piątek, 12 kwietnia 2024

Siemianowice Śląskie: od przemysłu do ruin.

Zgodnie z moją świąteczną tradycją staram się tuż przed Wielkanocą odwiedzić jakieś mało znane mi górnośląskie okolice. Rok temu w Wielką Sobotę zwiedzaliśmy Świętochłowice, tym razem padło na Siemianowice Śląskie. Trzymamy się zatem liter S i Ś 😏.


Jak wszystkie duże miasta "czarnego Śląska" Siemianowice są zlepkiem złożonym z szeregu dawniej niezależnych miejscowości. Dwoma największymi były Huta Laura (Laurahütte) oraz Siemianowice "właściwe" (Siemianowitz). W 1922 roku w ostatnich miesiącach rządów pruskich władze połączyły je w jedną gminę wiejską Laurahütte-Siemianowitz, która od czerwca występowała pod polską nazwą Huta Laura-Siemianowice. W ten sposób stały się one największą wsią w Polsce, a być może i w Europie; przejęły tę rolę od Hindenburga, czyli Zabrza, które otrzymało w tym roku prawa miejskie. Siemianowice musiały na nie jeszcze trochę poczekać. W 1927 roku oficjalnie mianowały się "śląskimi", bo dodano przymiotnik do nazwy. W sumie nie wiadomo po co, bo innych Siemianowic w Rzeczpospolitej nie było. W 1932 roku stały się miastem. W 1951 przyłączono do nich Bańgów (Baingow), Bytków (Bittkow), Michałkowice (Michalkowitz) i Przełajkę (Przelaika).

Wizytę zaczynamy od północno-zachodnich obrzeży. Niedaleko stamtąd do Bytomia, dawnej granicy polsko-niemieckiej. Na polach gęsto tu od schronów i innych obiektów Obszaru Warownego Śląsk. Co prawda w 1939 roku w żaden sposób nie powstrzymały one natarcia Wehrmachtu, ale dziś są atrakcją dla miłośników fortyfikacji. Formalnie jest to już teren Piekar Śląskich (Deutsch Piekar), lecz Siemianowice zaczynają się zaraz obok.


Widoczny tu schron (tradytor) artyleryjski jest ponoć najstarszy w całym OWŚ (lat 1933-34) i ma najbardziej skomplikowaną budowę. Nie mnie to oceniać, ale na pewno posiada dwa poziomy; w dolnym znajdowały się głównie pomieszczenia załogi, dziś są częściowo zalane i mocno zasyfione, więc nawet nie próbowałem do nich schodzić po zardzewiałej drabince. Na dachu uchowała się kopuła obserwacyjna.



Zgrupowania drzew na polach kryją kolejne bunkry. Zabudowa to Dąbrówka Wielka (Gross Dombrowka), dzielnica Piekar, a kominy na horyzoncie to już zagranica: nieczynna kopalnia w Wojkowicach.


Pierwsza dzielnica na naszej trasie to Bańgów. Jest jedną z młodszych: pierwsza wzmianka o niej pochodzi dopiero z XVI wieku. Zatrzymuję się, aby sfotografować szyb nieczynnej od trzech dekad kopalni Siemianowice. Nie będzie niespodzianką, że górnictwo, obok hutnictwa, było motorem napędowym rozwoju miasta. Szyb Bańgów założono dwa lata po przyłączeniu gminy do Polski, ale samą kopalnię uruchomiono w połowie 19. stulecia jako część kompleksu Vereinigte Siemianowitzer Steinkohlengruben. Obecnie szyb jest własnością Centralnego Zakładu Odwadniania Kopalń.


Naprzeciwko szybu stoi równie stary budynek, ponoć stara stacja transformatorowa. Kawał bryły.


W związku ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi ciężko zrobić jakiekolwiek zdjęcie bez towarzystwa plakatów wyborczych! To po prostu koszmar jak zapaskudzony jest prawie każdy kawałek miast i wsi. Tyle się mówi o ochronie krajobrazu, zbędnych niepasujących reklamach, a jednocześnie gminy pozwalają wszędzie wieszać wątpliwej urody facjaty. Dodatkowo odnoszę wrażenie, że kiedyś więcej pojawiało się na nich chwytliwych (lub nie) haseł, można się było pośmiać, a teraz zazwyczaj jest tylko poprawiana program graficznym gęba i numery listy oraz pozycji. Najwyraźniej czyjeś wygładzone zmarszczki albo wybielone zęby mają wystarczyć, żeby oddać na nich głos. W takich sytuacjach każde odstępstwo od normy (czyli napisane coś więcej poza "głosuj na mnie") zwraca uwagę. 
Kandydatka na prezydenta Siemianowic powiesiła się obok kliniki medycyny estetycznej. Z daleka widzę hasło "ZROBIĘ TO DLA WAS". Brzmi dwuznacznie, początkowo sądziłem, że chodzi o jakąś operację 😛. A dopiero później doczytałem drobnym drukiem "Kluby seniora w każdej dzielnicy" 😏.


We wschodniej części Bańgowa położony jest niemiecki cmentarz wojenny, ale już kiedyś na nim byliśmy, więc dziś go omijamy. Zamiast niego jedziemy do Michałkowic. To z kolei jedna z najstarszych części Siemianowic, istniała już na pewno w XIV wieku. Jej główną arterią jest ulica Kościelna, dawniej Beuthener Strasse lub Kirch Strasse (istnieje rozbieżność co do jej nazwy sprzed podziału Śląska; na Bytom za bardzo nie prowadzi). Przez kilka lat wisiały na niej również tabliczki Hitlerstrasse. Dziś jest mieszanką ponad stuletnich ceglanych domów i powojennych bloków.


Czasem jest spory kontrast pomiędzy klasyczną, czerwoną kamienicą a konstrukcjami wyglądającymi na nie do końca udane dobudówki. Przy czym są to dobudówki wiekowe, ta w głębi pewno pamięta jeszcze cesarza Wilhelma.


Okazały budynek z 1914 roku pełnił kiedyś funkcję ratusza gminy Michałkowice. Dziś na dole znajduje się rzemiosło fryzjerskie (nie do wiary, jak można nazwać fryzjera 😏). A reszta to pewnie mieszkania. Wykusz mieścił niegdyś gabinet naczelnika gminy.



Z Kościelnej wchodzimy pomiędzy bloki. Mijamy lokal o bardzo swojskiej nazwie Szolka cafe. Przyznaję, że nie wierzyłem, iż śląszczyzna może stać się tak obecna w przestrzeni publicznej. Spychana na margines, wyśmiewana, jeszcze ze dwie, a na pewno trzy dekady temu, była utożsamiana z ludźmi z marginesu, niskiego wykształcenia, żulikami przesiadującymi całe dnie nad piwem, ewentualnie ze starszymi omami. A jednak się wyrwała z tych kajdan i dziś - dla odmiany - ciężko znaleźć kogoś, kto by się jej wstydził. 


Za blokami zaczyna się Park Tradycji Górnictwa i Hutnictwa. To pozostałość po kopalni Maxgrube, uruchomionej w 1883 roku. W okresie sanacji otrzymała nazwę Michał, a w okresie komuny połączoną ją z kopalnią Siemianowice. Demokracja przyniosła likwidacje, stan zakładu był ponoć zły, a i pokłady się wyczerpały. Na szczęście od pewnego czasu nie burzy się wszystkiego, zostawiając jakieś relikty dla potomnych. Czasem jest ich więcej, czasem mniej - w przypadku Michałkowic mamy szyb Krystyn (wydobywczo-pomocniczy) oraz odnowioną maszynownię. Dalej widać również komin i inne budynki, acz to już chyba nie wchodzi w zakres "parku". Są też wagoniki, ale bez węgla.




Pomnik z węgla. Autentycznie brudzi ręce. I niekonsekwencja językowa, dość częsta, gdy ktoś pisze po śląsku. Bo skoro są "gruby", to powinni być "grubiorze" (albo inne śląskie słowo na ten zawód), a nie "górnicy".


Na pobliskim placu zabaw obstawionym regulaminami jak Jarosław ochroną doszło do głośnej tragedii, bo jakieś dziecko spadło z konika. Natomiast mnie udało się uchwycić ciekawe zdjęcie z kościołem pomiędzy blokami. 


Do świątyni zajrzymy później, na razie zachodzimy do Parku Górnik.  Na jego rubieżach sypie się mur, są też ruiny rozmaitych konstrukcji oraz niewielki schron. Zapewne również pozostałość po kopalni.



Park jest kontynuacją zieleni przypałacowej, wpisano go na listę zabytków. Na drugim krańcu stoi neogotycka strażnica, a przynajmniej tak wygląda, bo to dawny "dom leśniczego i ogrodnika".


Na Wielką Sobotę zapowiadano piękną pogodę z czystym niebem, a przypałętał się cholerny pył saharyjski. A przynajmniej tak nam wmawiają. Kto? Nie wiem, bo w internetach osobnicy wyśmiewający wierzących w pył nigdy nie chcieli wyjaśnić, co naprawdę widzimy. W każdym razie meteorolodzy są coraz lepsi, teraz nawet nie potrafią przewidzieć jaka aura panuje aktualnie (bo choć dookoła unosił się żółty pył, to prognoza dalej twierdziła, że mamy pełne słońce).

A wracając do parku... w jego centralnej części powstało coś dziwnego. Na mapach oznaczone jest jako schron, ale ze schronem na pewno nie mamy do czynienia! To coś w rodzaju sztucznej groty, w której kiedyś podobno działał bar, a dziś zamknięta jest wielkimi drzwiami. Z dachu w dół ciekła kiedyś woda, a więc była to również forma fontanny, tyle, że od dawna już nie działająca. Teraz co najwyżej można popatrzeć z góry na dzieciaki szalejące na placu zabaw, bo w wysokiej temperaturze wyszła ich z domów cała masa.



Kilka wieków temu Michałkowice należały do rodziny Mieroszewskich, która przybyła na Śląsk z Małopolski. Następnie przejął ją ród o bardzo germańskim nazwisku Schwellengröbel, a od niego Rheinbabenowie, pochodzący z Dolnego Śląska. Dali się poznać jako dobrzy gospodarze, to oni zakładali miejscowy przemysł. Wybudowali również pałac (przy czym są dwie bardzo różne od siebie daty tego wydarzenia - 1836 i 1870!). Kolejnym właścicielem był Hugo zu Hohenlohe-Öhringen, książę Ujazdu. Nie mógł on dokonać przebudowy pałacu w 1906 roku - jak to pisze w kilku miejscach - bo już nie żył, ale pewnie uczynił to jego syn Christian. Powstała wtedy oranżeria.


Komuniści przekazali go kopalni Michał. Wokoło wyrosły bloki, więc budowniczy pałacu nie poznaliby otoczenia.


Pełniąc funkcję Zakładowego Domu Kultury nie był zbytnio zadbany. Dołożono mu także pseudohistoryczne płaskorzeźby przy głównym wejściu. Od kilkunastu lat pałac jest własnością gminy Siemianowice, przeszedł generalny remont.



Pora na główną (bo jedyną 😏) świątynię Michałkowic - kościół Michała Archanioła. Klasyczny przykład stylu neoromańskiego z początku XX wieku. Który w dodatku ciężko sfotografować, bo albo zasłaniają go drzewa albo oślepia żółtawe słońce.


Uchowała się tablica fundacyjna. O ile górne napisy są wyraźnie wyryte, o tyle środkowe i dolne wyglądają jak domalowane, a "architekt" przesunięty jest w prawo. Nota bene Ludwig Schneider to bardzo popularny autor wielu kościołów na Śląsku.


Na schodach siedzi blada dziewczyna, a obok niej młody ksiądz. Pierwsze skojarzenie? Sukienkowy podrywa parafiankę, choć ani płeć ani wiek nie bardzo pasuje. Ale jednak nie.
- Co dziś jadłaś? - pyta ksiądz.
- Herbatę.
Niektórzy nakaz postu przyjmują bardzo dosłownie.

A Wielka Sobota to doskonały dzień na oglądanie katolickich kościołów, bo wszystkie są otwarte. Trzeba się tylko oswoić z nienawistnymi spojrzeniami niektórych wiernych.
W Michałkowicach z oryginalnego wyposażenia zobaczymy dziś ambonę, chrzcielnicę, organy oraz częściowo zrekonstruowany ołtarz. Witraże są młode, ale niektóre ciekawe.



Na budynkach przykościelnych wiszą groźne tablice. Zakaz załatwiania potrzeb fizjologicznych brzmi rozsądnie, ale zastanawiam się gdzie mieszkaniec albo parafin powinien to zrobić? Może w zakrystii? 


Pora zajrzeć na cmentarz. Z wiekiem już chyba tak jest, że człowieka coraz bardziej na niego ciągnie 😏. Nekropolia spora, a ja oczywiście szukam starych nagrobków.


Znajduję kilka, głównie księży. Część spolonizowano. Mijamy również neoromańską kaplicę, w której piwnicach znajdują się żelazne trumny. Rheinbabenów? Pewnie tak, bo choć kaplica jest równolatką kościoła, to sam cmentarz liczy kilkadziesiąt lat więcej.


Jeden z najładniejszych grobów z mozaiką maryjną oraz niemieckim cytatem z Biblii na odwrocie. Zwraca uwagę nazwisko zmarłych: Gerlich. To rodzice proboszcza Maxa Göerlicha, budowniczego nowej świątyni. Być może dlatego udało mu się przetrwać powojenne odniemczanie.



Jest sporo niemieckich nazwisk i imion, lecz w wersjach zesłowianizowanych. Po raz pierwszy widziałem, żeby użyto pisowni "Ginter".


Wracamy do auta przez główne skrzyżowanie Michałkowic. 


Przyglądam się różnym ciekawostkom. Po prawej, tam gdzie kiedyś mieściła się spelunka, działa dziwny przybytek o nazwie L_M_A_D! Okazało się, że po niedawnej zmianie prawa wiele lombardów nie może już używać tego określenia, bo nie spełnia określonych warunków. A klienci i tak będą wiedzieli, gdzie iść.


Siemianowice przede wszystkim kibicują Ruchowi Chorzów. Chichotem historii jest fakt, że klub, który dziś jest synonimem śląskości, a nawet antypolskości z wywieszonymi napisami "Oberschlesien", założono jako bardzo polski i to na wezwanie Polskiego Komisariatu Plebiscytowego. Ale podejrzewam, że kibice o tym nie wiedzą...


Mijam plakat wyborczy, na którym ktoś wymalował na łysinie kandydata hakenkrojca. Zarechotałem i poszedłem dalej, ale wróciłem, bo uznałem, że nie mogę tego nie sfotografować. Jakiś facet idący obok też się śmieje:
- Widzę, że również i tutaj wszyscy go uwielbiają!
- Ja nietutejszy - mówię. - Ale zwraca uwagę.
- Tak, my też go kochamy - woła ze złośliwym uśmiechem kobieta zamiatająca w pobliżu chodnik.
Inni wyborcy myśleli podobnie, kandydat zdobył tylko kilka procent głosów.


Z Michałkowic przenosimy się do Bytkowa. To dzielnica o najdłuższym rodowodzie - poza samymi Siemianowicami - a przynajmniej o najstarszej wzmiance, bo pojawiła się w dokumentach w 1298 roku. Dzisiejszy Bytków to mozaika starych domów wymieszana z blokami, często jedne sąsiadują z drugimi. 


Ja chciałem zobaczyć tutejszy kościół Ducha Świętego; wybudowany w 1980 roku jest tak bezpłciowy, że aż interesujący.



Siemianowickie Centrum Kultury w budynku dawnego Gasthausu.


Kolejną dzielnicą jest Huta Laura. Dla odmiany to młoda osada, powstała z połączenia kilku osiedli patronackich przy Laurahütte w pierwszej połowie XIX wieku. Rzadko się zdarza, aby miejscowość (od 1890 samodzielna gmina) nosiła nazwę zakładu pracy, zazwyczaj jest odwrotnie. Ze wszystkich wiosek tworzących dziś Siemianowice Śląskie była najbardziej niemiecka: językiem tym posługiwała się ponad połowa mieszkańców. W innych dominowała ludność polskojęzyczna, co nie oznacza automatycznie, że polska.


Ulica księdza Jana Kapicy, który - według dość leciwej już tablica wiszącej na kamienicy - pracował jako wikary w Siemianowicach Śląskich, choć te jeszcze nie istniały 😏. Potem działał jako działacz plebiscytowy po polskiej stronie, więc Niemcy w czasie wojny przemianowali drogę na Schlageterstrasse, dając za patrona swojego człowieka z okresu plebiscytu.



Kościół św. Antoniego Padewskiego - jedyna świątynia Huty Laura. Powstała na przełomie lat 20. i 30. w wyniku rozbudowy hali targowej. Posiada całkiem ładny ołtarz.



Przed kościołem zieleni się Skwer Laura. Zrewitalizowany park nosi takie imię jak huta na cześć żony Hugo von Dennersmarcka. Hrabia posiadał je dwie, obie o takim samym imieniu, ale chodzi o pierwszą: Laurę von Hardenberg z Berlina.
Z kilku obiektów w parku warto rzucić okiem na zepsutą fontannę z symbolami górniczymi oraz hutniczymi.


O ile wcześniej odwiedzane dzielnice są od siebie oddalone, to Laurahütte i Siemianowitz już na mapach z XIX wieku ściśle ze sobą sąsiadują. Podejrzewam, że granicą mogła być linia kolejowa z Katowic do Bytomia. Co ciekawe, Siemianowice Śląskie są drugim największym miastem w kraju (po Jastrzębiu-Zdroju) bez stacji kolejowej, bo tę zamknięto dla ruchu pasażerskiego już za późnego Gomułki. Tory zatem przez miasto biegną, ale służą mieszkańcom wyłącznie jako wysypisko śmieci.


Sercem (albo jądrem, jak kto woli) Siemianowic "właściwych" jest plac Wolności, pełniący funkcję rynku. To stary plac targowy, za Niemca nazywający się Neuer Marktplatz. Mimo, że stoi przy nim urząd miejski, to jak dla mnie prezentuje się on trochę dziwnie. W przeciwieństwie do tradycyjnych rynków ma on bardzo nieregularny kształt, złożony jakby z dwóch osobnych placów, do tego nie jest i chyba nigdy nie był ze wszystkich stron zamknięty. Część zabudowy wygląda, jakby była pozostałością pierzei, która nie została dokończona albo zniszczyły ją bomby.



Od zachodu przylegają do niego zabudowania gospodarcze jakiegoś podwórka - fotogeniczne, lecz raczej średnio reprezentacyjne. Wiem, że istniały plany "domknięcia" zabudowy placu, ale ostatecznie nie doszły do skutku.


Wspomniany urząd miejski, wybudowany jako gminny w 1904 roku.


Kamienice oraz Pomnik Czynu Powstańczego. Wersja powojenna, poprzednią zniszczyli Niemcy.


Na północ od rynku nawiedzamy rozległy Park Miejski. Podobnie jak w Michałkowicach to kontynuator założenia przypałacowego. Pałac wybudowała rodzina Mieraszewskich, także znana już z Michałkowic. Potem powiększyli von Donnersmarckowie, którzy sprzedali go pod koniec 19. wieku. Ostatni prywatny właściciel mieszkał w nim w latach 30. ubiegłego stulecia  i był nim dyrektor koncernu obejmującego kilkanaście polskich zakładów na Górnym Śląsku. 
Akurat kończy się tu remont elewacji, więc wszystko błyszczy świeżością.


Tego samego nie można napisać o otaczających rezydencję budynkach. Niektóre z nich wydają się przygotowane do rychłego wyburzenia: zdewastowane, wypalone, zamurowane. Opisywane są jako dawne stajnie, ale moim zdaniem to typowe obiekty mieszkalne służby. Gdzie tam miejsce dla koni?



Pomnik rybaka Siemiona, legendarnego założyciela Siemianowic.


Na skraju parku ulokowano Muzeum Miejskie, mieszczące się w spichlerzu z XVIII wieku. Rzecz jasna o tej porze jest już zamknięte, ale warto zrobić mu zdjęcie. Przy okazji uwieczniam trzech chłopów dyskutujących przed bramą na tematy polityczno - gospodarcze.


- Czemu nas pan fotografuje? - woła jeden z nich udając groźną minę. Po chwili przyjemnej rozmowy sugerują, żeby udać nad stawy, gdzie przesiadują wędkarze, a także sportretować pieska 😏.

Bardzo duży kontrast panuje pomiędzy kilkoma domami w pobliżu spichlerza: jedne są dobrze utrzymane, inne wyglądają na częściowo opuszczone.


Elementem dawnego założenia pałacowego jest również charakterystyczny domek strażnika bramnego, w którym mieszczą się dziś gabinety lekarskie.


Z parku wychodzimy na ulicę 1 Maja. Stoi przy nich kilka okazałych  gmachów, a przynajmniej kiedyś one nimi były.



Na drugim końcu ulicy strzela w niebo kościół św. Krzyża. Neogotyk z 1884 roku dopasowujący się do okolicy.


Święcenie potraw już się skończyło, ale i tak spotykamy sporo kręcących się osób z koszyczkami. Jakaś babka pyta się nas z paniką w oczach, czy jeszcze gdzieś w Siemianowicach to robią. Inna maszerowała do świątyni z majtkami tak wywalonymi na wierzch, że od razu robiła wrażenie, iż sama będzie komuś robić coś z jajkami.

Wnętrze przyjemne dla oka, ponoć kiedyś było jeszcze ładniejsze, bo pełne fresków, które zakryto tynkiem.


W przedsionku pojawia się element polityczny. Tablica wspomina Wojciecha Korfantego, który urodził się na terenie dzisiejszych Siemianowic, a w tej świątyni został ochrzczony. I to by było w porządku, ale hasło "demokrata katolicki" brzmi jak oksymoron! To był taki wielki demokrata, że jak wyniki plebiscytu nie były po jego myśli, to należało je zmienić zbrojnie.


Tematyka powstańcza jest w Siemianowicach obecna w wielu miejscach. Narracja historyczna nie zmieniła się zbytnio od czasów komuny, nadal to opowieści jednej treści pomijające wiele aspektów wydarzeń sprzed wieku. Na przechodniów patrzą z murów twarze powstańczych przywódców (zazwyczaj przybyłych z Polski, czyli z zagranicy), pomniki sławią ich walkę o "powrót do Macierzy". Tymczasem Rzeczpospolitą wybrała tutaj mniejszość. O ile w mniej licznych gminach (Bańgów, Bytków, Michałkowice) zwyciężyła opcja polska, o tyle w najludniejszych Siemianowicach i Hucie Laura niemiecka. Korfanty i powstańcy postanowili zignorować wolę mieszkańców i złamać ją siłowo. Wy do nas nie chcecie, ale my was chcemy, a przynajmniej waszych ziem, domów i zakładów. Ale o tym się nie mówi, nie pisze, obowiązuje tylko jedna prawidłowa wersja zdarzeń. Dziś niepokojąco przypomina to akcje, które obserwujemy na wschodzie Europy.


Za rondem i wielką pisanką zabytek świecki: willa przemysłowca Wilhelma Fitznera, licząca sobie ponad sto pięćdziesiąt lat. Obecnie jeden z oddziałów Siemianowickiego Centrum Kultury.


W Parku Hutniczym, kiedyś zdominowanym przez staw, tłum ludzi korzystających z ciepłej aury. Kiedyś Wielka Sobota kojarzyła się z ciszą i spokojem, większość osób siedziała w domach i czekała na wieczór, a teraz aktywne spędzają czas.
Bardzo ładna pływalnia z 1912 roku (Hallenschwimmbad). 


Od północy z parkiem graniczą domy mieszkalne zasłaniające kościół ewangelicki. A obok nich klasyczne chlewiki, do zdjęcia załapały się nawet gołębie 😏.



Ulica Śniadeckiego z arcyśląską zabudową i wejściami na podwórza. 



Na koniec wizyty w Siemianowicach jeszcze raz przechodzę do Huty Laura, używając mostu nad linią kolejową. Z jego wysokości są ograniczone panoramy w kierunku centrum, a także na ulicę Sienkiewicza, z której dobiegają odgłosy ogródkowej imprezy.



Resztki bramy. Pewnie pozostałość po ogrodzeniu Laurahütte.


Plac Piotra Skargi (znany w przeszłości jako Hilger Platz oraz Hermann Göring Platz) z rondem, przy którym stoi kilka kamienic z ciekawymi fasadami. Na chodniku znajduję pokrywę studzienki z czasów niemieckich.



Kilkanaście lat temu obok ronda zrekonstruowano Pomnik Czynu Niepodległościowego, który przed wojną stał na rynku. Treść jego napisu dobrze obrazuje jak potrafią być zryte propagandą mózgi, skoro ktoś wymyślił hasło o "zrzucaniu kajdan krzyżackich"!


Plac powstał pomiędzy Laurahütte a kolonią Neu Berlin. Kolonia stała się potem częścią gminy Laurahütte, a o hucie można śmiało napisać, iż była zakładem matką. Matką całej miejscowości, a także matką żywicielką od 1836 aż do 2003 roku (od czasów komuny znana jako huta Jedność). Na początku tego stulecia postawiona w stan likwidacji, następnie teren zakładu sprzedano, a buldożery dokonały ostatecznego dzieła zniszczenia. Jednym z nielicznych ocalałych budynków jest wieża ciśnień z nadajnikami.


To zdjęcie mówi bardzo wiele: pomnik pamięci huty oraz pole ruin w tle. Tyle zostało. Mniejsze lub większe kawałki cegieł, dachówek i kamieni. Świetna ilustracja do Polnische Wirtschaft, "małpy z zegarkiem" oraz uroków transformacji systemowej.


Ostatnie zdjęcie także jest bardzo wymowne. Nowy właściciel terenu obiecał budowę "nowoczesnego centrum handlowego". Bo przecież w okolicy takich w ogóle nie ma! Jak na razie jednak jest gruzowisko z widokiem na wieżę kościoła św. Krzyża. A po przemyśle zostały pomniki, pamięć, stare zdjęcia i nadzieja, że osierocone z dużych zakładów miejscowości wymyślą sobie nowy pomysł na siebie. Niektórym się udaje, innym niekoniecznie. A jak będzie w Siemianowicach Śląskich?


4 komentarze:

  1. Do niedawna Siemianowice były tylko nazwą lub miastem przez które przejeżdżaliśmy. Od kilku lat mieszka tam nasza córka i sukcesywnie z każdą wizytą poznajemy kawałek miasta. Wiele z przedstawionych przez Ciebie fragmentów miasta i budowli już znamy ale widzę, że jeszcze sporo przed nami. Ogólnie powiem podobają mi się Siemianowice głównie z powodu dużej ilości terenów zielonych. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to prawda, sporo tam parków i nawet ładnych :) A takie zwiedzanie stopniowe to fajna sprawa, można za każdym razem oglądać coś nowego. Pozdrowienia!

      Usuń
  2. Drogi Autorze, jesteś już chyba za stary, aby zmienić swoje poglądy i mam nadzieję, że nie masz dzieci, którym możesz je bezrefleksyjnie przekazywać. Jak zwykle znajdziemy w tym blogu kolejne typowe turbośląskie interpretowanie faktów.

    Wojciech Korfanty nie rozpoczął powstania z uwagi na wyniki plebiscytu, ale ze względu na planowany podział zupełnie arbitralną decyzją mocarstw. Gdyby uszanować wyniki plebiscytu, to do Polski trzeba byłoby dołączyć powiat strzelecki oraz gliwicko-toszecki. Zapewne bez niemieckiego manipulowania wynik byłby jeszcze lepszy. Trzeba jednak pamiętać, że sam plebiscyt był w tej formie nieporozumieniem. Nie określono sposobu interpretacji wyników, a tym samym cała procedura nie miała sensu. Objął on obszary, których polska strona się nie domagała, co rzutowało na wynik. Niemcy okazali się najlepsi w terrorze ludności, rozsiewaniu dezinformacji. Jak bardzo trzeba mieć niepoukładane w głowie, aby Korfantego nie nazywać demokratą, ale zupełnie pomijać mało demokratyczne metody Grenzschutzu i zastraszanie polskiej ludności przez niemieckich pracodawców tj. właścicieli ziemskich i przemysłowców? Gdyby nie było I,II i III powstania śląskiego, to Niemcy uzyskaliby podobny rezultat jak na Warmii i Mazurach. Niestety, nie mieliśmy kolesi, jak Czechosłowacja, aby Ententa spełniała każde magiczne życzenie.

    Nie pierwszy, ani nie ostatni raz można przeczytać taką narrację. Zawsze mnie bawi, kiedy z takim "śląskim narodowcem" porozmawiam na żywo, a potem z tej swojej intelektualnej bezradności buczy on argumenty ad personam. Hmm... walka z rzeczywistością bywa dla takiego indywiduum bolesna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "turbośląskie interpretowanie faktów" - a teraz z wolskiego na ludzki: opinie, które nie są zgodne z polską propagandą.

      Usuń