sobota, 31 stycznia 2026

W okolicach Gór Łużyckich: Ziitau, Oybin i Krompach

Jadąc w grudniu do Czech postanowiłem zajrzeć też na chwilę do Niemiec, a konkretnie do Saksonii, lub, jak kto woli, na Łużyce Górne. Po zjechaniu z autostrady A4 kierujemy się na południe wzdłuż Nysy Łużyckiej, po jej polskiej stronie. Już z daleka widać elektrownię Turów w Turoszowie (Türchau), z bliska zaś robi jeszcze większe, wręcz gigantyczne wrażenie.



Niezgodnie z prognozami na niebie króluje słońce, ale w oddali widać chmury przyczajone na terenach podgórskich. W pewnym momencie biała mgła podeszła aż do drogi i zatrzymała się na wale przeciwpowodziowym. Wyglądało to bardzo ciekawie, dwa światy walczyły ze sobą.


Główne przejście graniczne w Sieniawce (Kleinschönau) obstawione jest przez kilka wozów polskich pograniczników, ich niemieckich odpowiedników ledwo widać.
Granicę przekraczamy kawałek dalej, mniejszym mostem. Po niemieckiej stronie nikogo, po polskiej radiowóz i czający się mundurowi. Wbrew powszechnej opinii Niemcy nie zawiesili zasad Schengen - wprowadzili wyrywkowe kontrole, lecz cała granica pozostała otwarta. Zmieniła to dopiero Polska: na wniosek premiera zawieszono swobodny przepływ osób i wyznaczono listę miejsc, w których można zmieniać kraj. Znowu zdrowy rozsądek przegrał z polityką, bo realnych pożytków nie ma z tego żadnych.


Do Rzeszy wjeżdżamy z duszą na ramieniu; w końcu patriotyczne media non stop alarmują, że Niemiec tak naprawdę już nie ma, a migranci zrobili z tego kraju piekło. Na szczęście na początku nic złego się nie dzieje, napisałbym wręcz, że przedmieścia Zittau (Żytawa, łuż. Žitawa) sprawiają bardzo senne wrażenie.


Stojąc na światłach widzę dwie nitki torów kolejowych - u góry na wiadukcie biegnie normalna linia, na dole przecina drogę wąskotorówka, o której jeszcze wspomnę.


Starówkę Zittau już kiedyś zwiedzaliśmy, więc teraz kierujemy się na peryferia, a nawet poza miasto, do Olbersdorfu. W wiosce tej udajemy się na brzegi zbiornika Olbersdorfer See, na którego tle prezentują się Góry Żytawskie, będące niemiecką częścią Gór Łużyckich.



I nie tylko: zerkając w lewo widzę charakterystyczny kształt nadajnika - to górujący nad Libercem Ještěd, odległy od nas o ponad dwadzieścia kilometrów.



Olbersdorf to historia górnictwa. Na początku XIX wieku odkryto tu wielkie złoża węgla brunatnego, pierwszą kopalnię uruchomiono w 1810 roku. Jak niemal zawsze w przypadku tego surowca, było to wydobycie odkrywkowe i na tyle intensywne, że część wioski musiano przenieść w inne miejsce. O zakończeniu pracy kopalni zdecydował rząd NRD już po upadku komunizmu, a ostatecznie stało się to w 1991 roku. Ogromny dół kopalniany został zalany i w ten sposób powstało owe sztuczne, ale ładne jezioro.



W ciepłych miesiącach to bardzo popularny teren rekreacyjny: są tu plaże (jedna dla naturystów), kemping, sezonowe knajpki, dziesiątki ścieżek i szlaków. Woda, przynajmniej na brzegu, czyściuteńka.


Ciekawe ilu zagląda tu turystów z Czech i Polski? Napisy na wielu tabliczkach są w czterech językach.


Niektóre ławki raczej nie służą do siedzenia 😏.


O górnictwie przypominają ustawione wśród trawników elementy dawnych maszyn - na przykład te ogromne koło łopatkowe.


Kawałek dalej znajdziemy małą wystawkę związaną z wąskotorowymi kolejami górniczymi z regionu. Zobaczymy m.in. lokomotywę elektryczną LEW EL3 (niektóre z nich pracowały także w Polsce), lokomotywę spalinową o przydługiej nazwie Di 434-016-A3 oraz jednostronną wywrotkę.




Obok położono kilka nitek wąskich torów, które kończą się w stylizowanej kopalni oraz w garażu, przy którym chłop dłubie coś w wagoniku pasażerskim.



Granica pomiędzy Żytawą a Olbersdorfem biegnie między domami, bez tablic nie sposób byłoby ją zauważyć.


Na chwilę wracamy do tej pierwszej, bo chcę zajrzeć na pobliski dworzec kolejki wąskotorowej Zittau Vorstadt. Napisy na ścianach jak na archiwalnych zdjęciach ze Śląska.



Zittauer Schmalspurbahn to duża atrakcja turystyczna. Wąskotorówkę uruchomiono w 1890 roku, dwie odnogi prowadziły do położonych na skraju gór kurortów (Oybin i Jonsdorf), oddalonych o około dwanaście kilometrów. Pomimo różnych zawirowań dziejowych, które przetoczyły się przez Saksonię, działa nadal, a jedyną przerwę miała przez dwa tygodnie w maju 1945 roku. Co prawda po zjednoczeniu Niemiec rozmyślano nad jej przyszłością, ale władze uznały, że kolej jest tak cenna, iż należy ją utrzymać, zwłaszcza, że wagony niemal zawsze ciągną parowozy.
Stojąc na peronie słyszę gwizd, stukot kół i, ku mojej radości, od strony gór wtacza się skład z lokomotywą parową 99.731 na czele, rok produkcji 1928.




Pociąg staje w kłębach pary, wyskakuje facet w pomarańczowym ubraniu i stuka po kołach, a ja patrzę jak urzeczony. Musimy tu kiedyś powrócić i koniecznie się przejechać! Teraz w wagonach siedzi ledwie kilka osób, ale to kurs rozkładowy, więc frekwencja nie ma znaczenia.
Po minucie albo dwóch skład pomknął w stronę centrum.



Mkniemy dalej i my, lecz w odwrotną stronę, na południe. Jeszcze dzień wcześniej nie bardzo wiedziałem, co zobaczyć poza Żytawą, ale remont drogi na jednym z przejść granicznych z Czechami w naturalny sposób nakreślił dalsze kroki i w ten oto sposób udaliśmy się do Oybina.

Ta uzdrowiska miejscowość przycupnęła o stóp malowniczej, piaskowcowej góry Oybin, którą świetnie widać z parkingu (pierwsze pół godziny parkowania za darmo).


Najpierw idziemy zobaczyć dworzec wąskotorówki. Bardzo ładny kompleks budynków ceglano-murowanych plus plac zabaw w klimacie kolejowym.




Wysokość nad poziomem morza.


Potem wracamy na ulice u podnóża góry. Choć minęło południe, to atmosfera panuje bardzo senna. Jak to w uzdrowisku, wśród zabudowy kręcą się głównie seniorzy. Mijamy kilka budek jarmarku adwentowego, ale wszystkie jeszcze zamknięte, podobnie jak większość lokali i sklepów. Chcieliśmy kupić jakąś pamiątkę lub coś do jedzenia, ale obeszliśmy się smakiem, bo nigdzie nie przyjmowali kart, a w kieszeni mieliśmy tylko kilka euro.


Góra Oybin to nie tylko skały, lecz także spore ruiny zamku i klasztoru. Zdecydowanie musimy tu zajrzeć jeszcze raz z zapasem czasowym.


Architektura naprawdę może się podobać: szachulcowe domy, barokowy "kościół górski" z pięknym wyposażeniem. Niestety, oczywiście zamknięty na cztery spusty, więc ograniczamy się tylko do podejścia pod drzwi.



Widok na dachy.


I jeszcze raz ogólny panorama centrum z nowszymi budynkami urzędu gminy.


O ile zaparkować można na chwilę bez wydawania pieniędzy, to pójść za potrzebą już nie - jak to zwykle w Niemczech bywa, wszystkie publiczne szalety są płatne. Ponieważ mamy tylko jedną pięćdziesięciocentówkę, więc otwieram Teresie drzwi części damskiej, a sam rozglądam się za krzakami. Na szczęście nie musiałem, bo pewien starszy Niemiec, po otworzeniu męskiego kibla, zaprosił do wizyty 😏.
Na zdjęciu przystanek autobusowy z toaletami, ale zamkniętymi.


Jedziemy dalej i jeszcze wyżej. Na chwilę zatrzymuję się w wiosce Hain. Z parkingu widać wieżę widokową na jednym ze szczytów Hochwaldu (Hvozd); na drugim znajduje się restauracja i biegnie przez nią granica.



Wkrótce i my wjeżdżamy do Republiki Czeskiej boczną, pustą drogą.



Pierwszą górską wioską po czeskiej stronie jest Krompach (Krombach, Krummbach). Kiedyś liczący ponad tysiąc mieszkańców, dziś niecałych dwustu. W przysiółku Valy (Schanzendorf) zachwycam się kolejnymi starymi domami. Jako ciekawostkę historyczną dodam, że nazwa w obu językach nawiązuje do szańców/wałów powstałych w okolicy w czasie wojny o sukcesję bawarską (1778-1779).




W środkowej części wioski zabytkowe chałupy też stoją. A także kościół z XVIII wieku, pałac i pozostałości twierdzy, którą kilka lat temu ktoś podpalił.




Cudny, barokowy dom szachulcowy z 1787 roku.



Pomnik w postaci głowy T.G. Masaryka z 1948 roku. Postawiono go pół roku po komunistycznym przewrocie i było to ostatnie upamiętnienie prezydenta w północnych Czechach przed czterema dekadami przerwy. Następne powstały dopiero po aksamitnej rewolucji, a i ten musiał być usunięty z powodu "ideologicznych wątpliwości".


Po opuszczeniu Krompachu wjeżdżamy w mgłę, którą prognozowano od samego rana. Momentami widoczność spada do kilkudziesięciu metrów.



Byłem pewien, że taka aura się utrzyma, ale nieoczekiwanie po kilku kwadransach, na głównej szosie, chmury zostają w dole! Zdjęcia robiłem przez szybę, więc nie są tak imponujące jak widok na żywo (zwłaszcza kolory), lecz zapewniam, że aż krzyknąłem z zachwytu.



Ostatnia sesja zdjęciowa zanim zjedziemy w dół - zatrzymuję się na poboczu przed wioską Veselé (Freudenberg). To pogranicze Gór Łużyckich, Czeskiego Średniogórza i Gór Połabskich.





Kolejny odcinek naszego wyjazdu to dolina Łaby i już zupełnie inna historia 😉.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz