sobota, 7 listopada 2026

Beskid Niski wczesnojesienny: Zyndranowa, Jaśliska i słowackie cerkiewki

Jest szaro, buro, mży, na ratuszu wisi antyaborcyjny sztandar, a mimo to gęba i serce mi się cieszy. Dlaczego? Bo udało mi się dotrzeć w Beskid Niski, jak co roku! O ile kiedyś była to dla mnie wakacyjna norma, o tyle tym razem długo byłem przekonany, że mi się nie uda. Minął lipiec, minął sierpień i wreszcie w ostatnim tygodniu września, gdy zaczęła się kalendarzowa jesień, spakowałem plecak i ruszyłem w dobrze znane i jakże lubiane okolice.


Pierwszy dzień - piątek - miał być tylko dojazdowy, więc najpierw wczesnym popołudniem dotarłem komunikacją zastępczą do Krosna. Stamtąd zdezelowanym busikiem ruszyłem dalej w towarzystwie "królowej grzybów" (modli do św. Jana i zawsze ma dobre zbiory) oraz chłopaka, który podpytywał, czy nie jestem kimś sławnym i nie kręcę filmów na youtuba. Po godzinie dojechałem do Dukli, właśnie tam, gdzie było szaro, buro i antyaborcyjnie. Przemknąłem przez wilgotne ulice i wpadłem na piwo do knajpy browaru Dukla na rynku. I, poza pogodą, to było kolejne przypomnienie, że nie mamy już sezonu turystycznego, bo w środku prawie pusto. Wypiłem jeden kufelek, butelkę zapakowałem na później i wróciłem na dworzec, skąd busik (znowu w towarzystwie chłopaka podejrzewającego mnie o bycie kimś sławnym) zawiózł nas do Tylawy (Тылява, Тилява). Stąd do celu jest już tylko kilka kilometrów...


...ale najpierw zaglądam do restauracji przy skrzyżowaniu, wielokrotnie przeze mnie odwiedzanej. I znowu pusto, nie ma tirowców, nie ma rumuńskich Cyganów rabunkowo zbierających grzyby, nie ma turystów. Po chwili wpada tylko słowacka rodzina i ciągle się o coś denerwuje, a tymczasem na dworze zaczęło się oberwanie chmury.


Opady wkrótce ustały, więc nie muszę zakładać żadnych peleryn. Do chatki mam stąd siedem kilometrów, w tym nudny jak flaki z olejem prosty odcinek przez las, więc mam cichą nadzieję, że złapię jakąś podwózkę, zwłaszcza, że nastała pora powrotów z pracy. I jak zwykle ruchu brak, zatem bez czekania ruszam w drogę. Mijam opuszczony ośrodek wypoczynkowy, rozwalony przepust, przy których kiedyś kąpałem się w Pannie i siedzibę trzech leśnictw w jednym. Na myśl o kąpieli w rzece aż mnie przeszyły dreszcze 😏.