Gdyby pół roku temu ktoś mi powiedział, że pod koniec lat polecę do
Hiszpanii, to bym go wyśmiał. Ba, gdyby mi to powiedział na początku
lata, to pewnie też bym nie uwierzył. Mieliśmy pewne plany na jesień, ale po
głowie chodziły takie kraje jak Malta, Włochy, Cypr, ewentualnie Grecja. A
potem w lipcu przypadkowo sprawdziłem loty do Walencji i stwierdziłem, że
to ciekawa opcja. Po czym w kolejnym miesiącu okazało się, że lepsza
logistycznie będzie Malaga i tym oto sposobem w ostatnich dniach
najcieplejszej pory roku wybraliśmy się na Costa del Sol 😊.
Wylot mamy z Pyrzowic o barbarzyńskiej godzinie, bo
kwadrans przed szóstą rano. Oznacza to, że z domu rodziców wyjeżdżamy o
trzeciej. O dziwo, udało mi się przespać z półtorej godziny, a zazwyczaj w
takich sytuacjach męczy mnie reisefieber.
Na lotnisku dziki tłum, bo o tej porze startuje wiele samolotów. Na szczęście
kontrola bezpieczeństwa jakoś idzie, choć obsługa nie należy do najbardziej
uprzejmych.
Na dworze pogoda mało letnia: piździ, wieje i siąpi. Później siąpienie zmienia
się w mocny deszcz, więc szykuje się ciekawy start.
Nie lubię latać, a konkretnie to nie lubię startów i turbulencji, aczkolwiek z
każdym kolejnym lotem coraz bardziej się przyzwyczajam. I tym razem start nie
był zbyt przyjemny, długo przebijaliśmy się przy wstrząsach przez deszczowe
chmury. Wreszcie szara kołdra się skończyła, lot się uspokoił, a gdzieś daleko
zaczęło wychodzić słońce. Szkoda tylko, że na razie z widoków ziemi nici, a te
zawsze mnie uspokajają.
Z biegiem czasu chmury stają się coraz rzadsze i przybierają coraz ciekawsze
formy - tutaj na przykład przywidział mi się krzyż albo swastyka.
Lecimy nad Czechami, a potem Niemcami, lecz mało jest charakterystycznych
punktów w dole. Co rusz widzę mgły zalegające w dolinach, które początkowo
brałem za rzeki. Na pewno przemykaliśmy nad Stuttgartem, bo mignął stadion
piłkarski i lotnisko.
Nad Szwajcarią i Francją znowu zbierają się chmury. Przypadek?
Dwukrotnie zapalają się sygnały zapięcia pasów z powodu spodziewanych
turbulencji. Trochę trzęsie, ale w sumie nie więcej, niż przed sygnałami. Głównym minusem są zamknięte kible. A potem załoga informuje, że powoli
zaczynamy szykować się do lądowania, więc już ich nie otworzą, co niezbyt
spodobało się mojemu pęcherzowi. Zauważyliście, że w filmach, których akcja dzieje się w samolotach i nie jest to gatunek katastroficzny, prawie nigdy nie pojawiają się wstrząsy??
Nasz Airbus A321 wyraźnie obniża lot, obiekty na ziemi stają się
wyraźniejsze. Na zdjęciu dymi elektrownia na biomasę w okolicach Fuente
de Piedra, a to już Andaluzja.
Kolejne miejscowości stają się coraz większe - tutaj miasteczko Campillos.
Pięknie prezentujący się sztuczny zbiornik Guadalhorce-Guadalteba z
przerzuconym na wodą mostem.
Okolice Malagi to góry. Nie jakieś wysokie, rzadko przekraczają tysiąc metrów,
a sporo jest znacznie niższych i zielonych. Grzbiety licznie porastają
elektrownie wiatrowe.
Jesteśmy prawie u celu. Widać już osiedla na szeroko rozumianych
przedmieściach Malagi i pojedyncze drzewka plantacji oliwek. A także pola
golfowe, bo ponoć Andaluzja także z niech słynie.
Wreszcie po ponad trzech godzinach i dwadzieścia minut przed czasem lądujemy
na lotnisku Málaga-Costa del Sol! Niestety, na Wybrzeżu Słońca na razie nie ma słońca, najbliższe szczyty skryte są w chmurach.
Przeleciałem tyle kilometrów, aby mieć szarówkę? Na szczęście nie, wkrótce
słońce się pojawi i prawie przestanie się chować.
Moją radość ze znalezienia się w Hiszpanii psuje potrzeba skorzystania z kibelka. Przylot przed czasem niewiele zmienił, bo długo czekamy, aż nas pokierują na parking, potem zamiast wypuścić nas dwoma wyjściami, to podpinają rękaw, ale tylko z przodu, a my jesteśmy z tyłu. Ludzie zbierają się tak strasznie wolno, że aż stewardesy się zniecierpliwiły i nawołują do szybszych ruchów.
Po odnalezieniu kibelka mogę w pełni cieszyć się z rozpoczęcia nowej przygody
😊. Na dzień dobry gubimy się na lotnisku, które wydaje nam się ogromne! W
ubiegłym roku obsłużyło dwadzieścia sześć milionów pasażerów, a - dla
porównania - Pyrzowice siedem. Bardzo słabe jest oznakowanie, długo nie
umieliśmy znaleźć właściwej drogi na dworzec kolejowy.
Po języku napisów można się domyślić, skąd przylatuje dużo pasażerów 😏.
Wreszcie udaje nam się wyjść na zewnątrz, uderza w nas ciepło! Jest około 28
stopni, a ja w długich spodniach i w polarze, który szybko ląduje w torbie.
Wita nas pierwsza palma, jeszcze nie wiemy, że potem będą ich tysiące.
Plusem lotniska jest świetne skomunikowanie z Malagą - zaraz obok stoi
wspomniany dworzec kolejowy, gdzie normalnym pociągiem dojedziemy w mniej niż
w kwadrans do centrum miasta. Ludzie kłębią się w kolejkach przy automatach z
biletami, ale wystarczy po prostu przyłożyć kartę bankomatową przy bramce i
można wchodzić. Koszt biletu to 1,80 euro, drożej i dłużej jest autobusem.
Po chwili przyjeżdża pociąg. Pasażerów multum, słychać też język polski, za to
kompletnie nie słychać komunikatów o najbliższej stacji. Na szczęście mamy
wysiąść na ostatniej, więc nie zajedziemy w złe miejsce 😛.
Po wyjeździe na powierzchnię (stacja jest pod ziemią) wali w nas jeszcze
więcej ciepła i gwar dużego miasta - Malaga z prawie sześciuset tysiącami
mieszkańców jest szóstym największym miastem w Hiszpanii. O dziwo, ten gwar
nie przytłacza aż tak mocno - wiele ulic i placów jest na tyle szerokich, że
nie ma ścisku.
Obrazek, który będziemy widzieć codziennie: koryto Guadalmediny.
Teoretycznie jest to rzeka, która rozdziela Malagę na dwie części, praktycznie
na większości odcinka miejskiego jej brak. Lato sprawiło, że kanał bardzo
często jest pusty, a tu dodatkowo ktoś wpadł na pomysł, aby wodę puścić
dwoma niewielkimi ciekami po bokach. Środek miał chyba pełnić jakieś funkcje
rekreacyjne i faktycznie czasem biegali tam ludzie albo wyprowadzano
psy, częściej jednak służył jako toaleta albo koczowisko dla bezdomnych.
Mamy dwie godziny do zameldowania się na noclegu, więc ruszamy na pierwszy
spacer. Nie będę teraz opisywał zwiedzania Malagi, napiszę tylko w skrócie, że
miasto mnie zachwyciło! Różne czytałem o nim opinie - niektóre bardzo
pozytywne, inne w stylu "nic nadzwyczajnego". Przyznaję bez bicia, że przed
podjęciem decyzji o wylocie praktycznie nic o nim nie wiedziałem, dla mnie
była to terra incognita. Z wyjazdu wracałem zadowolony aż za bardzo,
co się rzadko u mnie zdarza 😏.
Ale w skrócie, co mi się w mieście spodobało? Zacznijmy
od zabytków. Nie ma tu żadnego obiektu z dziedzictwa UNESCO, ale
jest cała masa cennych pamiątek z przeszłości, poczynając od starożytności,
poprzez średniowiecze (muzułmańskie i chrześcijańskie) po młodsze epoki.
Dziesiątki kościołów (fakt, że w większości zamkniętych), antyczny teatr, dwie twierdze,
starówka z wąskimi uliczkami, w których można się zagubić plus liczne muzea,
gdyby komuś było jeszcze mało! Co do starówki to padały zarzuty, że nie jest
gotycka, więc to nic ciekawego, ale mnie kamienice z przełomu XIX i XX wieku w
zupełności wystarczą.
Drugi plus: widoki. W Maladze pasmo górskie schodzi aż do morza, co
oznacza, że w samym mieście są dziesiątki wzgórz, a do tego punkty widokowe na
wspomnianych twierdzach. Zdjęcia mogłem tam robić godzinami.
Chyba najważniejszy element: przyroda. Malaga leży w strefie klimatu
subtropikalnego, co oznacza długie, ciepłe, a obecnie upalne lata i roślinność
bardziej kojarzącą się z Afryką czy Ameryką niż resztą Europy. Palmy rosły
dosłownie wszędzie, w każdej możliwej formie. Drzewka pomarańczowe, kaktusy,
figowce są na każdym kroku. Parki wyglądają jak ogrody botaniczne - to
były moje ulubione momenty spacerów, gdy mogłem przejść się którymś z nich, a
Malaga posiada ich wiele, niektóre bardzo ciekawie zaaranżowane.
Częsty gość andaluzyjskich parków - zielone papugi. Pochodzące z Ameryki
Południowej mnichy nizinne są głośne i bojowe, ale i tak nie mają szans z
gołębiami.
Gdyby tylko podmienić flagi i niektóre napisy, to można by kręcić kolejną
serię Miami Vice 😏.
Nigdy nie byłem wielkim fanem morza, ale po kilku latach przerwy trochę się za
nim stęskniłem. W Maladze Morze Śródziemne wpływa prawie na starówkę - brzeg
od katedry dzieli zaledwie trzysta metrów. Żeby się wykąpać, trzeba pójść
nieco dalej, bo najbliższa jest dzielnica portowa, w której klimat panuje tak
jakby nieco luksusowy.
Według internetów woda miała 24 stopnie, według mojej miarki była po prostu
ciepła; pierwsze wrażenie wywołało mój komentarz "cieplej niż ostatnio w Czechach". Fale były na
tyle duże, że nie miał człowiek szans się nie zamoczyć, nawet jeśli tylko
próbował wejść po kolana 😏. Jednego dnia fala porwała mi okulary
przeciwsłoneczne i może do tej pory tam pływają, każdego zaś co najmniej
kilkukrotnie lądowałem w piasku z kąpielówkami wypełnionymi piaskiem.
Same plaże są takie jak przy wielkich miastach, to znaczy bywa na nich
tłoczno, a palmy dają mało cienia, ale każdy się zmieści.
Zresztą do opalania wcale nie potrzeba leżeć na piasku 😏.
Co mi się w Maladze nie podobało? Tłumy turystów! No cóż, sam się do tego
tłumu wliczałem, ale naprawdę nie sądziłem, że będzie ich tak wiele,
zwłaszcza, że Malaga nie jest najbardziej popularnym hiszpańskim miastem! A
jednak. Duża liczba tanich lotów robi swoje. Kolejne tysiące wypluwają wielkie
statki wycieczkowe, bo Malaga to główny pasażerski port Andaluzji. Wpadną na
chwilę, przebiegną przez ulice i wrócą na statek. Magnesem dla wielu turystów
może być fakt, że w mieście urodził się Pablo Picasso (i Antonio Banderas),
dom rodzinny sławnego malarza stał się muzeum i jest jedną z głównych atrakcji. W wielojęzycznym tłumie co
rusz słychać polski nawet w najbardziej dziwnych lokalizacjach, ale za to
prawie nie słychać ukraińskiego (choć ruski się zdarza).
Na szczęście zazwyczaj wystarczy z głównego ciągu komunikacyjnego odbić w
boczną uliczkę i od razu robi się pusto.
Drugi negatyw, to brak publicznych toalet. Nie darmowych, tylko w
ogóle. To nie jedynie andaluzyjska cecha, ale ponoć ogólnohiszpańska. Nie ma
ich na ulicach, nie ma ich w metrze, nie ma ich w prawie żadnym parku, choć
przewalają się przez nie tłumy. Jedną znaleźliśmy w porcie, ale obsługiwała
ona sąsiednie lokale, bo w nich też nie było kibli! Dwie, dość
niespodziewanie, były w parku w odległej dzielnicy. Na plażach toalety są,
ale czasem oddalone od siebie o wiele minut drogi. Na dworcu przybytek płatny
1 euro... Co w takim razie robić w razie potrzeby? Znalazłem knajpę, w
której szło skorzystać z kibelka wchodząc z ulicy i patrząc na jej stan, to
nie tylko ja wpadłem na ten pomysł. Natomiast w parkach dziesiątki papierzaków
świadczyły, że inni radzą sobie na swój sposób.
Co jeszcze zauważyłem? Brak bezdomnych psów. Dosłownie zero! Mało też było
kotów, ale to w wielkim mieście nie dziwi. Stosunkowo mało śmieci jak na
południe Europy. Mało dziur w chodnikach, choć czasem płytki były makabrycznie
wyślizgane. Niewiele bezdomnych i żebraków, a jak byli, to się nie
narzucali, tylko zazwyczaj spali albo zajęci byli sobą. Bardziej rzucali
się w oczy Świadkowie Jehowy...
Brak agresywnych grup nabuzowanych młodych byczków wszelkich nacji. Owszem,
zdarzały się grupki wypitych młodych facetów czy napalonych panienek z
zachodniej Europy, ale w żaden sposób nie naprzykrzali się innym. Brak tego
poczucia niepewności, które towarzyszy czasem w dużych aglomeracjach, że oto
za chwilę możesz przez przypadek dostać w pysk albo zniknie ci plecak -
ogólnie człowiek czuł się bezpiecznie. Co wieczór robiłem przechadzki po
okolicy w której mieszkaliśmy, również przy
blokowiskach i nikt nawet na mnie krzywo nie spojrzał.
Oczywiście migranci są obecni, stanowią w mieście około 15 procent
mieszkańców, co nie wydaje się jakąś dużą liczbą, ale jeszcze dekadę temu było
ich o połowę mniej. Dla porównania w prowincji Malaga nie-Hiszpanem jest co
czwarty mieszkaniec. Najwięcej, co nie zaskakuje, występuje Marokańczyków, na
drugim miejscu są Argentyńczycy (w mieście), a w całej Andaluzji Kolumbijczycy
i Brytyjczycy. W Maladze działa duży meczet, pojawiają się kobiety w chustach,
ale znacznie rzadziej niż chociażby w Niemczech, a często okazują się
turystkami. O problemach związanych z migracją przypominała codziennie
telewizja, nadająca transmisje z Ceuty.
Po mieście poruszaliśmy się pieszo albo komunikacją publiczną, czyli
głównie autobusami, a kilka razy metrem, które ma tylko dwie niezbyt długie
linie. W kiosku z gazetami kupiłem za półtora euro specjalną zieloną kartę na
wszystkie środki transportu, którą potem można doładowywać - korzystając z
niej przejazd autobusem kosztował 83 centy, a metrem 49 centów, a więc prawie
o połowę taniej niż normalnie.
Nie dziwiło, że autobusy często stoją w korkach. Klasycznego rozkładu jazdy
zazwyczaj brak, autobus pojawia się co jakiś czas, przeważnie na przystanku
wyświetla, za ile się zjawi. A potem jedziesz, jedziesz i jedziesz... W
Maladze światła potrafią być co kilkadziesiąt metrów, nie ma czegoś takiego
jak zielona fala, więc czasem przejście piechotą zajęłoby mniej czasu. Również
wieczorem światła nadal działają przy minimalnej ilości aut na drogach, a że
zazwyczaj są źle ustawione, to nie dość iż blokują ruch, to wręcz wymuszają na
pieszych, aby przechodzili na czerwonym świetle. Prawie wszyscy tak robią i
nikogo to nie burzy.
Spodobała mi się tutaj pewna rzecz: otóż każdy przystanek oprócz nazwy
posiada unikalny rysunek go identyfikujący! Nie pamiętasz nazwy, zapamiętaj
rysunek! A ty bywają rozmaite, czasem nawiązują do nazwy albo okolicy,
a czasem nie. Są budynki, przedmioty, zwierzęta, jedzenie, wszystko! Na
przykład my zazwyczaj wsiadaliśmy na przystanku "ogórek", a wysiadaliśmy na
przystanku "kura" 😛.
O jedzeniu nie będę na razie pisał, natomiast wspomnę tylko o piciu.
Zaczęliśmy z przyzwyczajenia od piwa, ale potem przerzuciliśmy się na inny
napój. Nie na wino, ale na tinto de verano! To mieszanka czerwonego
wina z napojem gazowanym, pół na pół! Zazwyczaj ma około 3,5-4 procent
alkoholu, więc świetnie nadaje się na upały.
Tinto de verano powstało przed stuleciem właśnie w Andaluzji i
uchodzi za koktajl miejscowych, natomiast turystom proponuje się głównie
Sangrię i rzeczywiście nie widzieliśmy, aby ktoś z obcych pił tinto. Cena w lokalach od 2,5 euro za pół litra, w sklepach od 1,30 euro za
półtora litra 😏.
Zanim zaczniemy wracać, to napiszę, że mieliśmy szczęście z pogodą. Walencja,
która była pierwszym planem na Hiszpanię, została dzień przed naszym przylotem
zalana, woda sparaliżowała metro, zamknięto lotnisko. W kolejne dni także
panowała tam bardzo szalona pogoda, tymczasem u nas było bardzo stabilnie: w
ciągu dnia 27-28 stopni, w nocy 23-25 stopnie (bardzo mała różnica),
odczuwalna powyżej 30 stopni. Niebo w ciągu dnia prawie bezchmurne, za to
zaciągało się po zmroku. Takie temperatury były nawet nieco za wysokie na
zwiedzanie, a jeśli człowiek dłużej postał w słońcu, to zaczynała go palić
skóra, ale na pewno nie zamieniłbym tego na ulewy. Jeśli popatrzymy na mapę
pogodową Hiszpanii, to widać, że trzeba dobrze wybierać lokalizację: w centrum
kraju męczące upały (kilka dni wcześniej było ponad 40 stopni), a na
północnych krańcach wręcz rześko. Do tego przez cały czas na wschodnim
wybrzeżu i na Balearach występowały deszcze i burze.
W momencie gdy piszę te słowa to wschód Hiszpanii znowu zmaga się z silnymi ulewami paraliżującymi transport, tak więc można czasem mieć nieprzyjemną niespodziankę.
Powrót samolotem mieliśmy po dziewiętnastej, a więc jeszcze większość dnia
spędziliśmy na mieście. Dziś zero chmur, doskonale widać wszystkie szczyty
dookoła lotniska.
Zostawiam Teresę przy toaletach i idę szukać kontroli bezpieczeństwa. Trochę
mi to zajmuje, pisałem, ze to wielki port, samych gatów ma prawie
czterysta! Jest kontrola, pusta! Wracamy po dwudziestu minutach, a tam tłum
ludzi!
Idzie zaskakująco sprawnie, obsługa co chwilę otwiera nowe stanowiska. Piszczę
przechodząc przez bramkę, więc sypią mi na ręce proszek i z uśmiechem
puszczają dalej. Coś się jednak nie zgadza w bagażach... Ochroniarz sprawdza
mój plecak i wyciąga z boku butelkę.
- Pusta - pokazuję, bo chcę dopiero nabrać wody w kraniku.
Kiwa głową ale z uwagą patrzy w ekran i z naszej reklamówki wydobywa półtora litra butelki z niebieskim płynem! Cholera, zapomnieliśmy wyrzucić! W
Pyrzowicach byłaby awantura, tutaj to on mnie przeprasza, że musi zabrać...
Zostało jeszcze dopchać plecaki, aby mieściły się w wymiarach podręcznego.
Udaje się po kilku próbach. W Polsce nikt ich nie sprawdzał, tu hiszpańskie
służbistki mocno się czepiają, a jednemu facetowi kazali wywalić całą torbę
z płynami, która już przeszła security.
Na koniec odwiedzam "toaletę rodzinną", pierwszy raz takową widzę!
Tym razem start mnie w ogóle nie denerwuje, może to z powodu ładnej okolicy?
Ale nie, pojawił się pewien element niepewności: podczas testowego otwierania
klap w skrzydle jedna się nie rusza, a chyba powinny wszystkie? Może da radę
wyhamować bez niej?
Po wzniesieniu się samolot wykonuje szybki nawrót. Przez okna widzę najpierw
miasto Benalmádena, a potem Vélez-Málagę, miejscowości z zabudową pod masową turystykę.
A potem już ląd o kremowo-brązowawym odcieniu, powoli pożerany przez cień.
Na pierwszym zdjęciu zbiornik Los Bermejales, niedaleko Granady.
Zachód słońca w Maladze przypadał po dwudziestej, więc ponad godzinę później
niż na Śląsku. Po czterech kwadransach lotu mijaliśmy Saragossę.
A potem już głównie ciemność, ciemność, ciemność. Francja ciemna, Szwajcaria
ciemna, pewno znowu wina migrantów. Przez pewien czas na horyzoncie była
wyraźna łuna jakiegoś dużego miasta, ale żadne mi nie pasowało, chyba, że były
to północne, zurbanizowane Włochy. I tylko raz nagle zrobiło się pod nami
jasno!
Monachium! Głowiłem się, co do za rewia świateł w dole?? A to przecież
Oktoberfest! 😛
W Krakowie wita nas 11 stopni... Koniec wygrzewania się!
-----
To nie była moja pierwsza wizyta w Hiszpanii - powróciłem do niej po 28
latach! 😛 W 1998 roku z wycieczką z liceum pojechaliśmy do Katalonii i wtedy
to dopiero była przygoda! Na starym zdjęciu stoję na katalońskiej plaży (chyba
w Santa Susanna). Dwa elementy z tamtych czasów mam do dzisiaj - saszetkę i
koszulkę! Ta pierwsza służy mi na co dzień, ta druga jest już trochę dziurawa ale obie
po prawie trzech dekadach wziąłem po raz drugi w podróż, aby znowu poczuły
klimat 😏.


















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz