Jadąc w grudniu do Czech postanowiłem zajrzeć też na chwilę do Niemiec,
a konkretnie do Saksonii, lub, jak kto woli, na Łużyce Górne. Po
zjechaniu z autostrady A4 kierujemy się na południe wzdłuż Nysy Łużyckiej, po
jej polskiej stronie. Już z daleka widać elektrownię Turów w
Turoszowie (Türchau), z bliska zaś robi jeszcze większe, wręcz gigantyczne
wrażenie.
Niezgodnie z prognozami na niebie króluje słońce, ale w oddali widać chmury
przyczajone na terenach podgórskich. W pewnym momencie biała mgła podeszła
aż do drogi i zatrzymała się na wale przeciwpowodziowym. Wyglądało to bardzo
ciekawie, dwa światy walczyły ze sobą.
Główne przejście graniczne w Sieniawce (Kleinschönau) obstawione jest przez kilka wozów polskich
pograniczników, ich niemieckich odpowiedników ledwo widać.
Granicę przekraczamy kawałek dalej, mniejszym mostem. Po niemieckiej stronie
nikogo, po polskiej radiowóz i czający się mundurowi. Wbrew powszechnej opinii
Niemcy nie zawiesili zasad Schengen - wprowadzili wyrywkowe kontrole, lecz
cała granica pozostała otwarta. Zmieniła to dopiero Polska: na wniosek
premiera zawieszono swobodny przepływ osób i wyznaczono listę miejsc, w
których można zmieniać kraj. Znowu zdrowy rozsądek przegrał z polityką, bo
realnych pożytków nie ma z tego żadnych.
Do Rzeszy wjeżdżamy z duszą na ramieniu; w końcu patriotyczne media non stop
alarmują, że Niemiec tak naprawdę już nie ma, a migranci zrobili z tego kraju
piekło. Na szczęście na początku nic złego się nie dzieje, napisałbym wręcz,
że przedmieścia Zittau (Żytawa, łuż. Žitawa) sprawiają
bardzo senne wrażenie.
Stojąc na światłach widzę dwie nitki torów kolejowych
- u góry na wiadukcie biegnie normalna linia, na dole przecina drogę
wąskotorówka, o której jeszcze wspomnę.
Starówkę Zittau
już kiedyś zwiedzaliśmy, więc teraz kierujemy się na peryferia, a nawet poza miasto, do
Olbersdorfu. W wiosce tej udajemy się na brzegi zbiornika
Olbersdorfer See, na którego tle prezentują się Góry Żytawskie, będące
niemiecką częścią Gór Łużyckich.
I nie tylko: zerkając w lewo widzę charakterystyczny kształt nadajnika - to
górujący nad Libercem Ještěd, odległy od nas o ponad dwadzieścia kilometrów.
Olbersdorf to historia górnictwa. Na początku XIX wieku odkryto tu wielkie
złoża węgla brunatnego, pierwszą kopalnię uruchomiono w 1810 roku. Jak niemal
zawsze w przypadku tego surowca, było to wydobycie odkrywkowe i na tyle
intensywne, że część wioski musiano przenieść w inne miejsce. O zakończeniu
pracy kopalni zdecydował rząd NRD już po upadku komunizmu, a ostatecznie stało
się to w 1991 roku. Ogromny dół kopalniany został zalany i w ten sposób
powstało owe sztuczne, ale ładne jezioro.
W ciepłych miesiącach to bardzo popularny teren rekreacyjny: są tu plaże
(jedna dla naturystów), kemping, sezonowe knajpki, dziesiątki ścieżek i
szlaków. Woda, przynajmniej na brzegu, czyściuteńka.
Ciekawe ilu zagląda tu turystów z Czech i Polski? Napisy na wielu tabliczkach
są w czterech językach.
Niektóre ławki raczej nie służą do siedzenia 😏.
O górnictwie przypominają ustawione wśród trawników elementy dawnych maszyn -
na przykład te ogromne koło łopatkowe.
Kawałek dalej znajdziemy małą wystawkę związaną z wąskotorowymi kolejami
górniczymi z regionu. Zobaczymy m.in. lokomotywę elektryczną LEW EL3 (niektóre
z nich pracowały także w Polsce), lokomotywę spalinową o przydługiej
nazwie Di 434-016-A3 oraz jednostronną wywrotkę.
Obok położono kilka nitek wąskich torów, które kończą się w stylizowanej
kopalni oraz w garażu, przy którym chłop dłubie coś w wagoniku pasażerskim.
Granica pomiędzy Żytawą a Olbersdorfem biegnie między domami, bez tablic nie
sposób byłoby ją zauważyć.
Na chwilę wracamy do tej pierwszej, bo chcę zajrzeć na pobliski dworzec
kolejki wąskotorowej Zittau Vorstadt. Napisy na ścianach jak na
archiwalnych zdjęciach ze Śląska.
Zittauer Schmalspurbahn to duża atrakcja turystyczna. Wąskotorówkę
uruchomiono w 1890 roku, dwie odnogi prowadziły do położonych na skraju gór
kurortów (Oybin i Jonsdorf), oddalonych o około dwanaście kilometrów. Pomimo
różnych zawirowań dziejowych, które przetoczyły się przez Saksonię, działa
nadal, a jedyną przerwę miała przez dwa tygodnie w maju 1945 roku. Co prawda
po zjednoczeniu Niemiec rozmyślano nad jej przyszłością, ale władze uznały, że
kolej jest tak cenna, iż należy ją utrzymać, zwłaszcza, że wagony niemal
zawsze ciągną parowozy.
Stojąc na peronie słyszę gwizd, stukot kół i, ku mojej radości, od strony gór
wtacza się skład z lokomotywą parową 99.731 na czele, rok produkcji 1928.
Pociąg staje w kłębach pary, wyskakuje facet w pomarańczowym ubraniu i stuka
po kołach, a ja patrzę jak urzeczony. Musimy tu kiedyś powrócić i koniecznie
się przejechać! Teraz w wagonach siedzi ledwie kilka osób, ale to kurs
rozkładowy, więc frekwencja nie ma znaczenia.
Po minucie albo dwóch skład pomknął w stronę centrum.
Mkniemy dalej i my, lecz w odwrotną stronę, na południe. Jeszcze dzień
wcześniej nie bardzo wiedziałem, co zobaczyć poza Żytawą, ale remont drogi na
jednym z przejść granicznych z Czechami w naturalny sposób nakreślił dalsze
kroki i w ten oto sposób udaliśmy się do Oybina.
Ta uzdrowiska miejscowość przycupnęła o stóp malowniczej, piaskowcowej góry
Oybin, którą świetnie widać z parkingu (pierwsze pół godziny parkowania za
darmo).
Najpierw idziemy zobaczyć dworzec wąskotorówki. Bardzo ładny kompleks budynków
ceglano-murowanych plus plac zabaw w klimacie kolejowym.
Wysokość nad poziomem morza.
Potem wracamy na ulice u podnóża góry. Choć minęło południe, to atmosfera
panuje bardzo senna. Jak to w uzdrowisku, wśród zabudowy kręcą się głównie
seniorzy. Mijamy kilka budek jarmarku adwentowego, ale wszystkie jeszcze
zamknięte, podobnie jak większość lokali i sklepów. Chcieliśmy kupić jakąś
pamiątkę lub coś do jedzenia, ale obeszliśmy się smakiem, bo nigdzie nie
przyjmowali kart, a w kieszeni mieliśmy tylko kilka euro.
Góra Oybin to nie tylko skały, lecz także spore ruiny zamku i klasztoru.
Zdecydowanie musimy tu zajrzeć jeszcze raz z zapasem czasowym.
Architektura naprawdę może się podobać: szachulcowe domy, barokowy "kościół
górski" z pięknym wyposażeniem. Niestety, oczywiście zamknięty na cztery
spusty, więc ograniczamy się tylko do podejścia pod drzwi.
Widok na dachy.
I jeszcze raz ogólny panorama centrum z nowszymi budynkami urzędu gminy.
O ile zaparkować można na chwilę bez wydawania pieniędzy, to pójść za
potrzebą już nie - jak to zwykle w Niemczech bywa, wszystkie publiczne
szalety są płatne. Ponieważ mamy tylko jedną pięćdziesięciocentówkę, więc
otwieram Teresie drzwi części damskiej, a sam rozglądam się za krzakami. Na
szczęście nie musiałem, bo pewien starszy Niemiec, po otworzeniu męskiego
kibla, zaprosił do wizyty 😏.
Na zdjęciu przystanek autobusowy z toaletami, ale zamkniętymi.
Jedziemy dalej i jeszcze wyżej. Na chwilę zatrzymuję się w wiosce
Hain. Z parkingu widać wieżę widokową na jednym ze szczytów Hochwaldu
(Hvozd); na drugim znajduje się restauracja i biegnie przez nią granica.
Wkrótce i my wjeżdżamy do Republiki Czeskiej boczną, pustą drogą.
Pierwszą górską wioską po czeskiej stronie jest
Krompach (Krombach, Krummbach). Kiedyś liczący ponad tysiąc
mieszkańców, dziś niecałych dwustu. W przysiółku Valy (Schanzendorf)
zachwycam się kolejnymi starymi domami. Jako ciekawostkę historyczną dodam,
że nazwa w obu językach nawiązuje do szańców/wałów powstałych w okolicy w
czasie wojny o sukcesję bawarską (1778-1779).
W środkowej części wioski zabytkowe chałupy też stoją. A także kościół z XVIII wieku, pałac i
pozostałości twierdzy, którą kilka lat temu ktoś podpalił.
Cudny, barokowy dom szachulcowy z 1787 roku.
Pomnik w postaci głowy T.G. Masaryka z 1948 roku. Postawiono go pół roku po
komunistycznym przewrocie i było to ostatnie upamiętnienie prezydenta w
północnych Czechach przed czterema dekadami przerwy. Następne powstały
dopiero po aksamitnej rewolucji, a i ten musiał być usunięty z powodu
"ideologicznych wątpliwości".
Po opuszczeniu Krompachu wjeżdżamy w mgłę, którą prognozowano od samego
rana. Momentami widoczność spada do kilkudziesięciu metrów.
Byłem pewien, że taka aura się utrzyma, ale nieoczekiwanie po kilku
kwadransach, na głównej szosie, chmury zostają w dole! Zdjęcia robiłem przez
szybę, więc nie są tak imponujące jak widok na żywo (zwłaszcza kolory), lecz
zapewniam, że aż krzyknąłem z zachwytu.
Ostatnia sesja zdjęciowa zanim zjedziemy w dół - zatrzymuję się na poboczu
przed wioską Veselé (Freudenberg). To pogranicze Gór Łużyckich,
Czeskiego Średniogórza i Gór Połabskich.
Kolejny odcinek naszego wyjazdu to dolina Łaby i już zupełnie inna historia
😉.






























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz