wtorek, 3 lipca 2018

W kierunku Dunaju (ale bez samej rzeki): słowacko-węgierska prowincja.

Dunaj to moja ulubiona europejska rzeka! Ilekroć go widzę, to zawsze czuję taki przyjemny rodzaj ciepła, jak wtedy, gdy spotyka się dawno niewidzianego przyjaciela 😊. Pomysł na pierwszy dłuższy weekend letni związany był z tą rzeką, co było pokłosiem ubiegłorocznego wyjazdu na Bałkany - w drodze powrotnej zahaczyliśmy o kilka miejsc, które chcieliśmy zwiedzić dokładniej.

W tym wpisie jednak samego Dunaju nie będzie, a jedynie droga do i wzdłuż niego 😏.

Pogodę na koniec czerwca zapowiadano nieciekawą. Deszcze, niższa temperatura. No tak, zaczęło się lato.

Na Śląsku leje jak z cebra. Po przekroczeniu granicy przestaje (to jakiś znak?), pojawiają się także pierwsze przejaśnienia.

Pierwszy postój wypada już na Nizinie Naddunajskiej - spichlerzu Słowacji, zamieszkałym przez liczną mniejszość (a często większość) węgierską. Nazewnictwo dwujęzyczne jest powszechne, choć akurat Galanta brzmi prawie identycznie w obu językach (Galánta).


Przez całe wieki miejscowość związana była z rodem Esterházy, po którym pozostał okazały pałac. Budynek jest zniszczony, ale zaczęto go remontować i w środku działa kawiarnia z winiarnią.



Pałac wybudowano jako renesansowy dwór obronny w XVII wieku, o czym informuje łaciński napis po lewej stronie. Po prawej zaświadczenie "odbudowy z ruin" w kolejnym stuleciu, a w środku herb Esterházych. Dzisiejszy neogotycki wygląd pochodzi z wieku XIX-go.



Idziemy kawałek w kierunku centrum. Tu i ówdzie stoją zabytkowe kamienice, ale większość starej zabudowy została zniszczona podczas powojennej intensywnej industrializacji.


Pomnik z  cyklu "co autor miał na myśli?".


W muzeum zapraszali na wykład z historii piwowarstwa, ale dzień wcześniej.


W Galancie znajduje się jeszcze jeden pałac Esterházych - renesansowy kasztel chroniony fosą. Obecnie leży on między blokami, co wygląda dość surrealistycznie.



Kręcąc się po okolicach miejsca parkingowego odkrywam, że tutejsze garaże mają numery, jak normalne domy mieszkalne! Z kolei kawałek dalej stoi "Sala Królestwa" Świadków Jehowy, która tak zainteresowała jakiegoś kierowcę, że zatrzymał się i podszedł zrobić zdjęcie aż pod same drzwi.
Swoją drogą to nie wiem, czy nie jest to pierwsza świątynia Jehowych, którą widziałem... Inne zazwyczaj przegapiam.



W niedalekim mieście Šaľa (Vágsellye) także ma znajdować się kasztel, lecz nie umiem go znaleźć. Zamiast niego trafiam na cmentarz żydowski otoczony blokowiskiem.


Im bliżej Dunaju tym większy procent ludności węgierskiej (choć są wyjątki).


Na horyzoncie pasma górskie na północny-wschód od Nitry.


Pogoda jest bardzo zmienna; raz wiszą nad nami ciężkie chmury, a raz na chwilę wychodzi słońce.


Widząc ten kościółek musiałem się zatrzymać - wygląda jak dom Muminków!


Nie byłem pewien czy to nowa, czy może współczesna konstrukcja; okazało się, że postawiono go w 1760 roku. Nosi wezwanie św. Wendelina - pierwszy raz o nim słyszę, choć był synem szkockiego króla, a zasłynął jako opat w Saksonii. Patronuje rolnikom i pasterzom.


W Tvrdošovce (Tardoskedd) pada. Nie przeszkadza mi to uwiecznieniu mini-skansenu kolejowego rozłożonego na trawniku. Jest ciuchcia, wagoniki, kilka innych sprzętów. Ale dlaczego tutaj? Kartki z opisami są tylko po węgiersku.



Nové Zámky (Érsekújvár, niem. Neuhäus(e)l) to miasto, które powstało przy twierdzy. Potężny zespół obronny na planie gwiazdy wybudowano w XVI wieku i uznawany był za najnowocześniejszy w Europie. Turcy atakowali ją sześciokrotnie, udało im się raz, po czym po dwóch dekadach wyparły ich wojska Habsburgów.


Twierdzę zburzono w 1724 roku, bo mieszkańcy zbyt często wykorzystywali ją w antycesarskich powstaniach. W czasie II wojny światowej ogromne zniszczenia przyniosły alianckie bombardowania (najsilniejsze w granicach współczesnej Słowacji - zginęło w nich kilka tysięcy osób) i do naszych czasów nie zostało z niej praktycznie nic, poza charakterystycznym układem ulic. Jest też obecna w herbie miejskim - widać go na środku kwietnika.


Rynek otacza zabudowa głównie z ostatniego stulecia.  Na środku tradycyjny słup Trójcy Świętej, z boku kościół parafialny, swojego czasu zamieniony przez Turków na minaret.



Chcieliśmy usiąść gdzieś na ławeczce i zjeść kupione wcześniej bagietki, gdy niebo zaczęło przybierać bardzo niepokojące kolory. Próbowałem je ignorować...


...ale w końcu wróciliśmy do samochodu. I wtedy pierdzielnęło. Nie "zaczęło padać", ale pierdzielnęło, zupełnie jakby u góry otwarły się wrota od boskiej łazienki. Ludzie zaczęli gwałtownie uciekać albo brać darmowy chłodny prysznic.


Ulewne deszcze są zazwyczaj krótkie i tak było tym razem, więc po dwudziestu minutach mogłem dokończyć zwiedzanie centrum. Do rynku przylega franciszkański klasztor z XVII wieku.



W klasztornym kościele zbliża się pora mszy lub nabożeństwa. Oby nie modlitwy o deszcz.


Pamiątką po społeczności żydowskiej jest biało-błękitna synagoga z 1885 roku. Nové Zámky/Érsekújvár w okresie wojennym znalazły się z powrotem na Węgrzech, co w początkowych latach chroniło wyznawców judaizmu przed obozami koncentracyjnymi. Dopiero po przejęciu władzy przez strzałokrzyżowców w 1944 roku zostali wywiezieni dwoma pociągami do Auschwitz.


Synagoga nadal jest czynna, jako jedna z czterech w państwie.

Płaskorzeźby po bokach wejścia do ratusza są zupełnie niereligijne. Za czasów komuny miejscowi byli bardzo muskularni i posiadali wyjątkowo długie kończyny.


Ostatni odcinek tego dnia pokonuję drogą trzycyfrową, czyli niższego sortu. Jedzie się lepiej niż po głównych z powodu małego ruchu, a nawierzchnia wcale nie jest gorsza. Co jakiś czas znów pojawia się deszczowa chmura i wszystko jest mokre.

Przez 40 kilometrów przejeżdżam praktycznie tylko przez jedną miejscowość - wioskę Gbelce (Köbölkút). Na skrzyżowaniu stoi Pomnik Poległych.



A tak to dookoła przestrzeń i... słoneczniki! Masa słoneczników! Uwielbiam te rośliny, zawsze gdy je widzę to wywołują mój zachwyt swoją żółtą barwą 😊. Lato i wyjazdy mają u mnie kształt słoneczników!




W oddali widać niewielkie góry położone po węgierskiej stronie Dunaju.


Wkrótce też za polami pojawia się biała, monumentalna sylwetka - bazylika w Esztergomie. To właśnie do niej jedziemy, to główny cel weekendowego wyjazdu.


Kościół jest cały czas widoczny niemal z całego Štúrova (Párkány) na słowackim brzegu.


Wjeżdżamy na most nad Dunajem... ale o nim samym miałem tu nie pisać 😏. Kolejne dwa dni spędzamy na penetrowaniu okolicy, a w niedzielę powrót do domu prowadzi początkowo po naddunajskim terenie Węgier w kierunku zachodnim.

W Lábatlan pod kościołem dwa pomniki: pierwszowojenny oraz tragedii w Trianon wraz ze sztandarem Krajów Korony św. Szczepana.



Miejscowość o tej porze jest wyludniona, na mszę też nie dzwonią. Ale nawet tutaj sklepik z chińszczyzną mają.


Neszmély zatrzymuje mnie remont. W oczekiwaniu na zmianę świateł fotografuję późnogotycką świątynię ewangelików.


W którymś miejscu widzę drogowskaz na "rzymski obóz". No to skręcam. Po Rzymianach pozostało dużo pamiątek dawnego limesu strzegącego granicy imperium, myślałem więc, że to ruiny. Okazało się jednak, że to jakaś współczesna konstrukcja, w której od czasu do czasu odbywają się "antyczne" imprezy...



Na dłużej zatrzymuję się w Komárom, ale o tym napiszę w osobnym artykule. Następnie przekraczamy Dunaj i ponownie wjeżdżamy do Słowacji. Po kilkunastu kilometrach osiągamy Kolárovo (Gúta). W mieście ponad 80% mieszkańców to Węgrzy, co widać i czuć. Być może dlatego w 1948 roku wprowadzono obecną słowacką nazwę, bo stara była identyczna jak węgierska i brzmiała mało słowiańsko.

Przy skrzyżowaniu "drzewo przyjaźni". Metalowe. Jeśli tak wygląda przyjaźń między Słowakami i Węgrami to musi być twardo.


Po drugiej stronie jezdni Pomnik Poległych, na którym umierającego żołnierza adorują aniołowie u stóp Jezusa. Mocne połączenie elementów militarnych i religijnych.


Jeśli ktoś często zagląda na bloga, to zapewne zauważy, że regularnie pokazuję takie obiekty: to jeden z moich "koników", bardzo interesują mnie pomniki upamiętniające ofiary (głównie) Wielkiej Wojny z terenów Austro-Węgier, a także Rzeszy Niemieckiej. W Polsce są one rzadkie i zazwyczaj mało ciekawe, przyćmione przez tematykę drugowojenną.

Głównym powodem, dla którego zajrzałem do Gúty, jest pływający młyn wodny. To specyficzna odmiana występująca kiedyś powszechnie na rzekach z powolnym nurtem i niskich brzegach. Wiele z nich pracowało na Dunaju oraz jego dopływach, jednak z czasem zaczęły one zagrażać żegludze, więc w XVIII wieku zakazano ich użytkowania. Młyny przebudowywano na stacjonarne lub przenosiły się na mniejsze cieki.

Tutejszy młyn jest ostatnim takim na Słowacji. Musi być obiektem popularnym, bo już w pewnym oddaleniu od niego trafiam na dziesiątki zaparkowanych samochodów; okazuje się, że pewna znana firma kosmetyczna organizuje tam festyn.

Interesujący nas obiekt zakotwiczony jest w starorzeczu Małego Dunaju (dopływu Wagu). Prowadzi do niego kilkudziesięciu metrowy drewniany most (podobno najdłuższy w Europie).



Młyn można zwiedzać, kosztuje to 2 euro. Udaje nam się wejść z grupą do środka i na dzień dobry pani oprowadzaczka informuje, iż to... replika. Oryginalny młyn, pływający od 1920 roku na Dunaju w pobliżu Komarna, spłonął w latach 50. XX wieku. Rekonstrukcja ma zaś około 30 lat... O tym w internecie już nie pisało, a przynajmniej nie doczytałem tego przed wyjazdem.



Potem dziewczyna głosem umierającego człowieka opowiada o ogólnych zasadach działania młynów wodnych, a w grupie ludzi ciężko zrobić w środku jakieś sensowne zdjęcie. Już myślałem, że będzie to najgłupiej wydane 2 euro podczas tego weekendu, ale ostatecznie wizyta była bezpłatna 😛.



Młyn teoretycznie jest sprawny, ale nie może zostać uruchomiony w stojącej wodzie. Trochę bez sensu. Z tego co usłyszałem należy do osoby prywatnej, więc nie podlega ochronie państwowej, choć ponoć wpisany jest na listę jakiś zabytków.



Na stałym lądzie stoi karczma oraz kilka budynków, m.in. stare gospodarstwo. Ze sceny leci muzyka (słowackie piosenki góralskie, a potem... polskie), dzieciaki się bawią, dorośli wcinają zupę (nie wiadomo, czy można ją kupić).



Ogólnie to miejsce jest dość ciekawe i mimo wszystko warto było tu zajrzeć.


Przejeżdżając przez peryferyjną dzielnicę miasta nagle widzę z boku jakiegoś zakładu sterczącą rakietę.
- Handlują pociskami? - pytam rozbawiony.
Prawie. Przy drodze działa prywatne muzeum wojskowe.


Przez płot wybija się Mig-15 i Mi-24.


Ostatnim akcentem wyjazdu była Šaľa (Vágsellye), którą odwiedziliśmy 3 dni wcześniej. Tym razem zupełnie przypadkowo trafiamy na pałac z przełomu 16. i 17. stulecia, którego nie umiałem znaleźć w czwartek. W swojej historii służył jezuitom, pełnił rolę antytureckiej twierdzy, a dziś mieści się w nim archiwum.


Blok po prawej wygląda bardzo nietypowo - co oni tam mają na górze?? Sale gimnastyczną?


Przed nami została już tylko droga powrotna do domu bez większych przerw. Na pożegnanie - oczywiście słoneczniki 😊.


W kolejnych wpisach zajmę się bardziej szczegółowo kilkoma miejscami nad samym Dunajem 😊.

3 komentarze:

  1. Zapowiada się ciekawe. To kiedy będzie puszta?

    OdpowiedzUsuń
  2. Urocze miejsce i architektura. Stare Austro-Węgry musiały wyglądać ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń