Węgrzy słyną z pomnikomanii i jest to niewątpliwie cecha, która łączy ich z
Polakami. Niektóre egzemplarze pamięta się dłużej niż inne, na przykład
pomnik... dyni. Stał sobie na środku ronda niedaleko Segedyna. Jak go
zobaczyłem, to musiałem się zatrzymać i zrobić mu zdjęcie 😏.
W tym odcinku będzie o dwóch miejscowościach zaczynających się na K, a nawet
na Kis (czyli "mały"). A właściwie o jednym, bo do tego pierwszego
(Kistelek) zajrzeliśmy głównie w poszukiwaniu kantoru. Chciałem wymienić
większą ilość waluty w centrum handlowym w Segedynie, ale oferowano tam tak
skandalicznie niskie kursy i wysoką prowizję, że oznaczałoby to stratę
kilkuset złotych.
W Kistelek kantoru nie ma, za to mają dwa kościoły, a na rondzie - zamiast
dyni - fontannę. Nowsza świątynia należy do ewangelików.
Są też dwa Pomniki Poległych, po jednym dla każdej wojny światowej. Dla
pierwszej ma klasyczną formę w postaci stojącego z karabinem żołnierza, dla
drugiej rozrósł się do kaplicy z płaczącym umięśnionym osobnikiem.
A na deser wysublimowana architektonicznie brama wjazdowa na dworzec
autobusowy z odpadającym tynkiem.
Dalsza podróż po prowincji to madziarski standard: kiepskie drogi niezależnie
od numeracji i rzadko występujące osady. Sugerujące burzę ciemniejące niebo
utworzyło ze ścierniskiem barwy ukraińskiej flagi.
Żadne opady ani pioruny się jednak nie pojawiły i spokojnie dojechaliśmy
do Kiskőrös. Miejscowość doskonale nam znana, bo jesteśmy w niej
czwarty raz pod rząd i nadal nam się nie znudziła. Meldujemy się na kempingu
przy basenach termalnych, gdzie ceny utrzymały ubiegłoroczny poziom (a biorąc
pod uwagę spadek forinta, to nawet się zmniejszyły).
Samochód i namiot ustawiamy mniej więcej w tym samy miejscu, co rok temu. Tym
razem nie ma znajomego małżeństwa z Częstochowy, są za to emeryci z Niemiec,
których ostatnio poznaliśmy (byli wówczas oskarżani o publiczny naturyzm!).
Podejrzewam, że jeżdżą tu od dekad. Facet, mimo dojrzałego wieku, jest dość
wysportowany, natomiast jego małżonka to pokurczona starowinka, która wygląda, jakby
większy podmuch wiatru mógł ją przewrócić.
Mam wrażenie, że na kempingu niewiele się zmienia w ciągu kolejnych wizyt,
głównie ci sami ludzie rozstawiający się w stałych lokalizacjach. Wakacyjny
rytuał, w którym i my bierzemy udział.
Nowi są nasi drudzy bliscy sąsiedzi: on Madziar, ona Niemka.
Chłop bardzo chce mi pomóc prawidłowo rozstawić namiot i dokładnie opisuje jak
zmienia się pozycja słońca. Oczywiście po węgiersku. Obowiązkowo posiadają też
psa, dużego, ale spokojnego, przez większość czasu odpoczywającego w cieniu
pojazdu.
Na kempingu, oprócz wspomnianych nacji, są także przybysze z Czech, Słowacji,
Belgii, Holandii i jeszcze jedno auto na polskich blachach. Tradycyjnie
jesteśmy chyba jedynymi nocującymi w namiocie, cała reszta żyje luksusowo w
kamperach albo przyczepach. Im namioty służą jedynie jako lauby.
Po raz pierwszy spędzamy w Kiskőrös nie jeden, ale dwa pełne dni.
Pierwszego klasyczny relaks, czyli moczenie się w zimnej i ciepłej wodzie,
wylegiwanie się na trawie, czytanie książek, picie piwa i zajadanie się
specjałami z termalnej gastronomii. Ceny przyzwoite, smaki niezłe.
Wśród kąpiących się i obsługi wypatruję sobowtórów znanych osób: widziałem
m.in. Johna Malkovicha oraz odmłodzonego, ale już siwego Karola Nawrockiego.
Wieczorem ruszamy na miasto, które - jak zawsze - sprawia wrażenie na poły
opuszczonego. Gdyby nie tiry, pędzące główną drogą w stronę granicy serbskiej,
to byłoby wręcz wiejsko.
W pizzerii wzbudzamy u barmanki popłoch, bo języki obce na węgierskiej
prowincji to naprawdę rzadkość. Byliśmy w tym lokalu już rok temu, więc mamy
doświadczenie, zatem przy pomocy niemieckiego menu i rąk udaje nam się zamówić
pizzę. A te mają czasem ciekawe, na przykład z kiszonym ogórkiem, jajkiem i
fasolką.
Na jednym z osiedli domków jednorodzinnych wyczaiłem spelunkę, taką prawdziwą,
a nie udawaną. Pełne oburzenia recenzje w internecie zachęcały do odwiedzin.
Znaleźliśmy ją bez problemu, ale pani prowadząca wytłumaczyła nam
łopatologicznie, że zaraz zamyka (choć powinna dopiero za godzinę).
Towarzyszył jej rechot siedzącego przy barze starego dziada i zszokowany wzrok
jego kilku kumpli.
W takiej sytuacji musieliśmy się napić w nieco bardziej kulturalnym przybytku.
Tam, o dziwo, młody kelner znał angielski i tłumaczył nam, że przez pięć lat
pracował w Niemczech, ale germańskiego się nie nauczył.
Drugiego dnia nie wytrzymałem i po szybkiej, porannej kąpieli, postanowiłem
odwiedzić... muzeum! Planowałem to od trzech lat. Kiskőrös posiada co najmniej
trzy takie instytucje, w tym jedną tuż obok kompleksu termalnego, którą
odkryłem przypadkiem - to Muzeum Robót Drogowych! Te jednak zostawię
sobie na przyszłość.
Wybieram muzeum związane z najsłynniejszym obywatelem Kiskőrös, a
mianowicie poetą i powstańcem Sándorem Petőfim (Petőfi Szülőház és Emlékmúzeum). Rodzinny dom, w którym urodził się w 1823 roku, został przekształcony w
placówkę muzealną pod koniec XIX wieku i początkowo sprawiał bardzo sielskie
wrażenie.
Dziś został odpicowany, a otoczenie radykalnie się zmieniło, lecz nadal widać,
że to chłopska chałupa (powstała około 1780 roku).
Na tablicy obok wejściowej bramy jest angielska wersja językowa, ale potem
wkraczam w świat całkowicie wypełniony ugrofińskim. Żeby zdobyć bilet muszę
odszukać opiekunkę i znajduję ją w jej biurze, wywołując szok. Chyba dawno nie
gościli tu cudzoziemca. Nieliczni inni zwiedzający również patrzą na mnie,
jakbym co najmniej uciekł z zoo.
Ekspozycja to połączenie historii Petőfiego i jego rodziny oraz ekspozycji
etnograficznej. Z oryginalnego wyposażenia zachowało się niewiele i zazwyczaj
są to meble odkupione od późniejszych właścicieli. Tak też było z łóżkiem,
które pochodzi z czasów, gdy przyszedł na świat Alexander (Sándor) Petrovics,
bo tak się nazywał przyszły bohater.
Z powodu nazwiska ojca poeta był, a przez niektórych nadal jest, uznawany za pół-Serba (matka była Słowaczką), jednak badania wykazały, że jego ojciec też był Słowakiem, a jego przodkowie mieszkali na Górnych Węgrzech (Słowacji) już w XVII wieku. Za słowackością taty świadczy też kalwińskie wyznanie zamiast prawosławia.
Na zdjęciu kuferek Istvána (Stephanusa) Petrovicsa z czasów kawalerskich.
Ciekawy piec, ładowano do niego z drugiej strony ściany.
Gdy zaglądam do pomieszczenia gospodarczego, podchodzi opiekunka domu i
wskazuje placem do góry. A tam długi komin, sam bym go nie zauważył.
Dom urodzenia poety, to jedynie część muzeum. Druga połowa mieście się w
budynku z okresu komunistycznego i pokazuje całe życie Petőfiego krok po
kroku. Tym razem otrzymałem na wejściu kartkę ze skrótami po angielsku, więc
mniej więcej wiedziałem, o co chodzi. Jednak nie czarujmy się - ta placówka turystów z zagranicy raczej nie zainteresuje.
Całość uzupełniają monumenty. Jest najstarszy pomnik Petőfiego na świecie,
ustawiony w 1861 roku. Natomiast na publicznie dostępnym chodniku stoją głowy
i popiersia tłumaczy dzieł Sándora na języki wszystkich kontynentów.
Na koniec wizyty dodam, że choć odwiedziłem miejsce jego urodzin, to nie ma
możliwości, bym stanął przy jego grobie, ponieważ go nie posiada. Poeta zginął
w czasie powstania węgierskiego pod koniec lipca 1849 w czasie bitwy
pod Segesvárem (dzisiejsza Sighișoara), w której walczył jako adiutant
generała Bema. Nie są znane dokładne okoliczności śmierci, nie znaleziono
ciała, więc pojawiały się też teorie, że przeżył i może uciekł do Ameryki albo
znalazł się w rosyjskiej niewoli i zmarł na Syberii.
To nie koniec atrakcji muzealnych, bowiem bilet do muzeum Petőfiiego
upoważnia też do odwiedzenia Słowackiego Domu (Szlovák Tájház).
Słowacy pojawili się na tych terenach na początku XVIII wieku, aby zasiedlić
wyludnione i zniszczone ziemie odbite z rąk Turków. Utrzymali swój język,
kulturę i kalwińskie wyznanie aż do XX wieku, choć jeszcze i dziś kilka
procent mieszkańców Kiskőrös deklaruje narodowość słowacką.
Słowacki dom prezentuje wystrój gospodarstwa średniozamożnego słowackiego
chłopstwa z 19. stulecia.
Po domu krząta się zakręcona babka, umiejąca nieco po niemiecku. Dostaję
mapkę miasta i foldery o innych jego atrakcjach, ale o samej wystawie i
Słowakach nic nie mają, trzeba korzystać z opisów przy eksponatach. Niektóre z
nich są po słowacku, więc co niego można się dowiedzieć. Tutaj również zwraca
mi się uwagę na komin.
Naczynie do pálinki 😏.
Ciekawe podłoże - zarówno podwórze, jak i chodnik obok ulicy wyłożono cegłami
z XIX wieku.
Ponieważ z muzeami uwinąłem się dość szybko, więc zamiast wracać już na
kąpielisko, ruszam w miasto. Jest wyjątkowo ładna pogoda, zazwyczaj w
przypadku moich wyjazdów aura na Węgrzech zaczyna zawsze się psuć.
Armata ustawiona obok szkoły podstawowej przypomina kilkadziesiąt lat
obecności wojska w Kiskőrös. Stacjonowały w nim jednostki artylerii i
obrony przeciwchemicznej, obecnie miejscowość ponownie jest całkowicie
cywilna.
Uderzam do spelunki, z którą nie udało nam się wieczorem. Barmanka w środku
obsługuje inna, ale przy stoliku znowu siedzi ten sam wredny stary cap, co
wczoraj i znowu coś komentuje z głupawym śmiechem. Pewnie nie jest to nic
pochlebnego, bo sprzedawczyni fuczy na niego i każe się uciszyć, natomiast do
mnie uśmiecha się wesoło.
Biorę butelkę (lanego piwa brak) oraz kieliszek wiadomo czego i siadam na
zewnątrz.
Do namiotu i wód termalnych podążam bocznymi ulicami. Z nieba leje się żar,
innych ludzi nie widać.
Wieczorem znowu próbujemy skonsumować pizzę, lecz przy barze trafiamy na wyjątkowo wredną dziewczynę, zdaje się, że kucharkę. Wmawia nam, że mają menu tylko po madziarsku, a w ogóle to ewidentnie jej przeszkadzamy.
Idziemy zatem w inne miejsce i w klimaty na słodko.
Dom Petőfiego po zmroku.
Tak wyglądają baseny termalne w nocy - woda jest usuwana, ta nowa, którą
wpuszcza się pod silnym ciśnieniem, ma temperaturę nie 35-36 stopni, jak w
ciągu dnia, ale grubo ponad czterdzieści. W powietrzu unosi się bardzo
intensywny zapach siarki lub czegoś podobnego.
Ostatni poranek odbywa się w tradycyjnej kolejności: ostatnie grzanie tyłków w
wodzie, pakowanie, złożenie namiotu, zakupy i... nigdzie się nie spieszymy,
zaglądamy jeszcze w dwa miejsca przy ostatniej istniejącej w Kiskőrös
linii kolejowej.
Najpierw parkuję za torami, gdzie okolica jest w stanie lekkiego bajzlu.
Na końcu zapomnianej dróżki znajduje się cmentarz żydowski, druga - obok
synagogi - pamiątka po wyznawcach religii mojżeszowej. W miejscowości
osiedlili się w tym samym wieku, co Słowacy. Przenieśli się z Siedmiogrodu, a
niektórzy z Moraw. W szczytowym momencie (czyli w międzywojniu) było ich
w Kiskőrös prawie sześciuset, ale procentowo tylko niecałe pięć całej
ludności. W czasie II wojny światowej większość znalazła się w Auschwitz i tam
zginęła. Powróciła garstka, w tym rabin. Dziś prawdopodobnie nie ma w mieście
żadnego Żyda, choć niektóre źródła mówią o kilku.
Cmentarz jest zamknięty i nie mam ochoty przeskakiwać przez płot.
Po drugiej stronie torów lśni bielą nowy dworzec kolejowy. Wznosi się go
niedaleko starego, który czasy świetności miał już dawno za sobą.
W momencie mojej wizyty w Kiskőrös nie było ani jednej czynnej linii
kolejowej przewożącej pasażerów. Pierwszą z trzech (do Kalocsy) zamknięto w
2007 roku. Drugą (wąskotorową do Kecskemét) w 2009. Tam regularny ruch
już nie wróci. Główną linię z Budapesztu do Serbii zawieszono w 2022 roku i
rozpoczął się jej generalny remont. Pociągi mają ponownie nią jeździć od
wiosny 2026 roku.





















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz