Śląskie rody arystokratyczne i szlacheckie

Na tej stronie krótka historia rodów arystokratycznych i szlacheckich żyjących dawniej na Śląsku, o których wspominałem nieco więcej w swoich wpisach: 

* Ballestrem
Pochodzili z północnych Włoch, na Śląsk przybyli wraz z pruskim wojskiem podczas wojen z Habsburgami i już zostali. Najbardziej znanym z nich był hrabia Franz (Franciszek), żyjący na przełomie XIX i XX wieku, który to fundował kościoły i osiedla, był też właścicielem licznych zakładów przemysłowych, głównie kopalń i koksowni na terenie Rudy (obecnie dzielnicy Rudy Śląskiej). W Rudzie uruchomił pierwszy wodociąg oraz oświetlenie elektryczne; była to pierwsza wioska w Rzeszy z taką instalacją. Oprócz przemysłu interesowała go też polityka, zasiadał w Reichstagu i Herrenhausie (Izbie Panów). Zmarł w 1910 roku. Syn Valentin przeżył go o zaledwie dziesięć lat. Następcą w imperium został dwudziestoletni Nicolaus, posiadający zakłady oraz rezydencje i w Polsce i w Niemczech. Nie był zwolennikiem nazistów, w początkach rządów Hitlera próbował nawet tworzyć coś w rodzaju urzędniczego ruch oporu, ale potem zupełnie odciął się od polityki i wrócił do pomnażania majątku. Na początku 1945 roku uciekł z pałacu w Pławniowicach, lecz miesiąc później zginął w czasie nalotów na Drezno. Potomkowie górnośląskich magnatów żyją dziś głównie na zachodzie Niemiec.


W latach 30. XIX wieku pani z rodziny Larisch wyszła za pana z rodziny Blücher von Wahlstatt. Jej małżonek Gebhard (I) był wnukiem feldmarszałka Blüchera, jednego z najsłynniejszych pruskich dowódców i pogromcy Napoleona pod Waterloo, posiadał też dobra po pruskiej stronie Śląska. Od tego momentu pałac był nierozerwalnie związany z rodziną Blücherów aż do końca jego prywatnych dziejów. Gebhard (I) zmarł w Raduňu w 1875 roku, a majątek odziedziczył syn, też Gebhard (II). Ponieważ Gebhardów było u Blücherów wielu (imię to nosił słynny feldmarszałek), to pozwolę ich sobie numerować 😏. 
Gebhard Blücher (II) był człowiekiem bardzo płodnym, bo miał w sumie dziesięcioro dzieci - pięć z pierwszego i pięć z drugiego małżeństwa. Mogło to zwiastować kłopoty i rzeczywiście pojawiły się one w XX wieku. Nie potrafił się dogadać z najstarszym synem, Gebhardem (III), więc wydziedziczył go, pominął w testamencie drugiego (Gustava) i zapisał swe dobra, w tym Raduň, trzeciemu - Lotharowi (jedynemu z drugiego małżeństwa). I tutaj ciekawostka: śląscy Blücherowie od końca XIX wieku sporą część życia spędzali na Wyspach Brytyjskich, gdzie nabywali nowe majątki. 
W czasie wojny światowej wywoływało to oczywiste komplikacje: Blücherowie, jako obywatele nieprzyjacielskiego państwa, byli z Wielkiej Brytanii deportowani. Powróćmy jednak do Lothara: za jego panowania pałac zyskał kolejne nowinki techniczne - oświetlenie gazowe zastąpiono elektrycznym, pojawiło się też centralne ogrzewanie. Rodzina dzieliła czas pomiędzy wyspę Guernsey, Czechosłowację i Niemcy (pałac w Krieblowitz, dziś Krobielowice), ale ten idylliczny czas przerwała śmierć Lothara w szwajcarskim sanatorium w 1928 roku - nie miał on wówczas jeszcze 40 lat. Wdowa musiała nieustannie procesować się z jego dwoma starszymi braćmi, a wcześniejsza reforma rolna w Czechosłowacji pożarła wiele ze śląskiego majątku. Wszyscy trzej synowie Lothara byli nieletni, dodatkowo urodzili się na Wyspach i nie posiadali czechosłowackiego, a być może i niemieckiego obywatelstwa. W takiej sytuacji w 1939 roku władze niemieckie przejęły raduňskie dobra pod swój zarząd i przekazali je Gustavovi (temu drugiemu pominiętemu w testamencie), a ten swojemu adoptowanemu synowi Kurtowi. Ale to nie koniec. W 1945 roku Gustav i Kurt uciekli przed Armią Czerwoną, więc Radun formalnie wrócił w ręce prawowitych właścicieli, a konkretnie Hugona, najstarszego z synów Lothara. Przyjechał on z Anglii wraz z matką aby odzyskać włości, lecz podobno wylądował w... piwnicy, zamknięty tam przez Sowietów. Wypuszczony po prośbach mieszkańców wioski toczył spory z władzą, ponownie go aresztowano i wreszcie w 1948 roku zmarł bezpotomnie jako młody człowiek. 
Następny w kolejce do tytułu i majątku był młodszy brat Nicolaus, lecz zginął w czasie wojny w brytyjskim mundurze. Pozostał najmłodszy Alexander, jednak po przejęciu władzy przez komunistów, w 1949 roku wraz z matką opuścił Czechosłowację i przeniósł się z powrotem na Wyspy. Alexander, ostatni tytularny pan na Radunu, zmarł w 1974 roku.


Nazwisko brzmi francusko i faktycznie stamtąd pochodzili, na Śląsk przybyli w XVIII wieku. W kolejnym stali się hrabiami i otrzymali prawdo do noszenia się jako von Garnier-Turawa. Gmina Turawa pamięta o ostatnich arystokratach z miejscowości, którzy posiadali w niej swój pałac i skwer przy głównym skrzyżowaniu nazwano "placem von Garnier", a szczątki ostatniego hrabiego spoczywają na cmentarzu w Kotorzu Wielkim.

Hagenscheidtowie przybyli na Górny Śląsk z Westfalii w połowie 19. stulecia i łatwo odnaleźli się w przeżywającym gwałtowny rozwój regionie. Inwestowali pieniądze w warsztaty, walcownie i huty, szybko pomnażając majątek. Zarobione marki wydawali nie tylko na własne potrzeby, ale również w szeroko pojęte "dobre publiczne". W Ornontowicach założyli park, który udostępniano mieszkańcom na koncerty i zabawy. Sami będąc ewangelikami wspomagali budowę kościoła katolickiego.

W polskiej wikipedii można przeczytać, iż pochodzenie rodziny nie jest do końca znane, ale najprawdopodobniej przybyła ona z Woszczyc, obecnie dzielnicy Orzesza. Początkowo nosili nazwisko Woschczytz lub Woszczyki, ale otrzymaniu w wyniku małżeństwa Lichnova, stali się znani jako von Lichnowsky (Lichnovští z Voštic). W obu przypadkach była to zatem autochtoniczna szlachta górnośląska, a nie importowana z zagranicznych krain.
Lichnowscy mieli masę ziemi i posiadłości po obu stronach śląskiej granicy, m.in. w czeskim Hradcu/Grätz. W XIX wieku stali się jednymi z najbogatszych ludzi w regionie, otrzymali też tytuł książęcy, najpierw w Austrii, a potem w Prusach. Byli to również ludzie o szerokich horyzontach, wykształceni, oczytani, pełnili różne ważne funkcje państwowe, zwłaszcza w Niemczech. Utrzymywali kontakty z wieloma wybitnymi muzykami, m.in. z Beethovenem, Lisztem, Chopinem czy Mozartem. Głowa rodu w II połowie XIX wieku, Karl Maria von Lichnowsky był posłem do parlamentów pruskiego i niemieckiego, a także do sejmu krajowego na austriackim Śląsku. Habsburgów jednak nie cierpiał i zdecydowanie stawiał na Niemcy. Częściej niż w Hradku przebywał u rodziny w Berlinie lub w majątkach po drugiej stronie granicy. Jego syn i następca, Karl Max, był niemieckim ambasadorem w wielu państwach, również w Wiedniu. Specyficzna sytuacja, biorąc pod uwagę, iż częściowo mieszkał w Austrii. Ambasadorując w Wielkiej Brytanii czynił wysiłki, aby nie dopuścić do wybuchu wojny, za co potem atakowali go niemieccy nacjonaliści, a nawet karnie usunięto go z pruskiej Izby Panów. Po upadku obu monarchii znalazł się w trudnej sytuacji, zwłaszcza jego dobra w Czechosłowacji.
Karl Max zmarł w 1928 roku. Jego syn Wilhelm nie angażował się już w politykę, usiłował jedynie zachować rodowe dobra. Stopniowo sprzedawał kolejne siedziby, głównie w Niemczech, także willę w Berlinie. Ożenił się z Węgierką z Bratysławy, która nie posiadała szlacheckich korzeni, co poróżniło go z matką. Prowadził z nią także spory sądowe o majątek. Mama Mechtilda była pisarką, negatywnie nastawioną do nazistów. Pisała krytyczne teksty, spotykała się z niepokornymi artystami, odmówiła wstąpienia do Izby Literackiej Rzeszy, wreszcie wyszła po raz drugi za maż, tym razem za Anglika, przyjaciela z dzieciństwa. Zamieszkała na Wyspach, ale wybuch wojny zastał ją w Niemczech. Jako, że przyjęła obywatelstwo brytyjskie, została zatrzymana. Resztę konfliktu spędziła w pałacach należących do Lichnowskich pod czujną kontrolą Gestapo. Przemknęła mi informacja, że Wilhelma pod koniec wojny wcielono do Wehrmachtu, ale nie wiem, czy to prawda.
Pod koniec kwietnia 1945 rodzina opuściła Hradek wraz z trzema wozami, na których umieszczono skromne fragmenty najcenniejszego wyposażenia. Czy nie mogli ewakuować tego wcześniej? Mechtilda osiedliła się w Londynie i tam zmarła, Wilhelm udał się do Brazylii, umarł w 1975 roku. Ich potomkowie do dzisiaj mieszkają za oceanem, czasem odwiedzają dawną ojcowiznę.


* Matuschka
Hrabiowie von Matuschka, którzy pochodzili z terenów Moraw lub dzisiejszej Słowacji, byli właścicielami m.in. zamku w Polskiej Cerekwi. W 1945 roku zamek spłonął. I tu pojawiają się różne wersje tego wydarzenia. Najpopularniejsza brzmi, że stał się po prostu ofiarą przechodzenia frontu. Ale znalazłem także informacje, potwierdzane ponoć przez mieszkańców, że podpalił go sam właściciel, aby nie dostał się w ręce wroga. Problem w tym, że Hans Eberhard, który jest wspominany jako ostatni pan na zamku, miał na froncie wschodnim dostać się do niewoli radzieckiej i tam umrzeć. Nie mógł więc tego uczynić osobiście. Być może jednak posiadał rodzinę, która została w Groß Neukirch i nie łudząc się niemieckim zwycięstwem, wolała puścić z dymem swój majątek, niż wydać go w ręce Sowietów.

Pochowani w Miejscu Odrzańskim (Mistitz). W miejscowym mauzoleum spoczywał kiedyś Franz Josef Neumann, właściciel osady w XIX wieku. Już go tam nie ma, bowiem w 1945 roku żołnierze radzieccy zgodnie ze swoją tradycją grobowiec splądrowali, a szczątki zbezcześcili i rozrzucili. Mieszkańcy pogrzebali go ponownie, ale... w nieoznaczonym grobie gdzieś pod płotem. I tam pewnie leży do dzisiaj.
Córka Neumanna wyszła za mąż za Ernsta von Reibnitza wnosząc mu we wianie rozległe dobra i w ten sposób ten ród stał się nowym właścicielem Mistitz. Ich życie, wygodne jako lokalnych arystokratów, często naznaczone było tragediami. Ernst po piętnastu latach małżeństwa zginął w czasie przejazdu bryczką, stratowany przez konie. Jego wnuk Hans poległ w 1919 roku w Berlinie podczas walk z komunistami. Wnuczka Johanna została w 1945 roku rozstrzelana wraz z całą służbą przez Sowietów. Jej męża, francuskiego hrabiego, który był człowiekiem o dużej tuszy, zatłuczono kolbami karabinów. 

Właściciele dóbr w Michałkowicach (dzielnica Siemianowic). Pochodzili z z Dolnego Śląska. Dali się poznać jako dobrzy gospodarze, to oni zakładali miejscowy przemysł. Wybudowali również pałac (przy czym są dwie bardzo różne od siebie daty tego wydarzenia - 1836 i 1870!)

Rodzina Schaffgotsch była nie tylko jedną z najbardziej znanych, a od 19. stulecia majętnych, lecz również rzeczywiście śląską szlachtą. Co prawda praprapraprzodkowie wywodzili się z Frankonii, lecz już w XIV wieku otrzymała pierwsze dobra na Śląsku (jeszcze jako Schaff). Zostali na nim aż do 1945 (choć jedna z linii osiedliła się w Czechach). Skupiali się na Dolnym Śląsku, jeden z przedstawicieli ożenił się z piastowską księżniczką, koligacąc się w ten sposób z wieloma rodami europejskimi. Wreszcie w 1858 roku graf Hans Ulrich von Schaffgotsch pojął za żonę Joannę Gryczik, rodowitą Ślązaczkę. On był biedny, ale z tytułem, ona była chłopką, lecz bajecznie majętną, bo w cudowny sposób odziedziczyła fortunę Karola Goduli, górnośląskiego przedsiębiorcy, więc zwano ją śląskim Kopciuszkiem. Małżeństwo zaaranżowano, jednak okazało się szczęśliwe. Młoda para postanowiła uwić swoje gniazdko w Kopicach.
Przez prawie sto lat żyły tu cztery pokolenia rodu. Ostatnim panem w Koppitz był Hans Ulrich Gotthard. Panem w cudzysłowie, bowiem gdy w 1943 roku umarł jego ojciec, miał zaledwie szesnaście lat. Zarządzanie majątkiem przejęła jego matka, ale tylko na niecałe dwa lata. Pod koniec stycznia albo na początku lutego 1945, niedługo przed wkroczeniem do wioski Armii Czerwonej, nastoletni graf opuścił Kopice wraz z członkami rodziny i kilkoma osobami ze służby. W trzech samochodach zdołali zabrać tylko wybrane pamiątki rodzinne, pałac wraz z niemal całym wyposażeniem został wystawiony na łup. Hans Ulrich Gotthard przeżył wojnę i zmarł dopiero w obecnym wieku, ale wkrótce po ucieczce ze Śląska został okradziony przez czeskich "partyzantów".



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz