środa, 21 stycznia 2026

W wigilię sylwestra na Biskupią Kopę

Nie sądziłem, że w starym 2025 roku pojadę jeszcze w góry, ale w wigilię sylwestra nie wytrzymałem i ruszyłem w stronę Kopy Biskupiej. Pierwsze dokładniejsze spojrzenie padło jak zwykle z pól przed Prudnikiem. Widać, że jest szansa na odrobinę śniegu.


Kolejne z bocznej drogi między Charbielinem a Jarnołtówkiem. Z tego ujęcia Kopa wygląda nawet ciut groźnie.


Wzgórze Czapka (Hutberg), stały element panoramy z Kopy, teraz oglądane z niskiego poziomu.


Zanim wskoczę na szlak, to jeszcze wizyta w Zlatych Horach (Zuckmantel). O ile na otwartej przestrzeni śniegu nie ma za dużo, o tyle w miejscowości atmosfera zrobiła się zimowa.



Jeśli ktoś zna miasto, to wie, że na głównej ulicy są dwie knajpy dla piwoszy, oddalone od siebie o jakieś... kilkanaście metrów. Z polskiego punktu widzenia to niewiarygodne, że w tak niedużej miejscowości obie są w stanie funkcjonować tuż obok siebie i dzielić się klientami. 


Kiedyś chodziłem głównie do hostinca Koruna - klasyczne wnętrza z kolumnami, zapachem lekko skiśniętego piwa i cycatymi, wesołymi kelnerkami. Niestety, jakiś czas temu lokal przejęli Azjaci i zamienili w hybrydę baru z tanim dalekowschodnim jedzeniem ze spelunką. Nadal przychodzą tu zlatohorskie dziadki poczytać gazetę, pograć w karty i napić się piwa ze znajomymi, ale to już nie to samo. Wnętrza przemeblowano, człowiek jest cały czas pod czujnym wzrokiem skośnookich spojrzeń, na ścianach wiszą kolorowe tablice z cenami za Bún Mắm, a ze smartfonów słychać kłótnie rodem z Hanoi. 


Drugi lokal to Pivní bar Lyra i tam epokowych zmian nie odnotowano. To jednak ciut inny typ knajpy: o ile w Korunie dominują osobnicy w wieku 60 plus, to tutaj 30 plus, tak więc klientela ma wybór w zależności od wieku i... wykonywanego zawodu. W Lyrze siedzi sporo pracowników fizycznych, jeden głośno narzeka, że musi jechać jeszcze do Polski po jakąś pierdołę.
Cenowo obie knajpy trzymają ten sam poziom.


Po napojeniu się zabieram z samochodu plecak i kijki (świeży prezent od Dzieciątka). Tym razem zamierzam pójść na Bischoffskoppe trochę dookoła, bo szlakami żółtym i niebieskim. Do tej pory tylko nimi schodziłem.


Przechodzę przez Rožmitál (Rosenthal), podziwiając na horyzoncie Góry Rychlebskie.



Na drodze są ślady, które początkowo wziąłem za narciarskie, ale to samochody tędy jechały.


Panorama z Czapką.


Zakaz wstępu za słup?


Jest pięknie i pusto, żadnych innych ludzi.


W pewnym momencie żółty krzyżuje się z niebieskim, który prowadzi bezpośrednio na szczyt, ale ja postanawiam trzymać się nadal żółtego, który robi pętlę wzdłuż granicy. Tym odcinkiem jeszcze nigdy nie szedłem. I... nic nie straciłem 😏.
Najpierw mijam oddalony od cywilizacji ośrodek wypoczynkowy. Ponoć działa cały rok i faktycznie z komina leci dym.


Potem dochodzę do granicy, którą - oprócz standardowych słupków - wyznaczają też niskie murki z ułożonych kamieni.


Szlak ponownie dochodzi do niebieskiego i stwierdzam, że jest zupełnie bezsensowny, właściwie nie wiadomo, po co nim iść. Cóż, spróbowałem i raczej nie będę powtarzał tej czynności.
Tymczasem na podejściu pojawia się trochę widoków: oczywiście na Czapkę ale też na Zbiornik Nyski, zakład produkcji etanolu w Goświnowicach i Wzgórza Niemczańsko-Strzelińskie.



Z góry chodzi grupka Czechów. Jedyni turyści, jakich spotkałem na podejściu.

Przybywa chmur, widoki stają się bardziej mroczne...



...ale słońce nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.



Dojście na Kopę Biskupią zajęło mi dwie godziny, bez kwadransa. Wieża, o dziwo, jest otwarta mimo, że to nie weekend, ale rezygnuję z wejścia. Obok niej kręci się całkiem sporo osób, które próbują schować się przed wiejącym tu silnym wiatrem, ale nie bardzo jest gdzie.
Prawdziwe tłumy zjawią się tutaj jutro, świętowanie Nowego Roku na szczycie to wieloletnia tradycja.


Kręcę się, próbując zrobić zdjęcie wieży bez ruin niedokończonego schroniska. Częściowo udaje się to spod krzyża...


...a nawet, gdy łapią się te gołe ściany, to w połączeniu z doświetleniem i ciemnymi chmurami w tle całość wygląda całkiem ładnie.




Na wysokości prawie 900 metrów białego puchu jest nieco więcej niż na dole, więc można poczuć zimę.



Zerkam na południe: Beskid Śląsko-Morawski jest widoczny, więc ponad setka kilometrów pyknęła.


Mija mnie trzyosobowa rodzinka, w której facet ubrany jest jedynie w bieliznę, buty, rękawiczki i czapkę. Morsowanie na sucho dotarło i w Opawskie. Ktoś inny trzęsie się na ten widok z zimna, a jeszcze inny komentuje:
- A dziwiłeś się, że mi za ciepło w kurtce?

Zaczynam schodzić w stronę schroniska, bo wiatr się wzmaga i czuję, że dojdzie do zmiany pogody. 


W schronisku Górnoślązaków ciasno i tłumnie. Lustrując menu, które przyklejono też na zewnątrz, podsłuchuję rozmowę pewnej grupy.
- Popatrzcie na te ceny piwa! - wołają. - Siedemnaście złotych, dwadzieścia dwa złote?! Chodźcie, kupimy sobie na szczycie.
- Z tym będzie problem - wtrącam się. - Tam już nie ma gdzie kupić.
- Jak to? Zawsze sprzedawał tam piwo taki starszy pan pod wieżą.
- Zmarł kilka miesięcy temu, nikt nie przejął interesu.
- O kurde, to dobrze, że nam powiedziałeś, bo byśmy się nadziali!
Uratowałem ludzi od chodzenia o suchym pysku i wbijam do środka w nadziei rozgrzania się. Jadalnia jak zwykle jest chłodna i duża ilość turystów tego nie zmienia. Może zupa mnie rozgrzeje?
- Mamy tylko pomidorową i barszcz ukraiński - wzrusza ramionami chłop zza baru. Większości innych pozycji także brak. Decyduję się na pomidorową. Czekam na nią... prawie czterdzieści minut. I to w momencie, kiedy kolejka chętnych do konsumpcji wyraźnie się skróciła.


Po wyjściu nie widać już nawet fragmentu niebieskiego nieba. Jeszcze w dole można dostrzec Głuchołazy, ale nadchodzące chmury szybko je zakrywają. Patrzę w górę i to ostatni moment, gdy widoczna jest wieża na Biskupiej Kopie.


Zaraz potem nadciąga wielka śnieżyca, widoczność gwałtowanie spada. Teraz cieszę się, że wcześniej nie napadało więcej śniegu, a pętla Wolfa to szeroka leśna droga, bo wyraźnie widać, gdzie iść.



Wali śniegiem tak, że momentami nic nie widzę. Uspokaja się dopiero, gdy wchodzę na zielony szlak w stronę Zlatych Hor. Im niżej, tym mniej pada, potem całkowicie przestaje. 
W lesie spotykam jedynego turystę, starszego Czecha, który sika obok ścieżki. Specjalnie zwolniłem i stukałem kijkami po drzewach, aby zdążył załatwić swoją sprawę, a i tak dorwałem go z przyrodzeniem w ręku.
- Ups - skomentował z miną sugerującą zadowolenie.

Na polanie przed kaplicą św. Rocha widać, że szczyt nadal jest w chmurze, podobnie jak inne, okoliczne.



Kaplica jak zwykle sprawia dość ponure wrażenie.


Do Zlatych Hor schodzę trochę na dziko, idąc równolegle zboczem wzdłuż drogi. W zapadającym zmierzchu mijam hotel Thamm, lodowisko i dworzec autobusowy. Śniegu jest wyraźnie więcej niż w południe.




Samochód czeka obok obu spelunek. Ich klientela nieustannie wychodzi na chodnik sobie zapalić.


Powrót do domu odbywa się częściowo w zamieci. Idealne zakończenie górskiego roku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz