Tradycyjnie majówkę spędzam górsko na Słowacji. Tradycyjnie też
jest to kwietniówko-majówka, bo ruszamy kilka dni wcześniej, aby uniknąć
tłumów (chociaż i tak zazwyczaj wybieramy pasma, gdzie o tłumy trudno).
Tradycyjnie - a przynajmniej w czasach popandemicznych - jedzie ze mną Bastek.
Tradycyjnie również zaczynamy wyjazd od Bogumina, gdzie zostawiamy
samochód i przesiadamy się na pociąg międzynarodowy.
W tym roku udało nam się przyjechać na tyle wcześnie, że zahaczyliśmy jeszcze
o knajpkę na osiedlu: klimat świetny, ale Ostravar wyjątkowo
paskudny. Przez cały wyjazd te pierwsze piwo tkwiło nam w głowie i przychodząc
do jakiegoś lokalu mówiliśmy sobie "wszystko, byle nie Ostravar".
W półtorej godziny przenosimy się z czeskiego Śląska do Żyliny, to
także stały element majówkowych wyjazdów. Tym razem spędziliśmy w tym czwartym
co do wielkości słowackim mieście więcej czasu niż zazwyczaj, więc w tym
wpisie skupię się wyłącznie na tej miejscowości.
Na początku szok, bo w końcu zakończono remont dworca kolejowego! Jedno się
nie zmieniło: peron przyjazdu i odjazdu ogłaszają chwilę przed przybyciem
pociągu, więc pod elektronicznymi tablicami nieustannie kłębią się tłumy
pasażerów.
Niektórzy musieli być tak zdesperowani oczekiwaniem, że w przejściu podziemnym
zostawiali flaszki po piwie. A to przecież kaucja!
Najpierw idziemy na nieodległe námestie Andreja Hlinku, najczęściej przeze
mnie odwiedzany plac miasta i, jak podejrzewam, również przez mieszkańców. W
centrum handlowym robimy zakupy towarów, które trudno będzie dostać w
mniejszych sklepach.
Następnie odbijamy w lewo, pomiędzy ulice, których jeszcze nie znam.
Architektura wydaje się bardzo interesująca.
Sad na Studničkách - jedna z licznych oaz zieleni wśród zabudowy.
Na skraju ulicy Republiki mieści się knajpka Kominár. Speluna, w
której już w południe kręci się kwiat starszej młodzieży. Piwo średnie
w smaku, ale tanie. Sporym minusem jest możliwość palenia - z powodu słabej
wentylacji w piwnicy człowiek ma wrażenie, że powietrze zaraz nas pokroi. To
niestety częsty defekt słowackich lokali.
Wnętrza są wypełnione tablicami nawiązującymi do filmów, a także takimi, które
wyglądają na ściągane z ulic. Część to kopie, inne chyba rzeczywiście sobie
zapożyczono.
Przy sąsiednim stoliku grupa dziadków dyskutuje o wojnie na Ukrainie.
- Ukraińska armia traci po tysiąc żołnierzy dziennie, ale o tym się nie mówi -
woła jeden.
- To nic, tam walczą własowcy, ale o tym też jest cicho! Przypadek? -
zastanawia się drugi.
Trzeci i czwarty kiwali głowami, od czasu do czasu dorzucając jakieś
informacje. W końcu jeden z nich wstał i wyszedł sztywno, cały wyprostowany.
Patrząc przez piwniczne okno dojrzałem, że próbuje przejść przez ulicę, co
wcale nie było proste. Zamiast niego przy stole zjawia się zezłoszczona
barmanka.
- Znowu z nim piliście, on się znowu uchlał, a przecież on ma tutaj długi!
Czasem bywa ciężko.
Wracamy na dworzec, skąd pociąg zabierze nas na południe w Góry Inowieckie,
które były głównym celem wyjazdu.
Do Żyliny wracamy po dwóch dniach, tym razem wieczorem. Moglibyśmy jeszcze
załapać się na jakieś połączenie na Śląsk, ale postanawiamy spędzić
kilkanaście kolejnych godzin właśnie tutaj. Ponieważ jutro jest Święto Pracy,
to o godzinie osiemnastej wszystko wydaje się krążyć na wolniejszych obrotach,
jakby dzień wolny już dziś zmniejszał ludzkie odruchy. To zupełne
przeciwieństwo niż u nas, gdzie mam wrażenie, że przed świętem prawie każdy
dostaje napadów energii, które musi wyładować, najlepiej w tłumie kupujących.
W markecie na Andreja Hlinku, ludzie się kręcą, ale bez tłumów. Siadam z
plecakami i czekam na Bastka, przyglądając się scenkom przed głównymi
drzwiami. Grupy młodzieży z silnym akcentem cygańskim cwaniakują, wygłupiają
się, wypalają papierosa za papierosem i drą się wniebogłosy. Niektórzy udają,
że się biją, inni ściągają koszulki. W końcu pojawia się ochroniarz i goni
całe towarzystwo - grzecznie słuchają i znikają.
Tymczasem my postanawiamy odwiedzić kolejną nieznaną nam knajpę. Wybór
pada na Central Pub, który okazuje się przybytkiem kibicowskim.
Wszędzie wiszą szaliki i koszulki, jest też wielki rysunek faceta z etykiet z
browaru Velké Březno. Słowacy mało cenią swoje piwa i w coraz większej
ilości knajp wypierają ich czeskie odpowiedniki. I tak mam wrażenie, że smakują gorzej niż u Pepików, może to kwestia gorszych partii albo słabej dbałości o stan sprzętu do nalewania.
I znowu siedziałoby się przyjemnie, gdyby nie wszędobylski dym papierosowy. Na
początku było spokojnie, ale potem niedaleko przysiadła się pewna parka, gdzie
baba paliła więcej, niż niejeden kominek. Niby zerkali na telewizor, gdzie
leciał mecz hokeja, ale wydawało się, że to tylko pretekst do kopcenia.
Na zewnątrz wychodzimy już po zachodzie słońca. Meteorolodzy straszyli na noc
bardzo niską temperaturą, co nieco mnie mroziło, ale na razie jest dość
ciepło. Co najważniejsze - przestał wiać silny wiatr męczący nas w górach.
Idziemy w stronę rzeki przez dzielnicę przemysłową. Oprócz zakładów są tu
wybrane sklepy oraz hotel postawiony obok stadionu i hali hokejowej.
Park Carla Gustava Swensonna z konstrukcją upamiętniającą szwedzkiego
architekta krajobrazu, działającego w monarchii austro-węgierskiej. W 1891
roku założył on w Żylinie park, który niedawno zrewitalizowano.
Bastek skoczył do dyskontu po piwo, które otwieramy w przejściu podziemnym.
Nie zachwyciło.
Przechodzimy pod dwupasmówką, a potem na Wagiem do dzielnicy Budatin.
Ruch na głównej drodze kontrastuje z pustymi ulicami i ciemnymi oknami w
domach. Z plecaków wyciągamy czołówki, bo zaraz czeka nas wspinanie w lesie.
Dwa lata temu nocowaliśmy pod wieżą widokową Dubeň górującą nad
miastem i teraz zamierzamy to powtórzyć. Podejście z Budatina nie jest długie
(niecałe dwa kilometry), ale momentami dość strome i męczące. Mozolnie
pokonujemy kolejne metry, nagle Bastek woła:
- Tam jest impreza, zobacz, widać ognisko!
Niezbyt mnie to ucieszyło, ale coś mi nie pasuje... Jesteśmy jeszcze za daleko
od wieży, a "ognisko się nie rusza", słychać za to jakieś krzyki. Okazało
się, że to terenówka zabawia się na skraju polany, więc odetchnęliśmy z ulgą.
Pod wieżą na szczęście nikogo nie było, więc zmachani mogliśmy rozłożyć swoje
bambetle.
Nie mamy sił na długie siedzenie, wskakujemy w śpiwory o dwudziestej trzeciej.
Bastek postanawia jeszcze sprawdzić dane meteorologiczne i wybucha śmiechem.
- Według prognozy teraz są trzy stopnie, a odczuwalny jeden. Natomiast w nocy
ma być jeden stopień, a odczuwalnie minus dwa.
- Niemożliwe! Przecież czuć, że jest wyraźnie cieplej. Nawet para z ust nie
leci!
- Meteorolodzy wiedzą lepiej. Jakby rzeczywiście się zrobiło chłodno, to
najwyżej rozstawimy namiot.
Obudziłem się po półtorej godzinie, czuję zimno i zaczynam się trząść.
Pierwsza myśl: temperatura spada, trzeba sięgnąć po namiot. Jednak to zimno
jest jakieś dziwne: trzęsę się w środku śpiwora, natomiast wystawiona na
powietrze twarz jest ciepła. Czyżby organizm wystraszył się komunikatu
meteorologów wbrew faktycznym warunkom? Obróciłem się na drugi bok, wziąłem
głęboki oddech i spróbowałem zasnąć.
Udało się, ale jeszcze kilka razy miałem pobudkę dokładnie w ten sam sposób: w
śpiworze czuję chłód, na twarzy nie. Pogadałem w myślach z organizmem i spałem
dalej, dotrwaliśmy w ten sposób do momentu, gdy zaczęło robić się jasno. Przymrozku nie było.
Poranek, w przeciwieństwie do wcześniejszych, wstał pochmurny. A że zaczęło
się święto, to różne ranne ptaszki zaczęły kręcić się już od siódmej rano,
głównie elektryczni rowerzyści. Potem pojawiają się biegacze i ludzie z psami.
Wieża na zdjęciu poniżej. Niestety, brakuje oczywiście wychodka, więc cała
okolica jest pełna śmieci, a zużyte tampony leżały tuż obok ławek.
Bastek gotuje herbatę.
O ile większość osób pojawia się i znika, o tyle grupa nastoletnich dziewczyn
zostaje na dłużej. Towarzyszy jej dwóch starszych mężczyzn, jeden przychodzi
się przywitać.
- Uczymy dziewczyny turystyki - wyjaśnia. - Od krótkich kilkugodzinnych
wypadów po kilkudniowe. Dzisiaj młodzież nie ma pojęcia o wędrowaniu z
plecakiem, dla nich to całkowita nowość.
Nie powiedział jaką mają formę organizacyjną, ale wyglądali na ekipę związaną
z jakimś kościołem. Nasz słowacki rozmówca przedstawił nam najmłodszą,
kilkuletnią dziewczynkę:
- To moja córka, przewodniczka - na co ta najpierw się zawstydziła, ale potem
zaczęła częstować wafelkami i zainteresowała się, czy w kubkach mamy kakao.
Drugi chłop, młodszy ale tęższy, gadał tylko po angielsku. Pytają się skąd
idziemy.
- Z Gór Inowieckich piechotą?! To strasznie daleko!
- No niee, do Żyliny przyjechaliśmy pociągiem - śmiejemy się.
Wkrótce zarządzili koniec przerwy i ruszyli dalej w kierunku głównego szczytu.
Pora wejść na wieżę. Jest ona dość ruchliwa, więc na wyższych piętrach mój
błędnik zaczął szaleć, ale udało mi się dotrzeć na samą górę. Prawie mi klapki
pospadały (zdjęcie Bastka lekko niewyraźne).
Wieża leży w Górach Kisuckich (Kysucká vrchovina), ale Żylinę otacza kilka innych pasm górskich,
więc w każdą stronę jest na co popatrzeć.
Na południowy-zachód są Súľovské vrchy.
Na południe Luczańska Mała Fatra (widać m.in. Kľak).
Nieco bardziej na wschód kolejne szczyty Małej Fatry ciągnące się aż do Wagu,
za którym zaczyna się Mała Fatra "nieluczańska".
Na wschodzie i północnym-wschodzie Kisuckie z wyraźnie odznaczającymi się
szczytami Ľadonhora i Vreteň. Z boku nieśmiało przebija się Magura Orawska.
Na północy za doliną Kisucy Jaworniki.
I wreszcie na północnym-zachodzie lśni zbiornik Hričov, po którym kręci
autostrada D3.
Blade słońce i takież kolory nieco zaniżają walory estetyczne, ale i tak robią
wrażenie. Podobnie jak zbliżenia na Żylinę, która jawi się jak wielka makieta.
Dojrzeliśmy nawet drzwi do pubu Kominár 😏.
Usłyszeliśmy warkot i po chwili nad nami pojawił się śmigłowiec
Air Transport Europe, pogotowie lotnicze. Bell-429 pomknął w kierunku
swojej bazy.
Do Budatina schodzimy nieco inaczej, przez przyjemne łąki. Temperatura mocno
idzie w górę, choć na niebie nadal jeszcze królują chmury. Nadchodząca majówka była ciepła i mało wietrzna, czyli odwrotnie niż u nas, ale czego się nie robi, żeby mieć góry tylko dla siebie.
Knajpa, w której dwa lata temu piliśmy piwo, została zamknięta. Ale
przypadkowo znajdujemy inną, na ulicy Dolnej, niedaleko Wagu. Wieczorem
prawdopodobnie była już nieczynna...
...teraz jednak zachęca wystawionymi na chodniku stolikami.
Obok siada dwóch chłopów. Pytają, czy byliśmy na Fatrze.
- W Inowieckich - odpowiadam. Kiwają głową z uznaniem.
- A czemu akurat tam?
- Cisza, spokój. W Polsce zaczyna się długi weekend (na Słowacji też) i
szaleństwo. Od lat jeżdżę na majówkę na Słowację, chodzimy głównie po mniej
znanych pasmach, ale zostało ich jeszcze tyle, że pewnie do końca życia nie
starczy.
- A my z kolei jeździmy na rowery głównie do Polski - mówi jeden z nich. - Mam
znajomych w Żorach i w Jastrzębiu-Zdroju, tam są świetnie ścieżki rowerowe.
Wymiana turystyczna w pełni.
Po piwku podążamy w stronę centrum. Niedaleko knajpy jest pomnik - Pamätník víťazstva slovenských dobrovoľníkov v Bitke pri Budatíne. W czasie powstania węgierskiego doszło w tej okolicy do dwóch starć zbrojnych - w
1848 i 1849 roku. Wojska cesarskie wspomagane przez słowackich ochotników
pokonały Madziarów. W ramach wdzięczności dwadzieścia lat później Austriacy
oddali Węgrom pełnię władzy nad Słowakami.
Szary, powolny Wag. To ta rzeka jest dla mnie królową Słowacji, nie Dunaj. A na drugim brzegu brutalistyczna wieża wodna z lat
70. ubiegłego wieku.
W dzielnicy przemysłowej widzimy spory zakład, częściowo z zewnątrz
zaniedbany, ale ewidentnie nadal funkcjonujący. Po powrocie przeczytałem, iż
to firma Slovena. Jej początki sięgają 1891 roku, kiedy niejaki Karl
Löw założył tu przedsiębiorstwo pod przydługą nazwą Ungarische Wollwaren, Militärtuch- und Deckenfabrik Actiengesellschaft
(Magyar gyapjú áru katona posztó és takarógyar, Uhorská továreň na vlnený tovar, vojenské súkno a prikrývky). Była to najnowocześniejsza i największa na Węgrzech fabryka tekstylna,
eksportująca swe towary na całą Europę oraz do obu Ameryk. Ubierała w mundury
niemal całą austro-węgierską armię. Znacjonalizowana przez komunistów stała
się znana jako Slovena, obecnie znowu jest prywatna, choć już nie
żydowska.
Przy mijanym dyskoncie kręci się podejrzanie dużo policji w strojach bojowych,
w tym nawet policjantki z pałami. Niedaleko stąd znajduje się stadion, więc
pewnie szykują się do meczu.
Nieśpiesznie przechodzimy przez kolejne pustawe ulice.
Do odjazdu pociągu mamy jeszcze trochę czasu, więc zaglądamy do knajpy U cára. W internetowych opisach nie polecano jej zagranicznym turystom, zatem tym
bardziej nas interesowała. W środku oczywiście siekiera, kurzą wszyscy. Na
kranie czeskie piwo i nadąsana barmanka. Towarzystwo raczej starsze i już
częściowo wstawione. Czasem ktoś wpadnie na rowerze, walnie szybkiego kielicha
i jedzie dalej. W telewizji zaś leci Jacky Chan i jeden z jego głupkowatych
filmów.
Nazwa powinna brzmieć "U czerwonego cara", bo na ścianach są Leniny, parady pierwszomajowe, Gagarin, a w bocznej salce gustowny
braterski portret żołnierzy czechosłowackiego i radzieckiego.
Po ostatnim kuflu zostało nam tylko dojść do dworca. Idąc przez
Sad SNP spotykamy pomnik oswobodzenia miasta z 1955 roku...
...oraz policjantów na koniach. To znak, że coś się dzieje!
Námestie Andreja Hlinku częściowo zablokowane jest przez gliniarzy.
Manifestacja?
Wkrótce słyszymy okrzyki dochodzące ze strony rynku. Kibice. No tak, mecz. Po
chwili na schodach zaczynają się pojawiać dziesiątki, potem setki ludzi.
Wrzeszczą, klaskają, palą się race.
Tłum skandował różne nazwy klubów, więc początkowo nie byliśmy pewni skąd są.
A przyjechali z Koszyc: MŠK Žilina podejmowała FC Košice w finale
Pucharu Słowacji. Gospodarze zwyciężyli 3:1 i zagrają w kwalifikacjach do Ligi
Europy.
Konie zareagowały na to w swój sposób.
Przez chwilę zrobiło się nieciekawie, bo z nieznanych powodów policja
próbowała odciąć wyjście z placu na deptak, ale udało nam się przedrzeć i na
czas dojść do dworca, kończąc w ten sposób majówkową wizytę na Słowacji.

































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz