piątek, 16 października 2026

Malaga - La Malagueta, El Palo i Carretera de Cádiz

W poprzednim odcinku opisałem dzielnicę centralną, teraz przyszła pora na trzy bardziej oddalone rejony. Wszystkie leżą bezpośrednio nad morzem, ale nie każda jest tak samo popularna wśród turystów.

Pierwsza z dzielnic oddalona jest niewiele, bo zaczyna się zaraz za portem, więc od starówki dzieli ją kilka, kilkanaście minut spaceru - nazywa się La Malagueta. W XIX wieku rozpoczęła się tutaj malagijska rewolucja przemysłowa, teren ten zajmowały liczne zakłady, w tym stocznia, huta żelaza i elektrownia. Dzisiaj po tamtym okresie nie ma już prawie żadnych śladów, dzielnica pełni funkcje mieszkaniowe i usługowe, a przede wszystkim rekreacyjne, bo playa de la Malagueta jest najpopularniejszą plażą w mieście.


Malaqueta widziana z góry - uwagę przykuwa najbardziej charakterystyczny budynek, czyli arena do walk byków (Plaza de toros de la Malagueta). Wybudowana w 1876 roku w stylu klasycystycznym, jest nadal używana zgodnie ze swoim przeznaczeniem, ale również do koncertów.


Zabudowa z powierzchni ziemi nie robi takiego wrażenia, bo to głównie wysokie bloki. Przy ulicach działa trochę sieciowych lokali i kilka niedużych sklepików prowadzonych przez Azjatów. Czasem przemknie sportowe auto.



Na plażę poszliśmy już pierwszego dnia, popołudniem, więc nie trafiliśmy na tłumy. I od razu pierwsza kąpiel, morze akurat wtedy było spokojne.




W inne popołudnie wybraliśmy się autobusem do El Palo (po hiszpańsku "patyk"), skuszeni opisami, że dzielnica ta "zachowała wygląd i klimat rybackiej wioski". No to popatrzcie na tę wieś 😏.



Dopiero przy samej linii brzegowej jest trochę domów, które mogą mieć starszą metrykę i pamiętać czasy, gdy podstawą gospodarki było rybołówstwo i uprawa drzew oliwnych. 


Między niektórymi są mniej lub bardziej wąskie uliczki.



Kierujemy swe kroki na plażę. Przy wejściu, podobnie jak w Malaguecie, wita nas napis wyglądający, jakby zrobiono go z piasku.


Rosnące przy plaży palmy fajnie wyglądają, ale dają mało cienia. Po dłuższej chwili udaje nam się znaleźć kawałek zacienionego trawnika w sąsiedztwie dwóch starszych hiszpańskich małżeństw. Żony spędzają większość czasu w kąpieli, a mężowie na podziwianiu roznegliżowanych dużo młodszych przechodniów 😏.


Mamy ze sobą niewiele picia, więc pędzę do marketu po tinto de verano. Oczywiście od razu kupiłem dwie, aby nam nie brakło.


Plaże miejskie Malagi są określane jako dobrze zagospodarowane. Faktycznie, co chwilę jest strefa, gdzie można wypożyczyć leżaki i parasol, są prysznice, ale znacznie gorzej wygląda sprawa z toaletami. Czasem na przestrzeni pół kilometra może być tylko jedna, więc niektórzy naprawdę muszą daleko biegać za potrzebą (chyba, że skorzystają z morza). 


Ogólnie jest tu spokojniej niż w centrum miasta, ale nie ma co liczyć na kompletne pustki, tym bardziej, że to sobota.



Dziś morze nie jest już tak spokojne, fale potrafią przewracać człowieka stojącego po kolana w wodzie. Porwały też moje okulary i być może biedne bryle do tej pory pływają gdzieś u brzegów Andaluzji.


W XIX wieku, gdy z plaży nadal korzystali głównie rybacy, w jednym z pierwszych nabrzeżnych barów pojawiło się espeto - nabite na szpikulce sardynki grillowane nad ogniem, na węglu drzewnym. Szybko zyskały ogromną popularność, nawet król Alfons XII podczas wizyty w Maladze wybrał się specjalnie do El Palo, aby je skosztować. Dziś to chyba najbardziej znane danie z Costa del Sol serwowane w wielu nadmorskich barach i restauracjach. Ognisko kiedyś rozpalało się na piasku, a teraz najczęściej rozpala w starej łodzi rybackiej, a używane pierwotnie kije z trzciny zastępują metalowe.



Restauracje i bary z jedzeniem są usiane gęściej niż toalety, również przy deptaku jest ich sporo. Z knajpy najbliżej nas dochodzą skoczne dźwięki muzyki i chóralne śpiewy - trwają urodziny i całe towarzystwo bawi się przy przebojach wydobywanych z trąb kilkuosobowej orkiestry.


Po kąpielach wybrałem się na krótki spacer. Ciemny piasek był tak rozgrzany, że wolałem iść asfaltem. Mijam całkowicie wyschniętą rzekę Jaboneros. W tle Monte San Antón posiadająca dwa szczyty liczące trochę ponad i trochę mniej niż 500 metrów, widoczne z prawie każdej plaży.


Wyschnięta rzeka oddziela El Palo od dzielnicy Pedregalejo. Autobusem jechaliśmy z centrum pół godziny, ale to wina dziesiątek świateł i jeszcze liczniejszych przystanków, czasem oddalonych od siebie o sto, dwieście metrów. Tymczasem do starówki nie jest daleko, około ośmiu kilometrów - doskonale widać wieżę katedry oraz wzgórze z twierdzą. To także dobry punkt widokowy na port.



Sama plaża nie wygląda zbyt atrakcyjnie, sporo na niej kamieni, więc wracam do El Palo.



Na przystanek idziemy dłuższą drogą korzystając z promenady. Mimo silnych fal w powietrzu łopoczą zielone flagi, a ratownicy nikogo nie gonią z wody.



Papugi walczą o jedzenie z gołębiami. Wygrywają tylko wtedy, kiedy jest ich więcej.


Im dalej, tym puściej.


Z roślinności zwracają uwagę ogromne kaktusy. Albo nie kaktusy? Internet podpowiedział, iż mogą to być wilczomierze olbrzymie, które pochodzą z Afryki.


Autobus do centrum przyjeżdża zatłoczony i na kolejnych przystankach jeszcze się dopycha. Wchodzi też grupa polska, kilka par w średnim wieku. Towarzystwo, zwłaszcza męska część, już mocno wesołe.
- Wszyscy, którzy mnie rozumieją, wysiadają na następnym przystanku! - komenderuje samozwańcy przywódca grupy, ale nie posłuchaliśmy, bo choć go rozumieliśmy, to pojechaliśmy dalej 😏.

W niedzielę wróciliśmy na Malaguetę. Ten dzień z założenia miał być głównie relaksacyjny i mieliśmy ambitny plan wyprzedzić tłumy i zjawić się na plaży wcześnie, ale zaspaliśmy. W efekcie przyłazimy nad morze w południe, a ludzi multum! Uznaliśmy, że tym razem nie będziemy szukać cienia pod palmami, tylko jak cywilizowani ludzie wynajmiemy leżaki i parasol przy którymś z lokalów. W centrum kosztowały one 20 euro, w El Palo były trochę tańsze. Przy pierwszym barze facet rozkłada ręce z uśmiechem politowania:
- Mamy komplet.
Oczami wyobraźni widziałem długą wędrówkę w poszukiwaniu wolnych miejsc, ale już druga próba okazała się udana.
- Ile osób? Dwie? - upewnia się młody Arab ogarniający biznes. - Tam mamy jeszcze niezajęte - pokazuje leżaki tuż pod ścianą restauracji. Może być, bierzemy. - Mój kolega wkrótce do was przyjdzie po zapłatę.
Kolega, wiecznie roześmiany Murzyn z dredami, nie przyszedł. Kręcił się dookoła, zagadywał babki, wystawiał rachunki, ale nas z dziwnym uporem omijał. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się naprzykrzać i w efekcie leżaki były gratis. Żeby jednak firma nie była na nas stratna, to dwukrotnie zamówiliśmy espeto. Było całkiem niezłe i piszę to jako człowiek, który generalnie nie jada ryb 😏.



- Jak to nie jada ryb? - dziwiła się kelnerka krążąca pomiędzy leżakami i zbierająca zamówienia. - To co on robi w Andaluzji? Powinien wybrać się na północ, tam króluje normalne mięso!


Arab rozdzielał miejsca leżakowe, Murzyn pobierał opłaty, ale to nie koniec międzynarodówki. Starsze Chinki proponowały masaże (ceny zaczynały się od 5 euro), a po piasku co chwilę przechodzili przybysze z Afryki oferujące parasole, koce, pledy czy inne niezbędne do przetrwania elementy. Trochę dziwne było sugerowanie kupna parasola osobom leżącym pod parasolami, ale może ktoś się skusi? Ciemni panowie wyjątkowo często kręcili się wokół pań opalających się toples i chyba nawet nie przeszkadzało im, że połowa odsłoniętych cycków ewidentnie wyszła spod ręki chirurga. Do kompletu należy dodać jeszcze mocno opalonego faceta, który biegał po plaży z tacą, flaszką i rozlewał drinki.
No cóż, każdy próbuje zarobić na życie.



Poniżej na zdjęciach nasz kawałek plaży i kolejne nadmorskie knajpy. Rozłożeni byliśmy w ostatnim rzędzie najbardziej w lewo.



Mewa romańska, stały bywalec Malagi i całego basenu Morza Śródziemnego. Podobno kilka par tego gatunku żyje także w Polsce.


Mewy warowały przy wiacie, w której przygotowywano potrawy z ryb dla restauracji, nie tylko sardynki, ale też większe okazy. Po filetowaniu resztki rzucano ptakom, które zawzięcie o nie walczyły. Raz poleciał cały kręgosłup, więc doszło do prawdziwej bitwy, gdyż żadna mewa nie była w stanie go samodzielnie unieść i z nim odlecieć. Ptaki się zakotłowały, a niektóre z nich wpadły pomiędzy leżaki i wskoczyły na przerażoną babkę, którą znienacka obudziło walenie skrzydłami.


W pewnym momencie słyszymy, że w restauracji do najbliższego nam stolika siadła grupa kobiet mówiących po polsku. Zaczęły gadać takie pierdoły, że kompletnie nie umiałem się skupić na czytaniu... Zamiast lektury musiałem zatem posiłkować się tinto de verano, które zakupiłem w sklepiku u Azjatów.
- Pamiętajcie, żeby do czternastej nie pić - usłyszałem z tyłu. Spojrzałem na zegarek, była piętnasta. Odetchnąłem z ulgą.


Ostatniego dnia pobytu w Maladze wybraliśmy się do dystryktu/dzielnicy* Carretera de Cádiz. O ile dwie poprzednio opisywane leżą na wschód od centrum, to ta położona jest na południowy-zachód. Podjeżdżamy tam metrem, które zazwyczaj dla turysty jest zupełnie nieprzydatne, ale akurat w tym przypadku to najlepszy środek transportu. Metro nie jest zbytnio rozbudowane, to tylko dwie linie mające w sumie trzynaście kilometrów. Wagony przypominają tramwaje i takimi faktycznie są, bo na pewnych odcinkach naziemnych jeżdżą po prostu jak tramwaj.


Podobnie jak Malagueta tereny te w XIX wieku stały się obszar silnie uprzemysłowionym - fabryki zastąpiły wcześniejsze plantacje trzciny cukrowej. Szybki napływ ludności nie pokrywał się z odpowiednią ilością budynków mieszkalnych i powstały całe hektary slumsów istniejących jeszcze do lat 90. ubiegłego stulecia. Nowo powstałe osiedla najczęściej przybierały postać niekończących się blokowisk z małą ilością zieleni i bez socjalnych udogodnień; zmieniło się to dopiero niedawno, kiedy dzielnica przeszła proces rewitalizacji. Do dzisiaj jest to najgęściej zaludniona jednostka podziału administracyjnego Malagi, a ciekawostką może być fakt, że wśród cudzoziemców najwięcej mieszka tu nie Marokańczyków, a Ukraińców.


Naszym celem nie są blokowiska, a Parque del Oeste - Park Zachodni. Otwarto go w 1992 roku i od tego czasu kilkukrotnie poszerzano.



Nie może on konkurować historią oraz bogactwem flory z parkami w centrum, ale uznawany jest za najlepiej zaprojektowany w mieście. Są fontanny, wielkie powierzchnie wodne, tarasy, mostki, a także kilkadziesiąt rzeźb autorstwa pochodzącego z Monachium Stefana von Reiswitza. 




Zazwyczaj rzeźby są opisane i dobrze, bo często nie miałem pojęcia co przedstawiają 😛.


Dodatkową atrakcją jest mini-zoo z kilkoma rodzajami zwierząt oraz liczne ptactwo fruwające i pływające.



A już zupełny szał to dwie ogólnodostępne, darmowe i w miarę czyste toalety! To jedyne znane mi parkowe kible w Maladze! Mogliśmy zjeść i wypić resztki zapasów bez zbędnego dyskomfortu.

Rzucamy ostatnie herbatniki gołębiom, które jednak skupiły się na bójkach i nie dopuszczaniu innych przedstawicieli swojego gatunku. W efekcie prały się z krzykiem gdzieś na boku, a herbatniki leżały i czekały... Biada jednak, gdyby spróbowała go skosztować któraś z zielonych papug - gołębie od razu je atakowały, papugi potem bały się nawet podlatywać do kałuży, aby się napić!


Nagle niebo przesyła huk i nad nami pojawiają się dwa EF-18 Hornet, czyli hiszpańskie wersje F/A-18 Hornet. Może wracają z Dni NATO w Ostrawie, które skończyły się dzień wcześniej? Raczej chyba nie 😏. Przy lotnisku cywilnym w Maladze jest też część wojskowa, z której Hornety czasem korzystają.


Na koniec idę jeszcze pożegnać się z Morzem Śródziemnym, a właściwie z Morzem Alborańskim, bo taką nazwę nosi ta część akwenu. Zaraz za parkiem i dwupasmową szosą zaczyna się Playa de Misericordia. Swą nazwę wzięła od działającego dawniej w pobliżu hospicjum.


Nadmorski deptak jest pustawy,  najwięcej szumu robi kręcąca się po nim policja.



Na plaży również cisza, leżaki stoją puste, bary zamknięte. Trudno się dziwić, jest poniedziałkowe południe, dla Hiszpanów to prawie środek nocy.
Samotny komin to jedna z nielicznych pamiątek po przemyśle, należał do huty ołowiu. Zamknięto ją w 1979 roku.


Trochę osób plażuje bliżej wody. Stąd jest nieco inne spojrzenie na port, a z tyłu wspominana Monte San Antón. Horyzont zamyka oddalona o niecałe dwadzieścia kilometrów góra Santopitar, mierząca ponad 1000 metrów.


Ostatnie spojrzenie na odpływające statki i pora kończyć wizytę.


* Malaga podziela jest na jednostki zwane distrito, które można przetłumaczyć jako "dystrykt", ale także jako "dzielnica". Distrito dzielą się zaś na barrios, które też można rozmaicie przetłumaczyć: "dzielnica, kwartał, osiedle"... Ten bardziej szczegółowy podział jest zazwyczaj nieoficjalny lub historyczny. Opisywane powyżej Malagueta i El Palo to barrios, natomiast Carretera de Cádiz to distrito, na które składa się kilkanaście mniejszych barrios, których nie chciałem już dokładnie wyszczególniać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz