Nie sądziłem, że w starym 2025 roku pojadę jeszcze w góry, ale w wigilię
sylwestra nie wytrzymałem i ruszyłem w stronę Kopy Biskupiej. Pierwsze
dokładniejsze spojrzenie padło jak zwykle z pól przed Prudnikiem. Widać, że
jest szansa na odrobinę śniegu.
Kolejne z bocznej drogi między Charbielinem a Jarnołtówkiem. Z tego ujęcia
Kopa wygląda nawet ciut groźnie.
Wzgórze Czapka (Hutberg), stały element panoramy z Kopy, teraz oglądane
z niskiego poziomu.
Zanim wskoczę na szlak, to jeszcze wizyta w Zlatych Horach (Zuckmantel). O
ile na otwartej przestrzeni śniegu nie ma za dużo, o tyle w miejscowości
atmosfera zrobiła się zimowa.
Jeśli ktoś zna miasto, to wie, że na głównej ulicy są dwie knajpy dla piwoszy,
oddalone od siebie o jakieś... kilkanaście metrów. Z polskiego punktu widzenia
to niewiarygodne, że w tak niedużej miejscowości obie są w stanie funkcjonować tuż obok siebie i dzielić się klientami.
Kiedyś chodziłem głównie do hostinca Koruna - klasyczne wnętrza z
kolumnami, zapachem lekko skiśniętego piwa i cycatymi, wesołymi kelnerkami.
Niestety, jakiś czas temu lokal przejęli Azjaci i zamienili w hybrydę baru z
tanim dalekowschodnim jedzeniem ze spelunką. Nadal przychodzą tu zlatohorskie dziadki poczytać gazetę, pograć w karty i napić się piwa ze
znajomymi, ale to już nie to samo. Wnętrza przemeblowano, człowiek jest cały
czas pod czujnym wzrokiem skośnookich spojrzeń, na ścianach wiszą kolorowe
tablice z cenami za Bún Mắm, a ze smartfonów słychać kłótnie rodem
z Hanoi.
Drugi lokal to Pivní bar Lyra i tam epokowych zmian nie
odnotowano. To jednak ciut inny typ knajpy: o ile w
Korunie dominują osobnicy w wieku 60 plus, to tutaj 30 plus, tak
więc klientela ma wybór w zależności od wieku i... wykonywanego zawodu. W
Lyrze siedzi sporo pracowników fizycznych, jeden głośno narzeka, że
musi jechać jeszcze do Polski po jakąś pierdołę.
Cenowo obie knajpy trzymają ten sam poziom.
Po napojeniu się zabieram z samochodu plecak i kijki (świeży prezent od
Dzieciątka). Tym razem zamierzam pójść na Bischoffskoppe trochę dookoła, bo
szlakami żółtym i
niebieskim. Do tej pory tylko nimi
schodziłem.
Przechodzę przez Rožmitál (Rosenthal), podziwiając na horyzoncie Góry
Rychlebskie.
Na drodze są ślady, które początkowo wziąłem za narciarskie, ale to samochody
tędy jechały.
Panorama z Czapką.
Zakaz wstępu za słup?
Jest pięknie i pusto, żadnych innych ludzi.
W pewnym momencie żółty krzyżuje się z
niebieskim, który prowadzi bezpośrednio
na szczyt, ale ja postanawiam trzymać się nadal
żółtego, który robi pętlę wzdłuż granicy.
Tym odcinkiem jeszcze nigdy nie szedłem. I... nic nie straciłem 😏.
Najpierw mijam oddalony od cywilizacji ośrodek wypoczynkowy. Ponoć działa cały
rok i faktycznie z komina leci dym.
Potem dochodzę do granicy, którą - oprócz standardowych słupków - wyznaczają
też niskie murki z ułożonych kamieni.
Szlak ponownie dochodzi do niebieskiego i
stwierdzam, że jest zupełnie bezsensowny, właściwie nie wiadomo, po co nim
iść. Cóż, spróbowałem i raczej nie będę powtarzał tej czynności.
Tymczasem na podejściu pojawia się trochę widoków: oczywiście na Czapkę ale
też na Zbiornik Nyski, zakład produkcji etanolu w Goświnowicach i Wzgórza
Niemczańsko-Strzelińskie.
Z góry chodzi grupka Czechów. Jedyni turyści, jakich spotkałem na podejściu.
Przybywa chmur, widoki stają się bardziej mroczne...
...ale słońce nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.
Dojście na Kopę Biskupią zajęło mi dwie godziny, bez kwadransa. Wieża,
o dziwo, jest otwarta mimo, że to nie weekend, ale rezygnuję z wejścia. Obok
niej kręci się całkiem sporo osób, które próbują schować się przed wiejącym tu
silnym wiatrem, ale nie bardzo jest gdzie.
Prawdziwe tłumy zjawią się tutaj jutro, świętowanie Nowego Roku na szczycie to wieloletnia tradycja.
Kręcę się, próbując zrobić zdjęcie wieży bez ruin niedokończonego schroniska.
Częściowo udaje się to spod krzyża...
...a nawet, gdy łapią się te gołe ściany, to w połączeniu z doświetleniem i
ciemnymi chmurami w tle całość wygląda całkiem ładnie.
Na wysokości prawie 900 metrów białego puchu jest nieco więcej niż na dole,
więc można poczuć zimę.
Zerkam na południe: Beskid Śląsko-Morawski jest widoczny, więc ponad setka
kilometrów pyknęła.
Mija mnie trzyosobowa rodzinka, w której facet ubrany jest jedynie w bieliznę,
buty, rękawiczki i czapkę. Morsowanie na sucho dotarło i w Opawskie. Ktoś inny
trzęsie się na ten widok z zimna, a jeszcze inny komentuje:
- A dziwiłeś się, że mi za ciepło w kurtce?
Zaczynam schodzić w stronę schroniska, bo wiatr się wzmaga i czuję,
że dojdzie do zmiany pogody.
W schronisku Górnoślązaków ciasno i tłumnie. Lustrując menu, które
przyklejono też na zewnątrz, podsłuchuję rozmowę pewnej grupy.
- Popatrzcie na te ceny piwa! - wołają. - Siedemnaście złotych, dwadzieścia
dwa złote?! Chodźcie, kupimy sobie na szczycie.
- Z tym będzie problem - wtrącam się. - Tam już nie ma gdzie kupić.
- Jak to? Zawsze sprzedawał tam piwo taki starszy pan pod wieżą.
- Zmarł kilka miesięcy temu, nikt nie przejął interesu.
- O kurde, to dobrze, że nam powiedziałeś, bo byśmy się nadziali!
Uratowałem ludzi od chodzenia o suchym pysku i wbijam do środka w nadziei
rozgrzania się. Jadalnia jak zwykle jest chłodna i duża ilość turystów tego
nie zmienia. Może zupa mnie rozgrzeje?
- Mamy tylko pomidorową i barszcz ukraiński - wzrusza ramionami chłop zza
baru. Większości innych pozycji także brak. Decyduję się na pomidorową. Czekam
na nią... prawie czterdzieści minut. I to w momencie, kiedy kolejka chętnych
do konsumpcji wyraźnie się skróciła.
Po wyjściu nie widać już nawet fragmentu niebieskiego nieba. Jeszcze w dole
można dostrzec Głuchołazy, ale nadchodzące chmury szybko je zakrywają. Patrzę
w górę i to ostatni moment, gdy widoczna jest wieża na Biskupiej Kopie.
Zaraz potem nadciąga wielka śnieżyca, widoczność gwałtowanie spada. Teraz cieszę się, że wcześniej nie napadało więcej śniegu, a pętla Wolfa to szeroka leśna droga, bo wyraźnie widać, gdzie iść.
Wali śniegiem tak, że momentami nic nie widzę. Uspokaja się dopiero, gdy wchodzę na zielony szlak w stronę Zlatych Hor. Im niżej, tym mniej pada, potem całkowicie przestaje.
W lesie spotykam jedynego turystę, starszego Czecha, który sika obok ścieżki.
Specjalnie zwolniłem i stukałem kijkami po drzewach, aby zdążył załatwić swoją
sprawę, a i tak dorwałem go z przyrodzeniem w ręku.
- Ups - skomentował z miną sugerującą zadowolenie.
Na polanie przed kaplicą św. Rocha widać, że szczyt nadal jest w chmurze,
podobnie jak inne, okoliczne.
Kaplica jak zwykle sprawia dość ponure wrażenie.
Do Zlatych Hor schodzę trochę na dziko, idąc równolegle zboczem wzdłuż drogi.
W zapadającym zmierzchu mijam hotel Thamm, lodowisko i dworzec
autobusowy. Śniegu jest wyraźnie więcej niż w południe.
Samochód czeka obok obu spelunek. Ich klientela nieustannie wychodzi na
chodnik sobie zapalić.
Powrót do domu odbywa się częściowo w zamieci. Idealne zakończenie
górskiego roku.












































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz