piątek, 27 lutego 2026

Ze słonego stepu przez Dunaj nad Balaton - węgierska prowincja w pigułce

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, a może nawet po raz pierwszy w czasie wakacyjnych wojaży na południe, z pobytu na węgierskich basenach termalnych nie wracamy od razu na Śląsk. Tym razem zarezerwowałem jeszcze jeden nocleg po drodze, więc na spokojnie możemy sunąć przez madziarską prowincję.

Najpierw staję na granicy Parku Narodowego Małej Kumanii (Kiskunsági Nemzeti Park). To akurat nie jest pierwszy raz, choć nigdy nie zatrzymywałem się akurat w tym miejscu.


Park nie tworzy całości, składa się z dziewięciu odległych od siebie części. Przed nami jego fragment określany jako Miklapuszta. Są to dawne tereny zalewowe rzek, które po ich regulacji zmieniły się w słony step, największy na Węgrzech. Po większych opadach czasem zalega na nim woda, przyciągająca wiele gatunków ptaków, a w porze suchej pasie się bydło.



A po drugiej stronie drogi zupełnie inny klimat, przypominający kraje afrykańskie. Plus jedna z niewielu rzeczy, którą można zazdrościć Madziarom: świetne ścieżki rowerowe.




Kilkadziesiąt kilometrów dalej mamy Dunaj i jedną z jego równoległych odnóg. Przerzucono przez nie dwa, a właściwie trzy mosty. Nad odnogą (Solti-Duna) są dwie przeprawy - samochodowa i pieszo-rowerowa, którą kiedyś biegły tory. Nad Dunajem właściwym jest jeden wielki most (Beszédes József híd), podobno historycznie pierwszy stały na południe od Budapesztu.



Na drugim brzegu rzeki rozciąga się miasto Dunaföldvár. Rzeźbę terenu ma pofałdowaną z kilkoma wzgórzami. Na jednym z nich wznosi się tzw. wieża Csonka (Csonka-torony), pozostałość po zamku wybudowanym przez Turków w XVI wieku.



Wieża i resztki murów nie prezentują się jakoś zachwycająco, ale są z nich widoki na okolicę, a zwłaszcza na rzekę.


Mosty nad Dunajem zostały otwarte w 1930 roku, początkowo dla ruchu samochodowego. Po dziesięciu latach doszła do nich nitka kolejowa krótkiej linii do pobliskiego Solt. Mosty wysadzili w 1944 Niemcy, odbudowano je w czasach najgłębszego węgierskiego stalinizmu. Ruch kolejowy dla pasażerów wygaszono już w latach 70., transport towarów zakończył się w 2001 roku, kiedy to zniknęło wiele bocznych linii w całym kraju. Po remoncie zamiast torów jest ścieżka pieszo-rowerowa.


Pomnik niejakiego László Magyara, podróżnika i kartografa Afryki z XIX wieku. Po latach jego mapy i relacje uznaje się za mało wiarygodne, ale na pomnik zasłużył.


Dunaföldvár sprawia wrażenie spokojnej miejscowości, może dlatego, że ma niecałe dziesięć tysięcy mieszkańców, a może piątkowe wczesne popołudnie to nie pora na tłumy. Przechadzamy się zatem brukowanymi i asfaltowymi ulicami przyglądając się kolejnym świątyniom. A mają ich tu sporo: w centrum jest ich co najmniej pięć, w tym dwie ewangelickie (na drugim zdjęciu) oraz serbska cerkiew (na trzecim zdjęciu).




Pomnik inżyniera Józsefa Beszédesa. Jest on także patronem mostu przez Dunaj (projektował m.in. regulacje rzeki oraz wały przeciwpowodziowe).


Zaglądamy jeszcze na nabrzeże. Znajdziemy tam wielki pomnik poświęcony Armii Czerwonej, świecący się jak psu jajca.



Pomnik postawiono rok po zakończeniu wojny, kilka lat temu został gruntowanie odnowiony. I wszystko to w sytuacji, gdy często przywołuje się Orbána Victora jako czołowego antykomunistę w tej części Europy. Deklarowany antykomunizm nie przeszkadza wielu sowieckim pomnikom nadal stojącym w różnych miejscowościach Węgier, łącznie z Budapesztem. Oczywiście bliskie powiązania z Moskwą zapewne też nie zachęcają do ich demontażu, więc miłośnicy takiej architektury mają gratkę.



Opuszczając klimaty miejskie udajemy się nad Balaton. To nasza pierwsza wizyta nad węgierskim morzem od pięciu lat. Pożegnaliśmy się z nim z kilku powodów - były to m.in. wysokie ceny wszystkiego, tłumy ludzi, a także pogoda, która zawsze sprawiała nam chłodne i deszczowe niespodzianki. Trochę się jednak stęskniliśmy i postanowiliśmy wrócić na krótką chwilę, żeby znowu się w nim wykąpać, zwłaszcza, że tym razem aura była wyjątkowo ciepła i słoneczna. 
Chciałem znaleźć jakąś bezpłatną publiczną plażę, co obecnie jest dość trudne, bo prawie wszystkie tego typu są ogrodzone i biletowane. Udało się na wschodnim brzegu, na którym jeszcze nie byliśmy, więc była to dodatkowa atrakcja. Plaża położona jest na rogatkach wioski Balatonakarattya. Najwięcej problemów sprawił dojazd - najpierw normalna droga zaprowadziła nas do zorganizowanej plaży z dziesiątkami, a może setkami aut na parkingu, potem fatalna droga (nawet jak na węgierskie warunki) biegła pomiędzy wakacyjnymi domami i zupełnie nie wyglądało, żeby gdzieś tu było zejście nad wodę. Wkrótce dotarliśmy jednak do miejsca, gdzie pomiędzy drzewami stało całkiem sporo samochodów i okazało się, że trafiliśmy prawidłowo.


Gumirádli szabadstrand nie jest plażą dziką, ale gminną. Mają tu przebieralnie, toalety (teoretycznie płatne, ale nikt kasy nie chciał), niewielki bar. Przy wejściu wisi regulamin. Jest sporo miejsca pod drzewami. Brzeg, jak w wielu przypadkach, to beton i kamienie, do wody wchodzi się po drabinkach. I, jak to zwykle bywa w Balatonie, jest płytko! Długo się idzie, aby móc się zanurzyć do pasa, największe madziarskie jezioro nie należy do głębokich. Dodatkowo w 2025 roku padły rekordy niskiego, średniego stanu wód: w czerwcu osiągnął on jedynie 99 centymetrów, poziom niespotykany od ćwierć wieku, potem było jeszcze gorzej. Pomyśleć, że wspomniany architekt József Beszédes proponował... obniżenie lustra wody Balatonu!



Jak Balaton, to oczywiście turyści. Dużo turystów, bo jezioro jest największą atrakcją turystyczną kraju, przebija nawet Budapeszt. A jak turyści, to też i z Polski, przez dwa tygodnie odzwyczailiśmy się od takiej ich ilości. Polskie bluzgi i nawoływania słychać z każdego kąta, jakiś facet drze się na pół plaży, zupełnie jakby był głuchy. Dobrze, że widoki częściowo ratują sprawę.


Gdy kończy się kostka, zaczynają szuwary. Na skraju jednych opalają się nudystki, po drugiej stronie zaś znajdują się pomosty dla wędkarzy i... psów.




Czasami, gdy w zasięgu wzroku nie było nikogo ze smartfonem, klimat przypominał czasy Kádára 😏. Wtedy Balaton też był turystycznym przebojem.


Kilkaset metrów od brzegu wyrastają w powietrze lessowe ściany, wysokie na kilkadziesiąt metrów. To charakterystyczny obraz na wielu odcinkach wokół jeziora. Miałbym pewne obawy mieszkać tuż pod nimi.


Chcieliśmy coś zjeść na szybko, lecz nieoczekiwanie pojawiło się dwóch facetów w ciemnych koszulach z napisem "Tax & Customs" i wyraźnie zdenerwowany właściciel baru pokazywał, aby nie podchodzić. Ciekawa opcja przeprowadzać takie kontrole w środku ruchliwego dnia, co od razu oznacza spadek dochodów.


Na kąpieli spędziliśmy ponad dwie godziny i pojechaliśmy dalej, lecz nadal poruszaliśmy się wzdłuż jeziora aż do kolejnej miejscowości z jego nazwą w tytule: Balatonkenese. Tym razem zaparkowałem na wzgórzach, które śmiało można nazwać klifami, choć oddalonymi od wody. Chciałem znaleźć wieżę widokową, a trafiłem na niemiecki cmentarz wojenny.


Spoczywają tutaj ostatni jeźdźcy chwalebnej niemieckiej kawalerii, a przynajmniej tak głosi napis na kamieniu pamiątkowym. W sumie prawie pięćset osób, większość zidentyfikowanych. Uczestniczyli w ostatniej ofensywie Wehrmachtu w czasie wojny: Operacja Frühlingserwachen z marca 1945 roku była próbą powstrzymania Sowietów i Bułgarów na Węgrzech i odbicia Budapesztu. Zakończyła się klęską.
Nekropolia jest w dobrym stanie, bo była porządnie utrzymywana nawet w czasach komunizmu - socjalistyczne Węgry współpracowały z niemieckimi organizacjami opiekującymi się grobami.
Na krzyżach tradycyjnie sporo słowiańskich nazwisk.




Kwaterę wojskową założono w sąsiedztwie cmentarza ewangelickiego. Wśród starszych grobów pełno symboli "drzewa życia", które spotykałem wcześniej w Siedmiogrodzie.



Im dalej, tym grobów mniej, kryją się między drzewami. Odkrywam m.in. pojedynczy krzyż węgierskiego żołnierza, też poległego w czasie ofensywy.



Drewniany pomnik rewolucji.


Ostatnie zachowane groby leżą blisko skarpy i nieboszczyki mają całkiem fajny widok na Balaton. 




Z braku czasu rezygnuję z marszu do wieży i wracam do auta, prawie rozdeptując dorodną jaszczurkę.


Tym razem ostatecznie oddalamy się od jeziora i rozpoczynamy ostatni odcinek wakacyjnego wyjazdu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz