Jest szaro, buro, mży, na ratuszu wisi antyaborcyjny sztandar, a mimo to gęba
i serce mi się cieszy. Dlaczego? Bo udało mi się dotrzeć w
Beskid Niski, jak co roku! O ile kiedyś była to dla mnie wakacyjna
norma, o tyle tym razem długo byłem przekonany, że mi się nie uda. Minął
lipiec, minął sierpień i wreszcie w ostatnim tygodniu września, gdy zaczęła
się kalendarzowa jesień, spakowałem plecak i ruszyłem w dobrze znane i jakże
lubiane okolice.
Pierwszy dzień - piątek - miał być tylko dojazdowy, więc najpierw wczesnym popołudniem
dotarłem komunikacją zastępczą do Krosna. Stamtąd zdezelowanym busikiem
ruszyłem dalej w towarzystwie "królowej grzybów" (modli do św. Jana i zawsze
ma dobre zbiory) oraz chłopaka, który podpytywał, czy nie jestem kimś sławnym
i nie kręcę filmów na youtuba. Po godzinie dojechałem do Dukli, właśnie
tam, gdzie było szaro, buro i antyaborcyjnie. Przemknąłem przez wilgotne ulice
i wpadłem na piwo do knajpy browaru Dukla na rynku. I, poza pogodą, to było
kolejne przypomnienie, że nie mamy już sezonu turystycznego, bo w środku prawie pusto. Wypiłem jeden kufelek, butelkę zapakowałem na później i wróciłem
na dworzec, skąd busik (znowu w towarzystwie chłopaka podejrzewającego mnie o
bycie kimś sławnym) zawiózł nas do Tylawy (Тылява, Тилява). Stąd do celu jest już tylko kilka kilometrów...
...ale najpierw zaglądam do restauracji przy skrzyżowaniu, wielokrotnie
przeze mnie odwiedzanej. I znowu pusto, nie ma tirowców, nie ma rumuńskich
Cyganów rabunkowo zbierających grzyby, nie ma turystów. Po chwili wpada
tylko słowacka rodzina i ciągle się o coś denerwuje, a tymczasem na dworze
zaczęło się oberwanie chmury.
Opady wkrótce ustały, więc nie muszę zakładać żadnych peleryn. Do chatki
mam stąd siedem kilometrów, w tym nudny jak flaki z olejem prosty odcinek
przez las, więc mam cichą nadzieję, że złapię jakąś podwózkę, zwłaszcza, że
nastała pora powrotów z pracy. I jak zwykle ruchu brak, zatem bez czekania
ruszam w drogę. Mijam opuszczony ośrodek wypoczynkowy, rozwalony przepust,
przy których kiedyś kąpałem się w Pannie i siedzibę trzech leśnictw w
jednym. Na myśl o kąpieli w rzece aż mnie przeszyły dreszcze 😏.
Słychać warkot auta, coś pędzi od strony Zyndranowej. Czerwone. Potem
wraca, jednak na mój widok przyspiesza, podobnie jak dwa inne samochody.
Czwarte, o dziwo się zatrzymuje, w środku siedzi facet w stroju
maskującym.
- Podrzucę cię tylko kawałek - tłumaczy się przepraszająco, lecz nie chce
powiedzieć gdzie jedzie. Ponieważ przeszedłem już większy odcinek lasu, to
zaoszczędzam jedynie półtora kilometra. Kierowca skręca swoją terenówką w
pola, a ja z radością gapię się na cerkiew w Zyndranowej (Зындранова, Зиндранова). Gęba cieszy mi się jeszcze bardziej!
Zyndranowa wygląda tak jak zawsze, czyli jak wymarła. Kiedyś zdarzało się tu spotykać ludzi, zwłaszcza koło sklepu, ale ten zamknięto pięć lat temu i ostatni przyczółek socjalizacji zniknął. Nota bene dawny budynek handlowy przechodzi teraz poważny remont, ciekawe czy coś uruchomią czy to standardowy przepał kasy przez samorząd?
Pustka mi jednak nie przeszkadza, z przyjemnością patrzę na wieżę po
słowackiej stronie i przewalające się w tle chmury.
Mija mnie kilka aut, lecz już nawet nie próbuję ich zatrzymać. Jedyne żywe stworzenia to dwójkę krów. Gapią się na mnie, zwłaszcza, że podchodząc uruchamiam czujnik i z głośników słychać straszliwe szczekanie psa. Nawet jak idę dalej, z tyłu nadal dudni ujadanie.
Jeśli Beskid Niski, to obowiązkowo moja ulubiona chatka SKPB Rzeszów. Inne tego typu obiekty zakończyły swoją normalną działalność razem z końcem wakacji, ale Zyndranowa zawsze jest otwarta do ostatniej niedzieli września. Potem też można przyjechać, ale trzeba się umówić z zarządzającym chatką. W tym okresie jeszcze nigdy tu nie byłem, więc zastanawiałem się, ile może się zjawić osób na ostatni weekend? Podejrzewałem, że albo będzie pełno albo zupełnie pusto. Podchodzę i wita mnie cisza... A zaraz potem wychodzi chatkowy/bazowy, sympatyczny chłop z Sosnowca, który aktualnie mieszka w Ustrzykach Dolnych.
- Na razie ma nikogo, ale na noc zapowiedziało się czterdzieści, a na jutro
sześćdziesiąt osób - ostrzega z uśmiechem. - Pasuje ci to?
- Bardzo! - wołam, bo wygląda, że szykuje się grubsza impreza.
Ładuję się do wielkiej sali, przyrządzam kolację, wyciągam piwo. Zjawia się
kolejny turysta, Maciek, rowerzysta z Rzeszowa. Rozkłada namiot, a potem
zaczynamy integrację, bo dwudziesta pierwsza, a zapowiadanych tłumów ani
czuć. Na chwilę podjechał tylko jeden z sąsiadów wraz z córką i opowiada o
kłopotach z dziką zwierzyną.
- W tym roku wilki zagryzły w okolicy już dwanaście psów! - na dowód tego pokazuje zdjęcia rozczłonkowanych i poszarpanych zwłok. - Na
szczęście można je straszyć.
Faktycznie w wiosce widziałem plakaty zezwalające na płoszenie wilków i
stąd czujka przy krowach. Krowy ponoć radziły sobie lepiej z
napastnikami: pewne stado miał zaatakować niedźwiedź, ale wspólnie
pogoniły intruza.
Wreszcie zaczynają zjeżdżać się auta z zapowiadanymi gośćmi - to członkowie "Hawiarskiej Koliby", studenckiego klubu z AGH z Krakowa. Jak studenci, to młodziutcy, ale czuć, że sporo wśród nich podróżniczych wyjadaczy. Czterdzieści osób nie dojechało, ale dwie dychy tak, więc w sali kominkowej zrobiło się głośno i muzycznie, bo przywieźli ze sobą z osiem gitar! I zdarzało się, że wszystkie były w użyciu w tym samym momencie!
Młodzi grają (z przerwą na hymn o północy), chatkowy krąży między nimi i cyka zdjęcia, a między rękami krąży plastikowa butelka z dziwną zawartością. Wszyscy kosztujący wybałuszają oczy i próbują odgadnąć, co to jest. Etykieta wydaje się znajoma, a po pierwszym łyku stwierdzam bez cienia wątpliwości:
- Tinto de verano!
- Skąd wiesz? - dziwią się właściciele butelki.
- Piłem to w poniedziałek - śmieję się, bo przecież kilka dni wcześniej
wróciłem z Malagi i to był mój podstawowy hiszpański trunek 😉.
Wytrzymałem do pierwszej (wyszła pobudka o świcie), kolibowcy bawili się do
czwartej. Oni jednak nie mieli ambitnych planów na sobotnie łażenie, natomiast
ja wymyśliłem sobie odwiedzenie kilku cerkwi po słowackiej stronie.
- Ile to wyjdzie kilometrów? - pyta rowerzysta z Rzeszowa, któremu mocno nie
chciało się pedałować dalej.
- Ze dwadzieścia, jak złapię stopa. Jak nie złapię, to o wiele więcej.
- Na pewno złapiesz, tutaj ludzie biorą.
- Wiem, tylko najpierw musi coś jechać - uśmiecham się, bo nie raz moje plany
torpedowała pusta droga.
Zanim ruszyłem, to zdążyłem jeszcze przeżyć najazd dużej grupy dzieciaków,
która zostaje na noc. To jakieś szkolenie z "bushcraftu", czyli mówiąc
językiem ludzi nieco starszych, "obcowania z przyrodą" 😏. Oczywiście za
unijne pieniądze, bo nie ma chyba tematu, którego unijny podatnicy nie mogliby
sponsorować. Pojawili się nawet strażacy, ciekawe, czy będą uczyć stać na
warcie przy Grobie Pańskim?
Plusem jest to, iż poprawiła się pogoda - jest cieplej i z każdym kwadransem
coraz bardziej przyświeca słońce. Takie jesienne weekendy to ja rozumiem!
Po raz pierwszy od dawna wspinam się w kierunku granicznego grzbietu czarnym
szlakiem. Już po kilkuset metrach go gubię, ale nie tylko ja, bo również idąca
przede mną parka z "Hawiarskiej Koliby", na szczęście naprowadzają mnie na
właściwą ścieżkę. Następnie w lesie gubię okulary i znów kolibowcy mnie
ratują, bo idąc z tyłu podnoszą je i kładą na pieniek. Ogólnie czarny szlak
wygląda na bardzo rzadko uczęszczany.
Po ponad pół godzinie dochodzimy do położonej na granicy
Jałowej Kiczery (Kýčera) - warto to odnotować, gdyż to
jedyny szczyt Beskidu Niskiego, który zdobyłem w tym roku, ale to w sumie moja
norma 😏. To pasmo odwiedzam zazwyczaj w innych celach, niż zaliczanie konkretnych punktów. Studenci skręcają na zachód w stronę przełęczy
Dukielskiej, a ja na wschód w stronę sedla Javoriny (przełęcz ta chyba nie posiada polskiej nazwy). Jak zwykle dokładnie przypatruję się słupkom granicznym, na
większości widać oznakowanie z czasów wojny (III Rzesza - Państwo
Słowackie).
Zamiast iść do przełęczy cały czas granicą, planuję w pewnym momencie zejść
bezszlakowo na słowacką stronę. Chciałem to zrobić niedaleko miejsca, gdzie
niebieski szlak odbija w stronę Czeremchy
- na mapach była tam zaznaczona ścieżka schodząca na Słowację. Oczywiście w
terenie jej nie znalazłem, lecz las jest na tyle rzadki, że spokojnie można
było iść na pałę. Ku mojemu zaskoczeniu wyszedłem dokładnie tam, gdzie to
sobie wymyśliłem, czyli na niewielkiej polance przy gruntowej drodze.
Droga łagodnie okrąża rezerwat Komárnická jedlina, chroniący relikty
jodłowo-bukowej puszczy. To kompletne odludzie, więc nieźle się zdziwiłem jak
zobaczyłem jedną turystykę, a potem dwójkę wraz z psem. Daleko się wybrali na
spacer.
W pewnym momencie dochodzę do
niebieskiego szlaku (nie ma on połączenia
z polskim) i coś zaczyna mi nie grać, bo powinno być odbicie w lewo. Szukam
go, szukam, wracam się, a tam częściowo zmieciony przez wodę mostek z
pordzewiałym i zarośniętym szlabanem, za którym biegnie równie zarośnięta
droga. To chyba tu! Przedzieram się przez chaszcze i po stu metrach drogę
tarasują powalone drzewa. Ani śladu, żeby ktoś tędy przechodził, nie ma też
oczywiście żadnych oznaczeń!
Znowu się cofam do głównej drogi, ale tam też nic. Wściekły gapię się na mapę i
wychodzi, że to musi być właściwy kierunek! Przez drzewa przeprawiam się dziesięć minut, zaklinowała mi między nimi noga, a dodatkowo musiałem rzucać
plecakiem, bo inaczej nie dało się go przenieść. Gdybym tu utknął, to nie
byłoby ciekawie - dookoła żywego ducha, zasięgu też nie ma, prędzej niedźwiedź
się pojawi! Kiedy w końcu się wydostałem, to nadal nie było żadnych śladów
wskazujących, że to ma być
niebieski szlak! Zrezygnowany poszedłem
dalej, trudno, co będzie to będzie, można uda mi się spotkać
żółty szlak schodzący z sedla Javoriny.
Coś tu jednak musiało być, bowiem co jakiś czas spod zieleni wystają resztki
asfaltu...
Po dwudziestu minutach nieoczekiwanie pojawiły się słabe
niebieskie ślady. Zacząłem szpetnie kląć,
bo nawet u Słowaków taki stan utrzymania szlaków to coś wybitnego! Po chwili
nastąpiło skrzyżowanie ze szlakiem
żółtym i od tej pory mogłem z niego
korzystać. Początki były trudne: brak dalszych oznaczeń i przejście przez
rzeczkę grożące niechcianą kąpielą. Oj, zdecydowanie są to ścieżki dla
koneserów!
Rozpocząłem podchodzenie w górę i znalazłem się na ładnej polanie oznaczonej na
mapie jako Salašiská.
Znowu musiałem szukać szlaku, ale teraz w przyjemnych okolicznościach przyrody
i po chwili wylazłem na drugiej polanie. A tam pełna cywilizacja, nawet
tabliczki pokazujące, gdzie iść!
Nie ma stąd oszałamiających widoków, ale i tak mi się podobają, zwłaszcza ta
wcinająca się w las dolina.
Zaczynam schodzić w dolinę. Do mych uszu dochodzą pierwsze dźwięki piły i
jakiś innych narzędzi, pojawiają się pierwsze dachy. Przede mną, a właściwie
pode mną, wioska Príkra (Прикра, węg. Meredély),
najmniejsza na Słowacji.
Według danych na 2025 rok w miejscowości mieszka jedenaście osób. Liczba
mikroskopijna, ale w Polsce zdarzają się wioski, gdzie oficjalnie mieszka
jedna osoba. Kiedyś osada była znacznie ludniejsza - w 1940 roku żyło tu sto sześćdziesiąt osób. Potem niektórzy Rusini wyjechali do ZSRR, niektórzy za pracą do Czech i
ilość zameldowanych ustawicznie spadała. Dziś teoretycznie zostali sami
emeryci, ale mamy weekend i ewidentnie odwiedzili ich młodsi członkowie
rodzin, bo z kilku domów słychać głośną muzykę, nawoływania i odgłosy robót na
ogródku.
Perełką wioski jest drewniana greckokatolicka cerkiew św. Michała Archanioła. Styl łemkowski, z daleka wygląda jak model w parku miniatur.
Wybudowano ją w 1777 roku. W XX wieku kilka razy poważnie ją remontowano, a w
latach 30. nawet całkowicie rozebrano i złożono z powrotem kilkadziesiąt
metrów dalej. Miała szczęście, bo w czasie Wielkiej Wojny, gdy Rosjanie
przerwali front i wdarli się na Górne Węgry przez niektóre karpackie
przełęcze, wiele obiektów uległo całkowitemu zniszczeniu. W Príkrej
spłonęły ponoć wszystkie drewniane domy, lecz świątynia ocalała.
A teraz dwie ciekawostki statystyczne. Według spisu w wiosce mieszkają
wyłącznie osoby deklarujące się jako Słowacy. To ewenement, bardzo rzadko
zdarzają się takie miejscowości, bo zawsze znajdzie się jakiś Rom, Czech,
Węgier, a w tych okolicach mieszka przecież cała masa Rusinów i Ukraińców. To
czemu tu jest inaczej? Nazwiska na cmentarzu (wyłącznie w alfabecie łacińskim,
ale często w układzie charakterystycznym dla kościołów wschodnich, czyli
nagrobek w "nogach") w wielu przypadkach zdradzają rusińskie pochodzenie, a
przed I wojną światową mieszkali tu tylko Rusini oraz garstka Żydów i Cyganów.
Z jakiegoś powodu pozostali tu mieszkańcy odrzucili - przynajmniej oficjalnie
- swoją rusińskość i uznali się za Słowaków. Boją się czegoś? Autentycznie się
zesłowakizowali? Cóż, nie moja sprawa, lecz to naprawdę skrajnie rzadka
sytuacja.
Druga ciekawostka jest taka, że do cerkwi miejscowi teoretycznie w ogóle nie uczęszczają.
Według spisu mieszkańcy są wyznania prawosławnego i rzymskokatolickiego, nie
ma ani jednego greckiego katolika. To już w ogóle jest dziwne... Cerkiew
przynależy do parafii w Hunkovcach, ale regularnie odprawiana jest tu msza.
Ksiądz raczej by się nie fatygował do pustej świątyni na odludziu.
A trzecia ciekawostka dotyczy słowackiej mapy, którą często widziałem w tych
rejonach. Pokazuje ona pogranicze nie tylko państw, ale też Beskidu Niskiego i
Bieszczadów. Dopiero teraz zauważyłem, że autorzy pomylili drewnianą cerkiew w
Smolniku w powiecie bieszczadzkim z murowaną cerkwią w Smolniku w powiecie
sanockim. Tam chyba też nikt nie sprawdza zawartości merytorycznej projektów
unijnych.
Skoro w wiosce są sami Słowacy, to i tablica jest wyłącznie po słowacku.
Na skraju wioski siedzi sobie przy studni starsza pani, a inna wyprowadza
wielkiego psa, po czym zabudowa się kończy. Może złapię stopa do kolejnej
miejscowości? Pudło, bo przecież nic nie jedzie, tak jak się spodziewałem 😛.
Nie szkodzi, idzie się przyjemnie i po trzech kilometrach jestem w Bodružalu (Bодружал, węg. Rózsadomb).
Tu już tablice są dwujęzyczne, bo i struktura etniczna nie jest taka
jednolita: niby Słowacy dwukrotnie górują nad Rusinami, ale użytkowników
rusińskiego było więcej niż słowackiego.
W Bodružalu również jest cerkiew, a nawet dwie, obie drewniane.
Greckokatolicka pod wezwaniem św. Mikołaja jest jedną z najstarszych na
Słowacji, a niektóre źródła (np. przewodnik "Rewasza") twierdzą, że najstarszą
z tego budulca (1658 rok). Był to jeden z powodów wpisania jej na listę
UNESCO.
Na cmentarzu znajduje się kwatera z czasów Wielkiej Wojny. Z daleka najpierw
pomyślałem, że to komin krematorium, lecz to ponoć taki zamysł artystyczny sprzed
dwóch dekad. Materiały szybko się zużyły i nekropolia wygląda na starszą niż
rzeczywiście jest. Spoczywa tu czterystu żołnierzy austro-węgierskich i
rosyjskich.
Płot wokół cerkwi również jest zabytkiem, a za płotem stoi malutki urząd
gminy.
Druga cerkiew położona jest kilkadziesiąt metrów dalej - prawosławna świątynia
pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Gdy byłem w Bodružalu dziesięć lat temu, to nawet jeszcze nie zaczęli jej budować, a oficjalnie została
poświęcona w 2018 roku.
Prawosławni są najliczniejszą grupą religijną wioski, ale grekokatolików
wyprzedzają nieznacznie. Jest też kilka procent ewangelików, promil rzymskich
katolików, lecz największy procent stanowią ci, którzy odmówili odpowiedzi na
pytanie o wyznanie.
Siadam sobie na skraju cmentarza i wyciągam z plecaka obiad. Cieszę się chwilą
i słoneczkiem, temperatura momentami przypomina tę z letnich wyjazdów, choć w
cieniu od razu spada.
Bodružal też nie jest metropolią (pięćdziesięciu siedmiu mieszkańców), lecz
droga w kierunku krajówki jest bardziej ruchliwa, co daje nadzieję na złapanie
stopa. Zanim ruszę w dalszą podróż, to uwieczniam się na tle cerkwi.
Na końcu wioski jest przystanek, w którym przebywa dwóch Cyganów - jeden śpi,
a drugi znudzony gapi się przed siebie. Jeśli czekają na autobus, to mają
jeszcze sporo czasu, bo najbliższy odjedzie w poniedziałek. W weekendy
słowacka prowincja, zwłaszcza ta na północnym-wschodzie, ma transport
publiczny bardzo podobny do polskiego.
Ruch na drodze faktycznie był większy, bo jechały aż trzy auta (w tym jedno z
PL, a drugie z UA), lecz jasna żadne się nie zatrzymało. Po początkowym
niefajnym odcinku w lesie, gdzie nie było pobocza, nastąpił przyjemniejszy
fragment wśród łąk i stwierdziłem, że po prostu sobie podreptam do trzeciej
wioski.
Krajná Poľana (Крайня Поляна, Ladomérmező) posiada
kilkunastoprocentową mniejszość rusińską, przynajmniej według spisów
powszechnych. Należy jednak pamiętać, że nie zawsze odzwierciedlają one realne
stosunki etniczne, lecz innych danych nie ma. Jak wszystkie w okolicy
posiadała ona drewnianą cerkiew, lecz ta została zniszczona podczas Wielkiej
Wojny. Jej następczyni, choć ma ją sto lat, wygląda według mnie bezpłciowo i
niczym się nie różni od cerkwi współczesnych.
Znamienne, że nawet jeśli gdzieś w tych rejonach mieszkają rzymscy katolicy,
to nie posiadają swoich świątyń, te działają jedynie w większych
miejscowościach, na przykład w Svidníku.
W przeciwieństwie do dwóch poprzednich wiosek Krajná Poľana aż tak się
nie wyludniła - kiedyś mieszkało tu ponad trzysta osób, dziś ponad dwieście.
Zapewne przyczyniło się do tego położenie przy głównej drodze, która jest
jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.
Dzięki drodze zjawiali się tu przybysze z Polski spragnieni tańszego alkoholu
i słodyczy, krąży więcej autobusów, bliżej jest do szkół i pracy. Ale
turystyczny szał wygasł, ceny się wyrównały i teraz to raczej Słowacy jeżdżą
za miedzę na zakupy. Został natomiast ogromny, nieustanny ruch ciężarówek i
innych aut, nie ma minuty spokoju. Plany budowy ekspresówki omijającej wioskę
istnieją, ale to pieśń bardzo dalekiej przyszłości.
Ponoć ma tu być knajpa, więc miałem cichą nadzieję, iż zjem drugi obiad. No i niby
jest, ale poza sezonem gotuje jedynie popołudniami z dowożeniem na zamówienie,
chociaż kartki na drzwiach i informacje w internecie mówią co innego. Jeśli
chodzi o infrastrukturę lokalową to w tych słowackich rejonach też jest
podobnie jak w Polsce - na prowincji ona nie istnieje.
Sklepy również pozamykane, na szczęście działa jeden przy głównym skrzyżowaniu.
Kupuję kilka rzeczy i zaczynam przygotowania do łapania stopa, bo kilka
najbliższych kilometrów w stronę granicy jest bardzo nieprzyjazne dla
pieszego. Na szczęście nie muszę wystawać przy drodze, bowiem pod sklep
zajechał wóz z będzińską rejestracją.
- Strasznie wszystko drogie - komentuje kierowca. - U nich wszystko pada przez
te euro.
Drogie czy nie, jego dwaj towarzyszy obalają szybkie piwo pod drzwiami, nie są
jednak zadowoleni.
- Niezbyt smaczne - stwierdzają, ale cóż się dziwić, skoro wzięli najtańsze sikacze.
Zagaduję między jednym a drugim łykiem, czy by mnie kawałek nie podwieźli i
nie ma problemu. Okazuje się, że zwiedzali czołgi i inne wojenne pamiątki.
- Ale panu z tym plecakiem to ja się dziwię - mówi żona kierowcy. - Mnie by
się nie chciało tak męczyć.
- Mnie też się czasem nie chce, ale w końcu nie jestem tu dla przyjemności -
uśmiecham się, lecz chyba nie zrozumieli żartu.
Mógłbym z nimi jechać aż na granicę albo i dalej, ale proszę o wysadzenie
w Vyšným Komárniku (Вышнїй Комарник, Felsőkomárnok). Zakładałem,
że trochę czasu spędzę w knajpie, a ponieważ była zamknięta, to dotarłem tutaj
bardzo wcześnie, gdyż jest dopiero po piętnastej.
Kręcę się trochę po wiosce, zaglądam pod cerkiew, gdzie na cmentarzu udaje się
zobaczyć jeden grób z cyrylicą. Potem ruszam w górę równoległą do przelotówki
zapomnianą drogą z popękanym asfaltem.
Fotografuję się z faną na tle czołgu, po czym siadam na betonowym postumencie
i wyciągam z plecaka piwo kupione w sklepie. Do tego coś słodkiego i mam
zapasowy obiad z widokiem na graniczną wieżę widokową. Siedzę tak dość długo,
słońce przyświeca, osoby z mijanych samochodów machają do mnie ręką albo
przyglądają się z wyraźną zazdrością.
Zbieram się, gdy o siedemnastej okolicę zaczyna pokrywać cień i momentalnie
robi się chłodniej.
Przełęcz Dukielska też wygląda na lekko wymarłą. Bar przy parkingu
dla tirów dawno zamknięty. O dziwo działa znany mi doskonale sklep, który
według wielu doniesień miał być zlikwidowany, ale jednak się reaktywował.
Przemykam przez cmentarz wojenny, po którym kręci się jeszcze kilka osób.
Przemykam obok wieży widokowej, której znowu nie udało mi się odwiedzić.
Po pół godzinie jestem ponownie nad Zyndranową. Gospodarze wypuścili
krowy na żółty szlak, więc na końcowym
odcinku trzeba uważać na pastuchy. Na zegarku strzeliło dwadzieścia pięć kilometrów, gdyby nie podwózka, to na pewno zaliczyłbym trzydzieści.
Dzień się kończy, a już z daleka słychać odgłosy dochodzące z chatki.
Dziś jest więcej osób - dotarły posiłki z "Hawiarskiej Koliby", pojawiło się
kilku turystów indywidualnych, przybył także opiekun chatki, aby ją jutro
oficjalnie zamknąć. W sali kominkowej panuje duży ścisk, są prelekcje
podróżnicze w modnym zabawnym stylu i jakieś zaawansowane dyskusje. Wczorajsza
część towarzystwa jest nadal otwarta na integrację z osobami poza HK, nowa mniej, ale ogólnie nie było źle. Na zewnątrz zaś płonie ognisko,
przy którym siedzi chatkowy i opiekunowie dzieciaków od "bushcraftu". Noc jest
zimna, po raz kolejny przypominam sobie, że to już nie lato.
Udało mi się dotrwać do trzeciej, na szczęście nigdzie mi się w niedzielę nie
spieszy.
Poranki zwykle bywają tu ciężkie, choć...
- Kac ominął mnie bokiem, dobry Bóg nade mną czuwał - zwierzył się publicznie
jeden z kolibowców wracając z wychodka.
Wokół trwa wielka krzątanina. Młodzi ludzie powoli się pakują i odjeżdżają,
ktoś pojechał do kościoła, ale wrócił. Pojawił się chłop idący szlakiem
granicznym, a także dwójka starszych Słowaków, którzy poczęstowani herbatą
siedzą z boku i przyglądają się wszystkiemu ze zdziwieniem, bo chyba nie
spodziewali się tu tylu osób. Tylko na tylnym trawniku spokojniej -
właściciele jedynego namiotu i mobilnego prysznica (lub toalety) zostają aż do
wieczora.
Opróżniane są kolejne sale, materace przestawiane, podłogi sprzątane, śmieci
zabierane. Chatka wchodzi w tryb pozasezonowy - jak już pisałem, noclegi będą
możliwe (zwłaszcza dla grup), ale po uzgodnieniu z opiekunem. Zapewne będzie
też normalnie otwarta w długie weekendy, lecz tych aż do wiosny akurat nie ma.
Przez cały czas jest dostępna wiata ogniskowa z útulňą.
Miałem się zbierać w południe, ale przeciągnęło się o dwie godziny dużej. Na
odchodnym macham chatce ręką na pożegnanie, jak rok temu.
Tak jak wtedy Zyndranową opuszczam
niebieskim szlakiem w kierunku Jaślisk.
Jest on regularnie niszczony przez drwali, teraz też spore odcinki są zryte
ciężkim sprzętem, a wszędzie straszą tabliczki z zakazem wejścia, bo przecież
trwa nieustanna wycinka. Tak jest od lat, ani roku przerwy.
Inaczej niż zwykle w połowie trasy skręcam w prawo na
żółte znaczki. Spotykam jedyną dwójkę
turystów i wychodzę w Lipowcu (Липовиць, Липовець). Kiedyś była to wioska licząca ponad sześćset osób, niemal wyłącznie
Rusinów, dziś na stałe mieszka tu sześć.
W Lipowcu od XVII wieku stała unicka cerkiew pod wezwaniem św. Mikołaja Cudotwórcy. Z czasem przestała wystarczać mieszkańcom i na początku ubiegłego stulecia postanowiono wybudować nową, ale przygotowania przerwała wojna. Powrócono do tego pomysłu po dwudziestu latach, lecz spotkano się z odmową biskupa. Ciężko stwierdzić, co purpuratem kierowało, ale w owym czasie stosunki pomiędzy greckokatolickim klerem a wiernymi przypominały głęboki feudalizm, co było jednym z powodów zaistnienia tzw. schizmy tylawskiej - w wielu wsiach doszło wówczas do masowych konwersji ("powrotów") na prawosławie. Tak było i tutaj - w 1929 roku Lipowiec niemal w całości zmienił wyznanie i rozpoczął budowę nowej cerkwi prawosławnej. Wtedy nastąpił cud - biskup przemyski nie tylko zgodził się na nową cerkiew unicką, ale rozpoczął zbiórkę pieniędzy po okolicznych wioskach. Naiwnie sądził, że gdy niepokorne owieczki zobaczą nową świątynię, wyświęconą z wielką pompą przy jego osobistym udziale i w towarzystwie licznych procesji, wrócą na łono kościoła greckokatolickiego. Nie wrócili, Lipowiec pozostał prawosławny. W ten oto sposób przez pewien czas w wiosce były aż trzy cerkwie: nowa prawosławna, nowa unicka i stara unicka, którą wkrótce rozebrano. Tyle, że do tych dwóch ostatnich nikt już nie chodził na nabożeństwa.
Zaglądam na stary cmentarz. Greckokatolicki, nie wiem, czy prawosławni zdążyli założyć swój czy chowali zmarłych po staremu. Kiedyś już przy nim byłem, ale nie dało się na niego wejść, bo chaszcze zakrywały człowieka, teraz jest częściowo wykoszony. Zachowało się kilkanaście nagrobków. To przy nim stała nowa cerkiew unicka, zniszczona po akcji "Wisła" (znalazłem też informacje, że wywózki z 1947 roku w Lipowcu nie miały miejsca, bo wieś była już opuszczona).
Stara cerkiew położona była za potokiem Bielcza, na górce. Dziś znajdziemy tam
samotny postument oraz krzyż z tabliczką informującą, iż "to miejsce jest
święte". Moim zdaniem wcale nie takie święte, skoro najpierw świątynię
porzucono, a potem bez ceregieli rozebrano, gdy stanęła nowa.
Trzecie cerkwisko nie jest w żaden sposób oznaczone w terenie, ale z
przedwojennej mapy wynika, iż prawosławny kościół stał nieco bardziej na północ
w kierunku Jaślisk. Być może dzisiaj w jego miejscu jest jakaś zabudowa,
bowiem współcześnie życie Lipowca kręci się wokół stadniny koni. W weekendy
panuje tu całkiem spory ruch, ciągle ktoś przyjeżdża i odjeżdża, z południa
nadciągają Słowacy, z północy mieszkańcy miast.
Usiadłem sobie z piwem pod mostem i w ciągu pół godziny górą przemknęło co
najmniej z dziesięć samochodów, a jeden nawet dołem przedarł się przez bród.
Do tego kilkunastu rowerzystów, pogoda dziś sprzyja takiemu spędzaniu wolnego
czasu.
Do Jaślisk jest stąd pięć kilometrów, albo ten odcinek przejdę albo podjadę.
Nie mam jakiegoś parcia na stopa, ale macham. Staje pierwsze auto, terenówka,
tylko po to, aby oznajmić, że są pełni. Staje drugie, starsze małżeństwo.
Wskakuję do tyłu.
- Całodzienny spacer? - zagaduje kierowca. - Oprzyrządowanie na niedźwiedzie
jest?
- Mam kijki - odpowiadam.
- A to pomaga?
- Nie wiem, ale lepiej się chodzi.
Po dziesięciu minutach jestem w Jaśliskach, "polskiej wyspie na rusińskim morzu". Kiedyś tak zatytułowałem opis tej miejscowości, bowiem była to jedyna
osada (do 1934 roku miasteczko) zamieszkana przez Polaków (i Żydów), podczas
gdy wszystkie okoliczne wsie miały rusiński charakter. Wychodzę z samochodu na rynku i od
razu kieruję się do schroniska "Zaścianek" (oficjalnie agroturystyki).
Ostatni raz spałem tutaj przed czterema laty, więc trochę czasu minęło, ale w
środku nic się nie zmieniło. Schronisko to obiekt całoroczny, warunki idealnie
dla plecakowców: wieloosobowe sale, toalety i prysznice na korytarzu, duża
kuchnia i jadalnia (telewizor nie działał 😑). Gawędzę chwilę z gospodarzem,
okazało się, że przez kilka ostatnich dni mieli całkiem spore obłożenie,
głównie rowerzyści. Dzisiaj natomiast jestem sam - zostawiam plecak i uderzam
na krótką rundkę po okolicy, to ostatnie chwile ze słońcem.
Najpierw zaglądam do kościoła; w przedsionku na stoliku leżą ulotki apelujące o modlitwę, bo inaczej Polskę czeka katastrofa. Nie sprecyzowano jednak o jaką katastrofę chodzi, więc każdy może sobie dopowiedzieć własną.
Jaśliska słyną z
kilku rzeczy:
* architektury drewnianej (której z każdym rokiem jest mniej i wcale nie jest
aż tak efektowna, jak to niektórzy opisują),
* murali ewentualnie deskali z tematyką regionalną,
* klimatów filmowych, bowiem kręcono tu kilka filmów, w tym "Wino
truskawkowe", o czym liczne tablice przypominają do znudzenia. "Wino"
powstawało m.in. w barze "Czeremcha", kolejnej niby atrakcji Jaślisk.
A to nowy mural - przedstawia on rodzinę Bogdańskich, znanych z pisania ikon,
malowania wnętrz cerkwi i kościołów. Przez sto lat mieszkali w Jaśliskach.
Na ulicy spotykam chłopaka, który w piątek dopytywał się mnie, czy kręcę
filmy na youtuba - mówi mi "dzień dobry" i przygląda się, jakby podejrzewał,
że go śledzę 😛.
Do karczmy na rynku zachodzę na obiad (całkiem sporo ludzi), a po wyjściu ze
zdumieniem odkrywam, iż bar "Czeremcha" właśnie się zamknął! O osiemnastej!
Z jednej strony szkoda, z drugiej ten obiekt od dawna spoczął na laurach,
piwo tam drogie i niesmaczne, klimat wątpliwy więc niewielka strata.
Zamiast baru odwiedzam pobliskie pola, żeby zrobić kilka ostatnich zdjęć
Beskidu Niskiego.
Przede mną cały wieczór, jak go zagospodarować? Najpierw wracam do
schroniska wziąć porządny prysznic. Potem obserwuję przez okno kolejkę do
piekarni. To kolejna charakterystyczna cecha Jaślisk: do miejscowego punktu
wytwarzającego pieczywo ludzie potrafią jechać w świątek, piątek i niedzielę
kilkadziesiąt kilometrów! Próbowałem ich produktów, niezłe, ale jednak żeby
cisnąć tu specjalnie z Krosna czy z Jasła to dla mnie lekkie przegięcie.
O dwudziestej jeszcze raz wychodzę na spacer. Zawsze miałem tradycję, że pod
koniec dnia przesiadywałem na rynku i obserwowałem toczące się wokół życie.
Tyle, że to było latem - teraz jest ciemno, pusto i - przede wszystkim -
zimno! Dodatkowo czuję, że łapie mnie jakieś przeziębienie, zaczynam kichać
i kaszleć, pewnie poprzednia noc w Zyndranowej zrobiła swoje.
Na rynku robię parę fotek - oprócz dwójki zabłąkanych motocyklistów spotykam
jedynie ludzi przyjeżdżających... specjalnie po wodę do kranu przy barze. Co
oni jeszcze wymyślą??
Poniedziałkowy powrót do domu planowałem rozpocząć około południa, ale choróbsko postępuje, więc nastawiam budzik na szóstą, kuruję się słowackim lekarstwem i zasypiam przy słowackiej muzyce z radia.
Rano Jaśliska spowite są lekką mgłą, która powoli narasta.
Na przystanku zbierają się dzieciaki, a ja zaczynam się obawiać, czy zmieszczę się do busika, które zazwyczaj jeżdżą tutaj nieduże. Nieoczekiwanie podjeżdża autobus, w dodatku z innej firmy i kilka minut przed czasem. Wskakuję do środka i w ten sposób kończę tegoroczną przygodę z Beskidem Niskim.
Do zobaczenia w 2027 roku!









































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz