Ostatni raz na dłuższej wycieczce rowerowej byłem jesienią, więc gdy nastał
czerwiec, to uznałem, że znowu pora ruszyć się na prowincję województwa
opolskiego (oczywiście zakładając, że całe województwo nie jest prowincją 😏).
Podobnie jak w ubiegłym roku wybieram jego południowo-zachodnią
część, czyli głównie powiat nyski. Jednym z powodów tego kierunku jest dla
mnie możliwość łatwego dojazdu pociągiem - tym razem wychodzę na przystanku w
wiosce Mańkowice (Mannsdorf).
Punktem docelowym dzisiejszego dnia ma być Nysa i gdybym się bardzo śpieszył,
to dopedałowałbym do niej dość szybko, bo w linii prostej dzieli mnie od niej
dziesięć kilometrów. Plan jest jednak zupełnie inny - chcę zahaczyć o całą
garść małych miejscowości i zrobić znacznie dłuższą trasę od południa. Będzie
zatem wiele zdjęć kościołów, kapliczek i starych domów 😏. Mańkowice oferują
wszystkie te trzy elementy!
Tutejszy kościół św. Mateusza mógł zostać wybudowany albo w XIII albo w XIV albo w XVI
wieku, bo wszystkie te stulecia są wymieniane w internetach. Na pewno
przebudowano go w stylu barokowym. Zaglądam do środka, ale przez kratę widać
niewiele. Zaglądam też na przyświątynny cmentarz i znajduję kilka
przedwojennych grobów, w tym gospodarzy aus Klein Warthe, czyli z
Bardna, przysiółka Mańkowic.
Niedaleko kościoła znajdowała się kiedyś knajpka albo sklep z zadaszoną
werandą. Nie mógł zostać zamknięty bardzo dawno, bo szyld koncernowego browaru
jest jeszcze całkiem wyraźny. Niestety, obecnie lokal z piwem na śląskiej wsi
to niesłychanie rzadki przypadek.
Wracam się do przystanku kolejowego, mijając kilka sypiących się domów oraz
kapliczkę św. Barnaby z niemieckim napisem.
Przekraczam tory i cisnę na południe przyjemną polną drogą. Na horyzoncie już
od początku widać zarys Gór Opawskich - do Biskupiej Kopy mamy stąd dwadzieścia
pięć kilometrów.
W przeciwieństwie do wycieczek rowerowych z ubiegłego roku tym razem jest
ciepło, momentami wręcz upalnie. Co jakiś czas konieczne są przerwy na
nawodnienie.
Dojeżdżam do Włodar (Volkmannsdorf), w których byłem jesienią. Nie
zakładałem powtórnego zwiedzania, ale musiałem się zatrzymać, gdy zobaczyłem
kapliczkę i dom gustownie udekorowane tłuczonymi naczyniami!
Poniżej Włodar(ów) znajduje się kompleks stawów z kaplicą - sądziłem, że to
jakieś lokalne miejsce pielgrzymkowe. I być może jest, w dodatku historyczne,
bo obiekt wybudowano w 1721 roku, ale okazało się niedostępne - wszystko
odgradza płot i zamknięta brama!
Kolejna wioska nosi zagadkowe miano Węża. Skojarzenia z wężami są chyba
błędne - po niemiecku to Prockendorf, słowiańska nazwa jest późniejsza
i pierwotnie brzmiała Wanza. W okresie międzywojennym pojawiała się też
polska inna polska wersja - Prusinowice. Urząd gminy w Korfantowie, pod
który miejscowość podlega, informuje, że to jedyna taka polska wieś, po
czym zdanie się urywa, więc pewnie chodzi o nazwę.
Węża to typowa ulicówka, prawie wszystkie budynki stoją przy głównej szosie.
Odnowione domy mieszają się z opuszczonymi, mijam ponad dziesięć kapliczek i
rozmaitych krzyży. W drewnianym kiosku kiedyś mieścił się sklepik, lecz to
pieśń przeszłości.
Ciekawe zabudowania gospodarcze z balkonem jak na Bałkanach.
Sklepu może nie być, ale OSP jest obecna prawie zawsze.
Historyczny słup. Czy pełnił rolę drogowskazu czy może wieńczył go krzyż? Dziś
ciężko stwierdzić, lecz wygląda, jakby go frezowali.
Kościół Chrystusa Króla z XVIII wieku, zamknięty. Łażę dookoła przyglądając
się grobom oraz dawnej szkole - ta jest w stanie postępującego rozkładu, być może zaczęto coś robić z dachem.
Na cmentarzu znowu jest kilka niemieckich nagrobków, lecz zwróciłem uwagę na
tę tabliczkę - po polsku, ale data i nazwisko sugerują, że jednak pochowano
Niemkę.
Z Węży kieruję się na południowy-wschód, czyli jak na razie od Nysy się
oddalam. Na dziurawej drodze pusto, przemyka jedynie chłop na mopliku.
Zerkam w bok - nad drzewami dostrzegam kominy Elektrowni Opole oddalonej o
niecałe pięćdziesiąt kilometrów.
Przede mną dwie wioski - Ścinawa Nyska (Steinsdorf) i
Ścinawa Mała (Steinau in Oberschlesien). Choć obie leżą dziś w gminie Korfantów,
to pierwsza położona jest na terenie dawnego biskupstwa nyskiego, czyli na
historycznym Dolnym Śląsku, druga zaś na ziemi prudnickiej, czyli na
historycznym Górnym Śląsku. W praktyce stanowią one jedność, oddziela je
jedynie niewielka Ścinawa Niemodlińska (Steinau), ale zabudowa jest zwarta
na obu brzegach. Zanim jednak w nie wjadę, to zatrzymuję się przy
zarośniętym pasie oddzielającym pola. Nie jest to jednak zwykła miedza, lecz
ślad po linii kolejowej biegnącej niegdyś z Nysy do Ścinawy Małej. Otwarto
ją w 1911 roku i była to dziwna trasa, gdyż ślepa! Planowano przedłużyć ją
do Białej albo do Prudnika, lecz nigdy do tego nie doszło i pociągi kończyły
bieg w Ścinawie Małej. Już w latach 60. ubiegłego wieku zamknięto ją dla
ruchu pasażerskiego, a w 1971 dla towarowego i praktycznie nic po niej nie
zostało.
Kościół w Ścinawie Nyskiej leży na wzgórzu. Zostawiam rower pod renesansową bramą i po schodach wdrapuję się na górę.
Świątynia łączy barokowy korpus ze starszą wieżą, też renesansową. Niestety, drzwi zamknięte są na głucho, więc pozostaje mi popatrzeć na okolicę - widać stąd, że kościół w Ścinawie Małej również wybudowano na wzniesieniu.
W przykościelnym ogrodzie znajduje się grobowiec, ale brak na nim napisów, nie wiem kto ważny w nim spoczywa.
Kawałek dalej jest standardowy cmentarz, a na nim nieco starych grobów. Moją uwagę zwraca nagrobek rodziny Kunze - dołożona tabliczka sugeruje, że niektórzy zostali w polskiej już Ścinawie. Na końcu alejki zobaczymy również nieźle zachowany Pomnik Poległych.
Wracam na poziom drogi. Nad szosą wisi baner zapraszający na festyn do sąsiadów z okazji domniemanego 800-lecia miejscowości. Piszę "domniemanego", bo jedne źródła internetowe twierdzą, iż pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1235 roku, a inne, że założono ją w 1222 roku. Data 1226 też się pojawia, ale w kontekście Ścinawy Nyskiej 😛. Wychodzi na to, że każdy pretekst do imprezy jest dobry.
Kilkaset metrów od kościoła płynie wspomniana rzeczka i granica pomiędzy Ścinawami - patrząc na znaki można odnieść wrażenie, że mostek należy do obu miejscowości.
Ścinawa Mała jest większa od Nyskiej i miała odrębną historię od siostry -
przede wszystkim lokowano ją jako miasto. Nie należała do biskupów
wrocławskich jak sąsiadka, była w rękach różnych szlacheckich rodów -
m.in. von Mettich oraz Callenberg-Muskau. Po przejęciu Górnego Śląska
przez Prusy została zdegradowana z pozycji miasta do osady targowej,
podzielono ją też na część wiejską i tzw. targową, czyli w praktyce
miejską.
Dziś niewiele z tego zostało - po przejechaniu mostu mam wrażenie, że całkiem
niedawno przeszedł tędy front! Cała masa zniszczonych, opuszczonych budynków,
często w stanie klasycznej ruiny!
Przy rynku zostało zaledwie kilka kamienic, po ratuszu nie ma śladu!
Zniszczenia wojenne? Pewnie jakieś były, ale dziury w zabudowie to w dużej
mierze także efekt powojennych rozbiórek. Dawno żadna miejscowość nie wywarła
na mnie tak przygnębiającego wrażenia.
Gmina chwali się wyremontowanym rynkiem, w prasie ukazały się szumne tytuły w
stylu "Ścinawa Mała po latach odzyskała miejski charakter", ale nie oszukujmy
się: to tylko wykostkowana patelnia, na której dobrze czują się pojedynczy
handlarze.
Pałac wygląda nie lepiej, ale ponoć też jest w remoncie. Ostatnim właścicielem
był niejaki Joseph Ivan, ostatni burmistrz Steinau in Oberschlesien - tytulatura świadczy, że osada targowa była traktowana podobnie jak miasteczko.
Wspinam się pod kościół. Drzwi uchylone, krata i znów niewiele widać, połowę
zasłania chór.
Spojrzenie spod świątyni na "starówkę".
Wizyta na ziemi prudnickiej była krótka, wracam na Dolny Śląsk - ale też na
chwilę. Podjeżdżam pod górkę, po której następuje szybki zjazd w stronę gór.
Przystanek autobusom już nie służy, ale kibolom jak najbardziej.
Następna wioska ponownie leży za Ścinawą Niemodlińską, a więc na górnośląskiej
ziemi prudnickiej - Piorunkowice (Schweinsdorf). Administracyjnie wchodzi w skład gminy Prudnik i
powiatu prudnickiego, więc w tym przypadku wszystko się zgadza.
Układ architektoniczno-drogowy typowy dla wiosek. Opuszczonych
domów jest niewiele mniej od tych użytkowanych. Uwagę zwracają ładne kapliczki; spotkany facet bardzo się cieszył, że je fotografowałem.
Dwa budynki są warte większej uwagi. Pierwszy to kościół św. Michała
Archanioła z XIX wieku - klasyczny, przyjemny dla oka.
Niektóre nagrobki dookoła niego wyglądają jak po obróbce. Co ciekawe, na
cmentarzu jest kilka nowych grobów z ewidentnie niemieckimi lub śląskimi
nazwiskami i imionami, mimo, że jesteśmy na terenach, gdzie szukanie
autochtonów przypomina szukanie igły w stogu siana.
Niedaleko świątyni są ruiny pałacu, wybudowano przez von Mettichów - to drugi interesujący obiekt. W
kolejnych stuleciach zmieniał właścicieli, ostatnimi była rodzina Wessel,
którzy około 1920 roku przeprowadzili ostatni remont. Ponoć przygotowali oni
specjalne tajne komnaty na swoje najcenniejsze przedmioty i rzeczywiście po
wojnie jedną z nich znaleziono.
Za czasów polskich w pałacu ulokowano stadninę koni, potem Rolniczą
Spółdzielnię Produkcyjną. A dziś... przykro patrzeć. Tym bardziej, że pod
koniec PRL-u obiekt był lepszym stanie.
Obecnie też jest w czyichś prywatnych rękach i to co najmniej od
dwudziestu lat. Podobno były zbierane fundusze na remont, ale problem miał
stanowić wpis na listę zabytków. I tak zazwyczaj koło się zamyka, a pamiątki
z przeszłości znikają.
Udaje mi się wejść do środka. No cóż, jeśli ktoś lubi gruzowiska, to będzie
zachwycony. Trzeba też uważać, bo wszystko wygląda mocno niestabilnie.
Uznaję, że pora na przerwę. Napiłbym się czegoś zimnego, ale ominąłem sklepy
w Ścinawach, licząc, że później jakiś się trafi. No i przeliczyłem się,
nieprędko trafię na czynny obiekt handlowy. Nawet po najprostsze
zakupy ludzie jeżdżą sporo kilometrów, a kiedyś w każdej wiosce coś
było otwarte.
Siadam pod drzewem i wcinam zapasy z plecaka, delektując się widokiem na
budynek gospodarczy, być może dawną piekarnię.
Przekraczając zamuloną Ścinawę Niemodlińską po raz drugi wracam na Dolny Śląsk i powiat nyski, już na nim zostanę do końca wycieczki.
Przede mną Gryżów (Greisau), obok którego znajdował się kiedyś zamek.
Nie zostało z niego praktycznie nic, więc nawet nie chciało mi się go szukać
w lesie.
W miejscowości główna droga mocno kręci mijając wiele opuszczonych
gospodarstw. Takie obrazki rzadziej zobaczymy we wschodniej części
województwa (w sensie opuszczone gospodarstwa, kręte drogi są powszechne).
Głównym zabytkiem jest oczywiście świątynia - w tym przypadku kościół św.
Mateusza, sięgający historią średniowiecza, choć mocno przebudowany.
Na terenie przykościelnym znajduje się barokowa rzeźba Nepomucena - jest to
jedno z najstarszych przedstawień tego świętego na Śląsku, pochodzące z 1725
roku, a więc jeszcze sprzed kanonizacji.
Herby na pomniku zidentyfikowali mi na grupie heraldycznej jako należące do
rodzin von Ganser i von Hundt. Friedrich Sebastian von Ganser był
właścicielem majątku, a Maria Theresia von Hundt jego małżonką - ślub wzięli
na
zamku biskupów wrocławskich w Jaueringu, czyli w Javorníku.
Obok dróżki jest mały grób, zapewne zawierający urnę. Ciekawe, czy pani Anna
zmarła tutaj czy może gdzieś w Niemczech i tylko jej prochy wróciły do
Heimatu?
Wioską numer osiem, którą zwiedzam z siodełka, będzie
Lipowa (Lindewiese). Oznacza to, że znalazłem się w gminie Nysa, lecz
do miasta jeszcze kawał drogi.
Na początku odkrycie motoryzacyjne - obok mijanej stodoły stoi Renault 16 z
tablicami rejestracyjnymi obowiązującymi w latach 1964-1976! KG to Zakopane, hej.
No i znowu kościół, tym razem pod wezwaniem św. Katarzyny. Już mi się
zaczynają one mieszać, zwłaszcza, że wnętrza są podobne: długi chór i
przeważnie barokowe wyposażenie. Nowością w jego otoczeniu jest współczesny,
dwujęzyczny Pomnik Poległych.
Dawno temu niedaleko kościoła działał Gasthaus, funkcjonowała też
szkoła (budynek na ostatnim planie). Dziś wystarczyłby mi sklep.
Sklep był, ale już nie ma. Śpieszmy się je kochać.
Przystanek z motywami politycznymi.
Za polami widać Wierzbięcice (Oppersdorf) - z daleka wyglądają na
większą miejscowość.
To jednak tylko pozory, nawet tu nie zrobię zakupów, choć są ślady po dwóch sklepach. Dominantą Wierzbięcic jest kościół św. Mikołaja z
renesansową wieżą, ale również i on sięga swoją historią wieków średnich.
Tymczasem obok mnie przemknął autobus miejski z Nysy.
Przy murze kościelnym wariacja na temat Pomnika Poległych. Kamienna podstawa
chyba jest oryginalna.
Z takimi widokami Wierzbięcice mogą reklamować się jako podgórska
miejscowość i naciągać naiwnych turystów bliskością do szlaków 😏.
Z asfaltu odbijam na bruk, który zmienia się w polną drogę. Jest ona
normalnie udostępniona do ruchu samochodowego i mija mnie kilka aut. Gdzieś
w pobliżu kapliczki biegła dawniej linia kolejowa ze Ścinawy, lecz tym razem
nie udało mi się określić dokładnego punktu przecięcia.
Przedostatnia i jednocześnie dziesiąta wioska nazywa się
Kępnica (Deutsch Kamitz, Hermannstein). Rzędy okazałych
wyremontowanych domów kontrastują z sypiącymi się budynkami gospodarczymi.
W kościele niespodzianka, bo jest otwarty! Zbliża się msza lub nabożeństwo,
więc w środku siedzi kilka osób. Wnętrze nie jest jakieś nadzwyczajne, ale
miło nie odbić się od kraty. Świątynia zaś ma romański rodowód, choć teraz
już go zupełnie nie widać.
Umieszczoną w ołtarzu gołębicę widziałem w identycznej formie w kilku innych świątyniach, pewnie jakiś szwagier miał fabrykę styropianowych gołębic.
Moją uwagę zwróciła tablica z ogłoszeniami parafialnymi, gdzie
reklamowano pewien film. Według opisu miała to być
niezwykła historia mistycznej relacji Jana Pawła II z Maryją...
Wreszcie przede mną prawdziwa metropolia, czyli Hajduki Nyski (Heidau).
To nie prześmiewczy opis, bowiem po wielu kilometrach w końcu trafiam na
czynny sklep, nawet dość dobrze wyposażony. Na murku go okalającym siedzą
panowie i raczą się piwkiem - z chęcią bym dołączył, ale źle oszacowałem
swoje możliwości rowerowe i zwyczajnie goni mnie czas. A pomyśleć, że
planowałem dorzucić do tych jedenastu wiosek jeszcze dwie kolejne 😏.
Kupuję dwa zimne napoje i jeden wypijam prawie na wdechu.
O ile przez większość dnia wszystkie osady poza Ścinawą Małą sprawiały
wrażenie wymarłych, o tyle teraz zaczyna się ruch. Zrobiło się zaawansowane
popołudnie, ludzie albo wrócili z pracy albo ruszyli z domów na zakupy. Dzięki
temu tutejszy kościół św. Jerzego również ma otwarte drzwi, a kilka pań nuci
nabożne pieśni czekając na księdza.
Tu wreszcie jest na czym oko zawiesić: na ścianach zachowały się fragmenty
polichromii z XV wieku! Częściowo zniszczono je w czasie barokowej przebudowy
(cóż za barbarzyństwo!), resztę zatynkowano, a ponownie odsłonięto w roku
wybuchu II wojny światowej. I jeszcze taka mniej pozytywna ciekawostka - w
2018 roku doszło w kościele do katastrofy budowlanej,
zawalił się bowiem dach!
Ostatnie chwile wiejskiej architektury...
...następnie długa prosta i ze śpiewem na ustach wjeżdżam do
Nysy (Neisse). Z rowerem jestem tu pierwszy raz. Miałem nadzieję, że
zdążę jeszcze podskoczyć na rynek, ale gubię drogę i zamiast na głównym placu
miasta ląduję pod browarem 😏. Do odjazdu pociągu mam niecałe pół godziny,
więc to dobra pora, aby udać się na stację kolejową.
Do Nysy jeździ niewiele pociągów, ale w ostatnim czasie miasto szarpnęło się
na "centrum przesiadkowe", budując obok dworca kolejowego również autobusowy.
Co prawda po jednym i drugim hula głównie wiatr, ale niewątpliwym plusem jest
darmowa toaleta. Plus automat biletowy, bo tradycyjną kasę zlikwidowano.
Stawiając rower na peronie kończę pierwszą w tym roku wycieczkę pedałową 😊.
















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz