Pewnego grudniowego razu w Górach Bystrzyckich panowała piękna pogoda.
A przynajmniej tak zapowiadały niektóre prognozy, podczas gdy inne sugerowały
coś zupełnie innego. Jadąc w ich kierunku rzeczywiście mieliśmy nad sobą
czyste niebo, ale im bliżej gór, tym więcej gromadziło się chmur.
Czyżby znowu miała nas dorwać klątwa pogodowa? Może jednak nie. Gramoląc się
autem w stronę przełęczy Spalonej zatrzymujemy się, aby podziwiać widoki w
stronę Kotliny Kłodzkiej i gór na jej wschodnim obrzeżu: jest Masyw Śnieżnika,
jest Jawornik Wielki i Borówkowa. A w dole mgły.
Na przełęczy Spalonej stoją dwa wozy bojowe i jeden opancerzony ambulans.
Wojsko z nami? Czy może czeka na atak z Czech?
Zjeżdżając w stronę granicy na skraju lasu obserwujemy piękny spektakl w
wykonaniu chmur, które ocierają się o zbocza Gór Orlickich.
W dole zabudowania Mostowic (Langenbrück) oraz Orlickégo Záhoří. Szkoda, że nowy biały dom psuje tę panoramę.
Stajemy po czeskiej stronie, gdzie w Kunštácie (Kronstadt), jednej
z kilku dawnych wiosek składających się na Orlické Záhoří, działa mały
sklep. Czynny jedynie do południa, ale i tak jedyny w całej okolicy. Kupujemy
niezbędne produkty na wędrówkę i nocleg w górach 😏. Oprócz nas jest też jeden
młody chłopak z Polski, który usilnie poszukuje "mrożonego kurczaka".
Niestety, tam gdzie jedziemy, nie będzie już słońca. Kilkanaście
kilometrów na południe w Neratovie (Bärnwald) wszystko wygląda jakbyśmy byli na
innej planecie.
Żegnamy samochód na dobę i ruszamy przejść się po wiosce, która do ostatniej
wojny światowej miała miała prawie czterystu mieszkańców, a dziś sześćdziesięciu. Ale to
i tak sukces: w okresie komunizmu praktycznie całkowicie się wyludniła, w 1989
roku zarejestrowano w niej dwóch stałych bytowników. Potem nastąpił mały
renesans, podniesiono z ruiny także opuszczony kościół Wniebowzięcia NMP.
Zrobiono to w nietypowy sposób, bowiem zniszczony dach częściowo zastąpiono
szkłem, w wyniku czego świątynia posiada od środka niezwykły wygląd. Można ją
codziennie zwiedzać, a akurat we wnętrzu kręci się grupa robotników.
Dla turystów przygotowano także inne atrakcje: dwa zwieńczenia wież
kościelnych, które zastąpiono nowymi w stylu barokowym, przekształcono
w útulnie i można w nich spać! Dla nocujących udostępniono też
bezpłatne łazienki z prysznicami w pobliskim domu pielgrzyma. Można? Można!
Stary niemiecki cmentarz z kilkoma czeskimi grobami.
W wiosce tuż przy samej granicy działa mały pivovar Neratov. Niestety,
zamknięta jest gospoda z większym wyborem piw, a otwarte jedynie niewielkie
bistro, a tam chłodno, wielka, średniouprzejma baba za barem i jedynie trzy
lane piwa. Wybieramy jako tako smakujące dvanáctki, ale nie czujemy
się usatysfakcjonowani. Na szczęście w lodówce mają większy wybór, do tego
piwa są litrowe, więc wychodzi taniej. Przy niezbyt zadowolonej minie barmanki
nalewamy sobie do kufli IPĘ, która już smakuje odpowiednio. Dokładam do tego
kulajdę (trzeci raz w grudniu), lecz ta nie wzniosła się ponad
przeciętność.
Wpadła jakaś zorganizowana grupa, która niemal ogołociła lodówkę - jeden facet
tachał ze sobą dziesięć plastików! Cudem udało nam się wydać ostatnie sto
koron na coś, co przeoczyli.
Kilkadziesiąt metrów od bistra płynie graniczna Dzika Orlica (Divoká Orlice, Wilde Adler) i liczący sobie sześć lat drewniany
mostek. Przed jego budową najbliższa przeprawa oddalona była o ponad pięć
kilometrów. Obok mostu dwa słupki graniczne, jeden wyraźnie starszy.
Po kłodzkiej/polskiej stronie zupełnie inny świat: totalna wycinka, tony
błota, zmasakrowane ścieżki, leżące wszędzie drzewa, śmieci, samochody
drwali blokujące przejście. Nastrój błogiego zadowolenia zmienia się we
wściekłość!
Dopiero za najbliższą asfaltową drogą masakra się kończy. Jesteśmy na
terenie Poniatowa (Peucker), a właściwie na tym, co z niego zostało. Kiedyś żyło w nim ponad
dwieście osób, teraz około dziesięciu. Mijamy ruiny wielu gospodarstw,
znacznie rzadziej trafi się jakiś w całości.
Ponownie pojawia się słońce i zaczyna toczyć zaciętą walkę z chmurami.
Przez chwilę idziemy na pograniczu tego pojedynku, potem chmury z wolna ustępują.
Na skrzyżowaniu z Autostradą Göringa odbijamy w lewo, idąc za
niebieskim szlakiem.
Przy najbliższym odpoczynku zrzucam plecak i idę kawałek w bok popatrzeć na
wschód i południe. Jakieś drobne mgiełki w dolinie nadal się utrzymują (albo smog), a
Czarna Góra, Igliczna oraz Śnieżnik świetnie się prezentują.
Za południowymi krańcami ziemi kłodzkiej widać wystający Suchý vrch, na
którym byliśmy we wrześniu, a także Jeřáb.
Podejście nie jest zbyt strome, ale strasznie monotonne, bo niemal cały czas
ma postać prostej, szerokiej drogi. W takiej sytuacji często zatrzymuję się,
aby spojrzeć do tyłu. A tam nieustannie magia i wieża widokowa na Czerńcu.
Nigdy nie byłem na Jagodnej (Heidelberg). Teoretycznie najwyższy
szczyt Bystrzyckich, ale płaski i całkowicie zarośnięty. W 2019 roku to się
zmieniło, ponieważ wybudowano na nim wieżę widokową (to nawiązanie do
historycznej wieży z początku XX wieku).
Widoki z góry może nie są powalające, bo okoliczne pasma to nie Alpy, ale
ogólnie wrażenie jest bardzo przyjemne. To, co cieszy oko, to duża ilość
lasów.
Po lewej Orlickie, po prawej Stołowe, a w środku Karkonosze.
Śnieżka oddalona jest o osiemdziesiąt kilometrów.
Końcówka ziemi kłodzkiej ze wspominanym już Suchým vrchem, a także
sanktuarium nad Králíkami.
Klasyka ze Śnieżnikiem oraz trochę nadal błąkających się chmurek.
Trasy narciarskie jeszcze niegotowe, intensywne opady śniegu zaczną się za
dwa tygodnie.
Na Jagodnej spotykamy wreszcie innych turystów: dwie parki oraz faceta,
którego jedynym wyposażeniem był dres i słuchawki. Nucąc jakieś dyskotekowe
gówno i z rękami w kieszeniach postanowił wejść na górę, aby w ciszy i
spokoju cieszyć się przyrodą. Tymczasem ja zszedłem do położonej pod wieżą
wiaty, gdzie coś zjedliśmy, po czym wróciłem na wieżę, aby zobaczyć zachód
słońca.
Jagodna oficjalnie pozostaje najwyższym szczytem Gór Bystrzyckich, ale już
od kilku lat wiadomo, że to nieprawda, a właściwie, że najwyższy punkt nie znajduje się w miejscu wieży. Sama góra ma dwa szczyty - północny,
oddalony o kilkaset metrów, mierzy 985 metrów, natomiast ten tutaj "tylko"
977 metry. Ten wyższy nawet formalnie nie jest nazwany, określa się go jako
Jagodną Północną. Nie zmienia to faktu, że rozmaite Korony za
najwyższy uznają szczyt południowy. Co do Korony Gór Polskich to się nie
dziwię, bo oni są niereformowalni i nie dopuszczają żadnych zmian na swojej
świętej liście, ale czemu Korona Sudetów oraz Dolnego Śląska też popełnia ten
sam błąd?
Aby być w pełni zdobywcami zahaczamy też o Jagodną Północną, do której
prowadzi kilka prostych ścieżek w lesie.
Zrobiło się ciemno, szybko, jak to w grudniu. Idziemy w kierunku schroniska
szeroką jak autostrada leśną drogą. Gdzieś obok szczytu o złowieszczej
nazwie Sasin (Kohlberg) robimy sobie zdjęcie z czystym jak łza
niebem, po którym co chwilę coś przelatuje.
Do schroniska na przełęczy Spalonej (Brandpass) wpadamy po
siedemnastej. Na drzwiach wisi kartka z napisem "ZAMKNIĘTE". Chyba se jaja
robią!
Jaja są, lecz tylko częściowo. Można kupić napoje, ale zapomnijmy o jakimś
jedzeniu! To ma być schronisko, że o piątej po południu kuchnia już nie
działa?? Dobrze, że mamy zapasy w plecakach, a plusem są ceny butelkowego
piwa poniżej dychy, to też niespotykane. W takiej sytuacji kupujemy sobie
drugą flaszkę, lecz już tylko gotówką, bo terminal wyłączają...
W pewnym momencie podchodzi do nas chłop z obsługi i zagaduje, czy śpimy u
nich. Jutro jest jakiś koncert, spodziewają się masy ludzi, ale dziś
pustawo.
- Nieee, idziemy do Chatki Sylwestrowej.
- A, to jeden młody chłopak już tam poszedł.
Trochę nam mina zrzedła, bo spodziewaliśmy się pustej chatki, a tak, to kto
wie, ale damy radę...
Bastek próbuje zaprzyjaźnić się z kotem, lecz ten jest jakiś oziębły.
Pod drzwiami wpadamy na dwójkę chłopaków, którzy zaliczają Koronę Gór Polski. Zaliczają dosłownie, bo jeżdżą autem najdalej jak to możliwe, wpadają na szczyt i ruszają dalej. Chwilę gadamy, po czym z hymnem na ustach znikamy w ciemnościach.
Do Chatki Sylwestrowej są ze schroniska dwa kilometry. Próbowałem się
przed wyjazdem dowiedzieć coś niecoś o aktualnych warunkach i dojściu, ale
oczywiście w takiej sytuacji wszelkie grupy i fora milkną, zupełnie jakby
chodziło o jakieś super tajne miejsce, a nie dość popularny obiekt. Na
szczęście trasa jest raczej prosta, a chatkę prawidłowo zaznaczono na
mapy.cz, więc można sobie poradzić bez internetowych ekspertów.
Już z daleka czujemy dym, zatem jednoosobowa ekipa nie śpi. Okazuje się nią
być dwudziestoletni Warszawiak.
- Prawdziwy, nie słoik - podkreśla kilka razy.
Facet jest sympatyczny, ale dość dziwny. Targa ze sobą pokaźną ilość
rozmaitych środków wspomagających.
- Co ja bym tu robił cały dzień bez doładowania?
To istotne pytanie, ponieważ zamierza posiedzieć w chatce kilka dób, tak jak
przedtem przez kilka nocy bawił się w schronisku. Na następne noce planuje
inne miejscówki, więc to jakiś grubszy wyjazd. Co jakiś czas ma napady
dzikiego śmiechu i nagłej energii, którą rozładowuje w rozmaity sposób, na
przykład dźwigając się na belkach. Sądziłem, że to efekt wspomagania, ale
Bastek sugerował jakąś odmianę choroby dwubiegunowej i faktycznie coś w tym
może być. Na pewno wilczy głód, w skutek którego wyżarł nam większość
słodyczy i chipsów, nie był pochodzenia naturalnego 😏. Przypomnieliśmy
sobie, że to jego spotkaliśmy w czeskim sklepie, a zamarznięty kurczak nadal
leży gdzieś w kącie.
Próbujemy rozpalić w piecu. Mamy w środku słabą kozę. Słabą, bo ciepła
prawie nie daje, a dymi jak cholera, więc i tak musimy mieć ciągle otwarte
okna. Dookoła kozy leżą połamane kafle, ponoć ktoś kiedyś je tu znosił, aby
zrobić nowy, solidny piec, ale na znoszeniu się skończyło.
Ogólnie w środku jest syf. Zniszczone narzędzia, sporo śmieci, brudne
naczynia z zastygłym tłuszczem. Praktycznie nic nie nadaje się do użytku.
Zabraliśmy trochę cudzych odpadów ze sobą, ale przydałoby się generalne
sprzątanie.
Wyciągam swojską nalewkę.
- Kapitalna! - woła Warszawiak i prosi o kieliszek. Myślałem, że będzie nam
polewał "po góralsku", ale on polewał tylko sobie, co by nie pić z gwinta
😏.
Jak już się z nami oswoił, to zebrało mu się na poważne tematy:
- Co sądzicie o Żydach?
Podchwytliwe pytanie.
- Bo ja Żydów nienawidzę, gdyby ich wszystkich wybić, to skończyłyby się
wszystkie problemy na świecie!
Proste rozwiązanie, ale Bastek wolał się upewnić:
- Czy to oznacza, że skończyłyby się też problemy z polską służbą zdrowia na
NFZ?
I dyskusja się urwała 😛.
Puszczamy z radia trochę muzyki - my jak zwykle klasyczną czeską
hudbę, chłopak ze stolicy twierdzi, że nie lubi techno, po czym coś w tym stylu nam prezentuje. Na szczęście nie nalega na powtórki.
Młody kładzie się spać jako pierwszy. Podpytujemy go jeszcze jakie pozycje
lubi i czy brał udział w gejowskich orgiach, ale chyba się nie boi. Gdy
zostaliśmy sami, to mogliśmy w spokoju uwarzyć sobie zupkę w garnku, bez
ryzyka, że ją całą zje. Byłem na tyle głodny, że wcinałem nawet sałatkę
z tuńczykiem, czego bym normalnie nigdy nie zrobił 😏.
Termometr pokazywał w środku sześć stopni, rano, przy zimnym piecu, cztery
stopnie. Na zewnątrz mógł być lekki mróz, bo wszelka woda zamarzła.
Dookoła chatki trwa intensywna wycinka i otrzymałem sugestię, że za
syf mogą być odpowiedzialni nie turyści, a drwale. Wcale by mnie to
nie zdziwiło, choć na górskich grupach już wydano wyrok, że to na pewno
jacyś chlewiarze z plecakami, zapewne z Wrocławia, a takie obiekty powinny
być tajne! To ja jednak z dwojga złego wolę chatki z syfem, ale żebym mógł
do nich samemu dojść bez proszenia innych o przysługę.
Wczoraj dominowało słońce, dziś chmury są nisko. Otoczenie chatki robi się
jeszcze bardziej tajemnicze i, niestety, z dużą ilością papierzaków, bo
chatka nie posiada wychodka.
Generalnie trzeba by się nią porządnie zająć, bo jest szansa, że kiedyś się
po prostu rozleci. Czasem turyści dokonują jakiś drobnych napraw, ale to
wszystko prowizorka. Ciekawe kto jest jej prawnym właścicielem? Nie umiałem
też znaleźć żadnych informacji o jej historii ani czemu akurat "Chatka
Sylwestrowa"?
Warszawiaka od rana rozpiera energia i rusza do Czech po zakupy, na rowerze.
My też, ale piechotą. Początkowy odcinek jest trudny do przejścia z powodu
działalności drwali.
Potem dochodzimy do tradycyjnej szerokiej drogi leśnej - na czeskich mapach
zwie się ona "Drogą na Mokry Zakręt" i prowadzi nią szlak rowerowy, choć
oznaczeń prawie nie widać. Od tego momentu idzie się szybko i
bezproblemowo.
Mijamy jakieś dziwne naostrzone pale, czyżby leśnicy zamierzali kogoś na nie
nabijać?
Na niebie pojawia się coraz więcej słońca. Asfaltową szosą kierujemy się w
stronę granicy i zatrzymujemy się zachwyceni dokładnie w tym samym miejscu,
co wczoraj samochodem - na skraju lasu nad doliną Dzikiej Orlicy. Chmury
znowu grają piękny spektakl.
Schodzimy w dolinę. Na jednym ujęciu mamy kościoły w Mostowicach i Orlickim
Záhoří.
Z naprzeciwka idzie Warszawiak i pcha swój rower pod górę. Zdążył do sklepu zanim go zamknęli w południe.
- Kupiłem osiem najtańszych piw, będę miał co robić przez resztę dnia -
cieszy się. Życzymy mu powodzenia i żegnamy się.
Przy dawnym przejściu granicznym nad rzeką nadal stoją tablice o
dopuszczalnych prędkościach sprzed zmiany w 2021 roku. I co sobie ma
pomyśleć obcokrajowiec, który weźmie je za prawidłowe i potem dostanie
mandat??
W Orlickim Záhoří wejdziemy do autobusu, ale mamy do niego
jeszcze prawie dwa kwadranse, więc idziemy sobie nieśpiesznie przyglądając
się mijanej architekturze. Stare miesza się z nowym, przy czym nowe też
często stylizowane jest na stare (duży drewniany budynek to niedawno
postawiony pensjonat).
Obowiązkowe zdjęcie w lustrze.
Odnowiony Pomnik Poległych. W wiosce jest także pomnik cesarza Józefa II,
jeden z nielicznych w Republice, który nie został zniszczony. Upamiętnia on
wizytę cesarską, podczas której monarcha osobiście kosił zboże na polu
miejscowego rolnika.
Budynek z odzieżą używaną.
Ostatnia akcja to kręcenie się po cmentarzu wokół kościoła św. Jana
Chrzciciela. Większość grobów jest niemiecka i jak zawsze to ciekawy, pełny
przekrój społeczeństwa sprzed wielu lat: od małych dzieci po dojrzałych
właścicieli ziemskich przez żołnierzy poległych w Rosji (w tym przypadku
rodzina straciła dwóch synów w przeciągu kilku miesięcy).
Autobus przyjeżdża trzy minuty przed czasem, ale potem kierowca tak się
zajmuje smartfonem, że wyjeżdżamy z czterominutowym opóźnieniem 😏. Wracamy
do Neratova, gdzie pogoda od wczoraj nie uległa zmianie - pełne
zachmurzenie. Teraz nam to nie przeszkadza, grunt, że samochód nadal stoi na
parkingu i nawet ma wszystkie koła gotowe do jazdy 😊.































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz