Taliándörögd - tak nazywa się wioska, w której spędziliśmy ostatnią noc
wakacyjnego wyjazdu w 2025 roku. Nazwa jest na tyle kosmiczna, że nawet nie próbowałem
jej wymówić, wystarczyło, że znalazłem ją na mapie 😏.
W miejscowości, która wygląda jak jeden z wielu węgierskich końców świata,
wita mnie cygański zaprzęg. Ale to nie dla niego tu przyjechałem.
Za zabudową znajduje się kemping fajnie prezentujący się w internecie:
blisko wioski, ale otoczony łąkami, polami i lasami. Ponieważ zbliża się już
wieczór, to mam pewne obawy, czy nie miniemy się z gospodarzami, ale trafiamy
na siebie na szutrowej drodze prowadzącej do kempingu. A konkretnie jest to
sympatyczna i atrakcyjna gospodyni w wypasionej terenówce. Rzuca z uśmiechem,
że jedzie właśnie do mamy, ale wkrótce wróci, a nasz domek kempingowy już na
nas czeka. I faktycznie, obok drzwi wisi tabliczka z imieniem i nazwiskiem. A
gdybym chciał zostać anonimowy?
Domki wyglądają na w miarę nowe, są proste, ale wygodne: łóżko z pościelą,
stolik, szafka, prąd. Łazienki, prysznice i kuchnia na zewnątrz, oddalone o
kilkanaście metrów. Dla miłośników odpoczynku na wolnym powietrzu są ławki,
stoliki, krzesła, hamaki i tym podobne.
Wkrótce wraca gospodarzowa. Wygląda na silną, samodzielną kobietę, która doskonale
sobie ze wszystkim radzi. Świetnie mówi po niemiecku, więc nie ma - jak często
na Węgrzech - problemów z komunikacją. Pytamy, czy w wiosce można coś zjeść,
bo mijaliśmy przynajmniej dwie knajpy. Może można, lecz nie jest pewna, ale
proponuje, że sama coś ugotuje, bo na kempingu prowadzi też mały bufet.
Siadamy zatem pod wiatą i czekamy, aż przygotuje nam panini. Dostajemy
też wielkie figi, przywiozła od mamy.
- Piroszka! - czytam na głos nazwę, a gospodyni się śmieje, bo to
nieaktualna etykieta.
- Swojska pálinka - tłumaczy. - To prezent, pijcie ile chcecie. Piwo
też gratis.
Oczy mi się zaświeciły, bo taka okazja się rzadko, ale chcemy jeszcze iść na
wieś, więc trzeba się stopować 😏.
Przypałętał się też młodziutki, biały kotek, który bez ceregieli wskoczył na
stół i zaczął się łasić.
Przy kempingu znajduje się także hodowla ciekawskich kóz, do których
podchodzimy się przywitać.
Schodzimy do wioski, która w wieczornej szarzyźnie jest wymarła, co akurat na
Węgrzech nie dziwi nawet w piątek. Sprawia też wrażenie dość biednej,
zwłaszcza jej ostatni odcinek: sporo opuszczonych domów, wiele w stanie
sugerującym rozbiórkę, na co drugim wisi ogłoszenie o sprzedaży. Stwierdzam,
że idealnie wybrałem miejsce na ostatni nocleg, bo to rzeczywiście głęboka
prowincja, choć środek kraju (jesteśmy kilkanaście kilometrów na północ od
Balatonu).
Na najbliższym skrzyżowaniu nagle zdarza się cud: z bocznych uliczek zaczynają
wychodzić ludzie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jak w filmach,
gdzie trzeba szybko zapełnić ulicę, aby nie była podejrzanie pusta! Najpierw
pomyślałem, że to młodzi mieszkańcy wyszli na spacer, ale co rusz coś
fotografują smartfonami (budynki, kwiaty, płoty), a tak się nie zachowują
miejscowi.
W Taliándörögd są dwa bary. Idziemy najpierw do tego położonego dalej od
kempingu, blisko głównego kościoła. W środku siedzi kilka osób, ale
sprzedawczyni jest wyraźnie niezadowolona z naszej wizyty. Przy pomocy jednej
z dziewczyn spotkanych na ulicy udaje nam się kupić po piwie, lecz musimy
usiąść na zewnątrz, gdyż lokal oficjalnie zostaje zamknięty, a drzwi
zasłonięte kratą. Oczywiście tylko dla obcych, lokalsi nadal tam się bawią.
Nie przeszkadza nam to, wieczór jest ciepły i tylko chmury sugerują, że może
pokropić.
Potem przenosimy się do drugiej knajpy, a tam klimat zupełnie inny! Okazało
się, że jutro w wiosce odbędzie się wesele - któryś z przyszłych małżonków
pracuje w Niemczech i na imprezę przyjechali do niego znajomi. To właśnie oni
wyszli razem z nami na ulice, a nie miejscowi. Pisząc o klimacie nie miałem na
myśli powiewu zachodniej europejskości, choć może właśnie tak on nam się
objawił: Niemcy, czy raczej obywatele Niemiec, reprezentują większość kolorów
ludzkiej skóry i zachowują się, jakby szlachta przyjechała do hołoty. Nogi na
krzesłach, stołkach, warknięcia zamiast normalnej rozmowy, wrzaski na
partnerki, żeby ruszyły dla nich po flaszkę, prezentowanie wytatuowanych
mięśni i tym podobne. Wszyscy piją Heinekena, nikt się nie zniży do
poziomu węgierskiego piwa.
W końcu właściciel wygania całe towarzystwo, bo zaczyna szykowanie się do
wesela.
W drodze na kemping rzeczywiście łapie nas deszcz, krótki, ale intensywny. Nie
mieliśmy żadnych kurtek, więc wracamy mokrzy. Natomiast koło domku czeka na
nas biały kotek, ewidentnie spragniony ludzkiego towarzystwa. Tak nas okręcił
wokół pazurków, że spał z nami w łóżku 😏.
Poranek wstaje słoneczny i ciepły, po opadach nie ma już śladu. Na kempingu
jesteśmy sami - wczoraj nocował też jeden facet, ale już pojechał. Tutaj
raczej rzadko bywają tłumy, wyjątkiem jest festiwal sztuki organizowany w
wakacje w sąsiednim Kapolcs.
Las tropikalny obok kibelków.
Spoglądam na okoliczne wzgórza. Nie wyglądają na wybitne, ale tak naprawdę to
góry - Las Bakoński (Bakony), będący częścią wielkiego regionu
karpackiego.
Mały kotek nadal się koło nas kręci, sprawdza nawet liczenie ostatnich
forintów 😏. Niewątpliwy słodziak, choć ma coś z oczkiem, lecz na szczęście
nic groźnego. Gospodyni była zdziwiona, że z nami spał, bo ponoć w stosunku do
innych nie jest tak towarzyski.
Po serdecznym pożegnaniu z właścicielką kempingu zjeżdżamy do wioski, aby
obejść nią w świetle dnia. W sobotni poranek panuje cisza, czasem tylko
przemknie jakiś staruszek.
Knajpa, gdzie wczoraj siedzieli zachodni Europejczycy, a dziś szykują się do
ślubu, o czym świadczy napis "Welcome in our wedding" na jednym z
płotów.
Tereny te były zamieszkały co najmniej od XIII wieku, istniały wtedy cztery
osobne osady. W XVI wieku spalili je Turcy i przed dwa kolejne stulecia
prawdopodobnie nie było tu stałego osadnictwa, a gdy się odrodziło, to w
innych miejscach, tam, gdzie wcześniej rosły lasy. Dziś mieszka tu ponad
siedemset osób, czyli nieco mniej niż w czasach Habsburgów.
Jak to bywa u Madziarów, nawet w tak niewielkiej miejscowości znajdziemy
świątynie różnych wyznań, choć procentowo najwięcej jest katolików. Idąc od
strony kempingu pierwszy jest kościół ewangelicki, ukryty za drzewami. Kawałek
dalej jest mniejszy kościółek kalwiński, oba z końca XVIII wieku.
Podobną datę budowy ma kościół katolicki, stojący najniżej. Obok świeci się w
słońcu zabytkowa plebania.
Jeżeli chodzi o świecką zabudowę, to mamy kilka ciekawych domów wzniesionych z
kamienia, przypominających kraje śródziemnomorskie. Jest też "chałupa" rozmiarami zbliżona do dworku, ale resztki
napisów sugerują, iż dawniej mieściła się w niej gospoda.
Specyficzny Pomnik Poległych, a raczej symboliczny cmentarz.
Obudowana studnia, służąca w przeszłości jako pralnia i punkt pojenia zwierząt
(oraz pasterzy).
Gospodarstwa poukrywane wśród zieleni.
Aby zobaczyć najbardziej znany zabytek Taliándörögd(u), należy wyjść z
wioski i przejść się kilkaset metrów wśród łąk. Zobaczymy tam ruiny
średniowiecznego kościoła św. Andrzeja, który pojawił się w XIV wieku na
miejscu starszej, romańskiej konstrukcji.
Nie wiadomo, czy zniszczyli go Turcy, czy po wyludnieniu został po prostu
porzucony i niszczał bez opieki. Wiadomo, że w 19. stuleciu większą część
ruin... wysadzono w powietrze, aby pozyskać materiał budowlany. Węgrzy są
konsekwentni, więc pod koniec tamtego wieku przeprowadzili przy nim
wykopaliska i objęli ochroną 😏.
Do dziś przetrwały ściany prezbiterium oraz zakrystii, będącej być może
pozostałością po romańskim kościółku. Pierwotnie kościół wieńczyły dwie wieże
nad głównymi drzwiami, oznaczonymi drewnianym gotyckim łukiem.
Takich porzuconych w środku niczego ruin kościołów zniszczonych przez Turków
jest nad Dunajem wiele.
Po zwiedzaniu jedziemy do najbliższej drogi krajowej, oddalonej o kilka
kilometrów, gdzie leży wioska Kapolcs. Choć ma o połowę mniej
mieszkańców niż Taliándörögd, to wydaje się większa, a już wczoraj
wieczorem przykuła naszą uwagę, bo całe jej centrum sprawia wrażenie
chronionej strefy zabytkowej.
Kiedyś mieszkańcy zajmowali się głównie mieleniem - na pobliskim potoku stało
wiele młynów, do dzisiaj przetrwało ich co najmniej kilka. Jeden z nich stoi
niedaleko głównego skrzyżowania i pochodzi z 1825 roku, a wyposażenie z okresu
międzywojennego.
Kamienne mostki nad potokiem, niektóre z kapliczkami.
Kościół ewangelicki wznosi się w centrum wioski, katolicki w lekkim oddaleniu
przy bocznej drodze. Obok niego Pomnik Poległych na skraju cmentarza.
Idę jeszcze kawałek dalej, asfalt zmienia się w błoto i na skraju zalesionej
górki odnajduję cmentarz żydowski. Według mediów odnowiony, ale wejście to śliska ścieżka, a ja śladów prac renowacyjnych raczej nie widzę.
Żydzi stanowili do kilkunastu procent mieszkańców Kapolcs, strzałokrzyżowcy
(węgierscy naziści) wywieźli ich do obozów w Generalnej Guberni. Swój kamyczek
zniszczenia dołożyli komuniści, niszcząc synagogę.
Kończąc krótkie zwiedzanie słyszymy burczenie w brzuchu, więc zaglądamy do
restauracji, jedynej, jaką widzieliśmy otwartą o tak wczesnej porze. Wnętrza
wypełnione starymi sprzętami jak w skansenie.
Zamawiamy jedną z najbardziej klasycznych madziarskich potraw
- babgulyás, czyli zupę fasolową. Jest tak sycąca, że w zupełności
wystarcza jako cały obiad.
Pora rozpocząć powrót na Śląsk. Już bez postojów na atrakcje turystyczne, choć
oczywiście zatrzymujemy się jeszcze kilka razy. Po raz pierwszy po
kilkudziesięciu kilometrach, bo jestem w szoku, że boczna szosa na Węgrzech
jest w tak dobrym stanie. W dodatku otaczający nas krajobraz bardzo przypomina
step.
Zastanawiają mnie zapory przeciwczołgowe na skraju resztek betonowej drogi i
walające się żelastwo. Okazuje się, że to poligon wojskowy, prawdopodobnie
nadal używany.
Z wakacjami żegnamy się na obwodnicy miasta o bardzo wymownej nazwie
- Pápa. Robimy tam zakupy, a na rondzie obok kompleksu handlowego
stoi wzbijający się w niebo Mig-21. To nawiązanie do znajdującej się w
miejscowości bazy lotniczej. Dziś stacjonują w niej transportowce NATO, ale
do 2001 roku na składzie były właśnie takie Migi.
No to Pápa, do następnego razu!


























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz