sobota, 8 sierpnia 2026

Jaworniki: Veľký Javorník i Stratenec

Tę wycieczkę planowaliśmy z tatą od co najmniej dwóch lat - celem miały być Jaworniki (Javorníky) na pograniczu czesko-słowackim wraz z ich najwyższym szczytem. Kluczowa miała być ładna, ciepła, wiosenna pogoda, bo to pasmo idealnie nadaje się na ten okres. Z pogodą trafiliśmy, natomiast z wiosną zdążyliśmy na ostatni moment, bowiem dzień przed rozpoczęciem lata 😏.

Samochód zostawiamy po czeskiej stronie - w przysiółku Světlá, należącym do Velkých Karlovic (Karlowitz). Przy ostatnim przystanku autobusowym znajduje się zatoka parkingowa, gdzie jesteśmy jedynym autem. Teoretycznie moglibyśmy pojechać jeszcze dalej, aż do Słowaków na wysokość 900 metrów, ale to bez sensu, bo potem musielibyśmy się daleko wracać po wóz.



Okolica jest sielska: drewniane domy, ławeczka z biblioteczką nad stawem oraz kaplica charakterystyczna dla architektury Valašska (Wołoszczyzny Morawskiej).




Przez chwilę niebieski szlak prowadzi przez las, ale potem wraca na drogę. Może łapać stopa? Tatuś twierdzi, że nie ma potrzeby, zresztą ruch i tak jest minimalny. Nasz cel już widać na horyzoncie, a pod nami kolejne przysiółki Karlovic.



Po trzech kwadransach dochodzimy do granicy ze Słowacją. Po drugiej stronie znajduje się osada Kasárne (po czesku Kasárna). Nie ma stałych mieszkańców, to typowa jednostka rekreacyjna.


Osada, jak i ogólnie okoliczne tereny, były kilka razy przedmiotem sporów o wytyczenie granicy. Te najstarsze na razie pominę, przeskoczę do nowszych czasów. Jak sama nazwa wskazuje kiedyś istniały tu koszary - żołnierze pilnowali granicy pomiędzy krajami rządzonymi przez Habsburgów, a także mieli za zadanie powstrzymywać epidemie szalejące na Morawach albo Górnych Węgrzech. W XX wieku obszarem tym zainteresowali się narciarze. W okresie komunizmu zaczęły tu powstawać wyciągi, ośrodki zakładowe, budowano też prywatne domki, ale wszystkie należały do Czechów i czeskich przedsiębiorstw. Po rozpadzie Czechosłowacji powstał problem: czeski majątek znalazł się na Słowacji, a jedyna droga dojazdowa prowadziła od Karlovic. Praga proponowała wymianę terytoriów, ale Bratysława odmawiała. Rósł konflikt - Czesi zachowali swoją własność, ale Słowacy zablokowali swobodny przejazd przez granicę (początkowo można ją było przekraczać w dowolny i nieograniczony sposób), a następnie sprzedali grunty pod czeskimi obiektami obywatelom Słowacji. Ostatecznie po rozmowach na wysokim szczeblu oba państwa ustaliły, że czescy właściciele muszą dogadać się ze słowackimi posiadaczami gruntu. Najwyraźniej przyniosło to skutek, bo od dwóch dekad o kolejnych awanturach nie słychać. Słowacy wybudowali też drogę dojazdową z Makowa (Kasárne administracyjnie przynależą do tej miejscowości), ale jest długa i mało wygodna, nadal najszybciej można dotrzeć tu z Moraw. Na zdjęciu dawne przejście graniczne, do którego zmierza rowerzysta. Teoretycznie w czasach otwartych granic dojazd z zagranicy nie stanowi problemu, ale nie wiemy, jak długo będą one nadal otwarte.


Spodziewałem się, że w takim miejscu w sobotę będzie można wybierać pomiędzy różnymi knajpami, a okazało się, że znaleźliśmy... tylko jedną! Wszystkie pozostałe obiekty albo były zamknięte albo trwał jakiś remont albo były po prostu prywatnymi chatkami.


Na szczęście Chata Bačkárka w zupełności nam wystarczyła.


Nie wiem, kto obecnie jest właścicielem tutejszych obiektów, ale w tym przypadku obsługa była wyłącznie słowacka, natomiast język w menu, potrawy i napoje były głównie czeskie 😏. Czesi stanowili też zdecydowaną większość klientów. Zamówiliśmy po zupie, coś na ząb, tata tradycyjnie Becherovkę, a ja też tradycyjnie piwo.


Po godzinnym popasie wracamy na szlak, pokazują się pierwsze widoki.



Przy drodze do Makova Słowacy wybudowali cały szereg nowych budynków, lecz wyglądają one na puste.


Schodzimy z asfaltu i wbijamy się na główny szlak grzbietowy Jaworków koloru czerwonego - nosi on nazwę Via Czechia, bo przez Słowację jedynie tranzytuje.


Wkrótce spotykamy stare słupki graniczne. W związku z nimi znowu należy się cofnąć do historii, tym razem znacznie bardziej odległej. Otóż do XVI wieku granica między Morawami i Węgrami biegła głównym grzbietem Jaworników, tak jak w większości przypadków innych gór. W którymś momencie właściciele morawskich państw stanowych pozwolili Madziarom korzystać z pastwisk i lasów po swojej stronie, co tamci wykorzystali próbując przyłączyć te tereny do siebie. Namówili cesarza do wytyczenia nowego przebiegu granicy, a ponieważ Morawianie stawili opór, doszło do całej serii brutalnych napadów i najazdów. Spór został rozwiązany dopiero po dwustu latach, w XVIII wieku. Węgrzy żądali ziem aż do rzeki Vsetínská Bečva, ale przyznano im znacznie mniejszy obszar, maksymalnie kilometr na północ od głównego grzbietu. Ta granica i tak wygląda tutaj dziwnie, bo jest linią prostą przecinającą doliny i strumienie. W czasie II wojny światowej Niemcy przywrócili pierwotny przebieg granicy sprzed 16. stulecia i północne zbocza znalazły się w Protektoracie Czech i Moraw - spotykane słupki graniczne pochodzą właśnie z tego okresu. Z jednej strony zachowała się literka S, ale D skutecznie usunięto... Po wojnie wróciła granica w takim kształcie, w jakim znamy ją do dziś.



Na najwyższy szczyt idziemy głównie lasem, w którym spotykamy "zamek" 😏.


Do szlaku sięgają górne stacje wyciągów orczykowych i z polan są ładne widoki na północ. Na lewo mamy Čertův mlýn i Kněhyně, na prawo Smrk, a w środku Vysoką.



Wkrótce dochodzimy na najwyższy szczyt Jaworników, czyli na Wielki Jawornik (Veľký Javorník). Mierzy on pomiędzy 1071 a 1072 metry. Niedaleko punktu szczytowego ustawiono drewniany krzyż, przy którym kręci się kilka osób, ale ogólnie to tłumów nie ma.



Po chwili robi się pusto i uwieczniamy z fanami się na tle krzyża.


Teraz przed nami najprzyjemniejsza część dzisiejszej wędrówki, bowiem szlak prowadzi skrajem szerokiej łąki.





Ścieżka jest nadal pustawa...



W panoramie pojawiła się Łysa Góra i Travný,


Na przełęczy Gežov siedzi kilka osób we wiacie, jest to też węzeł szlaków, bo można stąd zejść na czeską stronę, jak i też wrócić się do Kasárni. Przełęcz posiada też własny przystanek autobusowy 😏.


Spojrzenie w stronę Veľkego Javorníka.


Problemem są rowerzyści. Od kiedy pojawiły się elektryki, to jest ich w górach coraz więcej, wjechać na wyższe wysokości może teraz prawie każdy. A potem pędzić jak dziki, zupełnie jak w dolinach. Ponieważ w Czechach niemal każdy nowy rower jest elektryczny, to na szlakach bywa ich zatrzęsienie, często trzeba mieć oczy z tyłu głowy.


W pewnym miejscu na skraju panoramy pojawił się Beskid Śląski ze Skrzycznem, ale bardzo słabo widoczny.


Przed nami Stratenec, trzeci pod względem wysokości szczyt w Jawornikach (1055 metrów). Na nim jest nieco więcej ludzi, okupują niewielką wiatę, kręcą się przy niewielkiej wieży widokowej, kilka osób siedzi na trawie lub w cieniu drzew.
Wieża przypomina te z obozów koncentracyjnych.


Na szczycie stoi także dziwna betonowa konstrukcja - Tri kríže (Tři kříže). Jest to pomnik poświęcony poległym w tej okolicy żołnierzom Czechosłowackiego Korpusu Armijnego. Towarzyszy mu starsza tabliczka z napisem po czesku.



Robimy sobie przy nim zdjęcie.


Stratenec jest z trzech stron otoczony lasem, więc widoki są z niego ograniczone, a wieża jest dość niska i niewiele w tym zakresie pomaga.


Na południe jest jeden niewielki fragment bez drzew i tam możemy dojrzeć dolinę kręcącą się aż do Wagu. Na horyzoncie zaś Wielka Fatra (po lewej Kľak) oraz Góry Strażowskie.


Bogate w treść szlakowskazy obok szczytu.


Ze Stratenca schodzimy do przełęczy Bukovina - znajduje się tam kolejna niewielka wiatka, kamień pamiątkowy i odbicie na zielony szlak, którym zaczniemy wracać na Morawy.


Ostatni widok na północ, powstał po intensywnej, ale małoprzestrzennej wycince.


Granica słowacko-czeska jest tu ledwo widoczna - brak jakichkolwiek tablic, a białe słupki są mocno od siebie oddalone, więc mniej uważny turysta nawet się nie zorientuje, iż zmienił państwo.


Kawałek niżej spotykamy wymęczonego czeskiego rowerzystę, który pcha do góry elektryka. Ostrzega, że słabo słyszy i faktycznie ciężko się z nim dogadać. Chciał dojechać do Kasárni, ale GPS źle go poprowadził. Teraz i smartfon i rower mają baterie bliskie zeru, pyta się, czy tym szlakiem da się podjechać na Słowację. Moim zdaniem jest tam za stromo, ale facet decyduje się cisnąć dalej. No cóż, takie są efekty bezgranicznego zaufania technice...

Mijamy pierwszy czeski przysiółek o nazwie Příschlop. Jest tu kilka budynków i stoi kilka aut, a z polany możemy popatrzeć na wschód.



Z innej polany widać Kasárne.


Urokliwa kapliczka obok przysiółka Miloňovky.


Po długim odcinku w lesie stwierdzamy, że dawno nie spotkaliśmy oznaczeń szlaku. Trafiamy na przecinającą ścieżkę drogę, której w ogóle nie powinno być! Lustracja mapy, potwierdzona przez internet, stwierdza, że jakiś czas temu szlak nagle skręcił w lewo! Żadnego oznaczenia skrętu nie widzieliśmy, więc raczej nie było zbyt dobrze wymalowane. Na szczęście nic złego się nie stało, bo jesteśmy już blisko Karlovic, słychać przejeżdżające drogą samochody.

Zamiast szlaku mamy Drogę Krzyżową i ławeczki do odpoczynku.


Samotna kamienna płyta to grobowiec rodziny Reich. Była to żydowska familia, która w Velkých Karlovicach uruchomiła przemysł hutniczy i szklarski. Jeden z jej przedstawicieli - Salomon Reich - był przez ćwierć wieku starostą gminy. Zmarł we Wiedniu i tam został pochowany, natomiast tu spoczywają jego synowie.


Wychodzimy obok ośrodka sportowego. Zimą działa jako centrum biathlonowe (cała okolica jest mocno nastawiona na sporty zimowe), latem korzystają z niego rolkarze. Ale nie teraz - jak to w sobotę, Czesi o tej porze raczej masowo nie włóczą się po ulicach.


Będąc w górach dostaliśmy alerty RCB. Po polsku, wyglądały jak u nas! Za granicą powinny chyba być w miejscowym języku albo po angielsku? A może dotarł do nas z Polski? To już byłoby jakie kuriozum! W każdym razie ostrzegał przed burzami i do tej pory nic nie wskazywało, że może się sprawdzić, ale jak znaleźliśmy się w dolinie, to zobaczyliśmy, że na horyzoncie się ściemnia. To dość daleko, gdzieś na czesko-słowackich pograniczu w pobliżu przełęczy Bumbálka, a może i w słowackim Makovie? W każdym razie niekoniecznie ta chmura do nas dotrze.


Do samochodu wrócimy autobusem, a ten jest za ponad godzinę. Idziemy kawałek w stronę centrum wioski, gdzie nad marketem działa lokal o szumnej nazwie "restauracja", lecz to raczej typowa spelunka z charakterystycznym zapachem 😏. Siadamy sobie na drewnianym balkonie obserwując okolicę, a także błyskawice za górami. A więc jednak jest tam burzowo.


Czekając na autobusów uskuteczniamy zdjęcie w lustrze 😊.


Kolejny bardzo udany wyjazd zakończony, doszedł kolejny punkt do Korony Gór Słowackich. I jeszcze na koniec zaglądamy do znanemu nam już browaru - Karlovský pivovar Pod Pralesem, tak jak podczas poprzedniej wizyty, serwuje znakomite piwo i proste, ale smaczne jedzenie!



1 komentarz:

  1. Fajne te łąki za szczytem. Teren dopisałem, na kiedyś do odwiedzenia.

    OdpowiedzUsuń