czwartek, 5 marca 2026

Taliándörögd i Kapolcs - koniec świata w centrum kraju

Taliándörögd - tak nazywa się wioska, w której spędziliśmy ostatnią noc wakacyjnego wyjazdu w 2025 roku. Nazwa jest na tyle kosmiczna, że nawet nie próbowałem jej wymówić, wystarczyło, że znalazłem ją na mapie 😏.

W miejscowości, która wygląda jak jeden z wielu węgierskich końców świata, wita mnie cygański zaprzęg. Ale to nie dla niego tu przyjechałem.


Za zabudową znajduje się kemping fajnie prezentujący się w internecie: blisko wioski, ale otoczony łąkami, polami i lasami. Ponieważ zbliża się już wieczór, to mam pewne obawy, czy nie miniemy się z gospodarzami, ale trafiamy na siebie na szutrowej drodze prowadzącej do kempingu. A konkretnie jest to sympatyczna i atrakcyjna gospodyni w wypasionej terenówce. Rzuca z uśmiechem, że jedzie właśnie do mamy, ale wkrótce wróci, a nasz domek kempingowy już na nas czeka. I faktycznie, obok drzwi wisi tabliczka z imieniem i nazwiskiem. A gdybym chciał zostać anonimowy?
Domki wyglądają na w miarę nowe, są proste, ale wygodne: łóżko z pościelą, stolik, szafka, prąd. Łazienki, prysznice i kuchnia na zewnątrz, oddalone o kilkanaście metrów. Dla miłośników odpoczynku na wolnym powietrzu są ławki, stoliki, krzesła, hamaki i tym podobne.



Wkrótce wraca gospodarzowa. Wygląda na silną, samodzielną kobietę, która doskonale sobie ze wszystkim radzi. Świetnie mówi po niemiecku, więc nie ma - jak często na Węgrzech - problemów z komunikacją. Pytamy, czy w wiosce można coś zjeść, bo mijaliśmy przynajmniej dwie knajpy. Może można, lecz nie jest pewna, ale proponuje, że sama coś ugotuje, bo na kempingu prowadzi też mały bufet. Siadamy zatem pod wiatą i czekamy, aż przygotuje nam panini. Dostajemy też wielkie figi, przywiozła od mamy.


Zagadujemy o alkohol, pani przynosi piwo i wyższe procenty.
- Piroszka! - czytam na głos nazwę, a gospodyni się śmieje, bo to nieaktualna etykieta.
- Swojska pálinka - tłumaczy. - To prezent, pijcie ile chcecie. Piwo też gratis.
Oczy mi się zaświeciły, bo taka okazja się rzadko, ale chcemy jeszcze iść na wieś, więc trzeba się stopować 😏.


Przypałętał się też młodziutki, biały kotek, który bez ceregieli wskoczył na stół i zaczął się łasić. 


Przy kempingu znajduje się także hodowla ciekawskich kóz, do których podchodzimy się przywitać.


Schodzimy do wioski, która w wieczornej szarzyźnie jest wymarła, co akurat na Węgrzech nie dziwi nawet w piątek. Sprawia też wrażenie dość biednej, zwłaszcza jej ostatni odcinek: sporo opuszczonych domów, wiele w stanie sugerującym rozbiórkę, na co drugim wisi ogłoszenie o sprzedaży. Stwierdzam, że idealnie wybrałem miejsce na ostatni nocleg, bo to rzeczywiście głęboka prowincja, choć środek kraju (jesteśmy kilkanaście kilometrów na północ od Balatonu).



Na najbliższym skrzyżowaniu nagle zdarza się cud: z bocznych uliczek zaczynają wychodzić ludzie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jak w filmach, gdzie trzeba szybko zapełnić ulicę, aby nie była podejrzanie pusta! Najpierw pomyślałem, że to młodzi mieszkańcy wyszli na spacer, ale co rusz coś fotografują smartfonami (budynki, kwiaty, płoty), a tak się nie zachowują miejscowi.



W Taliándörögd są dwa bary. Idziemy najpierw do tego położonego dalej od kempingu, blisko głównego kościoła. W środku siedzi kilka osób, ale sprzedawczyni jest wyraźnie niezadowolona z naszej wizyty. Przy pomocy jednej z dziewczyn spotkanych na ulicy udaje nam się kupić po piwie, lecz musimy usiąść na zewnątrz, gdyż lokal oficjalnie zostaje zamknięty, a drzwi zasłonięte kratą. Oczywiście tylko dla obcych, lokalsi nadal tam się bawią.
Nie przeszkadza nam to, wieczór jest ciepły i tylko chmury sugerują, że może pokropić.



Potem przenosimy się do drugiej knajpy, a tam klimat zupełnie inny! Okazało się, że jutro w wiosce odbędzie się wesele - któryś z przyszłych małżonków pracuje w Niemczech i na imprezę przyjechali do niego znajomi. To właśnie oni wyszli razem z nami na ulice, a nie miejscowi. Pisząc o klimacie nie miałem na myśli powiewu zachodniej europejskości, choć może właśnie tak on nam się objawił: Niemcy, czy raczej obywatele Niemiec, reprezentują większość kolorów ludzkiej skóry i zachowują się, jakby szlachta przyjechała do hołoty. Nogi na krzesłach, stołkach, warknięcia zamiast normalnej rozmowy, wrzaski na partnerki, żeby ruszyły dla nich po flaszkę, prezentowanie wytatuowanych mięśni i tym podobne. Wszyscy piją Heinekena, nikt się nie zniży do poziomu węgierskiego piwa.


W końcu właściciel wygania całe towarzystwo, bo zaczyna szykowanie się do wesela. 

W drodze na kemping rzeczywiście łapie nas deszcz, krótki, ale intensywny. Nie mieliśmy żadnych kurtek, więc wracamy mokrzy. Natomiast koło domku czeka na nas biały kotek, ewidentnie spragniony ludzkiego towarzystwa. Tak nas okręcił wokół pazurków, że spał z nami w łóżku 😏.


Poranek wstaje słoneczny i ciepły, po opadach nie ma już śladu. Na kempingu jesteśmy sami - wczoraj nocował też jeden facet, ale już pojechał. Tutaj raczej rzadko bywają tłumy, wyjątkiem jest festiwal sztuki organizowany w wakacje w sąsiednim Kapolcs.



Las tropikalny obok kibelków.


Spoglądam na okoliczne wzgórza. Nie wyglądają na wybitne, ale tak naprawdę to góry - Las Bakoński (Bakony), będący częścią wielkiego regionu karpackiego.


Mały kotek nadal się koło nas kręci, sprawdza nawet liczenie ostatnich forintów 😏. Niewątpliwy słodziak, choć ma coś z oczkiem, lecz na szczęście nic groźnego. Gospodyni była zdziwiona, że z nami spał, bo ponoć w stosunku do innych nie jest tak towarzyski.



Po serdecznym pożegnaniu z właścicielką kempingu zjeżdżamy do wioski, aby obejść nią w świetle dnia. W sobotni poranek panuje cisza, czasem tylko przemknie jakiś staruszek.



Knajpa, gdzie wczoraj siedzieli zachodni Europejczycy, a dziś szykują się do ślubu, o czym świadczy napis "Welcome in our wedding" na jednym z płotów.


Tereny te były zamieszkały co najmniej od XIII wieku, istniały wtedy cztery osobne osady. W XVI wieku spalili je Turcy i przed dwa kolejne stulecia prawdopodobnie nie było tu stałego osadnictwa, a gdy się odrodziło, to w innych miejscach, tam, gdzie wcześniej rosły lasy. Dziś mieszka tu ponad siedemset osób, czyli nieco mniej niż w czasach Habsburgów.


Jak to bywa u Madziarów, nawet w tak niewielkiej miejscowości znajdziemy świątynie różnych wyznań, choć procentowo najwięcej jest katolików. Idąc od strony kempingu pierwszy jest kościół ewangelicki, ukryty za drzewami. Kawałek dalej jest mniejszy kościółek kalwiński, oba z końca XVIII wieku.



Podobną datę budowy ma kościół katolicki, stojący najniżej. Obok świeci się w słońcu zabytkowa plebania.


Jeżeli chodzi o świecką zabudowę, to mamy kilka ciekawych domów wzniesionych z kamienia, przypominających kraje śródziemnomorskie. Jest też "chałupa" rozmiarami zbliżona do dworku, ale resztki napisów sugerują, iż dawniej mieściła się w niej gospoda.




Specyficzny Pomnik Poległych, a raczej symboliczny cmentarz.


Obudowana studnia, służąca w przeszłości jako pralnia i punkt pojenia zwierząt (oraz pasterzy).


Gospodarstwa poukrywane wśród zieleni.


Aby zobaczyć najbardziej znany zabytek Taliándörögd(u), należy wyjść z wioski i przejść się kilkaset metrów wśród łąk. Zobaczymy tam ruiny średniowiecznego kościoła św. Andrzeja, który pojawił się w XIV wieku na miejscu starszej, romańskiej konstrukcji.


Nie wiadomo, czy zniszczyli go Turcy, czy po wyludnieniu został po prostu porzucony i niszczał bez opieki. Wiadomo, że w 19. stuleciu większą część ruin... wysadzono w powietrze, aby pozyskać materiał budowlany. Węgrzy są konsekwentni, więc pod koniec tamtego wieku przeprowadzili przy nim wykopaliska i objęli ochroną 😏.
Do dziś przetrwały ściany prezbiterium oraz zakrystii, będącej być może pozostałością po romańskim kościółku. Pierwotnie kościół wieńczyły dwie wieże nad głównymi drzwiami, oznaczonymi drewnianym gotyckim łukiem.




Takich porzuconych w środku niczego ruin kościołów zniszczonych przez Turków jest nad Dunajem wiele.

Po zwiedzaniu jedziemy do najbliższej drogi krajowej, oddalonej o kilka kilometrów, gdzie leży wioska Kapolcs. Choć ma o połowę mniej mieszkańców niż Taliándörögd, to wydaje się większa, a już wczoraj wieczorem przykuła naszą uwagę, bo całe jej centrum sprawia wrażenie chronionej strefy zabytkowej.





Kiedyś mieszkańcy zajmowali się głównie mieleniem - na pobliskim potoku stało wiele młynów, do dzisiaj przetrwało ich co najmniej kilka. Jeden z nich stoi niedaleko głównego skrzyżowania i pochodzi z 1825 roku, a wyposażenie z okresu międzywojennego.


Kamienne mostki nad potokiem, niektóre z kapliczkami.



Kościół ewangelicki wznosi się w centrum wioski, katolicki w lekkim oddaleniu przy bocznej drodze. Obok niego Pomnik Poległych na skraju cmentarza.



Idę jeszcze kawałek dalej, asfalt zmienia się w błoto i na skraju zalesionej górki odnajduję cmentarz żydowski. Według mediów odnowiony, ale wejście to śliska ścieżka, a ja śladów prac renowacyjnych raczej nie widzę. 
Żydzi stanowili do kilkunastu procent mieszkańców Kapolcs, strzałokrzyżowcy (węgierscy naziści) wywieźli ich do obozów w Generalnej Guberni. Swój kamyczek zniszczenia dołożyli komuniści, niszcząc synagogę.



Kończąc krótkie zwiedzanie słyszymy burczenie w brzuchu, więc zaglądamy do restauracji, jedynej, jaką widzieliśmy otwartą o tak wczesnej porze. Wnętrza wypełnione starymi sprzętami jak w skansenie.


Zamawiamy jedną z najbardziej klasycznych madziarskich potraw - babgulyás, czyli zupę fasolową. Jest tak sycąca, że w zupełności wystarcza jako cały obiad.


Pora rozpocząć powrót na Śląsk. Już bez postojów na atrakcje turystyczne, choć oczywiście zatrzymujemy się jeszcze kilka razy. Po raz pierwszy po kilkudziesięciu kilometrach, bo jestem w szoku, że boczna szosa na Węgrzech jest w tak dobrym stanie. W dodatku otaczający nas krajobraz bardzo przypomina step.



Zastanawiają mnie zapory przeciwczołgowe na skraju resztek betonowej drogi i walające się żelastwo. Okazuje się, że to poligon wojskowy, prawdopodobnie nadal używany.



Z wakacjami żegnamy się na obwodnicy miasta o bardzo wymownej nazwie - Pápa. Robimy tam zakupy, a na rondzie obok kompleksu handlowego stoi wzbijający się w niebo Mig-21. To nawiązanie do znajdującej się w miejscowości bazy lotniczej. Dziś stacjonują w niej transportowce NATO, ale do 2001 roku na składzie były właśnie takie Migi.



No to Pápa, do następnego razu!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz