W poprzednim odcinku opisałem dzielnicę centralną, teraz przyszła pora na trzy bardziej oddalone rejony. Wszystkie leżą bezpośrednio nad morzem, ale nie
każda jest tak samo popularna wśród turystów.
Pierwsza z dzielnic oddalona jest niewiele, bo zaczyna się zaraz za portem,
więc od starówki dzieli ją kilka, kilkanaście minut spaceru - nazywa się La Malagueta. W XIX wieku rozpoczęła się tutaj malagijska rewolucja przemysłowa, teren
ten zajmowały liczne zakłady, w tym stocznia, huta żelaza i elektrownia.
Dzisiaj po tamtym okresie nie ma już prawie żadnych śladów, dzielnica pełni
funkcje mieszkaniowe i usługowe, a przede wszystkim rekreacyjne, bo playa de la Malagueta
jest najpopularniejszą plażą w mieście.
Malaqueta widziana z góry - uwagę przykuwa najbardziej charakterystyczny
budynek, czyli arena do walk byków (Plaza de toros de la Malagueta).
Wybudowana w 1876 roku w stylu klasycystycznym, jest nadal używana zgodnie ze
swoim przeznaczeniem, ale również do koncertów.
Zabudowa z powierzchni ziemi nie robi takiego wrażenia, bo to głównie wysokie
bloki. Przy ulicach działa trochę sieciowych lokali i kilka niedużych
sklepików prowadzonych przez Azjatów. Czasem przemknie sportowe auto.
Na plażę poszliśmy już pierwszego dnia, popołudniem, więc nie trafiliśmy na
tłumy. I od razu pierwsza kąpiel, morze akurat wtedy było spokojne.
W inne popołudnie wybraliśmy się autobusem do El Palo (po hiszpańsku "patyk"),
skuszeni opisami, że dzielnica ta "zachowała wygląd i klimat rybackiej
wioski". No to popatrzcie na tę wieś 😏.
Dopiero przy samej linii brzegowej jest trochę domów, które mogą mieć starszą
metrykę i pamiętać czasy, gdy podstawą gospodarki było rybołówstwo i uprawa
drzew oliwnych.
Między niektórymi są mniej lub bardziej wąskie uliczki.
Kierujemy swe kroki na plażę. Przy wejściu, podobnie jak w Malaguecie, wita
nas napis wyglądający, jakby zrobiono go z piasku.
Rosnące przy plaży palmy fajnie wyglądają, ale dają mało cienia. Po dłuższej
chwili udaje nam się znaleźć kawałek zacienionego trawnika w sąsiedztwie dwóch starszych hiszpańskich małżeństw. Żony spędzają większość czasu w kąpieli, a
mężowie na podziwianiu roznegliżowanych dużo młodszych przechodniów 😏.
Mamy ze sobą niewiele picia, więc pędzę do marketu po tinto de verano.
Oczywiście od razu kupiłem dwie, aby nam nie brakło.
Plaże miejskie Malagi są określane jako dobrze zagospodarowane. Faktycznie, co
chwilę jest strefa, gdzie można wypożyczyć leżaki i parasol, są
prysznice, ale znacznie gorzej wygląda sprawa z toaletami. Czasem na
przestrzeni pół kilometra może być tylko jedna, więc niektórzy naprawdę muszą
daleko biegać za potrzebą (chyba, że skorzystają z morza).
Ogólnie jest tu spokojniej niż w centrum miasta, ale nie ma co liczyć na
kompletne pustki, tym bardziej, że to sobota.
Dziś morze nie jest już tak spokojne, fale potrafią przewracać człowieka
stojącego po kolana w wodzie. Porwały też moje okulary i być może biedne bryle
do tej pory pływają gdzieś u brzegów Andaluzji.
W XIX wieku, gdy z plaży nadal korzystali głównie rybacy, w jednym z
pierwszych nabrzeżnych barów pojawiło się espeto - nabite na
szpikulce sardynki grillowane nad ogniem, na węglu drzewnym. Szybko zyskały
ogromną popularność, nawet król Alfons XII podczas wizyty w Maladze wybrał się
specjalnie do El Palo, aby je skosztować. Dziś to chyba najbardziej znane
danie z Costa del Sol serwowane w wielu nadmorskich barach i restauracjach.
Ognisko kiedyś rozpalało się na piasku, a teraz najczęściej rozpala w starej
łodzi rybackiej, a używane pierwotnie kije z trzciny zastępują metalowe.
Restauracje i bary z jedzeniem są usiane gęściej niż toalety, również przy
deptaku jest ich sporo. Z knajpy najbliżej nas dochodzą skoczne dźwięki muzyki
i chóralne śpiewy - trwają urodziny i całe towarzystwo bawi się przy
przebojach wydobywanych z trąb kilkuosobowej orkiestry.
Po kąpielach wybrałem się na krótki spacer. Ciemny piasek był tak rozgrzany,
że wolałem iść asfaltem. Mijam całkowicie wyschniętą rzekę Jaboneros. W tle Monte San Antón posiadająca dwa szczyty liczące trochę
ponad i trochę mniej niż 500 metrów, widoczne z prawie każdej plaży.
Wyschnięta rzeka oddziela El Palo od dzielnicy Pedregalejo.
Autobusem jechaliśmy z centrum pół godziny, ale to wina dziesiątek
świateł i jeszcze liczniejszych przystanków, czasem oddalonych od siebie o
sto, dwieście metrów. Tymczasem do starówki nie jest daleko, około ośmiu kilometrów -
doskonale widać wieżę katedry oraz wzgórze z twierdzą. To także dobry punkt
widokowy na port.
Sama plaża nie wygląda zbyt atrakcyjnie, sporo na niej kamieni, więc wracam do
El Palo.
Na przystanek idziemy dłuższą drogą korzystając z promenady. Mimo silnych fal
w powietrzu łopoczą zielone flagi, a ratownicy nikogo nie gonią z wody.
Papugi walczą o jedzenie z gołębiami. Wygrywają tylko wtedy, kiedy jest ich więcej.
Im dalej, tym puściej.
Z roślinności zwracają uwagę ogromne kaktusy. Albo nie kaktusy? Internet
podpowiedział, iż mogą to być wilczomierze olbrzymie, które pochodzą z Afryki.
Autobus do centrum przyjeżdża zatłoczony i na kolejnych przystankach jeszcze
się dopycha. Wchodzi też grupa polska, kilka par w średnim wieku. Towarzystwo,
zwłaszcza męska część, już mocno wesołe.
- Wszyscy, którzy mnie rozumieją, wysiadają na następnym przystanku! -
komenderuje samozwańcy przywódca grupy, ale nie posłuchaliśmy, bo choć go
rozumieliśmy, to pojechaliśmy dalej 😏.
W niedzielę wróciliśmy na Malaguetę. Ten dzień z założenia miał być
głównie relaksacyjny i mieliśmy ambitny plan wyprzedzić tłumy i zjawić się na
plaży wcześnie, ale zaspaliśmy. W efekcie przyłazimy nad morze w
południe, a ludzi multum! Uznaliśmy, że tym razem nie będziemy szukać cienia
pod palmami, tylko jak cywilizowani ludzie wynajmiemy leżaki i parasol przy
którymś z lokalów. W centrum kosztowały one 20 euro, w El Palo były trochę
tańsze. Przy pierwszym barze facet rozkłada ręce z uśmiechem politowania:
- Mamy komplet.
Oczami wyobraźni widziałem długą wędrówkę w poszukiwaniu wolnych miejsc, ale
już druga próba okazała się udana.
- Ile osób? Dwie? - upewnia się młody Arab ogarniający biznes. - Tam mamy
jeszcze niezajęte - pokazuje leżaki tuż pod ścianą restauracji. Może być,
bierzemy. - Mój kolega wkrótce do was przyjdzie po zapłatę.
Kolega, wiecznie roześmiany Murzyn z dredami, nie przyszedł. Kręcił się
dookoła, zagadywał babki, wystawiał rachunki, ale nas z dziwnym uporem omijał.
Stwierdziliśmy, że nie będziemy się naprzykrzać i w efekcie leżaki były gratis.
Żeby jednak firma nie była na nas stratna, to dwukrotnie zamówiliśmy
espeto. Było całkiem niezłe i piszę to jako człowiek, który generalnie
nie jada ryb 😏.
- Jak to nie jada ryb? - dziwiła się kelnerka krążąca pomiędzy leżakami i
zbierająca zamówienia. - To co on robi w Andaluzji? Powinien wybrać się na
północ, tam króluje normalne mięso!
Arab rozdzielał miejsca leżakowe, Murzyn pobierał opłaty, ale to nie koniec
międzynarodówki. Starsze Chinki proponowały masaże (ceny zaczynały się od 5
euro), a po piasku co chwilę przechodzili przybysze z Afryki oferujące
parasole, koce, pledy czy inne niezbędne do przetrwania elementy. Trochę
dziwne było sugerowanie kupna parasola osobom leżącym pod parasolami, ale może
ktoś się skusi? Ciemni panowie wyjątkowo często kręcili się wokół pań
opalających się toples i chyba nawet nie
przeszkadzało im, że połowa odsłoniętych cycków ewidentnie wyszła spod ręki
chirurga. Do kompletu należy dodać jeszcze mocno opalonego faceta, który biegał po
plaży z tacą, flaszką i rozlewał drinki.
No cóż, każdy próbuje zarobić na życie.
Poniżej na zdjęciach nasz kawałek plaży i kolejne nadmorskie knajpy. Rozłożeni
byliśmy w ostatnim rzędzie najbardziej w lewo.
Mewa romańska, stały bywalec Malagi i całego basenu Morza Śródziemnego. Podobno kilka
par tego gatunku żyje także w Polsce.
Mewy warowały przy wiacie, w której przygotowywano potrawy z ryb dla
restauracji, nie tylko sardynki, ale też większe okazy. Po filetowaniu resztki
rzucano ptakom, które zawzięcie o nie walczyły. Raz poleciał cały
kręgosłup, więc doszło do prawdziwej bitwy, gdyż żadna mewa nie była w stanie
go samodzielnie unieść i z nim odlecieć. Ptaki się zakotłowały, a niektóre z
nich wpadły pomiędzy leżaki i wskoczyły na przerażoną babkę, którą znienacka
obudziło walenie skrzydłami.
W pewnym momencie słyszymy, że w restauracji do najbliższego nam stolika
siadła grupa kobiet mówiących po polsku. Zaczęły gadać takie pierdoły, że
kompletnie nie umiałem się skupić na czytaniu... Zamiast lektury musiałem
zatem posiłkować się tinto de verano, które zakupiłem w sklepiku u
Azjatów.
- Pamiętajcie, żeby do czternastej nie pić - usłyszałem z tyłu. Spojrzałem na
zegarek, była piętnasta. Odetchnąłem z ulgą.
Ostatniego dnia pobytu w Maladze wybraliśmy się do
dystryktu/dzielnicy* Carretera de Cádiz. O ile dwie poprzednio
opisywane leżą na wschód od centrum, to ta położona jest
na południowy-zachód. Podjeżdżamy tam metrem, które zazwyczaj dla turysty jest
zupełnie nieprzydatne, ale akurat w tym przypadku to najlepszy środek
transportu. Metro nie jest zbytnio rozbudowane, to tylko dwie linie mające w
sumie trzynaście kilometrów. Wagony przypominają tramwaje i takimi faktycznie
są, bo na pewnych odcinkach naziemnych jeżdżą po prostu jak tramwaj.
Podobnie jak Malagueta tereny te w XIX wieku stały się obszar silnie
uprzemysłowionym - fabryki zastąpiły wcześniejsze plantacje trzciny cukrowej.
Szybki napływ ludności nie pokrywał się z odpowiednią ilością budynków
mieszkalnych i powstały całe hektary slumsów istniejących jeszcze do lat 90.
ubiegłego stulecia. Nowo powstałe osiedla najczęściej przybierały postać
niekończących się blokowisk z małą ilością zieleni i bez socjalnych udogodnień;
zmieniło się to dopiero niedawno, kiedy dzielnica przeszła proces
rewitalizacji. Do dzisiaj jest to najgęściej zaludniona jednostka podziału administracyjnego Malagi, a ciekawostką może być fakt, że wśród cudzoziemców najwięcej mieszka
tu nie Marokańczyków, a Ukraińców.
Naszym celem nie są blokowiska, a Parque del Oeste - Park
Zachodni. Otwarto go w 1992 roku i od tego czasu kilkukrotnie poszerzano.
Nie może on konkurować historią oraz bogactwem flory z parkami w centrum, ale
uznawany jest za najlepiej zaprojektowany w mieście. Są fontanny, wielkie
powierzchnie wodne, tarasy, mostki, a także kilkadziesiąt rzeźb autorstwa
pochodzącego z Monachium Stefana von Reiswitza.
Zazwyczaj rzeźby są opisane i dobrze, bo często nie miałem pojęcia co
przedstawiają 😛.
Dodatkową atrakcją jest mini-zoo z kilkoma rodzajami zwierząt oraz liczne
ptactwo fruwające i pływające.
A już zupełny szał to dwie ogólnodostępne, darmowe i w miarę czyste toalety!
To jedyne znane mi parkowe kible w Maladze! Mogliśmy zjeść i wypić resztki
zapasów bez zbędnego dyskomfortu.
Rzucamy ostatnie herbatniki gołębiom, które jednak skupiły się na bójkach i
nie dopuszczaniu innych przedstawicieli swojego gatunku. W efekcie prały się
z krzykiem gdzieś na boku, a herbatniki leżały i czekały... Biada jednak, gdyby
spróbowała go skosztować któraś z zielonych papug - gołębie od razu je
atakowały, papugi potem bały się nawet podlatywać do kałuży, aby się napić!
Nagle niebo przesyła huk i nad nami pojawiają się dwa EF-18 Hornet, czyli
hiszpańskie wersje F/A-18 Hornet. Może wracają z Dni NATO w Ostrawie, które
skończyły się dzień wcześniej? Raczej chyba nie 😏. Przy lotnisku cywilnym w
Maladze jest też część wojskowa, z której Hornety czasem korzystają.
Na koniec idę jeszcze pożegnać się z Morzem Śródziemnym, a właściwie z
Morzem Alborańskim, bo taką nazwę nosi ta część akwenu. Zaraz za
parkiem i dwupasmową szosą zaczyna się Playa de Misericordia. Swą nazwę
wzięła od działającego dawniej w pobliżu hospicjum.
Nadmorski deptak jest pustawy, najwięcej szumu robi kręcąca się po nim
policja.
Na plaży również cisza, leżaki stoją puste, bary zamknięte. Trudno się dziwić,
jest poniedziałkowe południe, dla Hiszpanów to prawie środek nocy.
Samotny komin to jedna z nielicznych pamiątek po przemyśle, należał do huty
ołowiu. Zamknięto ją w 1979 roku.
Trochę osób plażuje bliżej wody. Stąd jest nieco inne spojrzenie na port, a z
tyłu wspominana Monte San Antón. Horyzont zamyka oddalona o niecałe
dwadzieścia kilometrów góra Santopitar, mierząca ponad 1000 metrów.
Ostatnie spojrzenie na odpływające statki i pora kończyć wizytę.
* Malaga podziela jest na jednostki zwane distrito, które można
przetłumaczyć jako "dystrykt", ale także jako "dzielnica".
Distrito dzielą się zaś na barrios, które też można rozmaicie
przetłumaczyć: "dzielnica, kwartał, osiedle"... Ten bardziej szczegółowy
podział jest zazwyczaj nieoficjalny lub historyczny. Opisywane powyżej
Malagueta i El Palo to barrios, natomiast Carretera de Cádiz to
distrito, na które składa się kilkanaście mniejszych barrios,
których nie chciałem już dokładnie wyszczególniać.




























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz