czwartek, 15 stycznia 2026

Góry Bystrzyckie: Neratov - Jagodna - Chatka Sylwestrowa - Orlické Záhoří

Pewnego grudniowego razu w Górach Bystrzyckich panowała piękna pogoda. A przynajmniej tak zapowiadały niektóre prognozy, podczas gdy inne sugerowały coś zupełnie innego. Jadąc w ich kierunku rzeczywiście mieliśmy nad sobą czyste niebo, ale im bliżej gór, tym więcej gromadziło się chmur. Czyżby znowu miała nas dorwać klątwa pogodowa? Może jednak nie. Gramoląc się autem w stronę przełęczy Spalonej zatrzymujemy się, aby podziwiać widoki w stronę Kotliny Kłodzkiej i gór na jej wschodnim obrzeżu: jest Masyw Śnieżnika, jest Jawornik Wielki i Borówkowa. A w dole mgły.



Na przełęczy Spalonej stoją dwa wozy bojowe i jeden opancerzony ambulans. Wojsko z nami? Czy może czeka na atak z Czech?

Zjeżdżając w stronę granicy na skraju lasu obserwujemy piękny spektakl w wykonaniu chmur, które ocierają się o zbocza Gór Orlickich.




W dole zabudowania Mostowic (Langenbrück) oraz Orlickégo Záhoří. Szkoda, że nowy biały dom psuje tę panoramę. 


Stajemy po czeskiej stronie, gdzie w Kunštácie (Kronstadt), jednej z kilku dawnych wiosek składających się na Orlické Záhoří, działa mały sklep. Czynny jedynie do południa, ale i tak jedyny w całej okolicy. Kupujemy niezbędne produkty na wędrówkę i nocleg w górach 😏. Oprócz nas jest też jeden młody chłopak z Polski, który usilnie poszukuje "mrożonego kurczaka".


Niestety, tam gdzie jedziemy, nie będzie już słońca. Kilkanaście kilometrów na południe w Neratovie (Bärnwald) wszystko wygląda jakbyśmy byli na innej planecie.


Żegnamy samochód na dobę i ruszamy przejść się po wiosce, która do ostatniej wojny światowej miała miała prawie czterystu mieszkańców, a dziś sześćdziesięciu. Ale to i tak sukces: w okresie komunizmu praktycznie całkowicie się wyludniła, w 1989 roku zarejestrowano w niej dwóch stałych bytowników. Potem nastąpił mały renesans, podniesiono z ruiny także opuszczony kościół Wniebowzięcia NMP.


Zrobiono to w nietypowy sposób, bowiem zniszczony dach częściowo zastąpiono szkłem, w wyniku czego świątynia posiada od środka niezwykły wygląd. Można ją codziennie zwiedzać, a akurat we wnętrzu kręci się grupa robotników.


Dla turystów przygotowano także inne atrakcje: dwa zwieńczenia wież kościelnych, które zastąpiono nowymi w stylu barokowym, przekształcono w útulnie i można w nich spać! Dla nocujących udostępniono też bezpłatne łazienki z prysznicami w pobliskim domu pielgrzyma. Można? Można!


Stary niemiecki cmentarz z kilkoma czeskimi grobami.


W wiosce tuż przy samej granicy działa mały pivovar Neratov. Niestety, zamknięta jest gospoda z większym wyborem piw, a otwarte jedynie niewielkie bistro, a tam chłodno, wielka, średniouprzejma baba za barem i jedynie trzy lane piwa. Wybieramy jako tako smakujące dvanáctki, ale nie czujemy się usatysfakcjonowani. Na szczęście w lodówce mają większy wybór, do tego piwa są litrowe, więc wychodzi taniej. Przy niezbyt zadowolonej minie barmanki nalewamy sobie do kufli IPĘ, która już smakuje odpowiednio. Dokładam do tego kulajdę (trzeci raz w grudniu), lecz ta nie wzniosła się ponad przeciętność.


Wpadła jakaś zorganizowana grupa, która niemal ogołociła lodówkę - jeden facet tachał ze sobą dziesięć plastików! Cudem udało nam się wydać ostatnie sto koron na coś, co przeoczyli.

Kilkadziesiąt metrów od bistra płynie graniczna Dzika Orlica (Divoká Orlice, Wilde Adler) i liczący sobie sześć lat drewniany mostek. Przed jego budową najbliższa przeprawa oddalona była o ponad pięć kilometrów. Obok mostu dwa słupki graniczne, jeden wyraźnie starszy.



Po kłodzkiej/polskiej stronie zupełnie inny świat: totalna wycinka, tony błota, zmasakrowane ścieżki, leżące wszędzie drzewa, śmieci, samochody drwali blokujące przejście. Nastrój błogiego zadowolenia zmienia się we wściekłość!



Dopiero za najbliższą asfaltową drogą masakra się kończy. Jesteśmy na terenie Poniatowa (Peucker), a właściwie na tym, co z niego zostało. Kiedyś żyło w nim ponad dwieście osób, teraz około dziesięciu. Mijamy ruiny wielu gospodarstw, znacznie rzadziej trafi się jakiś w całości.



Ponownie pojawia się słońce i zaczyna toczyć zaciętą walkę z chmurami. Przez chwilę idziemy na pograniczu tego pojedynku, potem chmury z wolna ustępują.




Na skrzyżowaniu z Autostradą Göringa odbijamy w lewo, idąc za niebieskim szlakiem.


Przy najbliższym odpoczynku zrzucam plecak i idę kawałek w bok popatrzeć na wschód i południe. Jakieś drobne mgiełki w dolinie nadal się utrzymują (albo smog), a Czarna Góra, Igliczna oraz Śnieżnik świetnie się prezentują.



Za południowymi krańcami ziemi kłodzkiej widać wystający Suchý vrch, na którym byliśmy we wrześniu, a także Jeřáb.


Podejście nie jest zbyt strome, ale strasznie monotonne, bo niemal cały czas ma postać prostej, szerokiej drogi. W takiej sytuacji często zatrzymuję się, aby spojrzeć do tyłu. A tam nieustannie magia i wieża widokowa na Czerńcu.


 

Nigdy nie byłem na Jagodnej (Heidelberg). Teoretycznie najwyższy szczyt Bystrzyckich, ale płaski i całkowicie zarośnięty. W 2019 roku to się zmieniło, ponieważ wybudowano na nim wieżę widokową (to nawiązanie do historycznej wieży z początku XX wieku).


Widoki z góry może nie są powalające, bo okoliczne pasma to nie Alpy, ale ogólnie wrażenie jest bardzo przyjemne. To, co cieszy oko, to duża ilość lasów.
Po lewej Orlickie, po prawej Stołowe, a w środku Karkonosze.


Śnieżka oddalona jest o osiemdziesiąt kilometrów.


Końcówka ziemi kłodzkiej ze wspominanym już Suchým vrchem, a także sanktuarium nad Králíkami.



Klasyka ze Śnieżnikiem oraz trochę nadal błąkających się chmurek.



Trasy narciarskie jeszcze niegotowe, intensywne opady śniegu zaczną się za dwa tygodnie.


Na Jagodnej spotykamy wreszcie innych turystów: dwie parki oraz faceta, którego jedynym wyposażeniem był dres i słuchawki. Nucąc jakieś dyskotekowe gówno i z rękami w kieszeniach postanowił wejść na górę, aby w ciszy i spokoju cieszyć się przyrodą. Tymczasem ja zszedłem do położonej pod wieżą wiaty, gdzie coś zjedliśmy, po czym wróciłem na wieżę, aby zobaczyć zachód słońca.




Jagodna oficjalnie pozostaje najwyższym szczytem Gór Bystrzyckich, ale już od kilku lat wiadomo, że to nieprawda, a właściwie, że najwyższy punkt nie znajduje się w miejscu wieży. Sama góra ma dwa szczyty - północny, oddalony o kilkaset metrów, mierzy 985 metrów, natomiast ten tutaj "tylko" 977 metry. Ten wyższy nawet formalnie nie jest nazwany, określa się go jako Jagodną Północną. Nie zmienia to faktu, że rozmaite Korony za najwyższy uznają szczyt południowy. Co do Korony Gór Polskich to się nie dziwię, bo oni są niereformowalni i nie dopuszczają żadnych zmian na swojej świętej liście, ale czemu Korona Sudetów oraz Dolnego Śląska też popełnia ten sam błąd? 
Aby być w pełni zdobywcami zahaczamy też o Jagodną Północną, do której prowadzi kilka prostych ścieżek w lesie. 


Zrobiło się ciemno, szybko, jak to w grudniu. Idziemy w kierunku schroniska szeroką jak autostrada leśną drogą. Gdzieś obok szczytu o złowieszczej nazwie Sasin (Kohlberg) robimy sobie zdjęcie z czystym jak łza niebem, po którym co chwilę coś przelatuje.


Do schroniska na przełęczy Spalonej (Brandpass) wpadamy po siedemnastej. Na drzwiach wisi kartka z napisem "ZAMKNIĘTE". Chyba se jaja robią!


Jaja są, lecz tylko częściowo. Można kupić napoje, ale zapomnijmy o jakimś jedzeniu! To ma być schronisko, że o piątej po południu kuchnia już nie działa?? Dobrze, że mamy zapasy w plecakach, a plusem są ceny butelkowego piwa poniżej dychy, to też niespotykane. W takiej sytuacji kupujemy sobie drugą flaszkę, lecz już tylko gotówką, bo terminal wyłączają...
W pewnym momencie podchodzi do nas chłop z obsługi i zagaduje, czy śpimy u nich. Jutro jest jakiś koncert, spodziewają się masy ludzi, ale dziś pustawo.
- Nieee, idziemy do Chatki Sylwestrowej.
- A, to jeden młody chłopak już tam poszedł.
Trochę nam mina zrzedła, bo spodziewaliśmy się pustej chatki, a tak, to kto wie, ale damy radę...

Bastek próbuje zaprzyjaźnić się z kotem, lecz ten jest jakiś oziębły.


Pod drzwiami wpadamy na dwójkę chłopaków, którzy zaliczają Koronę Gór Polski. Zaliczają dosłownie, bo jeżdżą autem najdalej jak to możliwe, wpadają na szczyt i ruszają dalej. Chwilę gadamy, po czym z hymnem na ustach znikamy w ciemnościach.

Do Chatki Sylwestrowej są ze schroniska dwa kilometry. Próbowałem się przed wyjazdem dowiedzieć coś niecoś o aktualnych warunkach i dojściu, ale oczywiście w takiej sytuacji wszelkie grupy i fora milkną, zupełnie jakby chodziło o jakieś super tajne miejsce, a nie dość popularny obiekt. Na szczęście trasa jest raczej prosta, a chatkę prawidłowo zaznaczono na mapy.cz, więc można sobie poradzić bez internetowych ekspertów.

Już z daleka czujemy dym, zatem jednoosobowa ekipa nie śpi. Okazuje się nią być dwudziestoletni Warszawiak.
- Prawdziwy, nie słoik - podkreśla kilka razy.
Facet jest sympatyczny, ale dość dziwny. Targa ze sobą pokaźną ilość rozmaitych środków wspomagających.
- Co ja bym tu robił cały dzień bez doładowania?
To istotne pytanie, ponieważ zamierza posiedzieć w chatce kilka dób, tak jak przedtem przez kilka nocy bawił się w schronisku. Na następne noce planuje inne miejscówki, więc to jakiś grubszy wyjazd. Co jakiś czas ma napady dzikiego śmiechu i nagłej energii, którą rozładowuje w rozmaity sposób, na przykład dźwigając się na belkach. Sądziłem, że to efekt wspomagania, ale Bastek sugerował jakąś odmianę choroby dwubiegunowej i faktycznie coś w tym może być. Na pewno wilczy głód, w skutek którego wyżarł nam większość słodyczy i chipsów, nie był pochodzenia naturalnego 😏. Przypomnieliśmy sobie, że to jego spotkaliśmy w czeskim sklepie, a zamarznięty kurczak nadal leży gdzieś w kącie.

Próbujemy rozpalić w piecu. Mamy w środku słabą kozę. Słabą, bo ciepła prawie nie daje, a dymi jak cholera, więc i tak musimy mieć ciągle otwarte okna. Dookoła kozy leżą połamane kafle, ponoć ktoś kiedyś je tu znosił, aby zrobić nowy, solidny piec, ale na znoszeniu się skończyło.


Ogólnie w środku jest syf. Zniszczone narzędzia, sporo śmieci, brudne naczynia z zastygłym tłuszczem. Praktycznie nic nie nadaje się do użytku. Zabraliśmy trochę cudzych odpadów ze sobą, ale przydałoby się generalne sprzątanie. 

Wyciągam swojską nalewkę.
- Kapitalna! - woła Warszawiak i prosi o kieliszek. Myślałem, że będzie nam polewał "po góralsku", ale on polewał tylko sobie, co by nie pić z gwinta 😏.
Jak już się z nami oswoił, to zebrało mu się na poważne tematy:
- Co sądzicie o Żydach?
Podchwytliwe pytanie.
- Bo ja Żydów nienawidzę, gdyby ich wszystkich wybić, to skończyłyby się wszystkie problemy na świecie!
Proste rozwiązanie, ale Bastek wolał się upewnić:
- Czy to oznacza, że skończyłyby się też problemy z polską służbą zdrowia na NFZ?
I dyskusja się urwała 😛.
Puszczamy z radia trochę muzyki - my jak zwykle klasyczną czeską hudbę, chłopak ze stolicy twierdzi, że nie lubi techno, po czym coś w tym stylu nam prezentuje. Na szczęście nie nalega na powtórki.

Młody kładzie się spać jako pierwszy. Podpytujemy go jeszcze jakie pozycje lubi i czy brał udział w gejowskich orgiach, ale chyba się nie boi. Gdy zostaliśmy sami, to mogliśmy w spokoju uwarzyć sobie zupkę w garnku, bez ryzyka, że ją całą zje. Byłem na tyle głodny, że wcinałem nawet sałatkę z tuńczykiem, czego bym normalnie nigdy nie zrobił 😏.


Termometr pokazywał w środku sześć stopni, rano, przy zimnym piecu, cztery stopnie. Na zewnątrz mógł być lekki mróz, bo wszelka woda zamarzła. 
Dookoła chatki trwa intensywna wycinka i otrzymałem sugestię, że za syf  mogą być odpowiedzialni nie turyści, a drwale. Wcale by mnie to nie zdziwiło, choć na górskich grupach już wydano wyrok, że to na pewno jacyś chlewiarze z plecakami, zapewne z Wrocławia, a takie obiekty powinny być tajne! To ja jednak z dwojga złego wolę chatki z syfem, ale żebym mógł do nich samemu dojść bez proszenia innych o przysługę.


Wczoraj dominowało słońce, dziś chmury są nisko. Otoczenie chatki robi się jeszcze bardziej tajemnicze i, niestety, z dużą ilością papierzaków, bo chatka nie posiada wychodka.
Generalnie trzeba by się nią porządnie zająć, bo jest szansa, że kiedyś się po prostu rozleci. Czasem turyści dokonują jakiś drobnych napraw, ale to wszystko prowizorka. Ciekawe kto jest jej prawnym właścicielem? Nie umiałem też znaleźć żadnych informacji o jej historii ani czemu akurat "Chatka Sylwestrowa"?



Warszawiaka od rana rozpiera energia i rusza do Czech po zakupy, na rowerze. My też, ale piechotą. Początkowy odcinek jest trudny do przejścia z powodu działalności drwali.


Potem dochodzimy do tradycyjnej szerokiej drogi leśnej - na czeskich mapach zwie się ona "Drogą na Mokry Zakręt" i prowadzi nią szlak rowerowy, choć oznaczeń prawie nie widać. Od tego momentu idzie się szybko i bezproblemowo.
Mijamy jakieś dziwne naostrzone pale, czyżby leśnicy zamierzali kogoś na nie nabijać?


Na niebie pojawia się coraz więcej słońca. Asfaltową szosą kierujemy się w stronę granicy i zatrzymujemy się zachwyceni dokładnie w tym samym miejscu, co wczoraj samochodem - na skraju lasu nad doliną Dzikiej Orlicy. Chmury znowu grają piękny spektakl.




Schodzimy w dolinę. Na jednym ujęciu mamy kościoły w Mostowicach i Orlickim Záhoří.


Z naprzeciwka idzie Warszawiak i pcha swój rower pod górę. Zdążył do sklepu zanim go zamknęli w południe.
- Kupiłem osiem najtańszych piw, będę miał co robić przez resztę dnia - cieszy się. Życzymy mu powodzenia i żegnamy się.

Przy dawnym przejściu granicznym nad rzeką nadal stoją tablice o dopuszczalnych prędkościach sprzed zmiany w 2021 roku. I co sobie ma pomyśleć obcokrajowiec, który weźmie je za prawidłowe i potem dostanie mandat??


W Orlickim Záhoří wejdziemy do autobusu, ale mamy do niego jeszcze prawie dwa kwadranse, więc idziemy sobie nieśpiesznie przyglądając się mijanej architekturze. Stare miesza się z nowym, przy czym nowe też często stylizowane jest na stare (duży drewniany budynek to niedawno postawiony pensjonat).




Obowiązkowe zdjęcie w lustrze.


Odnowiony Pomnik Poległych. W wiosce jest także pomnik cesarza Józefa II, jeden z nielicznych w Republice, który nie został zniszczony. Upamiętnia on wizytę cesarską, podczas której monarcha osobiście kosił zboże na polu miejscowego rolnika.


Budynek z odzieżą używaną.


Ostatnia akcja to kręcenie się po cmentarzu wokół kościoła św. Jana Chrzciciela. Większość grobów jest niemiecka i jak zawsze to ciekawy, pełny przekrój społeczeństwa sprzed wielu lat: od małych dzieci po dojrzałych właścicieli ziemskich przez żołnierzy poległych w Rosji (w tym przypadku rodzina straciła dwóch synów w przeciągu kilku miesięcy).




Autobus przyjeżdża trzy minuty przed czasem, ale potem kierowca tak się zajmuje smartfonem, że wyjeżdżamy z czterominutowym opóźnieniem 😏. Wracamy do Neratova, gdzie pogoda od wczoraj nie uległa zmianie - pełne zachmurzenie. Teraz nam to nie przeszkadza, grunt, że samochód nadal stoi na parkingu i nawet ma wszystkie koła gotowe do jazdy 😊.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz