Malaga to jedno z najstarszych nadal zamieszkałych miast w Europie, w
Hiszpanii dłuższą metryką ma jedynie Kadyks. Pierwszą osadę, a właściwie
faktorię handlową, założyli tu Fenicjanie w VIII wieku przed naszą erą.
Utrzymywali oni kontakty z ludem Iberów, zamieszkującym już wcześniej te
tereny. W okolicy pojawiali się też Grecy ze swoimi koloniami. Następnie całe
południe dzisiejszej Hiszpanii zajęli Kartagińczycy, których z kolei podbili
Rzymianie i w ten sposób powstało antyczne Malacitanum. Rzym rządził
tutaj ponad siedem stuleci, po nim nastąpił okres germańskich Wizygotów,
Bizancjum i ponownie Wizygotów, aż w końcu w VIII wieku naszej ery zjawili się
Arabowie. Po skutecznym podboju niemal całego Półwyspu Iberyjskiego w Maladze
nastąpiło osiem stuleci islamskich, które zakończyły się dopiero kilka lat
przed upadkiem Emiratu Grenady, ostatniego muzułmańskiego państwa. W 1487
roku, po kilkumiesięcznym oblężeniu, wojska chrześcijańskie zdobyły miasto. Od
tego czasu historia Malagi biegła podobnie do historii innych hiszpańskich
miejscowości.
Po krótkim historycznym wstępnie zwiedzanie centrum zaczniemy od
wybrzeża Guadalmediny. Kanał, w którym powinna płynąć rzeka,
przez długi czas wygląda na wyschnięty i napełnia się wodą dopiero blisko
ujścia do morza, ale pełni on symboliczną rolę podziału miasta na część nową i
starą, Starówka mieści się na prawym brzegu.
Na lewym brzegu znajdziemy m.in. spalony hotel, ale przede wszystkim kilka
kościołów. Wszystkie bez wyjątku miały zamknięte drzwi, co w Maladze jest
normą. Na pierwszym zdjęciu Bazylika Nadziei (Basílica de la Esperanza), nowa świątynia, która przypomina wielki garaż. Na drugim zdjęciu barokowy
kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro), który wygląda, jakby jego
częścią była kamienica. To efekt odbudowy po zniszczeniach w XX wieku.
Kościół klasztorny św. Dominika Guzmána (Iglesia de Santo Domingo de Guzmán) sięga początkami XV wieku, jego budowę rozpoczęto tuż po pobiciu Arabów.
Też zamknięty. Ciekawy jest przewieszony obok niego metalowy most,
nazywany Puente de Santo Domingo, ale także
Puente de los Alemanes (Most Niemców).
W 1900 roku niemiecka korweta SMS "Gneisenau" w czasie silnego sztormu osiadła przy Maladze na
mieliźnie. Na pomoc ruszyli mieszkańcy miasta, wielu
z nich zginęło, podobnie jak czterdziestu marynarzy. Siedem lat później wielka
powódź zniszczyła mosty na Guadalmedinie, jeden z nich odbudowali Niemcy
w podziękowaniu za wcześniejszy ratunek - zbiórce funduszy przewodził cesarz
Wilhelm II. Obecnie most jest nieco przesunięty w stosunku do oryginalnego
położenia, a ja robię sobie na nim zdjęcie z faną 😊.
Przechodzimy na prawy brzeg, gdzie kiedyś zaczynało się miasto. Miasto
starożytne, a potem średniowieczne, otoczone było murami obronnymi; najbardziej
okazałe wybudowali Arabowie, wznosiły się one na piętnaście metrów. Na terenie
starówki prawie nic z nich nie zostało, więc nawet ich nie szukamy, a
zagłębiamy się w wąskie lub szerokie ulice prowadzące do kolejnych placów.
Często idziemy na wyczucie, nie wiedząc, gdzie dokładnie wyjdziemy.
Głównym placem starówki od czasów przepędzenia muzułmanów jest Plaza de la Constitución. Otaczają go eleganckie kamienice i budynki publiczne, a na środku
woda sobie tryska z marmurowej Fontanny Genueńskiej (Fuente de Génova).
Wykonana została w XVI i zgodnie z legendą przybyła z Genui, choć nie ma na to
żadnych dowodów.
Nie będę opisywał tu wszystkich placów, ale na pewno warto wspomnieć o Plaza de la Merced
w północno-wschodnim rogu Starego Miasta. W czasach muzułmańskich leżał on już
za murami, przez pobliską bramę w 1487 roku wojska chrześcijańskie weszły do
miasta. Potem przez kilka wieków pełnił funkcję głównego targowiska Malagi. Na
środku strzela w niebo wysoki obelisk poświęcony generałowi Torrijosowi (Monumento a Torrijos), rozstrzelanemu za próbę obalenia monarchii absolutnej. Szczątki generała
do dziś spoczywają na placu, jest to więc jednocześnie cmentarz.
Znacznie mniejszy, ale o wiele bardziej popularny jest pomnik schowany w
cieniu drzew - ławeczka Picassa. Byliśmy na placu jeszcze przed południem,
więc po krótkim oczekiwaniu udało mi się z mistrzem zrobić zdjęcia, później
byłoby to już niemożliwe.
Ławeczka nie jest przypadkowa - kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się dom, w
którym urodził się Pablo Picasso. Nie jesteśmy wielkimi fanami tego
artysty, więc odpuszczamy muzeum, które w nim działa, a zazwyczaj walą do
niego tłumy.
Piccasso, choć ateista, został oczywiście ochrzczony i miało to miejsce w
pobliskim kościele św. Jakuba Apostoła (Iglesia de Santiago Apóstol).
To jedna z najstarszych świątyń w mieście, być może wybudowana na ruinach
dawnego meczetu, a niektóre islamskie elementy architektury są nadal widoczne.
Ulica przy niej jest tak wąska, że trudno zrobić dobre zdjęcie, więc
ograniczmy się do wnętrz - te są otwarte i bezpłatne.
Najciekawsze są boczne ołtarze, w których stoją figury Maryi i Jezusa, zgodnie
z hiszpańską tradycją ubrane w bogate stroje. Tak jak w naszej części Europy
dekoruje się obrazy, to tutaj rzeźby - często zresztą nie są to całkowicie
ukończone postacie ludzkie, ale - zwłaszcza w przypadku Maryi - wyrzeźbiono
jedynie twarz i dłonie, a reszta to stelaż na szaty. Takich figur może być w
kościele nawet kilkanaście.
Drzwi kościoła szykowane są na jakąś ceremonię religijną (ślub), a tuż obok
śpi pozawijana w koc kobieta. Nikt nie zwraca na nią większej uwagi. Kawałek
dalej bosonogi mężczyzna leży pod ścianą i też smacznie chrapie.
Picasso ma w Maladze dwa muzea - drugie jest skupione na jego dziełach, choć
brak tam najbardziej znanych obrazów. Otwierają je w południe i już pół
godziny wcześniej kłębi się przed nim tłum dyskutujący z ochroniarzem.
Najważniejszą świątynią miejską jest katedra (Santa Iglesia Catedral Basílica de la Encarnación). Nietypowa, bo nigdy nie dokończona, ale w końcu w Hiszpanii to nie takie
rzadkie 😏. Jej wznoszenie rozpoczęto w 1528 roku w miejsce głównego meczetu.
Ponieważ ciągle brakowało pieniędzy, to prace trwały dwa i pół wieku, aż w
końcu przerwano je pod koniec XVIII stulecia. Nigdy nie sfinalizowano drugiej
wieży, co sprawia wrażenie, że to nadal plac budowy. Pieszczotliwe nazywana
jest "La Manquita" - jednoręka dama.
Świątynia jest ogromna, bogato zdobiona i częściowo obstawiona rusztowaniami.
Do środka nie wchodzimy, uznałem, że 10 euro za wstęp to przesada, zwłaszcza,
że nie można wejść na remontowany dach, co skreśla jeden z ważniejszych
powodów do odwiedzin. Oglądamy ją z zewnątrz, skupiając się na detalach, bo
nie sposób objąć kościoła w całości.
Żeby ogarnąć wzrokiem większą część sylwetki, trzeba patrzeć na nią z murów
twierdzy.
Skoro jesteśmy przy świątyniach, to przy okazji cofnę się w krótkiej opowieści
historycznej do lat 30. ubiegłego wieku. W 1931 roku, miesiąc po proklamowaniu
Drugiej Republiki Hiszpańskiej, przez kraj przetoczyła się fala zamieszek
antykatolickich, połączonych z paleniem i burzeniem kościołów, klasztorów oraz
kaplic. Zaczęły się w Madrycie, ale największą skalę przybrały w Maladze,
która była silnym bastionem lewicowo-republikańskim. Zniszczenia objęły
wówczas kilkadziesiąt obiektów, niektórych już nie odbudowano, zginęły cztery
osoby. Nacjonaliści od Franco okrutnie zemścili się na "czerwonej Maladze" -
represje i masowe zabójstwa były tutaj jedne z najsurowszych w całym kraju. Na
drodze prowadzącej z Malagi do Almerii doszło do prawdziwej masakry
uciekających z miasta cywilów: w wyniku bombardowań z powietrza i z morza
zginęło kilka tysięcy osób.
Śladów po bratobójczej walce praktycznie już nie widać - jednym z nielicznych
są skromne ruiny Palacio de los Larios, spalonego w 1936 roku
przez republikanów. Przywieszona obok tablica nie informuje, kto go zniszczył,
a jedynie wspomina enigmatycznie o wojnie domowej.
Po starówce można włóczyć się bez końca. Puste i zaniedbane ulice graniczą z
tymi odpicowanymi na blask, liche sklepiki z jubilerami, a bary z miejscowymi
z restauracjami z międzynarodowym menu.
Siłą rzeczy zieleni jest tu mniej niż w innych dzielnicach, ale jak już się
trafi stare drzewo, to potężne.
Stałym elementem krajobrazu są liczne umieszczone na ścianach mozaiki z
ceramicznych płytek, przeważnie z motywami religijnymi.
Azulejos wiązane są z rządami Arabów, ale na Półwyspie Iberyjskim znano
je już wcześniej, aczkolwiek to rzeczywiście Maurowie zaczęli je stosować
masowo, a centrum produkcji była Malaga. Dziś kojarzą się głównie z
Portugalią, wyrób ręczny zastąpiły fabryki, ale i tak co krok cieszą oko.
Wiele z nich ma tylko kilka, kilkanaście lat.
Ta mozaika ma ledwie trzydzieści lat, ale napis jest znacznie starszy i
pochodzi być może z XIX wieku: zarządzenie gubernatora regulujące kwestie
handlowe.
Czasem trzeba zajrzeć do sklepu. Większe markety są poza starówką (hiszpańskie
nie działają w niedziele, zagraniczne jak najbardziej), tutaj zostają albo
małe sklepy prowadzone często przez Azjatów albo niewielkie wersje sieciówek,
np. Carrefoura. Niemal wszystkie nieazjatyckie rozpoczynają pracę o dziewiątej, wcześniej wszyscy śpią 😏. Rzecz jasna
w Carrefourze kupują głównie turyści, kartki na drzwiach
ostrzegają, że po dwudziestej drugiej alkoholu nie sprzedają.
- Bolsa? - zagaduje mnie kasjer.
Bolsa chętnie bym się napił, zwłaszcza zimnego. Chodzi jednak o
torbę na zakupy. Chłop tak zgłupiał od ilości cudzoziemców, że jako cenę
rzucił:
- Cuatro, ninity nine!
A poniżej asortyment tradycyjnych hiszpańskich piw w ukraińskim sklepie 😏.
Ważnym punktem na mapie handlowej, dla miejscowych ale także dla turystów, jest
zabytkowa hala targowa (Mercado de Atarazanas). Wzniesiona w XIX wieku zastąpiła stocznię z
czasów arabskich, po której pozostała gigantyczna brama w charakterystycznym
stylu. Niektóre źródła twierdzą, że to dawna brama miejska, inne, że jeden z
łuków stoczni, ale jedno jest pewne, że w średniowieczu aż tutaj podchodziło
morze. Kilka dzielnic powstało później na ziemi wydartej falom.
W środki są dziesiątki kramów ze wszystkim, a także kilka barów do przekąszania na stojąco, ale przyszliśmy za późno, bo o czternastej większość stoisk już się zamyka.
Centralna dzielnica to również centrum aktywności społecznej i politycznej - ostatniego dnia trafiliśmy na skromną manifestację propalestyńską.
Opuszczamy starówkę, ale atrakcje się nie kończą. Na wschód od katedry
zobaczymy rzymski amfiteatr (teatro romano).
Powstał w I wieku naszej ery (albo przed naszą erą, bo różnie piszą) i jest jednym z najstarszych w kraju. Służył mieszkańcom rzymskiego miasta stosunkowo krótko, bo już w 3. stuleciu określany jest jako opuszczony, następnie zajęły go budynki służące do przerobu ryb, a potem stał się cmentarzem. Arabowie używali go jako kamieniołomu, wznosząc twierdzę widoczną nad trybunami.
Popadł w zapomnienie, odkryty został przypadkowo w 1951 roku, początkowo zresztą sądzono, że to jedna z bram miejskich. Po latach rekonstrukcji i wyburzeniu gmachu archiwum przypomina on czasy swojej świetności. Oryginalnie scena otoczona była kolumnami i posągami, dziś ciągnie się tam deptak.
Łącznikiem pomiędzy starówką a portem jest plaza de la Marina. Plac powstał w XIX wieku, kiedy to zburzono stare mury i jednocześnie wydarto morzu ziemię pod nowe dzielnice. Na środku szumi dwupoziomowa fontanna, po zmroku zmieniająca kolory.
Eleganckie kamienice uzupełniono zabudową przypominającą mi nieco
socrealizm. Nawet okres powstania jest podobny: lata 50. i 60. ubiegłego
stulecia. Oprócz trzech gmachów mieszczących pierwotnie Radę Prowincji,
składa się na nią biały wieżowiec la Equitativa, widoczny z wielu miejsc w mieście. Oficjalnie
reprezentuje tzw. styl relaksacyjny, ale dla mnie skojarzenia z Pałacem
Kultury są bardzo silne 😏.
Gigantyczne pomniki Neptuna i Wenus to element tymczasowy. Ustawiono je w marcu i miały stać przez ćwierć wieku, ale wywołały równie gigantyczne kontrowersje, że niby bardziej pasują do uniwersum Marvela, a nie do Malagi. Ja mam inne zdanie, uważam, że nieźle się komponują z wielkimi budynkami, jak i gigantycznymi statkami wycieczkowymi. Po pół roku od odsłonięcia mają zostać rozebrane - czyli właśnie teraz.
Rzeźba Cenachero, handlarza świeżymi rybami. Jeden z symboli miasta, schowana w cieniu między palmami, więc łatwo ją przegapić.
Zanim przejedziemy do portu, to jeszcze dwa najładniejsze w centrum
parki. Parque de Málaga granicy z placem, to jeden z najbardziej
egzotycznych parków miejskich Europy pod względem roślinności. Założono go
pod koniec XIX wieku, po tym jak wysypano tu gruz z rozbieranych domów oraz
ziemię z poszerzania koryta rzeki. Przy alejkach, oprócz drzew i krzaków, rzeźby, fontanny i scena. O toaletach nie słyszeli.
Jardines de Pedro Luis Alonso ma inny charakter - to ogród francuski z elementami mauretańskimi. Dominują tu drzewka pomarańczowe, ale nie warto sięgać po owoce: raz, że zagrożone jest to wysokim mandatem, dwa, że pomarańcze są bardzo gorzkie i służą do wyrobu dżemów... na Wyspach Brytyjskich.
Pomiędzy nimi szeroka aleja Paseo del Parque, obsadzona palmami. Oprócz parków stoją przy nich reprezentacyjne budynki, na przykład banku, uniwersytetu czy urzędów.
Port w Maladze jest najstarszym portem w Hiszpanii, bo założyli go już Fenicjanie. Dzisiaj część pasażerska to strefa luksusu, patrząc na jachty, które stoją przy nabrzeżach.
Kilka jednostek udało mi się zidentyfikować. Jest My Ilona, długi na prawie sto metrów jacht pod banderą Kajmanów, należy do miliardera z Australii. W kajutach jest miejsce na 18 pasażerów, załoga liczy 28 osób.
Inne to Infinity i Dynasty, oba ponad stumetrowy, też pod banderą Kajmanów. Oprócz nich powiewały też licznie flagi Wysp Marshalla.
Przy porcie znajduje się kolejne z obleganych muzeów - Centre Pompidou Málaga. Przypomina wielką kostkę Rubika, ale to nie nasze zainteresowania, więc ograniczyliśmy się do przejścia obok.
Cypel wysunięty w morze to Muelle 1 - nabrzeże pierwsze. Oprócz cumowania jachtów i małych statków wycieczkowych, pełni rolę gastronomiczno-handlową: mieści się na nim kilka rzędów knajp i sklepów. Ceny rozmaite, ale pierwsze piwo i pierwsze tinto de verano piliśmy właśnie tu. Aby jednak pokazać, że morze to nie przelewki, lokale (a przynajmniej większość z nich) pozbawione są toalety - za potrzebą należy lecieć do wspólnego dla całej promenady kibelka.
Kaplica portowa (Capilla de la Virgen del Puerto) z XVIII wieku, kilka razy przenoszona z miejsca na miejsce. Gdy szliśmy w jedną stronę, to była zamknięta, przy powrocie drzwi zastaliśmy otwarte, a szeroki jak szafa stróż zachęcał, aby zajrzeć do środka.
Port symbolicznie wieńczy latarnia morska (la Farola) z 1817 roku. W czasie wojny domowej pomalowano ją w barwy maskujące, ale i tak została mocno uszkodzona w wyniku ostrzałów i konieczna była odbudowa.
Za latarnią zaczyna się plaża, która ciągnie się potem przez wiele kilometrów, ale temat plażowy zostawiam na inny wpis. Wracamy zatem do miasta przy ciekawych kolorach spowodowanych dziwną chmurą, która utrzymywała się w jednej pozycji przez długi czas.
Wieczorna Guadalmedina.
Pewnego zaawansowanego popołudnia na starówce trafiliśmy na uroczystą procesję z
wystrojoną figurą Maryi niesioną na ramionach. Towarzyszyła jej orkiestra,
ludzie ze sztandarami, świecami i tłum obserwatorów, głównie turystów.
Po chwili znowu wpadliśmy na procesję, tym razem od przodu. Rozpoczynał ją
na skuterze funkcjonariusz policji miejskiej, potem szły dwie panie i coś
pryskały na chodnik. Następnie ksiądz, panowie z poważnymi minami w
garniakach, poważne wymalowane panie, ludzie ze świecami i nagle cały pochód
stanął, żeby się napić. Nie dziwię się, bo od tych świec żar walił jak z
pieca.
Próbowaliśmy się dowiedzieć, co to za święto, Teresa zaczepiła babkę ze
sklepu z pamiątkami, przerywając jej konwersację na whatsappie.
- Nie mam pojęcia - zaśmiała się dziewczyna. - To jest Malaga, tu codziennie
tak chodzą.
Trochę przesadziła z tym codziennym łażeniem, natomiast internet
odpowiedział, że 20 września odbywa się coroczna procesja chwalebna (Procesión de Alabanza) ku czci Matki Bożej z Los Remebios (Matki Bożej Łaskawej). Podobno
tradycja ta ma pięćset lat, choć nie wiem czy w samej Maladze i na pewno z
przerwami, bo przeczytałem, że procesje odbywają się od dwunastu lat. W
każdym razie przypadkowo łyknęliśmy trochę miejscowego folkloru.
...albo takie. Ten tłum kłębi się przy najstarszej winiarni w Maladze.
Plaza de la Marina po zmroku. O ile w ciągu dnia niebo przeważnie było czyściutkie, o
tyle w nocy zazwyczaj nadciągały chmury.
W centrum zazwyczaj się stołowaliśmy. Kilka razy odwiedziliśmy 100 Montaditos - to siecówka, ale polecono ją jako miejsce, gdzie można zjeść
smacznie i w dobrej cenie. Może gdybym był Hiszpanem, to bym omijał takie
przybytki, jednak jako turysta nie odczuwałem dyskomfortu. Większość klientów stanowili miejscowi, cały przekrój społeczeństwa:
młodzi i starzy, chudzi i grubi, naturalni i po botoksie, z dziarami i bez
(dziar i botoksu jest tu zauważalnie mniej niż nad Wisłą, a jak już były,
to często okazywały się słowiańskie). Cudzoziemcy także zaglądali i nie
raz słyszałem swojskie słowo na "k" przy wejściu...
Generalnie królują tapas, czyli przekąski, a
montadito to określenie małej bagietki i taką mają one tutaj
formę. Zgodnie z nazwą jest ich setka do wyboru, ceny zaczynają się od
1,40 a kończą na 2 euro, chociaż w niedzielę trafiliśmy na dzień promocji i
każda była za eurasa! Są również inne przekąski i przystawki.
Przekąski czasem wybierałem sobie losowo i nie zawsze dobrze trafiałem 😏. Czasem też zamówienie pomieszała barmanka, która akurat słabiej rozumiała po angielsku. Trzy, cztery montaditos wystarczały do najedzenia się. Najsmaczniejsze były jednak oliwki, nakładane z wielkiego słoja - tak aromatycznych to dawno nie jadłem! Do picia piwo albo tinto de verano - duży kufel za 2,5 euro czyli przeważnie taniej niż w Polsce!
Dodatkową atrakcją był facet za barem wyglądający jak młody Dustin
Hoffman! A także wiecznie zapaskudzone kible, obsługa chyba w ciągu dnia
nigdy do nich zaglądała, zamek w drzwiach męskiego WC ktoś
ukradł.
Na paellę wybraliśmy do gejowskiej restauracji. Przypadkowo, bo z zewnątrz nic na to nie wskazywało. W środku było początkowo pusto, na ścianach tęczowa flaga i obraz kobiety z wąsem, ale to jeszcze nic nie znaczy. Dopiero później Teresa zwróciła uwagę, że barmani się do mnie dziwnie uśmiechają, po czym zaczęły się pojawiać pary mężczyzn delikatnie głaszczących się po udach, przemknęła też drag queen. Paella była przyzwoita, choć w mojej dość dziwnie zrozumiano hasło "kurczak", bo wrzucono do niej całe skrzydełko ze skórą 😛.
Jeśli mieliśmy ochotę na piwo, to zaglądaliśmy do lokalu o nazwie La Fábrica. Ten obiekt to ciekawa hybryda, bowiem przynależy pod markę Cruzcampo, koncerniaka spod szyldu Heinekena. Tutaj jednak można znaleźć nie tylko sikacze, ale kilkanaście rodzajów piw o bardziej wysublimowanych smakach.
IPY i APY były przyzwoite, jednak piłem wiele lepszych. Skosztowałem też amerykańską wersję (Lagunitas IPA) i to samo: da się łyknąć, ale dudy nie urywa.
La Fábrica opisywana jest jako miejsce imprezowe, a my trafialiśmy zawsze na pustkę. To raczej nie wina cen (5-6 euro za kufel), może zatem olewackiej obsługi? Raz najlepiej bawiła się grupka podpitych Niemców, którym wydawało się, że umieją po hiszpańsku i darli się nieustannie:
- Machos, nachos, buenos!... - i tym podobne.
Patrząc na miny barmanów byłem pewien, że w pewnym momencie odpowiedzą
czymś w stylu:
- Hitler kapput, nicht schissen! 😛
















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz