środa, 7 października 2020

Z wizytą u książąt Esterházy - Forchtenstein, Eisenstadt i Fertőd.

Spośród licznych węgierskich rodów szlacheckich rodzina Es(z)terházy może ubiegać się o prymat pierwszeństwa pod względem znaczenia, a na pewno bogactwa. To zresztą nie zmieniło się do dzisiaj, gdyż ród nadal istnieje i posiada liczne nieruchomości.


Pochodzą z terenów dzisiejszej Słowacji. Ich pierwszą znaną siedzibą była Galánta, więc oficjalne nazwisko, którego zaczęli używać w XVI wieku, brzmiało Esterházy de Galántha. Początkowo należeli do szlachty raczej drobnej, jednak z każdym kolejnym stuleciem i członkiem rodu podnosili swoje znaczenie. Sposób na osiągnięcie sukcesu był stosunkowo prosty: bezwarunkowa lojalność wobec Habsburgów oraz kościoła katolickiego. W XVII wieku uzyskali awans na hrabiów i w tym też czasie podzieli się na trzy główne linie - Fraknó (Forchtenstein), Zólyom (Zvolen), Csesznek - oraz kilka kolejnych pobocznych. Głowa starszej linii z Fraknó otrzymała w 1687 roku tytuł książęcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego, w 1712 roku uzupełniony o prawo dziedziczenia. Nowe dobra zdobywano przez nabycie ziemi konfiskowanej protestantom, zajmowanie terenów wyzwolonych z rąk Turków, a także dzięki trafnym małżeństwom. W efekcie Esterházy stali się największymi posiadaczami ziemskimi w państwie Habsburgów, a dochód przekraczał niekiedy zarobki cesarza. W XIX wieku książę Pál (Paul) Antal miał pod swoim zarządem cztery pałace, trzydzieści cztery zamki, czterdzieści miast i ponad setkę wiosek. Choć uchodził za najbogatszego człowieka na świecie, to kończył życie jako człowiek niemal ubogi, bo jego rozrzutność przeważała nad gospodarnością 😏.

Rodzina stawała przy Habsburgach w każdym konflikcie, w którym brało udział Królestwo Węgier: bili się dzielnie z Turkami, w czasie wojny trzydziestoletniej, o sukcesję austriacką i z Napoleonem. W przeciwieństwie do większości swoich rodaków w 1848 roku poparli oni cesarza, a nie węgierskich rewolucjonistów. 


Po rozpadzie Austro-Węgier ich majątek wylądował w pięciu różnych krajach. Po wyznaczeniu granicy austriacko-węgierskiej w 1921 roku na terenie Burgenlandu znalazło się 66 tysięcy hektarów należących do rodziny (10% terenu całego landu), podczas gdy na Węgrzech ostało się 128 tysięcy. Ostatnim księciem, rezydującym na madziarskiej ziemi, był Pál (Paul) V. Starał się trzymać z dala od polityki, ale po anszlusie podpadł nazistom, którzy próbowali zająć jego austriackie posiadłości. Ostatecznie do tego nie doszło, natomiast powiodło się komunistom - we wszystkich nowo powstałych państwach demokracji ludowej własność Esterházych została znacjonalizowana. Nie inaczej potoczyły się sprawy na Węgrzech: książę wraz ze świeżo poślubioną małżonką zamieszkał w Budapeszcie w skromnych warunkach. Aresztowano go i skazano w pokazowym procesie pod pretekstem przestępstw dewizowych. Dostał piętnaście lat, lecz w 1956 roku udało mu się uciec za granicę. Osiadł w Szwajcarii skąd zarządzał na odległość ocalałą cząstką własności, która przetrwała w Burgenlandzie (co ciekawe, węgierscy komuniści próbowali je zdobyć dla siebie, argumentując, że mają do tego prawo w przypadku dawnego obywatela Węgier). Nawet jednak tam powodowało to dysputy polityczne, gdyż niektóre austriackie partie żądały parcelacji i konfiskaty książęcej ziemi, hasła o tym pojawiały się w kampaniach przedwyborczych. Dla uspokojenia sytuacji Esterházy sprzedali niedużą część swoich gruntów. 
 
W sierpniu postanowiłem skorzystać z okazji i odwiedzić trzy obiekty rodziny Esterházy, w dodatku najważniejsze. Dwa z nich leżą w Burgenlandzie.

Na pierwszy ogień poszedł zamek Forchtenstein, wznoszący się nad wioską o tej samej nazwie (do 1972 Forchtenau, a po węgiersku Fraknó). Już z daleka jego sylwetka wzbudza szacunek.



Do zamku prowadzi kręta droga (na jednym z zakrętów jest punkt widokowy). Spodziewałem się, że w chłodne i pochmurne niedzielne przedpołudnie bez problemów zaparkuję na jednym z dwóch parkingów, a tu niespodzianka! Austriacy wpadli dokładnie na ten sam pomysł co ja i całkowicie wszystko zapchali, niektórzy w desperacji wjeżdżali także na trawniki i koperty dla autobusów.

Dostrzegam tabliczkę informującą, że kolejny parking jest za kilometr, więc wciskam gaz. Znaki wyprowadzają nas... na łąkę. Pusto tam kompletnie, tylko na środku wysypano trochę szutru. To na pewno tu? Chyba tak... Wkrótce po nas zjawia się drugi samochód, kierowca też jest zdezorientowany.

Od zamku dzieli nas kilkaset metrów ścieżką prowadzącą przez niewielki wąwóz. To jednocześnie fragment pieszego szlaku turystycznego. Z łąki/parkingu i kawałka niżej twierdza bardzo ładnie się prezentuje.


Pierwszy zamek wybudowano w XIV wieku. W 1622 otrzymał go od cesarza hrabia Esterházy i przekształcił w nowoczesną fortecę. Wszyscy budowniczowie pochodzili z Włoch. W następnym stuleciu przybrał obecną formę, w architekturze pojawiły się elementy barokowe. Od tego czasu pełnił rolę książęcego archiwum, magazynu broni, a także miejsca składowania rozmaitych skarbów, zegarów, wypchanych zwierząt i innych dziwactw. Powstały wówczas liczne tajemnicze przejścia oraz tajna komnata z najcenniejszymi zbiorami. Była tak ukryta, iż nie odkryli jej nawet Sowieci stacjonujący w zamku po ostatniej wojnie. Zachowały się również inne kolekcje, ponoć radzieckiego dowódcę przekupiono, aby za bardzo się we wnętrzach nie rozglądał. Taka sztuczka nie wydarzyła się w 1919 roku, kiedy to Fraknó leżało jeszcze na Węgrzech, w których akurat rządzili komuniści. Przybyła delegacja skonfiskowała kilkaset przedmiotów i przewiozła do Budapesztu, gdzie przebywają do tej pory. Fundacja Esterházych (właściciele Forchtensteinu) próbuje je odzyskać, ale nie liczyłbym na sukces. Po zmianach granic i zawierusze wojennej udało im się zatrzymać archiwum gospodarcze rodu, ale rodzinne przejęło państwo węgierskie.

Sucha fosa, mury obronne i dziwny czerwony czołg z dwiema lufami. Taki to mógłby atakować i wrogów i przyjaciół jednocześnie.

Chciałem zwiedzić wnętrza, ale najbliższe zwiedzanie z przewodnikiem odbywa się dopiero za półtorej godziny! Zbyt późno. Nie wiem, czy wycieczki zawsze wpuszcza się tak rzadko, czy może to zasługa epidemii? Faktem jest, że chętnych była masa, w pomieszczeniu z kasą pełno ludzi, wszyscy w maseczkach. Wszyscy, poza jednym facetem. Ktoś z obsługi zwraca mu uwagę. Gdyby rzecz działaby się w Polsce, to pewno usłyszelibyśmy jedną z odpowiedzi: 
- Nie noszę, bo nie.
- Mam astmę.
- Nie muszę nosić.
- Jestem chory.
- Mam to w dupie.
- Zajeb..ć ci?
- Wal się.
I tym podobne. Na szczęście do Wisły stąd daleko, więc chłop przeprasza i mówi, że po prostu zapomniał. Babka z kasy podała szczypcami nową, zapakowaną w woreczek. Oczywiście darmową. Inny świat.

Skoro do środka nie wejdziemy, to można chociaż przejść się między ścianami. To stosunkowo nieduża powierzchnia: droga wzdłuż budynków gospodarczych doprowadzi nas na jeden z bastionów, z którego świetnie się prezentuje jądro zamku...



...oraz okolica. 

Idę na trochę wyższy poziom, gdzie z korony dolnych murów także są ładne widoki. Człowiek przypomina sobie, że jest na skraju gór, Alpami zwanych 😏.

Zielony kopiec zwie się Hausberg i mierzy 485 metrów. Sama twierdza położona jest mniej więcej na wysokości połowy kilometra nad poziomem morza. Na horyzoncie ciągnie się tafla Jeziora Nezyderskiego, oddalona o jakieś 30 kilometrów.

Wejście do zamku właściwego. Kolor drzew oraz spadające liście przywodzi na myśl jesień, a nie pierwszą połowę sierpnia!


Udało się jeszcze zajrzeć na wewnętrzny dziedziniec, gdzie dalszą drogę przegradzały elektroniczne bramki. Pięknie pomalowane ściany, pomnik konny jednego z Esterházych oraz... wypchany krokodyl zawieszony pod sufitem.



We Forchtensteinie nie powiodło się ze zwiedzaniem wnętrz, więc spróbujemy w Eisenstadt (Kismarton). Miejscowość stała się stolicą Burgenlandu niejako przez przypadek, gdyż taką rolę przewidziano dla Sopronu, ale ten - jak wiadomo - pozostał na Węgrzech. Różnicę pomiędzy dwoma miastami widać od razu: Sopron ma 62 tysiące mieszkańców, a Eisenstadt 14, po wjeździe do tego drugiego mam wrażenie, że to naprawdę taka większa wieś.


W Eisenstadt/Kismartonie od średniowiecza stał "zamek miejski". W 1622 roku (czyli w tym samym momencie co w przypadku Forchtensteinu) Habsburgowie przekazali go Esterházym; początkowo jako zastaw, ale po kilkunastu latach rodzina wykupiła go na własność. Posiadłość miała dogodne położenie: jeszcze na Węgrzech, ale blisko Wiednia, więc od tego czasu stanowiła główną siedzibę rodu. Dawną warownię mocno rozbudowano do formy pałacu i nadano jej barokowy wygląd. Powstał bardzo okazały obiekt, liczący podobno 200 pokoi i 6 sal balowych.

Pałac jest tak duży, że ciężko go objąć w całości na jednym ujęciu.



W początkach 19. stulecia planowano zmianę architektoniczną w kierunku klasycyzmu, lecz książęta wydawali sporo pieniędzy na wojny z Napoleonem i zabrakło ich już na prywatne sprawy. Jedynym fragmentem tej nowej wizji jest fasada pałacu od strony ogrodów.


Pochodząca z tego samego okresu "świątynia Leopolda".


Wewnętrzny dziedziniec pałacu.


Grup z przewodnikiem jest tutaj znacznie więcej niż w Forchtensteinie, dlatego bez problemów i bez długiego oczekiwania wchodzimy "na pokoje" i my. Bilet kosztuje 12 euro plus 2 euro za możliwość robienia zdjęć (ceny identyczne jak w poprzednim zamku).

Zaczynamy od największej atrakcji, tak zwanej sali Haydna. Uznawana za jedną z najpiękniejszych sal koncertowych na świecie, ze znakomitą akustyką. Faktycznie, robi wrażenie! Ściany i sufit ozdobione są freskami z XVII wieku, autorem był niejaki Carpoforo Tencalla, włoski Szwajcar (lub szwajcarski Włoch).



Nazwa nie jest przypadkowa, bowiem Joseph Haydn przez trzydzieści lat związany był z dworem Esterházych, mieszkał i pracował w ich pałacach, a wiele utworów stworzył właśnie z myślą o tej sali.



Kolejne pomieszczenia nie zwalają z nóg. Ba, większość z nich prezentuje się tak:


Ładne, ale puste. To oczywiście zasługa wyzwolicielki Armii Czerwonej, która z żelazną konsekwencją grabiła szlacheckie rezydencje w każdym odwiedzanym kraju. Ponoć jednak przed jej wkroczeniem udało się wywieźć najcenniejsze przedmioty, a w części pokojów stoją nawet meble i wiszą obrazy. Ciekawe są liczne tajemnicze drzwi, schowki, przejścia prowadzące do wewnętrznych korytarzy, pieców i tym podobnych.




Jeżeli chcemy być pewni, że oglądamy oryginalne wyposażenie, to musimy udać się na poddasze, gdzie spała służba. Tam czerwonoarmiści nie dotarli lub niezbyt ich zawartość zainteresowała. 



Końcowym etapem jest kaplica dworska. Raczej skromna, lekko zaniedbana i z elementem horroru: w szklanej trumnie umieszczono zwłoki jakiegoś nieszczęsnego świętego, na którego po śmierci nieustannie gapią się ludzie.




Zwiedzanie trwało około godziny. No cóż, trochę się rozczarowałem, bo spodziewałem się więcej po wnętrzach tak bogatej rodziny. Widziałem sporo ciekawszych sal pałacowych, a ze swojego podwórka za takowe uznaję chociażby Pszczynę. Rozumiem jednak, że z historią się nie wygra. Pałac i tak miał szczęście, bo radzieckie rządy nie przyniosły mu tak wielkich zniszczeń, jak w innych miejscach. Gdy żołnierze sobie poszli w części gmachu urządziła się administracja Burgenlandu, na zasadzie umowy o dzierżawę z rodziną Esterházy. Urzędnicy opuścili pałac kilkanaście lat temu i obecnie jedynym użytkownikiem jest prywatna fundacja rodowa. Taka forma prawna okazała się konieczna, gdyż Pál/Pal (ten skazany przez komunistów) nie doczekał się dzieci. 
Dużą rolę w opiece nad majątkiem odegrała jego małżonka Melinda, z zawodu śpiewaczka operowa. Ślub z księciem jako mezalians wywołał spore oburzenie wśród arystokracji. To był jednak rok 1946 i "błękitna krew" w komunistycznych Węgrzech wkrótce zaczęła mieć znacznie większe problemy niż małżeństwa z pospólstwem. Gdy mąż Melindy trafił w stalinowskie kazamaty, ta okazała się twardą kobietą i dzielnie walczyła o jego lepsze traktowanie (co, dzięki sporej popularności, odnosiło pewien skutek). Po śmierci księcia w 1989 roku to ona zorganizowała fundację, która posiada 44 tysięcy hektarów gruntów, najwięcej w Austrii. Na szczęście obecnie nikt już chce ich wywłaszczać. Rozwieszone na budynkach dawnych stajni plakaty zapraszają na poświęconą jej wystawę.


Jeszcze taka drobna uwaga: pod żadnym pozorem nie korzystajcie z parkingu podziemnego zaraz obok pałacu! Drożyzna straszna, a cennik i regulamin dostępny jest dopiero przy wjeździe, gdzie nie ma już możliwości zawrócenia. Znacznie lepiej zostawić wóz na terenie należącym do gminy.


Żeby zobaczyć trzeci obiekt musimy przenieść się do Fertőd, miasteczka, które miało szczęście (lub pecha) pozostać po I wojnie światowej na Węgrzech. Od Eisenstadt oddalone jest o 40 kilometrów, a kilkanaście od Sopronu. W latach 70. XVIII wieku książę Miklós (Nicolaus) stwierdził, że siedziba w Kismarton jest za mała, a w ogóle za blisko Wiednia, potrzeba czegoś nowego, większego, piękniejszego. W ten sposób za astronomiczną kwotę 13 milionów złotych guldenów wzniesiono pałac Esterháza, w miejscu gdzie wcześniej stał pałacyk myśliwski.

Eisenstadt/Kismarton mi się spodobał, ale Esterháza zachwycił! Określa się go jako "mały Wersal" (zastanawiam się, czy w Europie wszyscy znają tylko Wersal, nic innego?), ale ja bym go nazwał "małym Schönbrunnem". Jak dla mnie podobieństwo jest uderzające!




Chociaż patrząc na te zdjęcia mam wrażenie, iż przeniosłem się co Carskiego Sioła 😏



Najwspanialszy rokokowy pałac na Węgrzech mocno ucierpiał w okresie komunizmu. W przewodnikach (polecam m.in. ciekawą pozycję autorstwa Andrzeja Hildebrandta, do której zaglądałem podczas pisania tego tekstu) niekiedy można przeczytać, że należy udać się do Eisenstadt, aby zobaczyć jak mogłaby wyglądać Esterháza, gdyby nie lata demokracji robotników i chłopów. No cóż, jak już pisałem mnie wnętrza austriackiej rezydencji nie powaliły, więc można się tylko domyślać, co działo się tutaj... Po aresztowaniu księcia Pála ludowe władze zniszczyły i rozkradły co tylko się dało, a potem zorganizowały w pałacu liceum ogrodnicze. Po rewolucji węgierskiej zaczęły bardziej dbać o własne dziedzictwo i urządziły w nim muzeum, ale renowacja trwa do dnia dzisiejszego!
Niestety, nie przekonamy się o tym osobiście, bowiem na zwiedzanie środka nie mamy czasu. Pozostaje pokręcić się po zewnętrznych przestrzeniach, z których najładniejszy jest dziedziniec otoczony skrzydłami (pałac posiada kształt podkowy).





Fasada od strony ogrodów nie robi już takiego wrażenia, napisałbym, że jest dość spokojna. Podobnie same ogrody nie odzyskały do tej pory swojej dawnej świetności.



Przedstawione w tym wpisie obiekty to oczywiście nie jedyne pamiątki po rodzinie Esterházy, znajdziemy ich więcej w kilku krajach. Ta trójka to jednak najważniejsze posiadłości, a że leżą dość blisko siebie, to aż się prosi aby wszystkie zobaczyć.

10 komentarzy:

  1. Pałac Eisenstadzki budzi pierwsze skojarzenie z dworcem kolejowym. Zaś Esterhaza - z rynkiem, w dodatku w połowie zabudowanym stajniami. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest, choć jako dworzec to byłby dość wysoki ten w Eisenstadt :P

      Usuń
  2. Świetna relacja z bardzo interesujących miejsc, w ciekawymi postaciami w tle. Nie byłam, więc czytałam z zainteresowaniem. To była fajna, wirtualna wyprawa:)))

    OdpowiedzUsuń
  3. No nie wiem czy tyle spokojnego (austriackiego) piękna, w tych (ś)wirusowych czasach skusi nas do wyjazdu, ale bezwzględnie trzeba temu rejonowi przyjrzeć się dokładniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Burgenlandu rzut beretem :) I jeszcze można jeździć :D

      Usuń
    2. No nie wiem czy "tak do końca" można jeździć, bo przy powrocie z Włoch jedyna granica na której pytano nas o to gdzie byliśmy to była granica włosko-austriacka. Na tekst "tranzyt Włochy - Polska" było co prawda "Pa, Pa" ale wtedy jeszcze połowy Polski nie było na czerwono.
      Ale Erynia już mnie wyłapała na tym wpisie i zadała sakramentalne pytanie "Kiedy?"... ;-)

      Usuń
    3. Sytuacja oczywiście zmienia się dynamicznie, ale na dzień dzisiejszy z Polski jak najbardziej można jeździć (w Austrii ilość zachorowań jest obecnie na trochę niższym poziomie, bo u nich nagły wzrost zaczął się już w sierpniu). A pytanie mogło być stąd, że już wtedy Austriacy wprowadzili obostrzenia dla ludzi jadących z Chorwacji, więc jakby się okazało, że jedziecie np. z Istrii, to kazaliby wam jechać tranzytem bez zatrzymywania (którego i tak podobno nikt nie sprawdzał).

      Usuń
    4. PS. Dlaczego znaczek przy moich wpisach jest taki sam jak oznaczenie blogu Gabi(blog)? Mam co prawda oba otwarte, ale ja nie jestem Gabi... ;-)
      A może to domyślny znaczek? Tylko dlaczego akurat taki?
      Generalnie to mi to nie przeszkadza, raczej ciekawi.

      Usuń
    5. Ale w komentarzach czy na "blogach obserwowanych"? Bo w komentarzach to jest chyba znaczek domyślny dla tych, którzy nie mają indywidualnej grafiki.

      Usuń