sobota, 12 września 2026

Beskid Żywiecki: Przegibek i Przysłop Potócki

Na początku sierpnia po raz kolejny w te wakacje wybrałem się w Beskid Żywiecki, a po raz pierwszy w historii podróż kolejową zacząłem w Żorach. Od niedawna Żory mają całkiem niezłe połączenie w pasma beskidzkie najbliższe "czarnego" Śląska: w podobnym czasie kursują rano dwa pociągi przyspieszone. Pierwszy to "Malinka" z Wrocławia, którym jechałem miesiąc wcześniej do Wisły Głębce, a drugi to "Salmopol" z Gliwic. O ile w pierwszym przypadku nazwa nawiązuje do trasy, to nie do końca wiem, co wspólnego ma Salmopol z linią do Zwardonia, ale Koleje Śląskie już nie raz dowiodły, że znajomość geografii górskiej mają dość słabą 😏.

W pociągu dominują emeryci udający się na jednodniową wycieczkę, bo dziś niedziela. Na żorskim peronie doszło nawet do krótkiej kłótni pomiędzy kilkoma paniami, które nie ustaliły, gdzie chcą wysiadać. Ja mam plan dokładnie sprecyzowany - wychodzę w Rajczy Centrum razem z kilkoma rowerzystami.


Niestety, o ile sobota była przez większość dnia ciepła i słoneczna, to po wieczornych silnych opadach niedziela okazuje się całkowicie zachmurzona i chłodna. Dodatkowo w Rajczy mam ponad dwie godziny czekania na busa, ale czas ten spędzam przyjemnie na spotkaniu z Turystykonem (Radkiem) 😊. Poszwendaliśmy się trochę po mieście, obgadaliśmy lokalnych polityków, odwiedziliśmy dwie knajpy (w jednej z nich wzięto mnie za obsługę), a w końcu po trzynastej wsiadłem do busika.


Dojeżdżam do Rycerki Kolonii jako jedyny pasażer i chyba po raz pierwszy wysiadam na ostatnim przystanku - zazwyczaj wychodziłem koło sklepu. W Rycerce pogoda bez zmian - niskie chmury i dość chłodno, więc bez marudzenia włażę w dolinę Rycerskiego Potoku, wzdłuż którego biegnie żółty szlak na Wielką Raczę. Menażerię w niektórych gospodarstwach mają tu rozmaitą.


Z góry schodzi sporo osób, niektórzy hałasują dzwoneczkami na niedźwiedzie, antymisiowa histeria przynosi efekty. Przemykam koło zawalonego parkingu, w bufecie ze słodyczami liżę loda i skręcam w dolinę potoku Śrubita. Rok temu szedłem wzdłuż niego przez rezerwat, teraz wybieram drugą stronę, aby leśną ścieżką dojść na Halę Śrubita. Widoki blade.



Z hali są ładne panoramy, ale dziś oczywiście ich nie zobaczę, muszą wystarczyć mi najbliższe drzewa.



Wkrótce pojawiają się oznaczenia czerwonego szlaku, a ja skręcam w lewo, czyli na wschód, w stronę celu opisanego na sfatygowanej tabliczce.


Województwo śląskie nie mogło zaniedbać autopromocji i powbijało do wielu drzew tabliczki informujące, że to ono finansowało szlak. Czy naprawdę nie można było ich umieścić w innych miejscach??


Mimo pochmurnej pogody ludzie są, w końcu dzień święty. Już na bezszlakowej ścieżce do hali spotkałem dwie grupki idące z naprzeciwka, a na szlaku granicznym w tę samą stronę co ja podąża co najmniej dziesięć osób, w drugą też kilka drepta plus trzech rowerzystów.


Wydaje się, że cały świat został zajęty przez chmury, lecz to tylko pozory: w jednym miejscu wchodzę kawałek na słowacką stronę i okazuje się, że u Słowaków coś widać i jest  nawet kawałek niebieskiego nieba!



Zakładając, że odsłonięte niebo to nie zasługa słowackich polityków, taki obrazek daje nadzieję na poprawę i w Polsce, zresztą niektóre prognozy zapowiadały zanik zachmurzenia wraz z kolejnymi godzinami. Pytanie tylko, czy do tego dojdzie przed zmrokiem?

Robię sobie odpoczynek przy szczycie Kikula/Kykula, gdzie mija mnie jedna z turystycznych grup, w której skład wchodzą rodzice i dzieci. Te drugie mają wyraźnie dość.
- Co się tak wleczecie?! - takie pytanie pada kilka razy.
- Tato, tato, jak daleko jeszcze?
- Nie wiem, nie mam zasięgu!
Sprytna odpowiedź.


Na jednej z przecinek widać przetaczające się po Worku Raczańskim chmury i nieśmiało próbujące przebijać się słońce. A więc jednak jest walka!



Tę bitwę wygrywają chmury, bo przełęcz Przegibek jest cała w mleku. Obecność przełęczy było słychać od dawna, bowiem po lesie niosły się odgłosy mszy odprawianej w kapliczce. Potem na łąkach słychać odgłosy ze schroniska, ale go nie widać.


Budynku schroniskowego w pierwszej chwili nie poznałem! Myślałem, że ktoś postawił kolejny dom na przełęczy, a okazało się, że obiekt PTTK przeszedł z zewnątrz kompleksowy remont! Lśni się jak psu jajca i wygląda jak pensjonat, lecz i tak o niebo lepiej niż "nowa" Wielka Racza, która po remoncie kompletnie straciła wszelki rys górskiej architektury! Zastanawiam się tylko, po co odgrodzono ten kawałek ziemi - czyżby chcieli tam zasiać trawę, po której nikt nie ma chodzić??


Przy schronisku kilka osób, ale szybko się zbierają i zostaję prawie sam. Prawie, gdyż przez jakiś czas na ławeczce siedzi jedna babka, a w środku pewien facet chwali jedzenie i darmowy wrzątek, więc być może nocuje. Na obiad zamawiam piwo i żurek, który ciężko całkowicie zepsuć i wcinam go słuchając rozmów z kuchni, których motywem przewodnim jest kwestia "jak zbrandzlować pieczarki".


Zasiedziałem się godzinę naiwnie licząc, że coś zacznie się przejaśniać. Kiedy jednak ruszyłem szlakiem na Bendoszkę Wielką, to faktycznie odsłania się niebo.


Mijam się z dwójką ostatnich turystów i co chwilę odwracam się za siebie. Chmury na chwilę osłabły, pojawiły się szczyty kilku okolicznych górek, a także nieśmiertelna Mała Fatra z Rozsutcem, która zawsze była charakterystyczna dla widoków z tej okolicy.



Nie trwało to jednak długo - na szczycie Bendoszki tylko przez kilka minut było coś widać, potem ponownie Fatra została zasłonięta.


Ponieważ z tego punktu nigdzie mi się już nie spieszy, to rozkładam się we wiacie pod krzyżem i z piwem w ręku obserwuję otaczający mnie spektakl. Momentami wyglądało to ładnie i tajemniczo.




Po prawie trzech kwadransach ruszam dalej. Zrobił się klimacik.




Chmury w końcu zaczynają wyraźnie ustępować, a mnie dopada ten szczególny rodzaj radości, który występuje w wieczornej porze na szlaku, gdy góry powoli kładą się spać.


Punktualnie o dwudziestej przed moimi oczami pojawiają się zabudowania bazy namiotowej na Przysłopie Potóckim. Słychać, że nie będę tu jedynym turystą, co mnie cieszy. Sama baza to mój ulubiony obiekt tego rodzaju w Beskidach Zachodnich - zawsze mam wrażenie, że panuje tutaj taki przyjemny spokój i wolność od wszelkich trosk.


Nigdy nie zdarzyło mi się tu spotkać tłumów, ale ponoć wczoraj - w sobotę - zajęte były wszystkie namioty. Ja swojego nie targałem, bo zabrałem z domu tylko średni plecak, pewnie bym się i tak gdzieś wcisnął, ale takie historie nadkompletu zdarzają się na Przysłopie bardzo rzadko. Dzisiaj,   oprócz sympatycznej bazowej i trzech jej dziewczyn (niektóre przyszywane), jest także kilkuosobowa rodzina oraz Artur, który jeździ na bazę od momentu jej powstania, czyli dokładnie od dwudziestu lat.


Nowością jest nowa wiata oraz bytujący po sąsiedzki pasterze ze stadem. Zawsze siedzieli oni wyżej, pod Bendoszką, a w tym roku widziałem tylko nieliczne kupy i dziwiłem się, gdzie ich wywiało. Tymczasem wszyscy wylądowali zaraz obok bazy, gdzie mają swoją bacówkę. Pasterzami są oczywiście Ukraińcy, którzy znowu zabrali pracę biednym góralom z Żywiecczyzny - ojciec z żoną i dorosłym synem. Panowie dbają o zwierzęta wrzeszcząc na nie i klnąc w niebogłosy, pani podchodzi do kopytnych ze stoickim spokojem i praktycznie nie podnosi głosu podczas wypasania. Zgadnijcie, kto był bardziej skuteczny? 😛


Tymczasem natura postanowiła się zrehabilitować za całodzienną szarówkę i na sam koniec zafundowała wieczorne kolory.





Nasycony kolorami, wymyty pod prysznicem wodą ze źródełka, przysiadam się do świeżo rozpalonego ogniska, wrzucam swoje wuszty na ruszt. Pomiędzy nami leżą dwa psy pasterskie bardzo przyjacielsko nastawione do ludzi, ale jednocześnie bardzo czujne i od razu reagujące na każdy podejrzany odgłos. Niewątpliwie w pobliżu kręcą się jakieś zwierzęta, pewnie lisy lub sarny, bo po zmroku kilkukrotnie było słychać, jak psy je odpędzały.

Przy dźwiękach trzaskającego ogniska rozmawiamy sobie o czechosłowackich bajkach, nauce języków przy pomocy Duo lingo, dziwnych dziecięcych piosenkach, o tym kto się bardziej połamał, a wreszcie o abstynenckich bazach namiotowych. Przysłop na szczęście nie należy do tego szacownego grona, więc gdy zostaję sam z Arturem, to częstuję go przytarganą z domu grejpfrutową flaszeczką. Do namiotu (mogłem sobie wybrać, który najbardziej mi się podoba) kładę się przed północą.


A w poniedziałkowy poranek tak jak się spodziewałem: piękna pogoda z bezchmurnym niebem! Fajnie, tylko dlaczego wtedy, kiedy człowiek musi już wracać do domu??



Ponownie zostaje rozpalone ognisko, więc przez chwilę wędzę się w delikatnym dymie. Tymczasem obok bazy przewala się ukraińskie stado, a niektóre zwierzaki próbują nawet zeżreć namioty. Jest też jeden wielki, złośliwy kozioł, który ponoć lubi coś rozwalić.



Tylko ja dziś wracam do domu. Bazowa, wiadomo, zostaje do końca tygodnia, Artur na dzień albo dwa, a rodzinka z dziećmi siedzi tu dłużej i penetruje okolicę. Tata z synem właśnie zabierają rowery, aby pojechać na... Wielką Raczę. Bez napędu elektrycznego, tylko siłą nóg, jak pan Bóg nakazał. 
Zastanawiałem się wcześniej jaką trasą schodzić w doliny - gdyby były pochmurno, to pewnie użyłbym najkrótszej leśnej drogi na przystanek do Rycerki Kolonii, ale przy takiej aurze bez namysłu walę na Bendoszkę Wielką.


Podejście jak zwykle niemal doprowadza mnie do zawału serca, ale widoczki z góry wynagradzają wysiłek. Polana szczytowa to fajne miejsce na gapienie się na Wielką Raczę.


Widok na doliny, którymi szedłem wczoraj, a powyżej hala na Małej Raczy.


Jest też hala Śrubita i zarys słowackich gór.


Przy bazie mijałem się z jedną migdalącą się parą, która rychło gdzieś skręciła, poza tym cała okolica tylko dla mnie.




Bendoszka i Rozsutec.



Wydawało mi się, że trasa z bazy do Rycerki Dolnej to długi odcinek, bo jak kiedyś nim wchodziłem, to strasznie dał mi w kość. W rzeczywistości to jednak ledwie około siedmiu kilometrów i to nie odległość, ale cholernie strome podejście (a teraz zejście) jest męczące. Byłem zatem mocno zdziwiony, gdy dość szybko znalazłem się przy pierwszych domach.


To już nie te stare dobre beskidzkie wioski, co kiedyś, teraz wszędzie solar solara solarem pogania!


Przekraczam Rycerkę, czyli potok, bo tutejsze nazwy są niezbyt skomplikowane, po czym idę w stronę centrum Rycerki Dolnej. Stwierdzam, że w takiej sytuacji uda mi się zdążyć na wcześniejszy pociąg z Rajczy. Dodatkowo spróbuję łapać stopa, choć ruch tutaj mizerny...


Jedzie auto i dodaje gazu na mój widok. Podobnie drugie. Trudno. Po chwili widzę busika i też macham, a ten staje. Okazuje się, że złapałem stopa "komercyjnego". To pojazd regularnej komunikacji powiatowej, ale kierowca zatrzymał się niezależnie od przystanku.
- Jedzie pan do Rajczy?
- Ostatecznie tak.
Najpierw kieruje się do Rycerki Kolonii, czyli dokładnie tam, gdzie zszedłbym najkrótszą ścieżką z bazy. Chciałem jednak zrobić jakieś zakupy, więc pytam się, czy wysadzi mnie w Kolonii pod sklepem.
- Mam lepszy pomysł - mówi. - Wysadzę pana przy najbliższych delikatesach i będzie pan miał pół godziny, jak będę wracał, to proszę machać na chodniku, a się zatrzymam.
Genialny pomysł! Nie dość, że skasował mnie za krótszy kurs, to jeszcze mogłem kupić kilka rzeczy, usiąść na chwilę na zasyfionym brzegu Rycerskiego Potoku i napić się chłodnego radlera, po czym zabrał mnie z powrotem. A na koniec wysadził nie na przystanku, ale na skrzyżowaniu najbliższym dworca kolejowego! Są jeszcze tacy ludzie...


Wizyta w Żywieckim była krótka, ale bardzo przyjemna. W Worek Raczański zawsze chętnie wracam, a szczególnie na Przysłop Potócki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz