony można wejść na pomosty za darmo i prawdopodobnie nie jest to zabronione (rano w ramach rozpoznania biegałem po okolicy i właśnie w ten sposób na nie się dostałem). My i tak musimy się wrócić kładkami, ale można pójść inną ścieżką niż w tę stronę.

Marne szanse na obserwację zwierzyny są zapewne odpowiedzią na pytanie dlaczego bilety wstępu na pomosty są tak tanie. Jeśli ktoś ma ochotę na prawdziwe przeżycia w ornitologicznym raju, to musi wykupić zorganizowaną wycieczkę albo wyprawę łódką, dzięki której można dotrzeć do miejsc niedostępnych suchą stopą. Oczywiście są to znacznie grubsze pieniądze, no i trzeba przeznaczyć na taką zabawę wiele wolnego czasu. Ani jednego ani drugiego nie posiadamy w nadmiarze, więc ograniczyliśmy się jedynie do opisanego tu spaceru, ale też nie żałowaliśmy.

Jeszcze kawałek przejedziemy się samochodem, gdyż przez krótki odcinek ogólnodostępna asfaltowa droga prowadzi wałem. Przejeżdżamy obok rzeźby czapli - symbolu parku - oraz pod drewnianą bramą powitalną.


Z wałów lepiej widać mokradła, mniej zarośnięte niż przy samym Kopačevie.





Następnie przez pewien czas droga biegnie wzdłuż granicy parku. To już teren bardziej przekształcony przez człowieka, bardziej ucywilizowany, nie mniej także urokliwy. Są nawet skrzyżowania kanałów!






Na sam koniec wspomnę jeszcze tylko o sąsiadce Kopačeva, miejscowości Bilje (Bellye). Jest kilkukrotnie większa i stanowi siedzibę gminy, więc Chorwaci są tam większością, ale nazewnictwo i tak obowiązuje dwujęzyczne.

W zaniedbanym parku znajduje się pałac wybudowany na początku XVIII wieku przez Eugeniusza Sabaudzkiego, jednego z najwybitniejszych wodzów armii Habsburgów. W późniejszym czasie jego właścicielem był m.in. Albrecht, książę cieszyński i saski (a także królewicz polski), a jego następcy włączyli okoliczne dobra do Komory Cieszyńskiej. Chodząc po Beskidzie często widzi się słupki z jej symbolami; dziwne uczucie być tak daleko od domu, a prawie jak na Śląsku 😏.

Habsburgowie byli właścicielami pałacu do 1920, po czym ukradło go Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Obecnie należy do chorwackich leśników i ci chyba nie mają pomysłu co z nim zrobić: obiekt jest zrujnowany, przez okna widać panujący w środku burdel. Gdyby ktoś potrzebował stary monitor do komputera, to znajdzie go właśnie tutaj.



8 komentarzy:

  1. Bardzo fajne prezentują się te rozlewiska a pomosty przypomniały mi nasze wędrówki na Podlasiu po rozlewiskach Narwi. Kuchnię bałkańską i my mile wspominamy, jak i wieczorne spacery w Chorwacji.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się trochę kojarzyło z Biebrzą, choć tam nie ma tylu mostków, chyba, że w Osowcu :) Pozdrowienia.

      Usuń
  2. Kurczę, no mega sielsko i klimatycznie. Żółwie w naturalnym środowisku to jakaś abstrakcja i na pewno atrakcja dla turystów :) Z pewnością fajne doświadczenie zobaczyć coś takiego na własne oczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widywałem już (choć rzadko) żółwie lądowe na Bałkanach, ale wodne/błotne są trudniejsze do obserwacji, gdyż rzadziej przybywamy w ich środowisku. Tutaj pomosty idealnie się nadawały do podglądania :)

      Usuń
  3. Zamieniłeś Pusztę na rozlewiska chorwackie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Tereny raczej mało odwiedzane przez turystów, ale bardzo ciekawe. Slavonia, Baranja czy Srijem jednak coraz częściej jest pokazywana chociażby przez Makłowicza. Jestem zauroczony Twoimi opisami :)
    Mnie osobiście bardzo spodobało się Zagorje, ale te labirynty na tych bagnach są niesamowite :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Makłowicz faktycznie pojawia się w różnych miejscach Chorwacji, tutaj pewnie powinien przyrządzać coś z ryb ;)

      Usuń