wtorek, 17 lutego 2026

Kistelek i Kiskőrös - ciepłe wody, muzea i pálinka

Węgrzy słyną z pomnikomanii i jest to niewątpliwie cecha, która łączy ich z Polakami. Niektóre egzemplarze pamięta się dłużej niż inne, na przykład pomnik... dyni. Stał sobie na środku ronda niedaleko Segedyna. Jak go zobaczyłem, to musiałem się zatrzymać i zrobić mu zdjęcie 😏.


W tym odcinku będzie o dwóch miejscowościach zaczynających się na K, a nawet na Kis (czyli "mały"). A właściwie o jednym, bo do tego pierwszego (Kistelek) zajrzeliśmy głównie w poszukiwaniu kantoru. Chciałem wymienić większą ilość waluty w centrum handlowym w Segedynie, ale oferowano tam tak skandalicznie niskie kursy i wysoką prowizję, że oznaczałoby to stratę kilkuset złotych.
W Kistelek kantoru nie ma, za to mają dwa kościoły, a na rondzie - zamiast dyni - fontannę. Nowsza świątynia należy do ewangelików.



Są też dwa Pomniki Poległych, po jednym dla każdej wojny światowej. Dla pierwszej ma klasyczną formę w postaci stojącego z karabinem żołnierza, dla drugiej rozrósł się do kaplicy z płaczącym umięśnionym osobnikiem.
A na deser wysublimowana architektonicznie brama wjazdowa na dworzec autobusowy z odpadającym tynkiem.



Dalsza podróż po prowincji to madziarski standard: kiepskie drogi niezależnie od numeracji i rzadko występujące osady. Sugerujące burzę ciemniejące niebo utworzyło ze ścierniskiem barwy ukraińskiej flagi.


Żadne opady ani pioruny się jednak nie pojawiły i spokojnie dojechaliśmy do Kiskőrös. Miejscowość doskonale nam znana, bo jesteśmy w niej czwarty raz pod rząd i nadal nam się nie znudziła. Meldujemy się na kempingu przy basenach termalnych, gdzie ceny utrzymały ubiegłoroczny poziom (a biorąc pod uwagę spadek forinta, to nawet się zmniejszyły). 
Samochód i namiot ustawiamy mniej więcej w tym samy miejscu, co rok temu. Tym razem nie ma znajomego małżeństwa z Częstochowy, są za to emeryci z Niemiec, których ostatnio poznaliśmy (byli wówczas oskarżani o publiczny naturyzm!). Podejrzewam, że jeżdżą tu od dekad. Facet, mimo dojrzałego wieku, jest dość wysportowany, natomiast jego małżonka to pokurczona starowinka, która wygląda, jakby większy podmuch wiatru mógł ją przewrócić. 
Mam wrażenie, że na kempingu niewiele się zmienia w ciągu kolejnych wizyt, głównie ci sami ludzie rozstawiający się w stałych lokalizacjach. Wakacyjny rytuał, w którym i my bierzemy udział.



Nowi są nasi drudzy bliscy sąsiedzi: on Madziar, ona Niemka. Chłop bardzo chce mi pomóc prawidłowo rozstawić namiot i dokładnie opisuje jak zmienia się pozycja słońca. Oczywiście po węgiersku. Obowiązkowo posiadają też psa, dużego, ale spokojnego, przez większość czasu odpoczywającego w cieniu pojazdu.


Na kempingu, oprócz wspomnianych nacji, są także przybysze z Czech, Słowacji, Belgii, Holandii i jeszcze jedno auto na polskich blachach. Tradycyjnie jesteśmy chyba jedynymi nocującymi w namiocie, cała reszta żyje luksusowo w kamperach albo przyczepach. Im namioty służą jedynie jako lauby.


Po raz pierwszy spędzamy w Kiskőrös nie jeden, ale dwa pełne dni. Pierwszego klasyczny relaks, czyli moczenie się w zimnej i ciepłej wodzie, wylegiwanie się na trawie, czytanie książek, picie piwa i zajadanie się specjałami z termalnej gastronomii. Ceny przyzwoite, smaki niezłe.
Wśród kąpiących się i obsługi wypatruję sobowtórów znanych osób: widziałem m.in. Johna Malkovicha oraz odmłodzonego, ale już siwego Karola Nawrockiego.




Wieczorem ruszamy na miasto, które - jak zawsze - sprawia wrażenie na poły opuszczonego. Gdyby nie tiry, pędzące główną drogą w stronę granicy serbskiej, to byłoby wręcz wiejsko.



W pizzerii wzbudzamy u barmanki popłoch, bo języki obce na węgierskiej prowincji to naprawdę rzadkość. Byliśmy w tym lokalu już rok temu, więc mamy doświadczenie, zatem przy pomocy niemieckiego menu i rąk udaje nam się zamówić pizzę. A te mają czasem ciekawe, na przykład z kiszonym ogórkiem, jajkiem i fasolką.


Na jednym z osiedli domków jednorodzinnych wyczaiłem spelunkę, taką prawdziwą, a nie udawaną. Pełne oburzenia recenzje w internecie zachęcały do odwiedzin. Znaleźliśmy ją bez problemu, ale pani prowadząca wytłumaczyła nam łopatologicznie, że zaraz zamyka (choć powinna dopiero za godzinę). Towarzyszył jej rechot siedzącego przy barze starego dziada i zszokowany wzrok jego kilku kumpli.


W takiej sytuacji musieliśmy się napić w nieco bardziej kulturalnym przybytku. Tam, o dziwo, młody kelner znał angielski i tłumaczył nam, że przez pięć lat pracował w Niemczech, ale germańskiego się nie nauczył.


Drugiego dnia nie wytrzymałem i po szybkiej, porannej kąpieli, postanowiłem odwiedzić... muzeum! Planowałem to od trzech lat. Kiskőrös posiada co najmniej trzy takie instytucje, w tym jedną tuż obok kompleksu termalnego, którą odkryłem przypadkiem - to Muzeum Robót Drogowych! Te jednak zostawię sobie na przyszłość.


Wybieram muzeum związane z najsłynniejszym obywatelem Kiskőrös, a mianowicie poetą i powstańcem Sándorem Petőfim (Petőfi Szülőház és Emlékmúzeum). Rodzinny dom, w którym urodził się w 1823 roku, został przekształcony w placówkę muzealną pod koniec XIX wieku i początkowo sprawiał bardzo sielskie wrażenie.


Dziś został odpicowany, a otoczenie radykalnie się zmieniło, lecz nadal widać, że to chłopska chałupa (powstała około 1780 roku).


Na tablicy obok wejściowej bramy jest angielska wersja językowa, ale potem wkraczam w świat całkowicie wypełniony ugrofińskim. Żeby zdobyć bilet muszę odszukać opiekunkę i znajduję ją w jej biurze, wywołując szok. Chyba dawno nie gościli tu cudzoziemca. Nieliczni inni zwiedzający również patrzą na mnie, jakbym co najmniej uciekł z zoo.

Ekspozycja to połączenie historii Petőfiego i jego rodziny oraz ekspozycji etnograficznej. Z oryginalnego wyposażenia zachowało się niewiele i zazwyczaj są to meble odkupione od późniejszych właścicieli. Tak też było z łóżkiem, które pochodzi z czasów, gdy przyszedł na świat Alexander (Sándor) Petrovics, bo tak się nazywał przyszły bohater.


Z powodu nazwiska ojca poeta był, a przez niektórych nadal jest, uznawany za pół-Serba (matka była Słowaczką), jednak badania wykazały, że jego ojciec też był Słowakiem, a jego przodkowie mieszkali na Górnych Węgrzech (Słowacji) już w XVII wieku. Za słowackością taty świadczy też kalwińskie wyznanie zamiast prawosławia.
Na zdjęciu kuferek Istvána (Stephanusa) Petrovicsa z czasów kawalerskich.


Ciekawy piec, ładowano do niego z drugiej strony ściany.


Gdy zaglądam do pomieszczenia gospodarczego, podchodzi opiekunka domu i wskazuje placem do góry. A tam długi komin, sam bym go nie zauważył.


Dom urodzenia poety, to jedynie część muzeum. Druga połowa mieście się w budynku z okresu komunistycznego i pokazuje całe życie Petőfiego krok po kroku. Tym razem otrzymałem na wejściu kartkę ze skrótami po angielsku, więc mniej więcej wiedziałem, o co chodzi. Jednak nie czarujmy się - ta placówka turystów z zagranicy raczej nie zainteresuje.


Całość uzupełniają monumenty. Jest najstarszy pomnik Petőfiego na świecie, ustawiony w 1861 roku. Natomiast na publicznie dostępnym chodniku stoją głowy i popiersia tłumaczy dzieł Sándora na języki wszystkich kontynentów.



Na koniec wizyty dodam, że choć odwiedziłem miejsce jego urodzin, to nie ma możliwości, bym stanął przy jego grobie, ponieważ go nie posiada. Poeta zginął w czasie powstania węgierskiego pod koniec lipca 1849 w czasie bitwy pod Segesvárem (dzisiejsza Sighișoara), w której walczył jako adiutant generała Bema. Nie są znane dokładne okoliczności śmierci, nie znaleziono ciała, więc pojawiały się też teorie, że przeżył i może uciekł do Ameryki albo znalazł się w rosyjskiej niewoli i zmarł na Syberii.

To nie koniec atrakcji muzealnych, bowiem bilet do muzeum Petőfiiego upoważnia też do odwiedzenia Słowackiego Domu (Szlovák Tájház).


Słowacy pojawili się na tych terenach na początku XVIII wieku, aby zasiedlić wyludnione i zniszczone ziemie odbite z rąk Turków. Utrzymali swój język, kulturę i kalwińskie wyznanie aż do XX wieku, choć jeszcze i dziś kilka procent mieszkańców Kiskőrös deklaruje narodowość słowacką.

Słowacki dom prezentuje wystrój gospodarstwa średniozamożnego słowackiego chłopstwa z 19. stulecia.





Po domu krząta się zakręcona babka, umiejąca nieco po niemiecku. Dostaję mapkę miasta i foldery o innych jego atrakcjach, ale o samej wystawie i Słowakach nic nie mają, trzeba korzystać z opisów przy eksponatach. Niektóre z nich są po słowacku, więc co niego można się dowiedzieć. Tutaj również zwraca mi się uwagę na komin.



Naczynie do pálinki 😏.


Ciekawe podłoże - zarówno podwórze, jak i chodnik obok ulicy wyłożono cegłami z XIX wieku.



Ponieważ z muzeami uwinąłem się dość szybko, więc zamiast wracać już na kąpielisko, ruszam w miasto. Jest wyjątkowo ładna pogoda, zazwyczaj w przypadku moich wyjazdów aura na Węgrzech zaczyna zawsze się psuć.


Armata ustawiona obok szkoły podstawowej przypomina kilkadziesiąt lat obecności wojska w Kiskőrös. Stacjonowały w nim jednostki artylerii i obrony przeciwchemicznej, obecnie miejscowość ponownie jest całkowicie cywilna.


Uderzam do spelunki, z którą nie udało nam się wieczorem. Barmanka w środku obsługuje inna, ale przy stoliku znowu siedzi ten sam wredny stary cap, co wczoraj i znowu coś komentuje z głupawym śmiechem. Pewnie nie jest to nic pochlebnego, bo sprzedawczyni fuczy na niego i każe się uciszyć, natomiast do mnie uśmiecha się wesoło.
Biorę butelkę (lanego piwa brak) oraz kieliszek wiadomo czego i siadam na zewnątrz. 



Do namiotu i wód termalnych podążam bocznymi ulicami. Z nieba leje się żar, innych ludzi nie widać.




Wieczorem znowu próbujemy skonsumować pizzę, lecz przy barze trafiamy na wyjątkowo wredną dziewczynę, zdaje się, że kucharkę. Wmawia nam, że mają menu tylko po madziarsku, a w ogóle to ewidentnie jej przeszkadzamy.
Idziemy zatem w inne miejsce i w klimaty na słodko.


Dom Petőfiego po zmroku.


Tak wyglądają baseny termalne w nocy - woda jest usuwana, ta nowa, którą wpuszcza się pod silnym ciśnieniem, ma temperaturę nie 35-36 stopni, jak w ciągu dnia, ale grubo ponad czterdzieści. W powietrzu unosi się bardzo intensywny zapach siarki lub czegoś podobnego.


Ostatni poranek odbywa się w tradycyjnej kolejności: ostatnie grzanie tyłków w wodzie, pakowanie, złożenie namiotu, zakupy i... nigdzie się nie spieszymy, zaglądamy jeszcze w dwa miejsca przy ostatniej istniejącej w Kiskőrös linii kolejowej.
Najpierw parkuję za torami, gdzie okolica jest w stanie lekkiego bajzlu.


Na końcu zapomnianej dróżki znajduje się cmentarz żydowski, druga - obok synagogi - pamiątka po wyznawcach religii mojżeszowej. W miejscowości osiedlili się w tym samym wieku, co Słowacy. Przenieśli się z Siedmiogrodu, a niektórzy z Moraw. W szczytowym momencie (czyli w międzywojniu) było ich w Kiskőrös prawie sześciuset, ale procentowo tylko niecałe pięć całej ludności. W czasie II wojny światowej większość znalazła się w Auschwitz i tam zginęła. Powróciła garstka, w tym rabin. Dziś prawdopodobnie nie ma w mieście żadnego Żyda, choć niektóre źródła mówią o kilku.
Cmentarz jest zamknięty i nie mam ochoty przeskakiwać przez płot.



Po drugiej stronie torów lśni bielą nowy dworzec kolejowy. Wznosi się go niedaleko starego, który czasy świetności miał już dawno za sobą.


W momencie mojej wizyty w Kiskőrös nie było ani jednej czynnej linii kolejowej przewożącej pasażerów. Pierwszą z trzech (do Kalocsy) zamknięto w 2007 roku. Drugą (wąskotorową do Kecskemét) w 2009. Tam regularny ruch już nie wróci. Główną linię z Budapesztu do Serbii zawieszono w 2022 roku i rozpoczął się jej generalny remont. Pociągi mają ponownie nią jeździć od wiosny 2026 roku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz