sobota, 7 listopada 2026

Beskid Niski wczesnojesienny: Zyndranowa, Jaśliska i słowackie cerkiewki

Jest szaro, buro, mży, na ratuszu wisi antyaborcyjny sztandar, a mimo to gęba i serce mi się cieszy. Dlaczego? Bo udało mi się dotrzeć w Beskid Niski, jak co roku! O ile kiedyś była to dla mnie wakacyjna norma, o tyle tym razem długo byłem przekonany, że mi się nie uda. Minął lipiec, minął sierpień i wreszcie w ostatnim tygodniu września, gdy zaczęła się kalendarzowa jesień, spakowałem plecak i ruszyłem w dobrze znane i jakże lubiane okolice.


Pierwszy dzień - piątek - miał być tylko dojazdowy, więc najpierw wczesnym popołudniem dotarłem komunikacją zastępczą do Krosna. Stamtąd zdezelowanym busikiem ruszyłem dalej w towarzystwie "królowej grzybów" (modli do św. Jana i zawsze ma dobre zbiory) oraz chłopaka, który podpytywał, czy nie jestem kimś sławnym i nie kręcę filmów na youtuba. Po godzinie dojechałem do Dukli, właśnie tam, gdzie było szaro, buro i antyaborcyjnie. Przemknąłem przez wilgotne ulice i wpadłem na piwo do knajpy browaru Dukla na rynku. I, poza pogodą, to było kolejne przypomnienie, że nie mamy już sezonu turystycznego, bo w środku prawie pusto. Wypiłem jeden kufelek, butelkę zapakowałem na później i wróciłem na dworzec, skąd busik (znowu w towarzystwie chłopaka podejrzewającego mnie o bycie kimś sławnym) zawiózł nas do Tylawy (Тылява, Тилява). Stąd do celu jest już tylko kilka kilometrów...


...ale najpierw zaglądam do restauracji przy skrzyżowaniu, wielokrotnie przeze mnie odwiedzanej. I znowu pusto, nie ma tirowców, nie ma rumuńskich Cyganów rabunkowo zbierających grzyby, nie ma turystów. Po chwili wpada tylko słowacka rodzina i ciągle się o coś denerwuje, a tymczasem na dworze zaczęło się oberwanie chmury.


Opady wkrótce ustały, więc nie muszę zakładać żadnych peleryn. Do chatki mam stąd siedem kilometrów, w tym nudny jak flaki z olejem prosty odcinek przez las, więc mam cichą nadzieję, że złapię jakąś podwózkę, zwłaszcza, że nastała pora powrotów z pracy. I jak zwykle ruchu brak, zatem bez czekania ruszam w drogę. Mijam opuszczony ośrodek wypoczynkowy, rozwalony przepust, przy których kiedyś kąpałem się w Pannie i siedzibę trzech leśnictw w jednym. Na myśl o kąpieli w rzece aż mnie przeszyły dreszcze 😏.




Słychać warkot auta, coś pędzi od strony Zyndranowej. Czerwone. Potem wraca, jednak na mój widok przyspiesza, podobnie jak dwa inne samochody. Czwarte, o dziwo się zatrzymuje, w środku siedzi facet w stroju maskującym.
- Podrzucę cię tylko kawałek - tłumaczy się przepraszająco, lecz nie chce powiedzieć gdzie jedzie. Ponieważ przeszedłem już większy odcinek lasu, to zaoszczędzam jedynie półtora kilometra. Kierowca skręca swoją terenówką w pola, a ja z radością gapię się na cerkiew w Zyndranowej (Зындранова, Зиндранова). Gęba cieszy mi się jeszcze bardziej!


Zyndranowa wygląda tak jak zawsze, czyli jak wymarła. Kiedyś zdarzało się tu spotykać ludzi, zwłaszcza koło sklepu, ale ten zamknięto pięć lat temu i ostatni przyczółek socjalizacji zniknął. Nota bene dawny budynek handlowy przechodzi teraz poważny remont, ciekawe czy coś uruchomią czy to standardowy przepał kasy przez samorząd?
Pustka mi jednak nie przeszkadza, z przyjemnością patrzę na wieżę po słowackiej stronie i przewalające się w tle chmury.



Mija mnie kilka aut, lecz już nawet nie próbuję ich zatrzymać. Jedyne żywe stworzenia to dwójkę krów. Gapią się na mnie, zwłaszcza, że podchodząc uruchamiam czujnik i z głośników słychać straszliwe szczekanie psa. Nawet jak idę dalej, z tyłu nadal dudni ujadanie.


Na zegarku po osiemnastej, na niebie pojawiły się kolorki.


Jeśli Beskid Niski, to obowiązkowo moja ulubiona chatka SKPB Rzeszów. Inne tego typu obiekty zakończyły swoją normalną działalność razem z końcem wakacji, ale Zyndranowa zawsze jest otwarta do ostatniej niedzieli września. Potem też można przyjechać, ale trzeba się umówić z zarządzającym chatką. W tym okresie jeszcze nigdy tu nie byłem, więc zastanawiałem się, ile może się zjawić osób na ostatni weekend? Podejrzewałem, że albo będzie pełno albo zupełnie pusto. Podchodzę i wita mnie cisza... A zaraz potem wychodzi chatkowy/bazowy, sympatyczny chłop z Sosnowca, który aktualnie mieszka w Ustrzykach Dolnych.
- Na razie ma nikogo, ale na noc zapowiedziało się czterdzieści, a na jutro sześćdziesiąt osób - ostrzega z uśmiechem. - Pasuje ci to?
- Bardzo! - wołam, bo wygląda, że szykuje się grubsza impreza.
Ładuję się do wielkiej sali, przyrządzam kolację, wyciągam piwo. Zjawia się kolejny turysta, Maciek, rowerzysta z Rzeszowa. Rozkłada namiot, a potem zaczynamy integrację, bo dwudziesta pierwsza, a zapowiadanych tłumów ani czuć. Na chwilę podjechał tylko jeden z sąsiadów wraz z córką i opowiada o kłopotach z dziką zwierzyną.
- W tym roku wilki zagryzły w okolicy już dwanaście psów! - na dowód tego pokazuje zdjęcia rozczłonkowanych i poszarpanych zwłok. - Na szczęście można je straszyć.
Faktycznie w wiosce widziałem plakaty zezwalające na płoszenie wilków i stąd czujka przy krowach. Krowy ponoć radziły sobie lepiej z napastnikami: pewne stado miał zaatakować niedźwiedź, ale wspólnie pogoniły intruza.


Wreszcie zaczynają zjeżdżać się auta z zapowiadanymi gośćmi - to członkowie "Hawiarskiej Koliby", studenckiego klubu z AGH z Krakowa. Jak studenci, to młodziutcy, ale czuć, że sporo wśród nich podróżniczych wyjadaczy. Czterdzieści osób nie dojechało, ale dwie dychy tak, więc w sali kominkowej zrobiło się głośno i muzycznie, bo przywieźli ze sobą z osiem gitar! I zdarzało się, że wszystkie były w użyciu w tym samym momencie!


Młodzi grają (z przerwą na hymn o północy), chatkowy krąży między nimi i cyka zdjęcia, a między rękami krąży plastikowa butelka z dziwną zawartością. Wszyscy kosztujący wybałuszają oczy i próbują odgadnąć, co to jest. Etykieta wydaje się znajoma, a po pierwszym łyku stwierdzam bez cienia wątpliwości:
- Tinto de verano!
- Skąd wiesz? - dziwią się właściciele butelki.
- Piłem to w poniedziałek - śmieję się, bo przecież kilka dni wcześniej wróciłem z Malagi i to był mój podstawowy hiszpański trunek 😉.

Wytrzymałem do pierwszej (wyszła pobudka o świcie), kolibowcy bawili się do czwartej. Oni jednak nie mieli ambitnych planów na sobotnie łażenie, natomiast ja wymyśliłem sobie odwiedzenie kilku cerkwi po słowackiej stronie.
- Ile to wyjdzie kilometrów? - pyta rowerzysta z Rzeszowa, któremu mocno nie chciało się pedałować dalej.
- Ze dwadzieścia, jak złapię stopa. Jak nie złapię, to o wiele więcej.
- Na pewno złapiesz, tutaj ludzie biorą.
- Wiem, tylko najpierw musi coś jechać - uśmiecham się, bo nie raz moje plany torpedowała pusta droga.

Zanim ruszyłem, to zdążyłem jeszcze przeżyć najazd dużej grupy dzieciaków, która zostaje na noc. To jakieś szkolenie z "bushcraftu", czyli mówiąc językiem ludzi nieco starszych, "obcowania z przyrodą" 😏. Oczywiście za unijne pieniądze, bo nie ma chyba tematu, którego unijny podatnicy nie mogliby sponsorować. Pojawili się nawet strażacy, ciekawe, czy będą uczyć stać na warcie przy Grobie Pańskim?

Plusem jest to, iż poprawiła się pogoda - jest cieplej i z każdym kwadransem coraz bardziej przyświeca słońce. Takie jesienne weekendy to ja rozumiem!


Po raz pierwszy od dawna wspinam się w kierunku granicznego grzbietu czarnym szlakiem. Już po kilkuset metrach go gubię, ale nie tylko ja, bo również idąca przede mną parka z "Hawiarskiej Koliby", na szczęście naprowadzają mnie na właściwą ścieżkę. Następnie w lesie gubię okulary i znów kolibowcy mnie ratują, bo idąc z tyłu podnoszą je i kładą na pieniek. Ogólnie czarny szlak wygląda na bardzo rzadko uczęszczany.


Po ponad pół godzinie dochodzimy do położonej na granicy Jałowej Kiczery (Kýčera) - warto to odnotować, gdyż to jedyny szczyt Beskidu Niskiego, który zdobyłem w tym roku, ale to w sumie moja norma 😏. To pasmo odwiedzam zazwyczaj w innych celach, niż zaliczanie konkretnych punktów. Studenci skręcają na zachód w stronę przełęczy Dukielskiej, a ja na wschód w stronę sedla Javoriny (przełęcz ta chyba nie posiada polskiej nazwy). Jak zwykle dokładnie przypatruję się słupkom granicznym, na większości widać oznakowanie z czasów wojny (III Rzesza - Państwo Słowackie).


Zamiast iść do przełęczy cały czas granicą, planuję w pewnym momencie zejść bezszlakowo na słowacką stronę. Chciałem to zrobić niedaleko miejsca, gdzie niebieski szlak odbija w stronę Czeremchy - na mapach była tam zaznaczona ścieżka schodząca na Słowację. Oczywiście w terenie jej nie znalazłem, lecz las jest na tyle rzadki, że spokojnie można było iść na pałę. Ku mojemu zaskoczeniu wyszedłem dokładnie tam, gdzie to sobie wymyśliłem, czyli na niewielkiej polance przy gruntowej drodze. 


Droga łagodnie okrąża rezerwat Komárnická jedlina, chroniący relikty jodłowo-bukowej puszczy. To kompletne odludzie, więc nieźle się zdziwiłem jak zobaczyłem jedną turystykę, a potem dwójkę wraz z psem. Daleko się wybrali na spacer.


W pewnym momencie dochodzę do niebieskiego szlaku (nie ma on połączenia z polskim) i coś zaczyna mi nie grać, bo powinno być odbicie w lewo. Szukam go, szukam, wracam się, a tam częściowo zmieciony przez wodę mostek z pordzewiałym i zarośniętym szlabanem, za którym biegnie równie zarośnięta droga. To chyba tu! Przedzieram się przez chaszcze i po stu metrach drogę tarasują powalone drzewa. Ani śladu, żeby ktoś tędy przechodził, nie ma też oczywiście żadnych oznaczeń!


Znowu się cofam do głównej drogi, ale tam też nic. Wściekły gapię się na mapę i wychodzi, że to musi być właściwy kierunek! Przez drzewa przeprawiam się dziesięć minut, zaklinowała mi między nimi noga, a dodatkowo musiałem rzucać plecakiem, bo inaczej nie dało się go przenieść. Gdybym tu utknął, to nie byłoby ciekawie - dookoła żywego ducha, zasięgu też nie ma, prędzej niedźwiedź się pojawi! Kiedy w końcu się wydostałem, to nadal nie było żadnych śladów wskazujących, że to ma być niebieski szlak! Zrezygnowany poszedłem dalej, trudno, co będzie to będzie, można uda mi się spotkać żółty szlak schodzący z sedla Javoriny. Coś tu jednak musiało być, bowiem co jakiś czas spod zieleni wystają resztki asfaltu...
Po dwudziestu minutach nieoczekiwanie pojawiły się słabe niebieskie ślady. Zacząłem szpetnie kląć, bo nawet u Słowaków taki stan utrzymania szlaków to coś wybitnego! Po chwili nastąpiło skrzyżowanie ze szlakiem żółtym i od tej pory mogłem z niego korzystać. Początki były trudne: brak dalszych oznaczeń i przejście przez rzeczkę grożące niechcianą kąpielą. Oj, zdecydowanie są to ścieżki dla koneserów!
Rozpocząłem podchodzenie w górę i znalazłem się na ładnej polanie oznaczonej na mapie jako Salašiská.


Znowu musiałem szukać szlaku, ale teraz w przyjemnych okolicznościach przyrody i po chwili wylazłem na drugiej polanie. A tam pełna cywilizacja, nawet tabliczki pokazujące, gdzie iść!


Nie ma stąd oszałamiających widoków, ale i tak mi się podobają, zwłaszcza ta wcinająca się w las dolina.


Zaczynam schodzić w dolinę. Do mych uszu dochodzą pierwsze dźwięki piły i jakiś innych narzędzi, pojawiają się pierwsze dachy. Przede mną, a właściwie pode mną, wioska Príkra (Прикра, węg. Meredély), najmniejsza na Słowacji.


Według danych na 2025 rok w miejscowości mieszka jedenaście osób. Liczba mikroskopijna, ale w Polsce zdarzają się wioski, gdzie oficjalnie mieszka jedna osoba. Kiedyś osada była znacznie ludniejsza - w 1940 roku żyło tu sto sześćdziesiąt osób. Potem niektórzy Rusini wyjechali do ZSRR, niektórzy za pracą do Czech i ilość zameldowanych ustawicznie spadała. Dziś teoretycznie zostali sami emeryci, ale mamy weekend i ewidentnie odwiedzili ich młodsi członkowie rodzin, bo z kilku domów słychać głośną muzykę, nawoływania i odgłosy robót na ogródku.



Perełką wioski jest drewniana greckokatolicka cerkiew św. Michała Archanioła. Styl łemkowski, z daleka wygląda jak model w parku miniatur.


Wybudowano ją w 1777 roku. W XX wieku kilka razy poważnie ją remontowano, a w latach 30. nawet całkowicie rozebrano i złożono z powrotem kilkadziesiąt metrów dalej. Miała szczęście, bo w czasie Wielkiej Wojny, gdy Rosjanie przerwali front i wdarli się na Górne Węgry przez niektóre karpackie przełęcze, wiele obiektów uległo całkowitemu zniszczeniu. W Príkrej spłonęły ponoć wszystkie drewniane domy, lecz świątynia ocalała.


A teraz dwie ciekawostki statystyczne. Według spisu w wiosce mieszkają wyłącznie osoby deklarujące się jako Słowacy. To ewenement, bardzo rzadko zdarzają się takie miejscowości, bo zawsze znajdzie się jakiś Rom, Czech, Węgier, a w tych okolicach mieszka przecież cała masa Rusinów i Ukraińców. To czemu tu jest inaczej? Nazwiska na cmentarzu (wyłącznie w alfabecie łacińskim, ale często w układzie charakterystycznym dla kościołów wschodnich, czyli nagrobek w "nogach") w wielu przypadkach zdradzają rusińskie pochodzenie, a przed I wojną światową mieszkali tu tylko Rusini oraz garstka Żydów i Cyganów. Z jakiegoś powodu pozostali tu mieszkańcy odrzucili - przynajmniej oficjalnie - swoją rusińskość i uznali się za Słowaków. Boją się czegoś? Autentycznie się zesłowakizowali? Cóż, nie moja sprawa, lecz to naprawdę skrajnie rzadka sytuacja.


Druga ciekawostka jest taka, że do cerkwi miejscowi teoretycznie w ogóle nie uczęszczają. Według spisu mieszkańcy są wyznania prawosławnego i rzymskokatolickiego, nie ma ani jednego greckiego katolika. To już w ogóle jest dziwne... Cerkiew przynależy do parafii w Hunkovcach, ale regularnie odprawiana jest tu msza. Ksiądz raczej by się nie fatygował do pustej świątyni na odludziu.


A trzecia ciekawostka dotyczy słowackiej mapy, którą często widziałem w tych rejonach. Pokazuje ona pogranicze nie tylko państw, ale też Beskidu Niskiego i Bieszczadów. Dopiero teraz zauważyłem, że autorzy pomylili drewnianą cerkiew w Smolniku w powiecie bieszczadzkim z murowaną cerkwią w Smolniku w powiecie sanockim. Tam chyba też nikt nie sprawdza zawartości merytorycznej projektów unijnych.


Skoro w wiosce są sami Słowacy, to i tablica jest wyłącznie po słowacku.


Na skraju wioski siedzi sobie przy studni starsza pani, a inna wyprowadza wielkiego psa, po czym zabudowa się kończy. Może złapię stopa do kolejnej miejscowości? Pudło, bo przecież nic nie jedzie, tak jak się spodziewałem 😛. Nie szkodzi, idzie się przyjemnie i po trzech kilometrach jestem w Bodružalu (Bодружал, węg. Rózsadomb). 


Tu już tablice są dwujęzyczne, bo i struktura etniczna nie jest taka jednolita: niby Słowacy dwukrotnie górują nad Rusinami, ale użytkowników rusińskiego było więcej niż słowackiego.

W Bodružalu również jest cerkiew, a nawet dwie, obie drewniane. Greckokatolicka pod wezwaniem św. Mikołaja jest jedną z najstarszych na Słowacji, a niektóre źródła (np. przewodnik "Rewasza") twierdzą, że najstarszą z tego budulca (1658 rok). Był to jeden z powodów wpisania jej na listę UNESCO.


Na cmentarzu znajduje się kwatera z czasów Wielkiej Wojny. Z daleka najpierw pomyślałem, że to komin krematorium, lecz to ponoć taki zamysł artystyczny sprzed dwóch dekad. Materiały szybko się zużyły i nekropolia wygląda na starszą niż rzeczywiście jest. Spoczywa tu czterystu żołnierzy austro-węgierskich i rosyjskich.


Płot wokół cerkwi również jest zabytkiem, a za płotem stoi malutki urząd gminy.



Druga cerkiew położona jest kilkadziesiąt metrów dalej - prawosławna świątynia pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Gdy byłem w Bodružalu dziesięć lat temu, to nawet jeszcze nie zaczęli jej budować, a oficjalnie została poświęcona w 2018 roku. 
Prawosławni są najliczniejszą grupą religijną wioski, ale grekokatolików wyprzedzają nieznacznie. Jest też kilka procent ewangelików, promil rzymskich katolików, lecz największy procent stanowią ci, którzy odmówili odpowiedzi na pytanie o wyznanie.


Siadam sobie na skraju cmentarza i wyciągam z plecaka obiad. Cieszę się chwilą i słoneczkiem, temperatura momentami przypomina tę z letnich wyjazdów, choć w cieniu od razu spada.


Bodružal też nie jest metropolią (pięćdziesięciu siedmiu mieszkańców), lecz droga w kierunku krajówki jest bardziej ruchliwa, co daje nadzieję na złapanie stopa. Zanim ruszę w dalszą podróż, to uwieczniam się na tle cerkwi.


Na końcu wioski jest przystanek, w którym przebywa dwóch Cyganów - jeden śpi, a drugi znudzony gapi się przed siebie. Jeśli czekają na autobus, to mają jeszcze sporo czasu, bo najbliższy odjedzie w poniedziałek. W weekendy słowacka prowincja, zwłaszcza ta na północnym-wschodzie, ma transport publiczny bardzo podobny do polskiego.


Ruch na drodze faktycznie był większy, bo jechały aż trzy auta (w tym jedno z PL, a drugie z UA), lecz jasna żadne się nie zatrzymało. Po początkowym niefajnym odcinku w lesie, gdzie nie było pobocza, nastąpił przyjemniejszy fragment wśród łąk i stwierdziłem, że po prostu sobie podreptam do trzeciej wioski. 


Krajná Poľana (Крайня Поляна, Ladomérmező) posiada kilkunastoprocentową mniejszość rusińską, przynajmniej według spisów powszechnych. Należy jednak pamiętać, że nie zawsze odzwierciedlają one realne stosunki etniczne, lecz innych danych nie ma. Jak wszystkie w okolicy posiadała ona drewnianą cerkiew, lecz ta została zniszczona podczas Wielkiej Wojny. Jej następczyni, choć ma ją sto lat, wygląda według mnie bezpłciowo i niczym się nie różni od cerkwi współczesnych.
Znamienne, że nawet jeśli gdzieś w tych rejonach mieszkają rzymscy katolicy, to nie posiadają swoich świątyń, te działają jedynie w większych miejscowościach, na przykład w Svidníku.



W przeciwieństwie do dwóch poprzednich wiosek Krajná Poľana aż tak się nie wyludniła - kiedyś mieszkało tu ponad trzysta osób, dziś ponad dwieście. Zapewne przyczyniło się do tego położenie przy głównej drodze, która jest jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.


Dzięki drodze zjawiali się tu przybysze z Polski spragnieni tańszego alkoholu i słodyczy, krąży więcej autobusów, bliżej jest do szkół i pracy. Ale turystyczny szał wygasł, ceny się wyrównały i teraz to raczej Słowacy jeżdżą za miedzę na zakupy. Został natomiast ogromny, nieustanny ruch ciężarówek i innych aut, nie ma minuty spokoju. Plany budowy ekspresówki omijającej wioskę istnieją, ale to pieśń bardzo dalekiej przyszłości.
Ponoć ma tu być knajpa, więc miałem cichą nadzieję, iż zjem drugi obiad. No i niby jest, ale poza sezonem gotuje jedynie popołudniami z dowożeniem na zamówienie, chociaż kartki na drzwiach i informacje w internecie mówią co innego. Jeśli chodzi o infrastrukturę lokalową to w tych słowackich rejonach też jest podobnie jak w Polsce - na prowincji ona nie istnieje.


Sklepy również pozamykane, na szczęście działa jeden przy głównym skrzyżowaniu. Kupuję kilka rzeczy i zaczynam przygotowania do łapania stopa, bo kilka najbliższych kilometrów w stronę granicy jest bardzo nieprzyjazne dla pieszego. Na szczęście nie muszę wystawać przy drodze, bowiem pod sklep zajechał wóz z będzińską rejestracją.
- Strasznie wszystko drogie - komentuje kierowca. - U nich wszystko pada przez te euro.
Drogie czy nie, jego dwaj towarzyszy obalają szybkie piwo pod drzwiami, nie są jednak zadowoleni.
- Niezbyt smaczne - stwierdzają, ale cóż się dziwić, skoro wzięli najtańsze sikacze. 
Zagaduję między jednym a drugim łykiem, czy by mnie kawałek nie podwieźli i nie ma problemu. Okazuje się, że zwiedzali czołgi i inne wojenne pamiątki.
- Ale panu z tym plecakiem to ja się dziwię - mówi żona kierowcy. - Mnie by się nie chciało tak męczyć.
- Mnie też się czasem nie chce, ale w końcu nie jestem tu dla przyjemności - uśmiecham się, lecz chyba nie zrozumieli żartu.

Mógłbym z nimi jechać aż na granicę albo i dalej, ale proszę o wysadzenie w Vyšným Komárniku (Вышнїй Комарник, Felsőkomárnok). Zakładałem, że trochę czasu spędzę w knajpie, a ponieważ była zamknięta, to dotarłem tutaj bardzo wcześnie, gdyż jest dopiero po piętnastej.


Kręcę się trochę po wiosce, zaglądam pod cerkiew, gdzie na cmentarzu udaje się zobaczyć jeden grób z cyrylicą. Potem ruszam w górę równoległą do przelotówki zapomnianą drogą z popękanym asfaltem.


Fotografuję się z faną na tle czołgu, po czym siadam na betonowym postumencie i wyciągam z plecaka piwo kupione w sklepie. Do tego coś słodkiego i mam zapasowy obiad z widokiem na graniczną wieżę widokową. Siedzę tak dość długo, słońce przyświeca, osoby z mijanych samochodów machają do mnie ręką albo przyglądają się z wyraźną zazdrością.


Zbieram się, gdy o siedemnastej okolicę zaczyna pokrywać cień i momentalnie robi się chłodniej. 

Przełęcz Dukielska też wygląda na lekko wymarłą. Bar przy parkingu dla tirów dawno zamknięty. O dziwo działa znany mi doskonale sklep, który według wielu doniesień miał być zlikwidowany, ale jednak się reaktywował.


Przemykam przez cmentarz wojenny, po którym kręci się jeszcze kilka osób. Przemykam obok wieży widokowej, której znowu nie udało mi się odwiedzić.


Po pół godzinie jestem ponownie nad Zyndranową. Gospodarze wypuścili krowy na żółty szlak, więc na końcowym odcinku trzeba uważać na pastuchy. Na zegarku strzeliło dwadzieścia pięć kilometrów, gdyby nie podwózka, to na pewno zaliczyłbym trzydzieści.

Dzień się kończy, a już z daleka słychać odgłosy dochodzące z chatki.


Dziś jest więcej osób - dotarły posiłki z "Hawiarskiej Koliby", pojawiło się kilku turystów indywidualnych, przybył także opiekun chatki, aby ją jutro oficjalnie zamknąć. W sali kominkowej panuje duży ścisk, są prelekcje podróżnicze w modnym zabawnym stylu i jakieś zaawansowane dyskusje. Wczorajsza część towarzystwa jest nadal otwarta na integrację z osobami poza HK, nowa mniej, ale ogólnie nie było źle. Na zewnątrz zaś płonie ognisko, przy którym siedzi chatkowy i opiekunowie dzieciaków od "bushcraftu". Noc jest zimna, po raz kolejny przypominam sobie, że to już nie lato.
Udało mi się dotrwać do trzeciej, na szczęście nigdzie mi się w niedzielę nie spieszy.


Poranki zwykle bywają tu ciężkie, choć...
- Kac ominął mnie bokiem, dobry Bóg nade mną czuwał - zwierzył się publicznie jeden z kolibowców wracając z wychodka.


Wokół trwa wielka krzątanina. Młodzi ludzie powoli się pakują i odjeżdżają, ktoś pojechał do kościoła, ale wrócił. Pojawił się chłop idący szlakiem granicznym, a także dwójka starszych Słowaków, którzy poczęstowani herbatą siedzą z boku i przyglądają się wszystkiemu ze zdziwieniem, bo chyba nie spodziewali się tu tylu osób. Tylko na tylnym trawniku spokojniej - właściciele jedynego namiotu i mobilnego prysznica (lub toalety) zostają aż do wieczora.


Opróżniane są kolejne sale, materace przestawiane, podłogi sprzątane, śmieci zabierane. Chatka wchodzi w tryb pozasezonowy - jak już pisałem, noclegi będą możliwe (zwłaszcza dla grup), ale po uzgodnieniu z opiekunem. Zapewne będzie też normalnie otwarta w długie weekendy, lecz tych aż do wiosny akurat nie ma. Przez cały czas jest dostępna wiata ogniskowa z útulňą.


Miałem się zbierać w południe, ale przeciągnęło się o dwie godziny dużej. Na odchodnym macham chatce ręką na pożegnanie, jak rok temu.


Tak jak wtedy Zyndranową opuszczam niebieskim szlakiem w kierunku Jaślisk. Jest on regularnie niszczony przez drwali, teraz też spore odcinki są zryte ciężkim sprzętem, a wszędzie straszą tabliczki z zakazem wejścia, bo przecież trwa nieustanna wycinka. Tak jest od lat, ani roku przerwy.


Inaczej niż zwykle w połowie trasy skręcam w prawo na żółte znaczki. Spotykam jedyną dwójkę turystów i wychodzę w Lipowcu (Липовиць, Липовець). Kiedyś była to wioska licząca ponad sześćset osób, niemal wyłącznie Rusinów, dziś na stałe mieszka tu sześć.


W Lipowcu od XVII wieku stała unicka cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja Cudotwórcy. Z czasem przestała wystarczać mieszkańcom i na początku ubiegłego stulecia postanowiono wybudować nową, ale przygotowania przerwała wojna. Powrócono do tego pomysłu po dwudziestu latach, lecz spotkano się z odmową biskupa. Ciężko stwierdzić, co purpuratem kierowało, ale w owym czasie stosunki pomiędzy greckokatolickim klerem a wiernymi przypominały głęboki feudalizm, co było jednym z powodów zaistnienia tzw. schizmy tylawskiej - w wielu wsiach doszło wówczas do masowych konwersji ("powrotów") na prawosławie. Tak było i tutaj - w 1929 roku Lipowiec niemal w całości zmienił wyznanie i rozpoczął budowę nowej cerkwi prawosławnej. Wtedy nastąpił cud - biskup przemyski nie tylko zgodził się na nową cerkiew unicką, ale rozpoczął zbiórkę pieniędzy po okolicznych wioskach. Naiwnie sądził, że gdy niepokorne owieczki zobaczą nową świątynię, wyświęconą z wielką pompą przy jego osobistym udziale i w towarzystwie licznych procesji, wrócą na łono kościoła greckokatolickiego. Nie wrócili, Lipowiec pozostał prawosławny. W ten oto sposób przez pewien czas w wiosce były aż trzy cerkwie: nowa prawosławna, nowa unicka i stara unicka, którą wkrótce rozebrano. Tyle, że do tych dwóch ostatnich nikt już nie chodził na nabożeństwa.


Zaglądam na stary cmentarz. Greckokatolicki, nie wiem, czy prawosławni zdążyli założyć swój czy chowali zmarłych po staremu. Kiedyś już przy nim byłem, ale nie dało się na niego wejść, bo chaszcze zakrywały człowieka, teraz jest częściowo wykoszony. Zachowało się kilkanaście nagrobków. To przy nim stała nowa cerkiew unicka, zniszczona po akcji "Wisła" (znalazłem też informacje, że wywózki z 1947 roku w Lipowcu nie miały miejsca, bo wieś była już opuszczona).



Stara cerkiew położona była za potokiem Bielcza, na górce. Dziś znajdziemy tam samotny postument oraz krzyż z tabliczką informującą, iż "to miejsce jest święte". Moim zdaniem wcale nie takie święte, skoro najpierw świątynię porzucono, a potem bez ceregieli rozebrano, gdy stanęła nowa.


Trzecie cerkwisko nie jest w żaden sposób oznaczone w terenie, ale z przedwojennej mapy wynika, iż prawosławny kościół stał nieco bardziej na północ w kierunku Jaślisk. Być może dzisiaj w jego miejscu jest jakaś zabudowa, bowiem współcześnie życie Lipowca kręci się wokół stadniny koni. W weekendy panuje tu całkiem spory ruch, ciągle ktoś przyjeżdża i odjeżdża, z południa nadciągają Słowacy, z północy mieszkańcy miast. 
Usiadłem sobie z piwem pod mostem i w ciągu pół godziny górą przemknęło co najmniej z dziesięć samochodów, a jeden nawet dołem przedarł się przez bród. Do tego kilkunastu rowerzystów, pogoda dziś sprzyja takiemu spędzaniu wolnego czasu.


Do Jaślisk jest stąd pięć kilometrów, albo ten odcinek przejdę albo podjadę. Nie mam jakiegoś parcia na stopa, ale macham. Staje pierwsze auto, terenówka, tylko po to, aby oznajmić, że są pełni. Staje drugie, starsze małżeństwo. Wskakuję do tyłu.
- Całodzienny spacer? - zagaduje kierowca. - Oprzyrządowanie na niedźwiedzie jest?
- Mam kijki - odpowiadam.
- A to pomaga?
- Nie wiem, ale lepiej się chodzi.

Po dziesięciu minutach jestem w Jaśliskach, "polskiej wyspie na rusińskim morzu". Kiedyś tak zatytułowałem opis tej miejscowości, bowiem była to jedyna osada (do 1934 roku miasteczko) zamieszkana przez Polaków (i Żydów), podczas gdy wszystkie okoliczne wsie miały rusiński charakter. Wychodzę z samochodu na rynku i od razu kieruję się do schroniska "Zaścianek" (oficjalnie agroturystyki).


Ostatni raz spałem tutaj przed czterema laty, więc trochę czasu minęło, ale w środku nic się nie zmieniło. Schronisko to obiekt całoroczny, warunki idealnie dla plecakowców: wieloosobowe sale, toalety i prysznice na korytarzu, duża kuchnia i jadalnia (telewizor nie działał 😑). Gawędzę chwilę z gospodarzem, okazało się, że przez kilka ostatnich dni mieli całkiem spore obłożenie, głównie rowerzyści. Dzisiaj natomiast jestem sam - zostawiam plecak i uderzam na krótką rundkę po okolicy, to ostatnie chwile ze słońcem.

Najpierw zaglądam do kościoła; w przedsionku na stoliku leżą ulotki apelujące o modlitwę, bo inaczej Polskę czeka katastrofa. Nie sprecyzowano jednak o jaką katastrofę chodzi, więc każdy może sobie dopowiedzieć własną.
Jaśliska słyną z kilku rzeczy:
* architektury drewnianej (której z każdym rokiem jest mniej i wcale nie jest aż tak efektowna, jak to niektórzy opisują),
* murali ewentualnie deskali z tematyką regionalną,
* klimatów filmowych, bowiem kręcono tu kilka filmów, w tym "Wino truskawkowe", o czym liczne tablice przypominają do znudzenia. "Wino" powstawało m.in. w barze "Czeremcha", kolejnej niby atrakcji Jaślisk.


A to nowy mural - przedstawia on rodzinę Bogdańskich, znanych z pisania ikon, malowania wnętrz cerkwi i kościołów. Przez sto lat mieszkali w Jaśliskach.


Na ulicy spotykam chłopaka, który w piątek dopytywał się mnie, czy kręcę filmy na youtuba - mówi mi "dzień dobry" i przygląda się, jakby podejrzewał, że go śledzę 😛.
Do karczmy na rynku zachodzę na obiad (całkiem sporo ludzi), a po wyjściu ze zdumieniem odkrywam, iż bar "Czeremcha" właśnie się zamknął! O osiemnastej! Z jednej strony szkoda, z drugiej ten obiekt od dawna spoczął na laurach, piwo tam drogie i niesmaczne, klimat wątpliwy więc niewielka strata.
Zamiast baru odwiedzam pobliskie pola, żeby zrobić kilka ostatnich zdjęć Beskidu Niskiego.


Przede mną cały wieczór, jak go zagospodarować? Najpierw wracam do schroniska wziąć porządny prysznic. Potem obserwuję przez okno kolejkę do piekarni. To kolejna charakterystyczna cecha Jaślisk: do miejscowego punktu wytwarzającego pieczywo ludzie potrafią jechać w świątek, piątek i niedzielę kilkadziesiąt kilometrów! Próbowałem ich produktów, niezłe, ale jednak żeby cisnąć tu specjalnie z Krosna czy z Jasła to dla mnie lekkie przegięcie.


O dwudziestej jeszcze raz wychodzę na spacer. Zawsze miałem tradycję, że pod koniec dnia przesiadywałem na rynku i obserwowałem toczące się wokół życie. Tyle, że to było latem - teraz jest ciemno, pusto i - przede wszystkim - zimno! Dodatkowo czuję, że łapie mnie jakieś przeziębienie, zaczynam kichać i kaszleć, pewnie poprzednia noc w Zyndranowej zrobiła swoje. 
Na rynku robię parę fotek - oprócz dwójki zabłąkanych motocyklistów spotykam jedynie ludzi przyjeżdżających... specjalnie po wodę do kranu przy barze. Co oni jeszcze wymyślą??



Poniedziałkowy powrót do domu planowałem rozpocząć około południa, ale choróbsko postępuje, więc nastawiam budzik na szóstą, kuruję się słowackim lekarstwem i zasypiam przy słowackiej muzyce z radia. 

Rano Jaśliska spowite są lekką mgłą, która powoli narasta.



Na przystanku zbierają się dzieciaki, a ja zaczynam się obawiać, czy zmieszczę się do busika, które zazwyczaj jeżdżą tutaj nieduże. Nieoczekiwanie podjeżdża autobus, w dodatku z innej firmy i kilka minut przed czasem. Wskakuję do środka i w ten sposób kończę tegoroczną przygodę z Beskidem Niskim.
Do zobaczenia w 2027 roku!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz