Tę wycieczkę planowaliśmy z tatą od co najmniej dwóch lat - celem miały być
Jaworniki (Javorníky) na pograniczu czesko-słowackim wraz z ich
najwyższym szczytem. Kluczowa miała być ładna, ciepła, wiosenna pogoda,
bo to pasmo idealnie nadaje się na ten okres. Z pogodą trafiliśmy, natomiast z
wiosną zdążyliśmy na ostatni moment, bowiem dzień przed rozpoczęciem lata 😏.
Samochód zostawiamy po czeskiej stronie - w przysiółku Světlá,
należącym do Velkých Karlovic (Karlowitz). Przy ostatnim
przystanku autobusowym znajduje się zatoka parkingowa, gdzie jesteśmy jedynym
autem. Teoretycznie moglibyśmy pojechać jeszcze dalej, aż do Słowaków na
wysokość 900 metrów, ale to bez sensu, bo potem musielibyśmy się daleko wracać
po wóz.
Okolica jest sielska: drewniane domy, ławeczka z biblioteczką nad stawem oraz
kaplica charakterystyczna dla architektury
Valašska (Wołoszczyzny Morawskiej).
Przez chwilę niebieski szlak prowadzi
przez las, ale potem wraca na drogę. Może łapać stopa? Tatuś twierdzi, że nie
ma potrzeby, zresztą ruch i tak jest minimalny. Nasz cel już widać na
horyzoncie, a pod nami kolejne przysiółki Karlovic.
Po trzech kwadransach dochodzimy do granicy ze
Słowacją. Po drugiej stronie znajduje się osada Kasárne (po
czesku Kasárna). Nie ma stałych mieszkańców, to typowa jednostka
rekreacyjna.
Osada, jak i ogólnie okoliczne tereny, były kilka razy przedmiotem
sporów o wytyczenie granicy. Te najstarsze na razie pominę, przeskoczę
do nowszych czasów. Jak sama nazwa wskazuje kiedyś istniały tu koszary -
żołnierze pilnowali granicy pomiędzy krajami rządzonymi przez Habsburgów, a
także mieli za zadanie powstrzymywać epidemie szalejące na Morawach albo
Górnych Węgrzech. W XX wieku obszarem tym zainteresowali się narciarze. W
okresie komunizmu zaczęły tu powstawać wyciągi, ośrodki zakładowe, budowano
też prywatne domki, ale wszystkie należały do Czechów i czeskich
przedsiębiorstw. Po rozpadzie Czechosłowacji powstał problem: czeski majątek
znalazł się na Słowacji, a jedyna droga dojazdowa prowadziła od Karlovic.
Praga proponowała wymianę terytoriów, ale Bratysława odmawiała. Rósł konflikt
- Czesi zachowali swoją własność, ale Słowacy zablokowali swobodny
przejazd przez granicę (początkowo można ją było przekraczać w dowolny i
nieograniczony sposób), a następnie sprzedali grunty pod czeskimi obiektami
obywatelom Słowacji. Ostatecznie po rozmowach na wysokim szczeblu oba państwa
ustaliły, że czescy właściciele muszą dogadać się ze słowackimi posiadaczami
gruntu. Najwyraźniej przyniosło to skutek, bo od dwóch dekad o kolejnych
awanturach nie słychać. Słowacy wybudowali też drogę dojazdową z Makowa
(Kasárne administracyjnie przynależą do tej miejscowości), ale jest długa i
mało wygodna, nadal najszybciej można dotrzeć tu z Moraw. Na zdjęciu dawne
przejście graniczne, do którego zmierza rowerzysta. Teoretycznie w czasach
otwartych granic dojazd z zagranicy nie stanowi problemu, ale nie wiemy, jak
długo będą one nadal otwarte.
Spodziewałem się, że w takim miejscu w sobotę będzie można wybierać pomiędzy różnymi
knajpami, a okazało się, że znaleźliśmy... tylko jedną! Wszystkie pozostałe
obiekty albo były zamknięte albo trwał jakiś remont albo były po prostu
prywatnymi chatkami.
Na szczęście Chata Bačkárka w zupełności nam wystarczyła.
Nie wiem, kto obecnie jest właścicielem tutejszych obiektów, ale w tym przypadku obsługa była wyłącznie słowacka, natomiast język w menu, potrawy i napoje były głównie czeskie 😏. Czesi stanowili też zdecydowaną większość klientów. Zamówiliśmy po zupie, coś na ząb, tata tradycyjnie Becherovkę, a ja też tradycyjnie piwo.
Schodzimy z asfaltu i wbijamy się na główny szlak grzbietowy Jaworków koloru czerwonego - nosi on nazwę Via Czechia, bo przez Słowację jedynie tranzytuje.
Wkrótce spotykamy stare słupki graniczne. W związku z nimi znowu należy się cofnąć do historii, tym razem znacznie bardziej odległej. Otóż do XVI wieku granica między Morawami i Węgrami biegła głównym grzbietem Jaworników, tak jak w większości przypadków innych gór. W którymś momencie właściciele morawskich państw stanowych pozwolili Madziarom korzystać z pastwisk i lasów po swojej stronie, co tamci wykorzystali próbując przyłączyć te tereny do siebie. Namówili cesarza do wytyczenia nowego przebiegu granicy, a ponieważ Morawianie stawili opór, doszło do całej serii brutalnych napadów i najazdów. Spór został rozwiązany dopiero po dwustu latach, w XVIII wieku. Węgrzy żądali ziem aż do rzeki Vsetínská Bečva, ale przyznano im znacznie mniejszy obszar, maksymalnie kilometr na północ od głównego grzbietu. Ta granica i tak wygląda tutaj dziwnie, bo jest linią prostą przecinającą doliny i strumienie. W czasie II wojny światowej Niemcy przywrócili pierwotny przebieg granicy sprzed 16. stulecia i północne zbocza znalazły się w Protektoracie Czech i Moraw - spotykane słupki graniczne pochodzą właśnie z tego okresu. Z jednej strony zachowała się literka S, ale D skutecznie usunięto... Po wojnie wróciła granica w takim kształcie, w jakim znamy ją do dziś.
Do szlaku sięgają górne stacje wyciągów orczykowych i z polan są ładne
widoki na północ. Na lewo mamy Čertův mlýn i Kněhyně, na prawo
Smrk, a w środku Vysoką.
Wkrótce dochodzimy na najwyższy szczyt Jaworników, czyli na
Wielki Jawornik (Veľký Javorník). Mierzy on pomiędzy 1071 a 1072
metry. Niedaleko punktu szczytowego ustawiono drewniany krzyż, przy którym
kręci się kilka osób, ale ogólnie to tłumów nie ma.
Po chwili robi się pusto i uwieczniamy z fanami się na tle krzyża.
Teraz przed nami najprzyjemniejsza część dzisiejszej wędrówki, bowiem szlak
prowadzi skrajem szerokiej łąki.
Ścieżka jest nadal pustawa...
W panoramie pojawiła się Łysa Góra i Travný,
Na przełęczy Gežov siedzi kilka osób we wiacie, jest to też
węzeł szlaków, bo można stąd zejść na czeską stronę, jak i też wrócić się do
Kasárni. Przełęcz posiada też własny przystanek autobusowy 😏.
Spojrzenie w stronę Veľkego Javorníka.
Problemem są rowerzyści. Od kiedy pojawiły się elektryki, to jest ich w
górach coraz więcej, wjechać na wyższe wysokości może teraz prawie każdy. A
potem pędzić jak dziki, zupełnie jak w dolinach. Ponieważ w Czechach niemal
każdy nowy rower jest elektryczny, to na szlakach bywa ich zatrzęsienie,
często trzeba mieć oczy z tyłu głowy.
W pewnym miejscu na skraju panoramy pojawił się Beskid Śląski ze Skrzycznem,
ale bardzo słabo widoczny.
Przed nami Stratenec, trzeci pod względem wysokości szczyt w
Jawornikach (1055 metrów). Na nim jest nieco więcej ludzi, okupują niewielką
wiatę, kręcą się przy niewielkiej wieży widokowej, kilka osób siedzi na
trawie lub w cieniu drzew.
Wieża przypomina te z obozów koncentracyjnych.
Na szczycie stoi także dziwna betonowa konstrukcja - Tri kríže (Tři kříže). Jest to pomnik poświęcony poległym w tej okolicy żołnierzom
Czechosłowackiego Korpusu Armijnego. Towarzyszy mu starsza tabliczka z
napisem po czesku.
Robimy sobie przy nim zdjęcie.
Stratenec jest z trzech stron otoczony lasem, więc widoki są z niego
ograniczone, a wieża jest dość niska i niewiele w tym zakresie pomaga.
Na południe jest jeden niewielki fragment bez drzew i tam możemy dojrzeć
dolinę kręcącą się aż do Wagu. Na horyzoncie zaś Wielka Fatra (po
lewej Kľak) oraz Góry Strażowskie.
Bogate w treść szlakowskazy obok szczytu.
Ze Stratenca schodzimy do przełęczy Bukovina - znajduje się tam
kolejna niewielka wiatka, kamień pamiątkowy i odbicie na
zielony szlak, którym zaczniemy wracać
na Morawy.
Ostatni widok na północ, powstał po intensywnej, ale małoprzestrzennej
wycince.
Granica słowacko-czeska jest tu ledwo widoczna - brak jakichkolwiek tablic,
a białe słupki są mocno od siebie oddalone, więc mniej uważny turysta nawet
się nie zorientuje, iż zmienił państwo.
Kawałek niżej spotykamy wymęczonego czeskiego rowerzystę, który pcha do góry
elektryka. Ostrzega, że słabo słyszy i faktycznie ciężko się z nim dogadać.
Chciał dojechać do Kasárni, ale GPS źle go poprowadził. Teraz i
smartfon i rower mają baterie bliskie zeru, pyta się, czy tym szlakiem da
się podjechać na Słowację. Moim zdaniem jest tam za stromo, ale facet
decyduje się cisnąć dalej. No cóż, takie są efekty bezgranicznego zaufania
technice...
Mijamy pierwszy czeski przysiółek o nazwie Příschlop. Jest tu kilka
budynków i stoi kilka aut, a z polany możemy popatrzeć na wschód.
Z innej polany widać Kasárne.
Urokliwa kapliczka obok przysiółka Miloňovky.
Po długim odcinku w lesie stwierdzamy, że dawno nie spotkaliśmy oznaczeń
szlaku. Trafiamy na przecinającą ścieżkę drogę, której w ogóle nie powinno
być! Lustracja mapy, potwierdzona przez internet, stwierdza, że jakiś czas
temu szlak nagle skręcił w lewo! Żadnego oznaczenia skrętu nie widzieliśmy,
więc raczej nie było zbyt dobrze wymalowane. Na szczęście nic złego się nie
stało, bo jesteśmy już blisko Karlovic, słychać przejeżdżające drogą
samochody.
Zamiast szlaku mamy Drogę Krzyżową i ławeczki do odpoczynku.
Samotna kamienna płyta to grobowiec rodziny Reich. Była to żydowska familia, która w Velkých Karlovicach uruchomiła przemysł hutniczy i szklarski. Jeden z jej przedstawicieli - Salomon Reich - był przez ćwierć wieku starostą gminy. Zmarł we Wiedniu i tam został pochowany, natomiast tu spoczywają jego synowie.
Wychodzimy obok ośrodka sportowego. Zimą działa jako centrum biathlonowe
(cała okolica jest mocno nastawiona na sporty zimowe), latem korzystają z
niego rolkarze. Ale nie teraz - jak to w sobotę, Czesi o tej porze raczej
masowo nie włóczą się po ulicach.
Będąc w górach dostaliśmy alerty RCB. Po polsku, wyglądały jak u nas! Za
granicą powinny chyba być w miejscowym języku albo po angielsku? A może
dotarł do nas z Polski? To już byłoby jakie kuriozum! W każdym razie
ostrzegał przed burzami i do tej pory nic nie wskazywało, że może się
sprawdzić, ale jak znaleźliśmy się w dolinie, to zobaczyliśmy, że na
horyzoncie się ściemnia. To dość daleko, gdzieś na czesko-słowackich
pograniczu w pobliżu przełęczy Bumbálka, a może i w słowackim Makovie?
W każdym razie niekoniecznie ta chmura do nas dotrze.
Do samochodu wrócimy autobusem, a ten jest za ponad godzinę. Idziemy kawałek w stronę centrum wioski, gdzie nad marketem działa lokal o szumnej nazwie
"restauracja", lecz to raczej typowa spelunka z charakterystycznym zapachem
😏. Siadamy sobie na drewnianym balkonie obserwując okolicę, a także
błyskawice za górami. A więc jednak jest tam burzowo.
Czekając na autobusów uskuteczniamy zdjęcie w lustrze 😊.
Kolejny bardzo udany wyjazd zakończony, doszedł kolejny punkt do Korony Gór
Słowackich. I jeszcze na koniec zaglądamy do znanemu nam już browaru
- Karlovský pivovar Pod Pralesem, tak jak podczas poprzedniej
wizyty, serwuje znakomite piwo i proste, ale smaczne jedzenie!
























































Fajne te łąki za szczytem. Teren dopisałem, na kiedyś do odwiedzenia.
OdpowiedzUsuń